Kalendarz

Grudzień 2017
P W Ś C P S N
« lis    
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66829
  • Dzisiaj wizyt: 17

praca

Sklep w ruinie, staff w rozsypce

Po ponad dwóch tygodniach przerwy, do pracy wróciłem w poniedziałek o ósmej rano. Z jednej strony trochę niecierpliwiłem się (przez poprzednie –naście miesięcy sklep wyznaczał mi pewien rytm dnia / tygodnia), z drugiej byłem lekko zaniepokojony tym, co przeczytałem w przesłanym mi parę dni wcześniej grafiku. Wynikało z niego, że przez cały tydzień miało nie być Joanny – szefowej, która trzyma cały ten interes w garści i tylko dzięki jej uporowi sklep zachowywuje spójność.
Gdy wszedłem do pracy (jest ósma rano, sklep otworzony ledwo co pół godziny wcześniej, wszystko wygląda tak, jak przygotowane zostało noc wcześniej), ujrzałem niesamowity bałagan. Gdybym to ja zamykał stację i zostawił ją w takim nieładzie, rano dostałbym od Joanny porządny ochrzan. Dziewczyna pilnowała, żeby na pierwszy rzut oka sklep wyglądał czysto i schludnie. Tym razem tak nie było.
Zamieniłem kilka słów ze Steve’im (przyszedł w zastępstwo Joanny) i starałem odnaleźć się w sytuacji. Sprawdziłem, kto był poprzedniej nocy (Irena, w zastępstwie Brygidy) i próbowałem wyobrazić sobie, co musiało się wydarzyć. Oprócz tego na szybko przypominałem sobie wszystkie sklepowe odruchy (obsługę kasy, przyjmowanie dostaw etc.). Dzień mijał leniwie aż przyszła Irena.
Wzięła mnie na bok i mówi: „W piątek rano, jak przyszłam do pracy, Joanna powiedziała, że ma wszystkiego dość i wyszła; od tamtej pory nie ma z nią kontaktu”. To mnie uderzyło. Zacząłem dopytywać się czy wiadomo coś więcej, ale odpowiedź zawsze brzmiała: „nie”. Do końca dnia mnie to dręczyło i zastanawiałem się czy wypada napisać do przełożonej (ale też – jakby nie patrzeć – znajomej) czy lepiej zostawić ją samej sobie.
We wtorek postanowiłem napisać. Kombinowałem czy wysłać wymyślnego SMSa czy może pozostać przy prostym pytaniu. Stanęło na tym drugim. Napisałem: „Joanna? Co się dzieje?”. Myślałem, że jeśli się narzucam, Joanna po prostu nie odpisze. Ale odpisała: „Mam dość, musiałam zrobić sobie przerwę. Na tę chwilę nie wiem kiedy i czy wrócę”. To nie była dobra wiadomość.
