Kalendarz

Czerwiec 2017
P W Ś C P S N
« maj    
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65232
  • Dzisiaj wizyt: 7

pub

Firmowa impreza świąteczna

Po raz pierwszy od dłuższego czasu, a tak na dobrą sprawę to po raz drugi w życiu (no chyba, że się pogubiłem), poszedłem na firmową imprezę świąteczną — ochlaj i wyżerkę na koszt korporacji.

Część oficjalna miała rozpocząć się około godziny siódmej w knajpie Relish, ale od samego początku wiedziałem, że przed częścią oficjalna należy zrobić bifor. Bez niego ani rusz.
Na bifor wybrałem sobie bar Morrissey’s (jeden z wielu w Portlaoise, w których nie byłem, chociaż byłem we wszystkich; sęk w tym, że o ile miejsca i czasem wystrój pozostały te same, pozmieniali się właściciele, pozmieniały się nazwy i stąd można traktować te bary, jak nowe przybytki). Poinformowałem o tym Anthony’ego, sklepowego ochroniarza i Dale’a, współpracownika. Wstępnie potwierdzili się.
Po szóstej byłem w Morrissey’się. Rozejrzałem się. Wnętrze bardzo w porządku. Przypominało oryginał z Abbeyleixu (Morrissey’s w Abbeyleixie jest uważany przez tutejszą społeczność za najbardziej przyjazny, najfajniejszy pub w całym hrabstwie). Towarzystwa nie dostrzegłem. Zamówiłem pintę, usiadłem. Czekałem.
W pewnym momencie zauważyłem Anthony’ego. Razem z nim Irenę i Joannę. I o ile Tony wyglądał, jak Tony, tak Ireny i Joanny nie rozpoznałbym. To, jak wyglądają na co dzień w pracy nijak miało się do tego, jak odstawiły się na firmową imprezę świąteczną. Mniejsza.
Okazało się, że one też postanowiły zrobić sobie bifor, że do nich dołączyła jeszcze Gráinne. Zjawił się też Dale. Skonsolidowaliśmy siły i połączoną grupą skonsumowaliśmy drugą, już wspólną część rozgrzewki przed rozpoczęciem wieczoru.

Dwa Guinnessy później przenieśliśmy się do restauracji Relish, w której nastąpiła wyżerka. Wręczono nam menu, wybraliśmy startery, dania główne, desery. Odczekaliśmy co nasze (w międzyczasie dołączył Jake, który pracował w ciągu dnia), posililiśmy się, poprawiliśmy deserem i zdecydowaliśmy się przenieść do innego baru, na część mniej oficjalną. Wybór padł na The Square Bar (jedno z tych miejsc, które nie zmieniło się od czasów, kiedy uskuteczniałem portlaoise’owskie szwędanie się po pubach).
Wbiliśmy się, zamówiliśmy napoje i wśród narastającego zgiełku zaczęliśmy wykrzykiwać do siebie pojedyncze zdania. Kiedy hałas stał się nie do wytrzymania, krążące grupy młodzieży zaliczały coraz bardziej pijackie wahnięcia od pionu a na dodatek na pubową scenę wszedł kolejny wtórny zespół odgrywający znane przeboje znanych grup (to prawdziwa plaga, od samego początku, od dziesięciu lat, jak tu jestem, irytuje mnie, że natrafienie na jakąś lokalną grupę, która prezentowałaby swój własny materiał, graniczy z cudem; wszyscy, wszyscy lecą na coverach. I o ile rozumiem to, mają zapewnić rozrywkę pijanym bywalcom pubów, a wiadomo, że takim spodobają się tylko piosenki, które wcześniej słyszeli (vide Rejs i słynne: „Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. No… To… Poprzez… No, reminiscencję. No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę”), tak mierzi mnie niesamowicie, że nie mam szans na usłyszenie czegoś nowego), jasnym stało się, że niedługo będziemy zawijać się do kolejnego miejsca.
Niedługo nadeszło parę Guinnesów (i jeden sabotaż ze strony Joanny w postaci pięćdziesiątki Sambuki, przeohydnej wódki anyżowej) później, kiedy pub pustoszał a po krzykach publiczności i dźwiękach muzyki pozostało już tylko dudnienie w uszach. Przetransportowaliśmy się do Manhattan Mixer.

Przy wejściu okazało się, że Gráinne nie wejdzie (za młoda i na dodatek bez dowodu). Ale żeby nie zostawiać jej samej, cała sklepowa ekipa solidarnie nie weszła do tancbudy i postanowiła przenieść się do drugiej tancbudy w miasteczku, w której nie sprawdzają dowodów (rynek nie znosi próżni; odtrąceni z Manhattan Mixera muszą gdzieś się podziać i z myślą o nich jest Coppers).
Weszliśmy do Coppersa. Musiałem zapłacić wcale nie taką symboliczną dyszkę za wstęp, by przekonać się, że wewnątrz jest potwornie, że średnia wieku nie przekracza osiemnastu lat, że za dwie podwójne wódki będę musiał zapłacić w chuj pieniędzy i że po piętnastu minutach emigrujemy stamtąd zostawiając Gráinne samej sobie (nie zupełnie, w Coppersie operuje jej przedział wiekowy, więc natychmiast odnalazła się wśród swoich). Wróciliśmy do Manhattan Mixera.

Dicho, jak to dicho — miało to do siebie, że było głośno, niemiło, przesadnie kolorowo i na dodatek drogo. Trzeci czy czwarty Heineken nie załatwiały sprawy, podobnie jak przelotne spotkanie dawnej znajomej. Na szczęście pojawiła się jakaś towarzyska i bardzo rozrywkowa bratanica / siostrzenica Joanny i rozkręciła grupę. Udało jej się wyciągnąć nas na densflor, gdzie pomachaliśmy chwilę arytmicznie, spłynęło z nas zniechęcenie i z nową energią mogliśmy zaatakować bar. Trzasnęliśmy po ostatnim piwie, wypaliliśmy ostatniego papierosa i zaczęliśmy rozglądać się za wyjściem.
Joanna z Ireną zabrały się z bratem Ireny. Anthony z Dale’m przepadli. Jake zgubił się gdzieś wcześniej, cholera wie gdzie, ale towarzystwo zapewniało mnie, że nim tak zawsze, Gránnie bawiła się ze swoimi w Coppersie, mogłem spokojnie nawigować w stronę domu.