Jak wspomniałem, ten sklep to Joanna a Joanna to ten sklep. Bez niej wszystko się rozjedzie. Szefostwo nie znajdzie drugiej tak oddanej temu konkretnemu miejscu osoby. Na pewno wśród kadr ma kierownika, który z przyjemnością przejąłby naszą stację (mówiło się o tym nieoficjalnie, kiedy Dawid, przełożony Joanny, chciał ją parę tygodni temu przesunąć do innego sklepu, żeby w Portlaoise zrobić miejsce dla jakiegoś swojego znajomego), ale nie ma szans by taki ktoś żył sklepem 24/7. W każdym razie wychodzi na to, że centrala, która od otwarcia Re.Store (w lipcu) w miejsce Topaza robiła Joannie pod górkę osiągnęła sukces. Wyniszczyła dziewczynę do tego stopnia, że ta rezygnuje z miejsca, które było dla niej stworzone (i vice versa). Te wszystkie podchody, presja, działania sabotażowe zakończyły się odejściem Joanny. Odejściem Joanny, a co za tym idzie, rozpadnięciem się sklepu w takiej formie, w jakiej trzymał się do teraz.
Nastała środą. Gdy przyszedłem do pracy, to w drzwiach minąłem się z Ireną (ja zaczynałem zmianę, ona kończyła swoją). Wyglądała jak wrak człowieka. Powiedziała tylko: „Porozmawiamy następnego dnia”. Zacząłem zastanawiać się o co mogło jej chodzić. Z tą myślą mijał mi dzień.
Wieczorem, kiedy szykowałem się do zamknięcia stacji i kiedy krążył już ochroniarz, to on właśnie rzucił mi nieco światła na wcześniejszą wypowiedź Ireny. Powiedział, że kiedy rano otwierali sklep, Irena weszła do środka, stanęła i niemal jak w transie zaczęła powtarzać sama do siebie: „Nie dam rady, no nie dam rady, nie poradzę sobie, nie wytrzymam tego”. I tak w kółko. Zapowiadało się, że i druga przełożona zdezerteruje.
W czwartek rozmawiam z Ireną i słyszę: „To jeszcze nic pewnego, w piątek przyjedzie tu ktoś z Dublina, w poniedziałek będę rozmawiać z Dave’em, ale jest wielce prawdopodobne, że przed świętami już mnie tu nie będzie. Nie dam rady sama przeprowadzić sklep przez okres świąteczny. Nie widzę wsparcia z centrali. Zaczęli oczekiwać ode mnie pracy organizacyjnej za dwie osoby. Nie dźwignę tego”.
I to była prawda, przy całym szacunku dla Ireny, dziewczyna osiągnęła szczyt swoich możliwości na pozycji kierownika zmiany. Sama śmiała się z tego, że to najlepsza rola, jaką może mieć: ani obowiązków ani odpowiedzialności takiej jak kierownik sklepu czy jego zastępca. Ale też gwarantowany pełen etat, stawka godzinowa nieco przyzwoitsza niż zwykłego sprzedawcy. Idealne wypośrodkowanie.
Aż wreszcie dzisiaj, w piątek, Irena dzwoni i mówi: „Złożyłam wymówienie, kończę 21-ego. Jeszcze tylko Dawid musi je przyjąć (nie odzywa się) i formalnościom stanie się zadość. Szkoda, że tak to się kończy, ale nie widziałam innego wyjścia)”. „W porządku, Irena” – powiedziałem. „Rób, co musisz”.
Dwie panie kapitan tego statku właśnie opuszczają pokład.