Zwyczajowo zahaczyłem o Abrękebabrę (która teraz tak się nie nazywa, ale dla mnie zawsze będzie Abrąkebabrą) i zwyczajowo odczekałem na poimprezowe Taco-Chips wśród pijanej irlandzkiej młodzieży obrażającej bliskowschodnią obsługę jadłodajni. Wyszedłem ze zdobyczą, udałem się na postój taksówek i zaatakował mnie tłum. Nie w sensie bezpośrednim, ale zaatakował mnie ogrom osób oczekujących transportu do domu. Na pierwszy rzut oka było z pińcset osób (a może i wincej). Mając na uwadze, że po Portlaoise krąży może z pitnaście taksówek, nie wyglądało to za wesoło. Mimo to, ustawiłem się w kolejce i czekałem.
Czekałem.
I kiedy po tym, jak minęło pół godziny nic się nie zmieniło (a zdążyłem zaczepić dwie niemiłe Hiszpanki i z której to zaczepki nic nie wyniknęło), postanowiłem przysiąść sobie gdzieś w plenerze, zeżreć Taco-Chipsy, a później uderzyć z buta w stronę Forest Parku.

Szedłem Main Streetem, byłem właściwie u samego jej końca, kiedy udało mi się zatrzymać taryfę. Kierowca (jak zwykle, afro-irlandczyk) okazał się bardzo uprzejmy, wyrozumiały i na dodatek skasował mnie o połowę mniej niż jego ziomek na tej samej trasie jeszcze parę tygodni temu. Miło się zaskoczyłem, podziękowałem i w zamian dostałem oryginalną wizytówkę i zapewnienie, że afro-irlandczyk o swojskim imieniu Peter będzie mnie wozić zawsze najtaniej.

Wieczór się skończył.

Wpis: 1 520.

Dzień Guinnessa

Już po raz piąty (ale ten czas leci; pierwszy pamiętam jak dzisiaj) świętowaliśmy Dzień Guinnessa.
Idea świętowania wzięła się z pomysłu na obchody 250-ciolecia założenia browaru i po sukcesie pierwszej edycji, specjaliści od Guinnessa ustanowili nową, świecką tradycję. Od 2009-ego roku, w każdy ostatni czwartek (w tym roku czwartek i piątek) września obchodzimy właściwie niewiadomo co. Ale jak mówi staroharcerskie przysłowie: „każda okazja jest dobra”. A zatem…
Zaczęło się od tego, że podjechał po mnie Wijata. Wysadził tuż przed Esker Hills skąd poszedłem przechwycić Krzysia, sam pojechał do domu ogarnąć się. Razem z Krzysiem zaatakowaliśmy bar Cloisters, który okazał się barem de Brún’s (dzięki temu, choć wcześniej zwiedziłem już wszystkie puby w Portlaoise miałem okazję wychylić pintę w nowym barze). Tam, przy akompaniamencie „karaoke 50+”, poczekaliśmy aż dotrze do nas Sebastian.
Oprócz symbolicznych trzech Guinnessów, przetestowaliśmy też jakieś wino domowej roboty i nabrawszy odpowiedniego nastroju postanowiliśmy przenieść się do najlepszego pubu w mieście, do Letheana. Spotkaliśmy Marka i Brygidę oraz zaprzyjaźnionego barmana. Posłuchaliśmy koncertu na trzy gitary akustyczne. Poczęstowaliśmy się kolejnymi trzema symbolicznymi Guinnessami i równie symbolicznym Jamesonem, a kiedy zamknięto nam bar (przeklęta prohibicja) dziarsko ruszyliśmy w drogę powrotną rozejść się po domach.
Wioska Ogrodów (Garden Village), moje obecne miejsce zamieszkania, ma to do siebie, że mogę wszystkich odprowadzić a i tak wciąż będę mieć daleko do domu. M.in dlatego, do ostatniej chwili chciałem złapać taksówkę. Dopiero wchodząc na osiedle zrezygnowałem z tego pomysłu.
Dzień Guinnessa choć skromny, to udany.
Wpis: 1 437.

U Neda z ulicy Townsend

u neda

W pewien poniedziałkowy poranek, po przygodach z powrotem z Portlaoise i pomiędzy jednym tłumaczeniem a drugim, miałem ponad godzinną przerwę, podczas której postanowiłem odwiedzić jakieś miejsce, gdzie mógłbym ten czas spędzić w spokoju i przygotować się do następnego zlecenia.
Restauracje, kawiarnie, kanapkarnie, bary szybkiej obsługi i wszystkie im podobne przybytki są mi nadzwyczaj obce i w nich nie czułbym się spokojnie. Poszedłem w to jedyne miejsce, gdzie czuję się swobodnie: do pubu. Pora była wczesna, więc mój wybór padł na pub U Neda z ulicy Townsend.
W wielu innych miejscach Irlandii, o godzinie dziesiątej z hakiem na próżno szukałbym otwartego lokalu ale nie w Dublinie. Tutaj — na moje szczęście — funkcjonują tzw. „Early House’y”. Instytucja zacna i mająca swoje społeczne zadanie. Historia głosi, że by zapobiec niezadowoleniu rybaków, żeglarzy, marynarzy i całej reszty ludzi morza, którzy mogliby przypływać do portu o świcie i mieć ochotę zrelaksować się nad pintą, zaczęto udzielać nielicznym wyszynkom licencji na serwowanie napojów już od wczesnych godzin porannych. Taką licencję posiada pub U Neda. Z tej właśnie licencji skorzystałem w poniedziałkowy poranek.

PS:
Wszedłem, podszedłem do lady, zamówiłem. Czekając, rozejrzałem się. W drugim rogu lady trwała ożywiona dyskusja. Kilka osób, przekrzykując się nawzajem, rozprawiało o ostatniej partii domina. Tak, domina. Muszę przyznać, że pierwszy raz widziałem w pubie ludzi grających, i to bardzo żwawo, w domino.
Wpis: 1 418.

Przedpremierowy pokaz gry Crysis 3

Crysis 3

Naśladuję Michaela z poprzedniego wpisu i również biorę udział w konkursach. Tym razem wziąłem w takim, w którym można było wygrać wejściówki na przedpremierowy pokaz gry Crysis 3 połączony z projekcją filmu Łowca androidów, a także z darmowymi drinkami i przekąskami.
Dostałem bilety. Wstępnie umówiłem się z Bonkiem
Michael też dostał, nawet cztery. Wiedząc, że nie będzie wybierał się, zaproponował, że jeśli tylko mam ochotę, mogę je komuś przekazać. Miałem chęć. Rozpoczęły się poszukiwania kogoś, kto również wziąłby udział w czymś, co już zapowiadało się na grubszą akcję.
Na pierwszy ogień poszedł Wijata. Oddałem mu dwa. Wziął ze sobą Patryka. Następni w kolejności byli Krzysiu i Daruś. Również zdecydowali się pojawić.