Co to oznacza dla mnie? Centrala przyśle mi pewnie jakiegoś kierownika sklepu, jakiegoś jego zastępcę i będziemy musieli wypracowywać relacje od nowa. Na dwoje babka wróżyła: mogą przyjść ludzie wyrozumiali ale i wymagający albo zupełnie inni. Może nowe szefostwo nie będzie robiło problemów z podpisywanie papierów dla Socjala, a może wręcz przeciwnie. Pewne (choć właściwie, to nie wiem) może być tylko to, że Centrala nie zdecyduje się na zamknięcie sklepu w Portlaoise (tyle tylko, z tego, co widziałem, jak jeszcze szkoliłem się na Sprzedawcę Seniora, to akurat nasza stacja dochodowa nie była…). Mam jednak nadzieję, że tego sklepu nie będę musiał dopisywać sobie do listy trofeów.

Wpis: 1 542.

Z branży paliwowej do małej gastronomii

re.store

Miała nastąpić zmiana i tak się stało. Parę tygodni temu zamknięto sklep. Po dziesięciu dniach otworzono ponownie. I parę rzeczy się zmieniło.
Centrala stwierdziła, że zmienimy nazwę (na razie na Re.Store, docelowo na wspominane już Circle K). Oprócz tego poszerzono asortyment (pogubić się można). I dodano serwowanie ciepłych posiłków (na tę chwilę – hod-dogów). I w nich leży pies pogrzebany.
W chwili, kiedy okazało się, że sklep zostanie wyposażony w stoisko z hot-dogami zaczęły pojawiać się wątpliwości: przyjdzie osoba odpowiedzialna tylko i wyłącznie za te hot-dogi? będzie pracować od rana do nocy? hot-dogi będą serwowane w konkretnych godzinach a w pozostałych klient będzie mógł obejść się smakiem? albo, nie daj Boże, dotychczasowa ekipa stanie się odpowiedzialna za te hot-dogi? czyli, osoba, która otwiera sklep, uruchamia także podawanie hot-dogów i osoba, która zamyka sklep serwuje je do samego końca? Pytań było wiele. Tym żyliśmy (Joanna i Irena, ja, Gránnie’a i Brygida /oraz nowozatrudniona Lorraine/). Pierwsze wątpliwości rozwiała centrala wysyłając nas w połowie lipca na szkolenie z przygotowywania rzeczonych hot-dogów.
Pojechaliśmy zwartą ekipą do pobliskiego Athy. Wdzialiśmy czepki, fartuchy, rękawiczki i te siatki na włosy i zostało nam pokazane jak podgrzać kiełbasę na hot-doga (położyć na rozgrzanym blacie), jak podgrzać bułkę (wcisnąć w rozgrzany opiekacz) i jak przyozdobić sprzedaż (dekorując pomidorem, tartym żółtym serem, plasterkiem pepperoni lub /przepis przyszedł z Niemiec/ kapustą kiszoną (sic!) /kapustą kiszoną? w Irlandii? w hot-dogu, którego nazwa brzmi: “Currywürst”? Średnio).
W każdym razie, po przeszkoleniu odesłano nas z powrotem. Zmiany w naszym sklepie dobiegały końca i kiedy nastał pierwszy dzień po wznowieniu działalności, Joanna mnie oddelegowała na pierwszy ogień.
Między siódmą a jedenastą wieczorem ogarniałem sklep. Ze względu na efekt nowości, miejsce było oblegane a hot-dogi cieszyły się popularnością. Pierwszej nocy, ćwicząc niejako na klientach i ucząc się proporcji etc., sprzedałem –naście przysmaków rodem z nowojorskich ulic bądź amerykańskich stadionów (plus Currywürstów, których – cholera – nie spróbowałem parę tygodni wcześniej w Berlinie).

PS

Po skończonym dniu, kiedy nie uda mi się sprzedać wszystkich kiełbas, mam wybór: wyrzucam albo biorę do domu. Zwykle wybieram drugą opcję. W związku z tym, od dwóch tygodni domostwo karmione jest czterema rodzajami grillowanych parówek.

Wpis: 1 533.

Żegnaj, Topaz Portlaoise

Topaz Portlaoise

Minął niecały rok przygody ze sklepem wielobranżowym pozwalającym także na zatankowanie paliwa, żeby ten zamknął swoje podwoje.
W przeciwieństwie do poprzednich przypadków, w tym dokładnie zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że ma to nastąpić; z okresu, w którym to się stanie; z tego, jaki firma ma plan ciąg dalszy. Przeistaczamy się w Re.Store by docelowo stać się Circle K. Pierwszy etap procesu transformacji trwać będzie dziesięć dni. Na ten czas dostaliśmy wolne. Mam wakacje.

Wpis: 1 531.