W dzień pokazu, przed wyjściem postanowiłem uciąć sobie popołudniową drzemkę licząc, że obudzę się na tyle wcześniej, że spokojnie dotrę na Leeson Street. Niestety, zaspałem. Na szczęście niewiele. Zorientowałem się, że Art. nie ma w domu i czym prędzej pobiegłem na południe Dublina będąc przekonanym, że chłopak wyszedł. Wyszedł, ale do szkoły zamiast do baru, w którym odbywała się projekcja.
Na miejscu pojawiłem się z może dwudziestominutowym opóźnieniem. Odhaczyłem się na liście, dostałem kupony na drinki, zamowiłem pierwszego i znalazłem dogodne miejsce na sali. Chwilę później przyszła przekąska w postaci małej piccy. Poczęstowałem się.
Sala The Sugar Clubu przypominała bardziej salę kinowo-koncertową z tą różnicą, że zamiast zwykłych krzesełek były kanapy, przed którymi były ustawione stoliki. Piękna sprawa.
Gdy czekałem na to, żeby rozpoczęło się cokolwiek, pojawił się Daruś. Trochę dalej w czas puszczono Łowcę androidów
Popijaliśmy Millery, rozmawialiśmy, film leciał w tle. Wtedy zjawiła się reszta ekipy i dołączyli do nas. Chociaż właściwie nie gramy, czekaliśmy na pokaz Crysisa 3.
Film skończył się. W tym momencie zgromadzeni na sali ludzie skupili się na scenie, ale ku naszemu zdziwieniu organizatorzy z EA zaczęli niby niepozornie usuwać wszelkie materiały promocyjne. Plakaty porozwieszane po ścianach, pudełka porozstawione tu i ówdzie (Sebastianowi udało się ocalić jedno, z którym później triumfalnie wróciliśmy do domu). Wreszcze zmyli się.
Zdezorientowana i zawiedziona gawiedź zaczęła opuszczać klub. My zostaliśmy jeszcze zahaczeni przez jakichś dwóch miłych Irlandczykom i zostły wręczone nam niewykorzystane kupony na drinki. Długo niewykorzystane nie pozostały.
Wyszliśmy z klubu, znaleźliśmy auto i wróciliśmy na Fairview kontynuować noc. Wigilę urodzin Darusia.
Wpis: 1 390.

Wymiana językowa

Przemogłem się i poszedłem. Po kilku nieudanych podejściach wreszcie zdecydowałem się ustawić i spróbować. Półtora roku po tym, jak nauczyłem się podstawowych zwrotów („trzy piwa poproszę”) stwierdziłem, że mogę je wykorzystać na żywo.
Umówiłem się w barze John Doyle’s. Byłem nieco wcześniej, zamówiłem Guinnessa i czekałem. O wyznaczonej godzinie odebrałem telefon, że Alvaro dopiero się zbiera. O ile Irlandczycy nie są natychmiastowi, o tyle wydaje się, że towarzystwo z Hiszpanii jest jeszcze bardziej swobodnie podchodzące do terminów. W każdym razie…
Chłopak zjawił się, wziął piwo i zaczęliśmy gadać.
Skąd jesteś? Co robisz? Jak długo w Irlandii? Lubisz piłkę nożną? Atletico de Madrid, nie Real? A widziałeś taki film? A słyszałeś Héroes Del Silencio? I tak bez końca. Przy czym Alvaro, im więcej swojego Fostera w siebie wlewał, tym mniej posługiwał się angielskim. Podobnie z mojej strony. Im więcej Guinnessa, tym mniej oporów przed próbami mówienia w języku Cervatesa.
Po kilku godzinach zaprzyjaźniliśmy się na tyle, że zaczęliśmy umawiać się na wspólne imprezy i zapewniać o tym, że jeśli ja wyląduję w Madrycie, albo chłopak wróci do Irlandii, to na pewno, na pewno się zobaczymy.
Pierwsze spotkanie z Conversation Exchange udało się. Niepewność przełamana. Może uda się ustawiać częściej.
Wpis: 1 372.

Nowe czytadło

Neal Stephenson - Zamieć
Po wyśmienitym Bobkowskim, co do którego mam żal, że nie wpadł mi w ręce wcześniej, pora na zgoła inną zabawę — a mianowicie coś cyberpunkowego. Na warsztat poszedł Neal Stephenson i jego Zamieć. Za pierwszym zamachem trzasnąłem połowę. Przy dobrych wiatrach, powinienem skończyć dziś wieczorem. Zobaczymy. W każdym razie…
Książka jest z gatunku tych łatwych i przyjemnych i napisanych tak, że za każdym razem ma się ochotę tzw. „jeszcze tylko jeden rozdział i już kładę się spać”. Poza tym, napisana ze 20 lat temu jest nieco, hmm… archaincznawa. Śmiesznie łamane przez zabawnie się czyta przewidywania autorów fantastyki naukowej próbujących przewidzieć przyszłość taką, w której właściwie dziś się żyje.
A co oprócz tego?
Tydzień po tym, jak wyjechały dziewczyny mieliśmy Festiwal Żaglowców. Na pierwszy dzień poszedł koncert Duke’a Speciala, chłopaka, którego koncertów staram się nie opuszczać. Podobnie, jak staram się nie przegapiać jego wydawnictw czy projektów. Tym razem udało mi się wrócić z trofeum:
Duke Special's signature
Następnego dnia zjawili się Ewa z Wijatą i przygotowywaliśmy się, żeby w sobotę pójść na właściwą część festiwalu. Z przygotowań skorzystali Ewa z Bonkiem, którzy rzeczywiście poszli oglądać statki. Ja z Wijatą wybrałem opcję mniej żeglarską i wybraliśmy się w drogę poszukać wilków morskich Jamesona czy kogoś w tym stylu.
Festiwal skończył się dzień później. Wjata wrócił do siebie.
Kolejne tygodnie mijały raczej spokojnie. Założyłem sobie, że będę łaził i łaziłem. Po 10km dziennie. Dobrze zrobiło mi to na spanie. O ile wcześniej miewałem niemałe problemy, tak — przynajmniej tak sobie wmówiłem — dzięki temu łażeniu, gdy kładłem się o północy niemal natychmiast padałem. To było dobre. Aż nastał zeszły tydzień, kiedy to rezydencja na Fairview przerodziła się w istny dom noclegowy.
Zaczęło się od tego, że jeszcze jakoś w tygodniu poprzedzającym zeszły tydzień zjawił się Krzyś, który miał pojawiać się i znikać aż do ostatniej soboty. Podobnie było w przypadku Karoliny, która również odwiedzała Fairview. W międzyczasie przewijał się Daruś, który również raz był, a raz go nie było by zjawić się na stałe w ostatni czwartek wraz z przybyłą z PL Magdą. Daruś z Magdą zabunkrowali się permanentnie do niedzieli. Krzyś zmył się w sobotę. Karolina w piątek. Jak podliczyłem z Bonkiem, przez ostatnie osiem, dziesięć dni nie było sytuacji, żeby ktoś tu nie nocował.
Można się domyślić, że było raczej rozrywkowo. Raz bardziej, raz mniej poważnie. Raz bardziej, raz mniej aktywnie. Innymi słowy, przypomniały mi się czasy ul. Świątecznej, gdzie dom również ciągle był otwarty i dobry kolega K. wracając z pracy czy zajęć właściwie nigdy nie wiedział kogo zastanie.
Na koniec, w niedzielę, dla odprężenia i spokojnego dojścia do siebie, postanowiliśmy z Darusiem i Magdą pójść na dubliński Wyścig Kaczek. Impreza polegała na tym, że należało (można było) wykupić gumową kaczkę (bądź kaczki), które następnie o określonej godzinie zostały wypuszczone na Rzekę. Były niesione prądem pod dwoma czy trzema mostami, by przy Moście O’Connella być wyłowionymi przez strażaków. Właściciel tej, która była pierwsza wygrywał jakąś tam nagrodę. Choć, to nie nagroda była najważniejsza, a jakiś szczytny cel charytatywny. Właściwie, to dotarliśmy na sam koniec zabawy. Widzieliśmy metę w postaci liny rozciągniętej po Rzece i strażaków wyławiających gumowe kaczki. Część z nich powędrowała w publiczność. Nam nie udało się żadnej przechwycić. Następnie poszwędaliśmy się po centrum, zahaczyliśmy dwa puby (w drugim — Cassidy’s, do użytku gości jest cała masa gier planszowych i logicznych; można rozerwać się popijając leniwie pintę Black Stuffu) i wróciliśmy na Fairview by Daruś z Magdą mogli się zawinąć na Glasnevin a ja pieprznąć się snem spokojnym po kilku dobry, dobrych dniach snu niespokojnego i wielce nieregularnego.
Wpis: 1 363.

Scenka rodzajowa, typowa

czas: piątkowy poranek;
miejsce: północne skrzydło posiadłości na Fairview;
osoby: miła obsługa sklepu, emigrant Walczak;

Emigrant Walczak dzwoni do sklepu dowiedzieć się, czy posiadają interesującą go rzecz.

miła obsługa sklepu: Hej! Co słychać?
emigrant Walczak: A w porządku, a u was? Słuchaj, macie (…)?
miła obsługa sklepu: A dzięki, dzięki. Mamy.
emigrant Walczak: To pięknie! Zaraz u was będę. Ciężko trafić?
miła obsługa sklepu: A nienienie… Znasz pub Kavanagh’s?
emigrant Walczak: Oczywiście!
miła obsługa sklepu: No to właśnie zaraz za tym pubem jesteśmy…
Kurtyna!

I tak jest zawsze, wszędzie i ze wszystkim. Dowolne miejsce w Irlandii da się określić w odniesieniu do najbliższego pubu. Zawsze jest jakiś w okolicy, nieopodal, za rogiem albo w najbliższej wiosce. Jak nie ma pubu, to przynajmniej jest kościół. A w skrajnych przypadkach, jak opowiada się w tej rolniczej części wyspy, dom znanej w okolicy osoby: „—Wiesz gdzie mieszka Darcy? —No. —To trzy domy za nim jest w lewo i jakieś dwieście jardów (…)”. Staroirlandzka anegdota głosi, że żeby założyć osadę, wioskę, cokolwiek, najpierw stawia się pub i zaraz po nim kościół… Domy nie są obowiązkowe. I do tej pory można niekiedy, po środku niczego, znaleźć wolnostojący „public-house”, a w radiu można usłyszeć reklamę, która brzmi mniej więcej tak: „zapytaj dowolnego Irlandczyka, jak znaleźć najbliższą pocztę, posterunek gardy czy aptekę, a wzruszy bezradnie ramionami, zrobi głupią minę i będzie miał pusty wzrok, ale zapytaj tego samego Irlandczyka, jak dotrzeć do O’Reilly’sa albo innego Smith’sa, natychmiast się ożywi, uśmiechnie, dokładnie wskaże kierunek i wyliczy kilkanaście pubów, do których można wstąpić po drodze podając ceny pint” (tak, reklamują puby, jako dziedzictwo narodowe Irlandii).
Wpis: 1 354.

Zagadka Leopolda Blooma

W Ulissesie James Joyce zastanawiał się, czy można przejść z północy (z cmentarza na Glasnevin) na południe (w okolice Grand Canal Docks) idąc ścisłym centrum i jednocześnie nie zahaczając (nie przechodząc obok) żadnego pubu. Zagadka przez lata wydawała się niemożliwa do rozwiązania z prostej przyczyny. Prędzej czy później, nie wychodząc ze śródmieścia, natykało się na jakiś lokal. Dopiero w zeszłym roku, jakiś student-magik-informatyk wytyczył szlak (na podstawie danych znalezionych w Internecie), który gwarantował nienatknięcie się na żaden szynk. Co prawda, już kilka godzin po publikacji wytknięto mu, że zapomniał o restauracjach czy hotelach, a na pytanie, czy przeszedł tę trasę odpowiadał, że oczywiście nie. Tym niemniej, przynajmniej podjęto próbę.
Ja takiej próby nie podejmuję się. Wręcz przeciwnie. Po tym, jak udało mi się odwiedzić wszystkie „public-housy” w Portlaoise i dobrych kilka w jego okolicy, podewziąłem sobie za zadanie zwiedzić jak najwięcej tutaj, w Dublinie. Oczywiście nie mówię o wszystkich. Tych szacuje się na około tysiąca, co powodowałoby, że przez trzy lata dzień w dzień musiałbym odnajdować inny lokal, ale tak czy inaczej, chciałbym wstąpić gdzie tylko się da i przytrafi.
Natomiast, z okazji mającego niedawno miejsce Dnia Leopolda Blooma, postanowiłem przedstawić przewodnik, jak trafić na Fairview będąc pewnym, że nie ominie się żadnego pubu.
I tak. Drogi są dwie. Najczęściej przechadzkę (w normalnych okolicznościach, niezależnie od obranej trasy, z centrum na Fairview jest 20 / 30 min. pieszo) rozpoczyna się bądź z ulicy O’Connella [LINK] bądź z Dworca Autobusowego [LINK].

OD STRONY DWORCA

Zakładamy, że z dworca wychodzimy głównym wyjściem. Po wnikliwszym rozglądnięciu się, dostrzegamy tzw. Pub Z Kulkami. To Robert Reade. Dobre, przyzwoite miejsce. Zdarzało się tam spędzać czas w oczekiwaniu na PKSa. Niestety, oznacza to, że wyszliśmy złym wyjściem. To nie zmienia jednak faktu, że wstąpić na jedno można a nawet trzeba.
Po wyjściu, należy kierować się prosto mijając po lewej ręce posterunek Gardy. Iść kawałek wzdłuż torów tramwajowych (wtedy po prawej ręce będzie drugie, właściwe, choć tajne, wyjście z dworca) i tuż przed skrzyżowaniem obrócić się gwałtownie w lewo. To nominalnie pierwszy pub na naszej drodze.