Awans

Circle K

Minęło parę miesięcy, odkąd zacząłem przygodę w branży paliwowej. Przez ten czas zdążyłem ogarnąć charakterystykę przedsięwzięcia, swoje miejsce w szeregu i mogłem powiedzieć o sobie, że czuję się w miarę pewnie. W takim sensie, że jeśli chodzi o moje stanowisko, dumnie mieniące się: „Sprzedawca”, to wyżej nie dało się już podskoczyć. Drogi rozwoju były przynajmniej dwie: pozostać na tym prestiżowym poziomie i rozglądać się za innym zajęciem (tak wyglądała sytuacja, kiedy dziesięć lat temu przeskakiwałem z branży rozrywkowej i szykowałem się do ataku na branżę bankową), bądź próbować piąć się po szczeblach „kariery” wewnątrz korporacji. Korporacji, która od niedawna intensywnie reklamuje się w Polsce, a która, przyjmowawszy mnie, zapewniała, że planuje ekspansję m.in. na rynek polski i zakłada, że pracownicy będą mogli chcieć przemieszczać się wewnątrz firmy. Znaczy się, pracownik danego szczebla, jeśli wyrazi ochotę, będzie mógł być przeniesiony na to samo stanowisko, ale w innym regionie. W moim przypadku, do Polski.
Starałem się trzymać jednocześnie dwie sroki za ogon i trwając na swoim poziomie brałem pod uwagę zmianę branży, ale również myślałem, że nie byłoby zupełnie bezzasadne pozostać wewnątrz korporacji i próbować zaproponowanej przez nią ścieżki rozwoju. Kto wie, może za kilka- kilkanaście lat, osiągnąwszy już kolejny stopień wtajemniczenia i przy założeniu, że korporacja wciąż istniałaby w Polsce, mógłbym się przenieść i pracować gdzieś na terenie IV Rzeczpospolitej.
Ostatnio bliżej byłem tej drugiej opcji i zabierałem się do tego, żeby w najbliższą sobotę porozmawiać z Joanną, jaki mógłby być mój następny krok. W końcu, tak jak napisałem na wstępie, minęło już parę miesięcy i więcej na obecnym stanowisku nie osiągnę.
I kiedy dziś poszedłem do pracy, zaraz po wejściu usłyszałem, że mam się stawić u Joanny w kantorku, bo ma mi coś ważnego do powiedzenia (jak zwykle w takich sytuacjach, człowiek przypomina sobie co ostatnio odstawił myśląc, że na pewno szykuje się nagana). Wyszło inaczej. Joanna zaczęła: „Jesteś z nami od sierpnia. Obserwuję, jak dajesz sobie radę. Chciałabym zaproponować ci awans…”. „Skubana” pomyślałem. Uprzedza mój ruch i wyjdzie na to, że to jej inicjatywa, jej propozycja, a nie moje naleganie na dalszy rozwój wewnątrz korporacji. Odpowiedziałem: „Jasna sprawa, właśnie miałem cię o to pytać…”. Przerwała: „Spokojnie, Piotrek, awans wiążący się z tym, że nie dostaniesz podwyżki, nie będziesz dostawał większej liczby godzin w tygodniu, ale dołożymy ci obowiązków, głównie administracyjnych, i odpowiedzialności”. „No pech” przyszło mi do głowy. „Dwa razy więcej pracy w pracy za to samo wynagrodzenie”. Ale podtrzymałem swoją deklarację. Joanna tylko dodała, że mam spodziewać się nowej umowy, być może kolejnego okresu próbnego i szykować się na szkolenia, które miałyby rozpocząć się jeszcze w czerwcu. Na koniec zapytałem: „Tak z ciekawości, Asiu, jaką dumną nazwę będzie nosić to moje nowe stanowisko?”. Odrzekła: „Starszy sprzedawca”!

Wpis: 1 529.

Scenka rodzajowa, typowa

Czas: wtorkowe popołudnie;
miejsce: sklep wielobranżowy;
osoby: sprzedawca Walczak, przypadkowy kierowca.

Leniwe popołudnie w pracy. Sprzedawca Walczak, wywiązawszy się ze wszystkich obowiązków poza doraźną obsługą klienta, czekał na koniec swojej zmiany. Pozostałe trzy godziny upływały mu na tęsknym spoglądaniu przez okno na rozświetlone słońcem jedno z najbardziej ruchliwych skrzyżowań w Portlaoise. W końcu nie wytrzymał i wymyślił, że wyjdzie na zewnątrz, usiądzie na sklepowym parapecie, zapali papierosa i skorzysta z odrobiny słonecznej pogody, która &mdsah; było nie było — nie zdarza się w Irlandii często.
Tak zrobił. Wyszedł, przysiadł, zapalił papierosa.
Wtedy na podjazd wjechał samochód.
Sprzedawca Walczak gwałtownym ruchem odłożył papierosa (w pewnym sensie był na „służbie” i nie powinien był opuszczać „posterunku”) i zerwał się wbiec z powrotem do sklepu.
przypadkowy kierowca otwierając okno samochodu: Spokojnie! Ja tylko napompuję opony! Sam palę, wiem jak jest.
Kurtyna!

Wpis: 1 526.