The Brew Dock. Szczyci się tym, że ma wiele gatunków piwa z różnych stron świata. Szczyci się również tym, że sam warzy niektóre z nich oraz tym, że jest częścią korporacji posiadającej swoje oddziały w wielu miastach. Nie wiem, czy szczyci się także tym, że zanim powstał na jego miejscu była urocza Kate’s Cottage. Miejsce o wiele przyjemniejsze, bardziej klimatyczne i mniej „sformatowane”, bardziej irlandzkie (choć są głosy, że wszystkie puby irlandzkie są „sformatowane”). I miało wspaniałą obsługę. Dla przykładu: Siedzę ze znajomym przy barze i prowadzimy gorącą i ożywioną dyskusję na temat twórczości Zespołu Filmowego Skurcz. Wspominamy niezapomniany Bułgarski Pościkk, parę produkcji krótkometrażowych oraz teledyski. Zastanawiamy się też, jak nazywał się ten drugi projekt ZF Skurcz. Sum, tak zwany… Może… Sum… I wtedy z pomocą przychodzi nam wspaniała obsługa uśmiechając się pobłażliwie i rozwiewając wszelkie wątpliwości mówi Sum, tak zwany olimpijczyk.

Wychodząc z The Brew Dock skręcamy w lewo, na rogu znów w lewo i idziemy w górę ulicy. Drugim barem, który napotykamy, jest Grainger’s. Bardzo cichy i bardzo typowy pub. Z powolną obsługą i powolną klientelą. Nastawiony raczej na tych, którzy przyszli odpocząć, poczytać, obejrzeć wyścigi konne czy wyścigi psów.

Wychodzimy i idąc wciąż tą samą ulicą napotykamy na wiadukt. Od tego momentu zaczyna się Dublin nieturystyczny. Pierwszym jego przykładem jest znajdujący się po lewej ręce przybytek o wdzięcznej nazwie J&M Cleary. Ani lokalizacją, ani pub-fasadą nie zachęca do odwiedzenia, ale żeby przebyć całą drogę, wypadałoby chociaż zajrzeć. Tym bardziej, jeśli fryzura po podróży w rozsypce. Jak widać, drzwi w drzwi mamy od razu fryzjera.

Niewiele dalej, na rogu, mamy czarnego Lloydsa. Jeden z tych barów, które są typowo sportowe. Zawsze jest jakaś transmisja i nieważne jaka byłaby, zwykle jest wiele osób śledzących ją na bieżąco. Tym bardziej, że nieopodal jest kilka zakładów bukmacherskich, a że duch hazardu w narodzie irlandzkim nie ginie, zakładanie się jest jedną z najpopularniejszych czynności na Wyspie.

Kierując się ciągle w tę samą stronę, podziwiając „prawdziwy Dublin”, oczom naszym ukaże się kamienica przecięta w pół, a w niej – oczywiście – bar: Burkes. Pozornie może wyglądać na zamknięty, ale niech to zabite dechą okno nas nie zmyli. Pub bywa otwierany. Muszę jednak przyznać, że jak dotąd nie udało mi się rozgryźć schematu, jakim kieruje się właściciel przy wyborze godzin i dni otwarcia. Być może robi to w ten sam sposób, co właściciel innego pubu, który – jak wieść gminna niesie – otwiera tylko wtedy, kiedy  jest w stanie i na tak długo, na ile jest w stanie. Jeśli przytrafi się okazja, i bar będzie akurat czynny, należy wejść. W innym przypadku, możemy pozwolić sobie na przejście na drugą stronę ulicy, żeby nie ominąć kolejnego na naszej drodze miejsca.

Oto niebieski The Strand House. Następny bar-lokalny. Z lokalną, dobrze znającą się nawzajem, klientelą. Może nie prezentować się najlepiej, ale niewiele irlandzkich pubów różni się od siebie. Czasem wydaje się, że tworzą jeden organizm, jakąś organizację, mającą swoich przedstawicieli w każdym zakątku kraju. Jak głosi staro irlandzkie przysłowie, gdy ma na Wyspie powstać nowa osada, najpierw wznosi się kościół (drugi, potężny organizm), zaraz po nim „public-house”, a kwestia tego, czy w okolicy pobudują się domy jest sprawą drugorzędną i w dużej mierze zależną od jakości pinty w barze.

Pozostając po tej stronie ulicy, dotrzemy do czarnego Cusacka. W opinii lokalnej społeczności, wyrażanej na wszelkiego rodzaju forach internetowych to właśnie czary Cusack jest barem, w którym leją najlepszą pintę w okolicy. Trzeba jednak przyznać, że opinia lokalnej społeczności odzwierciedla naprawdę lokalną społeczność, czyli kilka osób mieszkających w zasięgu dwóch, trzech przecznic, które mają dostęp do Internetu, wiedzą czym są fora i potrafią się wyartykułować pisemnie. Co, choć mogłoby wydawać się inaczej, w Irlandii, a szczególnie w tej nieturystycznej części miasta, nie jest sprawą oczywistą. Północne Śródmieście (North Inner City) Dublina, to region dość specyficzny. Ale mniejsza o to. Raczymy się powolnie najlepszą pintą w kręgu dwustu, trzystu metrów i idziemy dalej.

Przechodzimy na drugą stronę ulicy i trafiamy na Annesley House. Przy okazji, spoglądamy na drogowskaz i upewniamy się, że idziemy w dobrym kierunku. W końcu, cały czas zmierzamy na Fairview. W Annesley Housie nie znajdziemy niczego niezwykłego. Możemy tylko po raz kolejny przekonać się, jak „sformatowane” są irlandzkie bary. Praktycznie taki sam wystrój, taka sama oferta, taka sama rozrywka. A mimo to, mają w sobie tę duszę, której nie uświadczy się w Hard Rock Cafe czy innej „sieciówce”. Można sobie wyobrażać, jak jeszcze sto lat temu, w takim barze, który prawdopodobnie wtedy wyglądał niemal dokładnie tak samo, gromadziła się okoliczna ludność i przy pińcie obmawiała najistotniejsze dla niej wtedy sprawy. Do domów zapraszało się jedynie rodzinę. Na spotkania ze znajomymi wychodziło się do pubu. Tego podejścia Irlandczykom zazdroszczę.

Po krótkiej podróży w czasie, wychodzimy, spoglądamy jeszcze raz na drogowskaz i idziemy. Po drodze będziemy mieli most, parę skrzyżowań, ale idziemy tak długo, aż po lewej ręce zobaczymy Smyths. To będzie pierwszy znak, że jesteśmy już blisko. Wchodzimy i koniecznie siadamy przy barze. Choć nie jest to najpiękniejszy lokal i nie jest najczęstszym celem moich wypadów, niekiedy o niego zahaczam. Ma wyrozumiałego barmana, przyjaznych klientów i nigdy nie trafiłem na nachalną muzykę. To, że transmituje wydarzenia sportowe, rozumie się samo przez się. Na Dzień Guinnessa obniżył ceny najbardziej. Tyle tylko, że w prywatnym rankingu na trzy najbliższe lokale jest określany mianem „tego niefajnego”.

Wychodzimy i dla odmiany kierujemy się w stronę, z której przyszliśmy. Po prawej ręce będziemy mieli teoretycznie przedostatni, a praktycznie ostatni bar w długiej drodze na Fairview – Gaffney & Son. Wbijamy się, przebijamy przez labirynt przestrzennych, schludnych i dobrze zadbanych pomieszczeń wewnątrz, przełazimy przez cały i wychodzimy z drugiej strony, do cichego ogródka piwnego (wcześniej zamawiając piwo w odnalezionym w którymś z pomieszczeń barze). W prywatnym rankingu na trzy najbliższe lokale jest określany mianem „tego fajnego”.

Po opuszczeniu już praktycznie ostatniego baru, skręcamy w lewo i idziemy przed siebie. Będziemy mijali kościół, skrzyżowanie, a zaraz za nim już naprawdę ostatni pub. The Player’s Lounge. The Player’s Lounge jet niestety nieczynne od zeszłego roku, kiedy to zostało spłonięte w ramach porachunków pomiędzy republikanami a unionistami. The Player’s Lounge jest… był znany z tego, że była to kwatera główna IRA na Dublin. Tutaj, jeszcze w zeszłym roku, gromadziły się głowy ugrupowania przedyskutować strategie. Tutaj, raz po raz, ktoś wpadał z pistoletem przetłumaczyć komuś innemu swoje racje. To ten bar, na czas przyjazdu Królowej Anglii do Dublina wywiesił transparent – Królowa Wypierdalaj. Z drugiej strony, nie mieszając do niego polityki, był przestronnym, przyzwoitym lokalem, organizującym wspaniałe koncerty i… tak, transmisje sportowe. Był też oficjalnym pubem kibiców Celtic Glasgow.

Mijamy go i jesteśmy właściwie na miejscu. Jeszcze tylko musimy podnieść na chwilę wzrok i zlokalizować wielki błękitny neon The Strand Off Licence i ta brama tuż obok, to tu.

Wchodzimy na ulicę O’Connella i od razu trafiamy na drugą najruchliwszą, najbardziej zatłoczoną i z pozoru najbardziej chaotyczną ulicę Dublina. Musimy upewnić się, że idziemy po jej prawej stronie. Pierwszym będzie, wyjątkowo ekskluzywny (czyt. drogi) The Grand Central. Warto zajrzeć ze względu na to, żeby zobaczyć jak wyglądają luksusowe, choć wciąż tradycyjne puby irlandzkie. Jakim rodzajem gości się charakteryzują (głównie turyści) i jaką obsługą (głównie obcokrajowcy).

Po wyjściu możemy przejść w poprzek ulicy z tramwajami i po przekątnej trafimy do The Oval. Choć usytuowany vis-a-vis, jest zupełnie inny, raczej mniej zatłoczony za to bardziej przyjazny i przy okazji jest miejscem biforów i afterów w pobliskiej salce koncertowej. Tutaj pinta jest obowiązkowa. Zawsze zastanawiało mnie skąd nazwa, bo wierzyć mi się nie chce, żeby pochodziła jedynie od kształtu fasady. To byłoby zbyt oczywiste.

Wychodzimy, wracamy na O’Connella, przekraczamy go, by z powrotem znaleźć się na jego wschodniej stronie. Rozglądamy się uważnie i jeśli znajdziemy się na wysokości sklepu Penney’s (Penis), skręcamy w prawo, w boczą uliczkę. Trafiamy na uroczy, cichy i spokojny, kameralny i niezwykle przyjazny bar The Sackville. The Sackville ożywia się w weekendy, kiedy staje się miejscem biforów. Jeśli nie przyjdzie się wystarczająco wcześnie, nie ma szans wetknąć nawet szpilki. Jeśli jednak akurat jest południe i środek tygodnia, grzechem byłoby przepuścić.

Gdy wyjdziemy i wrócimy na O’Connella, skręcamy w prawo, w stronę Szpicy („dzidy”) Tysiąclecia. Mijamy ją i musimy zacząć uważnie się rozglądać, po naszej prawej ręce zaczną pojawiać się kolejne lokale. Na początek Madigans. Mniej turystyczny, niż pierwszy The Grand Central, ale wciąż bardziej nastawiony na zwiedzających. Mający, oczywiście, swoją stałą klientelę, ale tak jest z każdym pubem w Irlandii. Człowiek chodzi do swojego ulubionego i kilku innych, ale tylko przez jeden jest charakteryzowany. Słynne: „Powiedz mi do jakiego pubu chodzisz, a powiem ci, kim jesteś”.

Jak już opuścimy Madigansa musimy być ostrożni potrójnie, bowiem zbliżamy się do bermudzkiego trójkąta pubów dubliński – The Living Room (wejście od bocznej uliczki), Murrays (wejście od O’Connella) i Fibber Magees (wejście od Parnella). Do którego z nich nie wejdziemy, może okazać się, że wyjdziemy w którymś innym. Wielu straciło już w nich orientację gubiąc się i próbując sobie przypomnieć, jak w harcerzach ustalało się kierunki świata. A to wszystko z powodu tego, że te trzy puby mają wspólny ogródek piwny, który jest jednak nieco labiryntowaty i naprawdę można nie wiedzieć, z której strony się przyszło. Z tych trzech pubów, pierwszy – The Living Room –  jest bardziej diskowaty. Dość nowocześnie urządzony i przygotowany raczej na osoby, które poszukują densfloru.

Drugi – Murrays – jest bardzo podobny do Madigansa. Często można spotkać więcej osób spożywających posiłki niż napoje. Co zresztą jest bardzo charakterystyczne dla irlandzkich pubów. Niemal wszystkie serwują obiady, często też kolacje i nie jest niczym niezwykłym wejść i zamówić sobie posiłek. Na początku było to dla mnie nie do pomyślenia. Jeść w pubie? To tak, jakby kawę zamawiać albo wodę mineralną. Ale z czasem można przywyknąć i muszę przyznać, że raz czy drugi posiłkowałem się barach. Stąd też często naprzemiennie używam określenia pub, bar, lokal, knajpa – wszystkie te słowa oznaczają miejsce, które ma jedzenie, serwuje alkohol i gdzie można posłuchać muzyki na żywo oraz pooglądać transmisje sportowe.

Natomiast trzeci – Fibber Magees – to zwyczajowo polski pub. Kiedyś w okolicy był typowo polski, prowadzony przez Polaków, pub podający polskie potrawy i nalewający polskie piwo, ale wyniósł się razem z dobrobytem. Tymczasem jego bywalcy zostali i przenieśli się do najbliższego, którego znaleźli. Był nim właśnie Fibber Magees. Dlatego nie należy być zdziwionym, kiedy okaże się, że jedynymi przesiadującymi w nim osobami będą rodacy. Jest to też najbardziej rockowy z tych trzech. W podziemnej sali koncertowej często organizowane są koncerty (także kapel sprowadzanych z Polski). Na dodatek, bermudzki trójkąt pubów dubliński jest co roku siedzibą główną Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

Ponieważ zmierzamy na Fairview, zalecane jest opuszczenie bermudzkiego trójkąta pubów dublińskich poprzez Fibbera Mageesa i przejście na drugą stronę Parnella. Tam kolejno znajdziemy The Shakespeare’a, The Metro, jednego z wielu w Dublinie O’Reilly’sa, The Deer’s Heada. Do którego z nich nie wejdziemy, zobaczymy to samo, tzw. Północne Śródmieście (North Inner City) Dublina. To znaczy, że zbliżamy się, a właściwie weszliśmy do tych nieturystycznych obszarów miasta.