Scenka rodzajowa, typowa

czas: niedzielny wieczór;
miejsce: sklep wielobranżowy;
osoby: sprzedawca Walczak, trzech podchmielonych klientów

Dobrze po dziesiątej wieczór do sklepu wchodzi trzech podchmielonych klientów. Pytają sprzedawcę Walczaka, czy nie miałby gdzieś, pod ladą, skamuflowanej butelki wódki, a najlepiej dwoch. Sprzedawca Walczak odpowiada (poznawszy po akcencie, że ma do czynienia z Rosjanami), że nie bardzo i po dalszej wymianie zdań (doskonale rozumiejąc problem i potrzebę) napomyka o pubie Charliego Keegana, w którym można (przy odrobinie szczęścia) nabyć alkohol w godzinach prohibicji. Chłopaki dziękują, już mają wychodzić gdy jeden z nich mówi:
Rosjanin: Ty nie jesteś Irlandczykiem. Skąd jesteś?
sprzedawca Walczak: Z Polski.
Rosjanin: O! Polak! To mówisz po rosyjsku!
sprzedawca Walczak: A ty po polsku?
Kurtyna!

Wpis: 1 522.

Walczak szkoleniowiec

Parę tygodni temu dołączyła do nas nowa osoba — Gráinne. Dzięki niej, nie jestem już najmłodszym (czyt. najpóźniej przyjętym) pracownikiem sklepu. Można powiedzieć, że w hierarchii ludzi do ewentualnego odstrzału przesunąłem się na drugie miejsce.
Wraz z przyjściem Gráinne pojawiła się potrzeba przeszkolenia jej, wprowadzenia w tajniki bycia sprzedawcą na stacji benzynowej. Za szkolenie na zmianie dziennej wzięły się obie szefowe, szkolenie na zmianie nocnej pozostawiono mnie i Dale’owi.
Trzeba przyznać, że poczułem się doceniony. Miło zrobiło mi się, że obie przełożone pomyślały o mnie w kategoriach kogoś, kto może pokazywać młodziutkiej Gráinne co i jak w kontekście zamykania sklepu. Niby rzecz niewielka, a bardzo ucieszyła.

Z zamykaniem sklepu wiąże się jeszcze jedna sprawa. Na początku listopada, po upływie trzech miesięcy od chwili, kiedy zostałem przyjęty, Joanna, szefowa, wzięła mnie na korporacyjne przesłuchanie. Miała ocenić moje postępy w adoptowaniu się do wyzywającej roli sprzedawcy, wskazać błędy i miejsca, które mógłbym poprawić oraz powiedzieć, co — wg korporacyjnych standardów — robię dobrze, bądź bardzo dobrze. Na koniec miała dowiedzieć się ode mnie, co podoba mi się najbardziej, a co uważam za możliwe lub wręcz konieczne do zmiany.
Po godzinie dość swobodnej rozmowy doszliśmy do pytania o moje spostrzeżenia wobec stanowiska, które zajmuję. I odpowiedziałem, prosto z mostu: „praca sprzedawcy, cóż, ani najtrudniejsza, ani najbardziej wymagająca, ani niebezpieczna, ani dająca satysfakcję, ale… ale podoba mi się to, że kiedy pracuję na nocną (nocną, tj. wieczorną; zamykam sklep) zmianę mam cały sklep pod swoją opieką, czuję poniekąd, jakby sklep był mój. Robię wszystko po swojemu, sam narzucam sobie tempo, sam określam w jakiej kolejności wykonam poszczególne procedury zamknięcia etc…”.
Joanna tylko uśmiechnęła się, przytaknęła.
Dziwnym zrządzeniem losu, od tamtej rozmowy ponad dziewięćdziesiąt procent dni, w które pracuję, pracuję na nocnej zmianie zamykając sklep.

Wpis: 1 519.

Odzież służbowa

W dzień podpisania umowy z firmą a na tydzień przed faktycznym rozpoczęciem pracy, zostałem zapytany o rozmiary.
Jak się okazało, firma dostarcza swoim pracownikom pełen strój służbowy, w którym mają ją reprezentować w miejscu pracy i o który mają dbać (ale np. nie wolno im się w nim pokazywać w miejscach nieadekwatnych do powagi wykonywanego zawodu nie mówiąc o tym, że nie wolno im się znajdować w stroju firmowym w sytuacjach niejednoznacznych wizerunkowo). Fajna sprawa.
Ochoczo odpowiedziałem na pytanie o rozmiar koszulki i spodni.
Kiedy dostałem spodnie, moja odpowiedź o rozmiar okazała się nad wyraz optymistyczna.

Wpis: 1,515.

Mogliby się zdecydować

W Socjalu, w którym bywam regularnie, by wychodzić sobie ewentualną dopłatę do pensji, pracuje kilkoro urzędników. Normalna sprawa. Problem w tym, że każdy z nich twierdzi co innego:
 — Formularze muszą być podstemplowane przez księgowość, podpisane i zwrócone do urzędu we wtorek, środę każdego tygodnia;
 — Formularze muszą być podstemplowane przez księgowość, podpisane i zwrócone do urzędu co tydzień w czwartek, a najpóźniej do południa w piątek;
 — Formularze muszą być podstemplowane przez księgowość, podpisane i zwrócone do urzędu; w przypadku opóźnienia, ewentualna dopłata będzie opóźniona;
 — Formularze? Taaak… wystarczy, że przełożony na miejscu je podpisze, bez stempla też przejdą tylko muszą być składane w terminie;
 — Formularze? Nieee… parafka szefowej i jak masz chwilę, to podrzuć.

Zgłupieć można.

Oczywiście, najbardziej odpowiada mi ostatnia opcja i jej będę się trzymać.

Z innych informacji:
Na początku września w pobliskim Stradbally odbył się któryś już z kolei festiwal Electric Picnic. Mimo, iż w Laois przebywam niemal dekadę, nie byłem na ani jednym. Nauczony „woodstockowstwem”, ani myślę płacić krocie za festiwal. Niemniej jednak, impreza odbywa się rok rocznie i co roku w okolice Portlaoise zjeżdżają tłumy. Obserwując je z perspektywy obecnej pozycji zawodowej, tłumy charakteryzowały się tym, że przed festiwalem pytały o drogę i nabywały zapasy wody i papierosów, a po koncertach przybywały w poszukiwaniu posiłku. W poniedziałek po festiwalu spustoszyły sklep. Nie ostała się jedna butelka napoju, jedna kanapka, jeden batonik energetyczny czy paczka czipsów. Półki wyglądały jak za czasów soc-dobrobytu w PL. Szefowa, zadowolona takim zainteresowaniem (i obrotami), od tamtej pory zamawia podwójne ilości czegoś na ząb i czegoś na gardło. Zdaje się nie przyjmować do wiadomości, że festiwal (a z nim taki popyt) jest raz do roku i teraz co wieczór wyrzucam kilogramy świeżego żarcia. Wiem. To ogólnoświatowa praktyka, tym bardziej w ogólnoświatowej korporacji, ale mimo wszystko jakoś mi się to gryzie, kiedy wypieprzam do śmieci produkty zdatne do spożycia, o których użyteczności decyduje wyblakły nadruk: „use by”.
W piątek wieczór na stację podjechał wesoły samochód z wesołymi ludźmi w środku. Taka pora tygodnia. Wyznaczony wcześniej kierowca, nie tak wesoły, jak reszta jego kompanów, wyszedł z auta, wszedł do sklepu i zapytał: „Sprzedajecie kubeczki? Koniecznie, koniecznie potrzebuję pięciu”. Odpowiedziałem, że nie sprzedajemy, ale nie będę robił tragedii jeśli weźmie np. jedną kawę w sześciu kubkach, w tym w pięciu, które chronić będą go przed poparzeniem. Zrozumiał, wziął kawę, wyszedł. Kawę wylał, kubeczek wyrzucił do kosza. Z pięciokubkową zdobyczą wsiadł do wesołego auta.
Natychmiast przypomniało mi się nasze zwiedzanie Oslo i odwiedzanie restauracji w poszukiwaniu kubków, a najlepiej kubków z lodem. Nie ma to jak zrozumienie potrzeb klienta.

Wpis: 1 514.

Nieformalny sojusz

Intreo

O tym, że państwo irlandzkie nie ułatwia podjęcia pracy pisałem przy okazji przygody z Xtra-Vision. Ponad dwa miesiące musiałem chodzić do biura, wypełniać wnioski, przynosić deklaracje, składać formularze, żeby udało się załatwić jedną, prostą (jak naiwnie myślałem) sprawę.
Pech chciał, że kiedy wszystko rozstrzygnęło się po mojej myśli, dzień później zlikwidowano Xtra-Vision.