Każde nieturystyczne obszary każdego miasta mają swoją tkankę ludzką składającą się z okolicznych mieszkańców, którzy doskonale wiedzą co, gdzie, kiedy i kto z kim. Ale co jest wspaniałe w tym mieście, nie wchodzą w interakcje z nieswoimi. Toteż, do którego z tych pubów nie weszłoby się, można byłoby spokojnie skosztować niezbyt smacznej (za to taniej) pinty i poprzysłuchiwać się temu lokalnemu dialektowi brzmiącemu tak zupełnie inaczej od tego, czego jeszcze chwilę wcześniej można było doświadczyć na O’Connellu.

Północne Śródmieście Dublina wykształciło swój własny sposób porozumiewania się i ktoś nieprzyzwyczajony do tego, że to jednak jest angielski, nie połapie się w nim. Należy zapamiętać, że najczęściej powtarzanym słowem, przez samych północnośródmiejskich dublińczyków jest: „Co”? albo: „Czego?” ewentualnie: „Jeszcze raz”. Nie rozumieją siebie nawzajem i jak nie rozumieją obcych, to mogą co najwyżej pomyśleć, że z innej ulicy się jest.

Z ciekawości, można wstąpić do znajdującego się naprzeciwko Baru Kibiców Dublina. Nie byłem. Nie wiem, czego się spodziewać. Przypuszczałbym jedynie, że Bar Kibiców Dublina niewiele różni się od zwykłego pubu. Nie sądzę, żeby trzeba było legitymować się przy wejściu, wykazywać znajomość graczy dublińskiej drużyny futbolu gaelickiego czy hurlingu. Domyślałbym się także, że zastani wewnątrz kibice na widok obcej osoby ucieszyliby się z tego, że ktoś nowy wyraża zainteresowanie ich klubem i być może będzie chciał do nich dołączyć. I to byłoby na tyle, jeśli chodzi o kibicowanie w Irlandii. Resztę widać było na Euro 2012.

Po wyjściu z ostatniego baru, obracamy się w prawo i idziemy pod górkę. Czeka nas teraz kilku minutowy spacer bez żadnej knajpy w okolicy. Taka posucha rzadko się zdarza. Myślę, że ten odcinek mógłby Bloom wykorzystać przy rozwiązywaniu swojej zagadki. Pytanie tylko, czy dotarłby do niego nienapotkawszy żadnego lokalu. Eee… Nie dotarłby. My natomiast, kontynuując w stronę Fairview znajdujemy Dom Zachodzącego Słońca (The Sunset House). Ponieważ znajdujemy się w okolicy Croke Parku, bary stają się jeszcze bardziej sportowe. Transmisje zaczynają przeważać nad muzyką na żywo.

Następnym przybytkiem na naszej drodze będzie The Bridge Tavern. Z zewnątrz niepozorna. Po wejściu, pierwsza sala, z ladą, nie różni się niczym od każdej innej sali z ladą w Irlandii. Jest kilka nalewaków, na półkach za ladą jest mnóstwo alkoholi. Między jednym i drugim porusza się łagodny barman, a przed ladą jest rząd okupowanych krzeseł i jeśli barman jest zapobiegliwy, to do kontuaru przybije specjalne wieszaki, na których można zaczepić kurtkę czy torbę. Po jej minięciu trafiamy do obszernego i dość wysokiego pomieszczenia. Można chwilę odpocząć.

Wychodzimy i zbliżamy się do Lowrysa. Ten może uchodzić za tanc-budę. Reklamuje się nocami karaoke i koncertami na żywo wyłamując ze sportowego charakteru dwóch poprzednich. Niekiedy pubu można też spotkać informację o specjalnych promocjach cen piw, które to ceny wydają się na tyle atrakcyjne, że aż mało prawdopodobne.

Dalej mamy The Ref Pub. Podobnie, jak wyżej, reklamujący się nocami karaoke, ale przebijający Lowrysa darmową grą w bingo co czwartek! Zarówno Lowrys i The Ref Pub zaliczają się to tej kategorii pubów pobliskich. Mają swoich stałych bywalców, niewielu obcych i niekoniecznie przestrzegają godzin otwarcia. Któregoś razu, w innej części Irlandii zdarzyło mi się rozmawiać narzekając, że pewien konkretny pub nie był otwarty, kiedy akurat byłem w jego okolicy. Odpowiedziała mi osoba mieszkająca blisko tego miejsca: „Ty się nie przejmuj, Piotrek. Jego właścicielem jest nasz Gardzista, a on pełni służbę do dziesiątej w nocy, zanim się ogarnie, zje będzie jedenasta i przy dobrych wiatrach wtedy otwiera. Ale za to do rana!”.

Wychodzimy i trafiamy na przedostatni już w naszej podróży pub Clonliffe House. W drodze z miasta ten bar zwiastuje, że jest już się blisko. Następnym i zarazem końcowym przystankiem podróży będzie pub, który w prywatnym rankingu na trzy najbliższe lokale jest określany mianem: „ten najbliższy”.

Aż wreszcie, naszym oczom ukazuje się już ostatni pub w tej drodze na Fairview – Meaghers. Wchodzimy i siadamy przy ladzie. Zwyczajowo, w Irlandii nie siada się przy stolikach (chyba, żeby zjeść). Po wejściu do knajpy, swoje kroki kieruje się do baru. Nie ma wyjątku. To znaczy jest, my Polacy. Znajomy barman w znajomym barze jeszcze w Portlaoise kilka razy zadawał mi pytanie: „Piotrek, słuchaj, co z wami jest, co? Jak wchodzicie do pubu, to od razu rozglądacie się za stolikiem a później nie zamawiacie niczego do jedzenia, tylko gnijecie w koncie pijąc i kłócąc się (wnioskuję z waszej gestykulacji), narzekając na życie, żonę, szefa, dzieci, pogodę… Przecież to jest pub! Się umawia ze znajomymi, się zbiera przy barze, się bawi!” Po spożyciu ostatniej pinty, wychodzimy i skręcamy w lewo.

Podobnie jak w przypadku pierwszej trasy, musimy znaleźć The Strand Off Licence, dalej bramę obok i ta brama obok to już tu.

PODSUMOWANIE

Łatwo zauważyć, że droga zarówno od strony Dworca Autobusowego, jak i od strony O’Connella nie jest łatwa ani krótka. Gdyby przyjrzeć się uważniej, można dostrzec, że wybierając drogę od strony O’Connella i chcąc zahaczyć każdy z przystanków, będziemy mieli ich siedemnaście. Jedynie dwa mniej, niż w całym Portlaoise. Należy też pamiętać, że poza małym wyjątkiem nie uwzględnialiśmy uliczek pobocznych.

W każdym razie, teraz już nie powinno być problemów z trafieniem. Na podleczenie wątroby specyfiki są w pobliskim offlicensie. Serdecznie zapraszam!
Wpis: 1 345.

Szczęśliwy krawat

Miałem w pracy poważną rozmowę. O tyle istotną, że od niej miało zależeć, czy wciąż będę te trzy dni w tygodniu dojeżdżał do Dublina czy być może zostanę permanentnie odpoczywającym przedstawicielem niewykształconej klasy średniej.
O rozmowie wiedziałem od kilku tygodni i na samym początku byłem dość poważnie przejęty. Jednak wraz ze zbliżającym się terminem, stres mijał i ustępował powszechnemu zobojętnieniu. Apogeum nastąpiło wczoraj, kiedy pojawiła się wszystkotłumacząca myśl: „co będzie, to będzie”
Mimo to, rano, szykując się do wyjścia, postanowiłem (choć nie jestem przesądny) założyć szczęśliwy krawat[1].

Do pracy dojechałem spokojnie, odczekałem na swoją kolej i zszedłem do pokoju konferencyjnego, gdzie czekali już na mnie Paulina (kadrowa) i Brendan (jeden z przełożonych).
Zaczęliśmy przeglądać formularz, który wypełniłem parę tygodni wcześniej, a który traktował o osiągnięciach i potknięciach ostatnich miesięcy oraz planach na kolejne. Uskutecznialiśmy typową firmową nowomowę. „Co najbardziej podobało ci się na swoim stanowisku?” pytała kadrowa. „Możliwość kontaktu z nowym otoczeniem i nabierania nowych doświadczeń” odpowiadałem szczerze z wyjątkowym uśmiechem na ustach. „Czy przed przyjściem do nas miałeś doświadczenie w podobnej pracy?” dopytywała się Paulina. „Ależ skądże, robiłem coś zupełnie innego” przyznawałem rozbrajająco. „Musimy przyznać, że niezwykle dobrze sobie radzisz i po raz pierwszy od dłuższego czasu nie mamy problemów z tym, czym się zajmujesz a wcześniej zdarzały się niemal codziennie” podpowiadał Brendan. „Dziękuję za uznanie” mówiłem skromnie. „Jak układa ci się współpraca z Brianem?” „Całkiem nieźle, biorąc pod uwagę, że jest kibicem MU”… I tak dalej, i tak dalej.
Wcześniej obawiałem się, że zostaną mi wytknięte błędy, które popełniłem i niedociągnięcia, których się dopuściłem[2], jednak propaganda sukcesu, jak widać, i tutaj dotarła i koncentrowaliśmy się tylko na dobrych stronach. Zawiesiłem się raz, kiedy zapytano się mnie, co planuję na przyszłość, co mogę swoją osobą wnieść do firmy, jak zracjonalizować produkcję. Musiałem zamilknąć udając, że głęboko się zastanawiam. Wreszcie zdecydowałem się na jakże elkowętną odpowiedź: „pomyślę”. W końcu jestem rzemieślnikiem, który wykona polecenia, a nie artystą, który będzie lał na około ideami.

Na koniec podziękowaliśmy sobie za spotkanie, wyraziliśmy nadzieję dalszej jeszcze bardziej udanej współpracy i każdy wrócił do swoich zajęć
Zadowolony z takiego obrotu sprawy — czy to dzięki szczęśliwemu krawatowi czy bez jego pomocy — postanowiłem nie wracać po pracy bezpośrednio do Portlaoise, a zaszyć się w dostojnym lokalu o nazwie Brian Boru.

—— — — — — —
[1] Szczęśliwy krawat ubrałem po raz pierwszy, tak dla ścisłości.
[2] Wiem, jak było i wiem, że mogło było być inaczej (lepiej).

Wpis: 1 218.

U Sebastiana na imieninach…

Wróciłem do domu przed ósmą. Oporządziłem się, przygotowałem sobie kolację i zasiadłem przed komputerem. Ledwie uruchomiło się GG a magicznym słowem „Guinness” zaatakowała mnie Karolajna. Okazało się, że Sebastian ma imieniny i można by mu zorganizować niezapowiedzianą imprezę.
Rozważyliśmy wszystkie możliwości, pozmienialiśmy plany z milion razy, ale ostatecznie ustaliliśmy, że Marcin z Patrykiem przyjadą po mnie. Pojedziemy na Fair Green, gdzie Marcin nas zostawi, a my przechwycimy Sebastiana i wywieziemy go do zaprzyjaźnionego pubu. Jak postanowiliśmy tak zrobiliśmy i kilkanaście minut później robiliśmy wiśniowy bifor u Sebastiana w domu.
Lekko po dziewiątej podjechała taksówka i zabrała nas do centrum. Zaatakowaliśmy Letheana. Znajomy barman nalał nam po Guinnessie i rozpoczęliśmy właściwą część wieczoru.
Po jakimś czasie zjawił się Michał. Później dotarła Karolajna. Na chwilę przyszła Sylwia. A wszystko to było podsączane kolejnymi pintami „Black Stuffu”.
  Wieczór trwał w najlepsze, rozmowy poruszały kolejne tematy, planowaliśmy następne spotkania, wspominaliśmy poprzednie i zbliżał się moment, w którym jasne stawało się, że sam Guinness nie wystarczy i trzeba będzie go czymś utrwalić. W tej roli najlepiej zawsze spisuje się święta trójca pod postacią sól-tequilla-cytryna (właściwie limonka tym razem) i wczoraj było podobnie. Z początku spokojnie, tylko niegdysiejszy Wild West w mojej osobie i East Coast zmaterializowany w Sebastianie, ale później już kolektywnie. Jak szaleć, to szaleć.
Dawno już minęła pora ewakuacji, czyli znienawidzona jedenasta trzydzieści, na szczęście znajomy barman lał nam Guinnessa śmiało. Jako stali (często jedyni) bywalcy, cieszymy się pewnymi przywilejami. Niestety, wszystko, co dobre, się kończy i musieliśmy opuścić placówkę gdzieś w okolicach godziny pierwszej. Poszliśmy na tradycyjne żarło a później zapakowaliśmy się w taksówkę. Ewa, Sebastian i Michał pojechali na Fair Green robić after, a mnie wysadzili po drodze pod przeklętym domem, gdzie dokonawszy dzieła konsumpcji, zadowolony z wieczoru, położyłem się grzecznie i spokojnie spać.
I tylko zdziwił mnie rano SMS od Ewy: „wrócił?”. Musi, dziewczyna nie pamiętała, że jechaliśmy tą samą taryfą.

Wpis: 1 216.