Obecną pracę podjąłem mając nadzieję, że państwo irlandzkie zreflektowało się nieco i nie będzie mi utrudniać życia. Myliłem się.
Założenie jest takie: jeśli nie pracuję więcej, niż trzy dni w tygodniu, państwo irlandzkie dopłaca mi do pensji. To ważna sprawa, bo płaca za pracę w niepełnym wymiarze godzin i na dodatek nie więcej niż trzy dni w tygodniu nijak się ma do zasiłku, który mógłbym otrzymywać, gdybym w ogóle nie ruszał się z domu. Wiadomo, aktywność zawodowa może być wartością samą w sobie, ale jednym z jej celów jest zarobek. Trzy dni pracy w tygodniu (znając specyfikę pracy w niepełnym wymiarze godzin, nie spodziewam się większej liczby dni zmian w tygodniu) oraz dopłata od państwa taki zarobek mogłyby zapewnić. Żeby to się stało, należy powypełniać całe setki wniosków i odstać swoje w kolejkach.

W Xtra-Vision wnioski wypełniałem na miejscu, wspólnie z przełożonym i kursowałem raz po raz pomiędzy siedzibą firmy a Socjalem.

Po rozmowie kwalifikacyjnej w nowej firmie i wizycie w sprawie podpisania kontraktu nabrałem obaw, że kierowniczka sklepu może nie mieć uprawnień, by podpisywać czy stemplować jakiekolwiek dokumenty. Wszystko być może będzie musiało być odsyłane do centrali, przez nią zatwierdzane i przysyłane z powrotem. Pośrednictwo poczty naraża, a właściwie gwarantuje, opóźnienia w przepływie dokumentów. A w przypadku przedstawiania odpowiednich zaświadczeń w Socjalu, pojawiają się terminy graniczne (dead-line’y?), których nie powinno się przekraczać.
Kiedy w środę poszedłem do pracy po raz pierwszy, w przerwie obiadowej odwiedziłem Socjala i dostałem odpowiednie wydruki. Wróciłem z nimi do firmy i poprosiłem przełożoną o podpis i pieczątkę. Wtedy potwierdziło się, że papiery trzeba będzie wysłać do księgowości i czekać jeszcze aż zostaną wypełnione i przysłane na stację. Usłyszałem też, że księgowość działa sprawnie, więc przy dobrych wiatrach w piątek dokumenty będą z powrotem i będę mógł zanieść je do Socjala.
Minęły piątek, sobota, niedziela, poniedziałek, wtorek — formularzy nie było. W środę podjechałem na stację porozmawiać z przełożoną. Zostałem przeproszony za zwłokę i byłem świadkiem rozmowy telefonicznej z Leslie z księgowości: „Jak się masz? Ja w sprawie tego pisma, co wysłałam ci w ubiegły czwartek. Tak. Nie. Nie macie? A gdzie są? Wysłać jeszcze raz? Dobra”.
Stanęło na tym, że w czwartek musiałem pójść do Socjala, dostać kopię formularza, wysłać go do centrali i czekać aż odeślą.
Gdy po kilku dniach dowiedziałem się, że i drugi formularz, który wysłałem do księgowości nie został dostarczony, ponownie poszedłem do Socjala, ponownie wziąłem kopię i ponownie wysłałem do Dublina (tym razem już listem poleconym — €0.72 vs €6.50). Na drugi dzień sprawdziłem, list doszedł. To byłaby jedna sprawa.

Druga jest taka, że co tydzień muszę Socjalowi przedstawiać sprawozdanie z tego, ile dni przepracowałem (w założeniu, nie więcej niż trzy). Takie sprawozdanie przedstawia się na osobnym druku, który również musi zostać podstemplowany i podpisany przez przełożonego. W Xtra-Vision załatwiałem to z Andy’m bądź Danielem, właściwie od ręki. Na stacji dowiedziałem się, że i te cotygodniowe formularze będą musiały przechodzić przez odpowiednie osoby. Znaczy się, je również mam wysyłać i czekać, aż wrócą. To zła wiadomość, bo: 1) taki formularz muszę zostawić w Socjalu we wtorek albo środę (wspomniane „dead-line’y” przy czym należy zwrócić uwagę, że we wtorki kończy się socjalowy tydzień — kolejny obłęd, tydzień pracy dla Socjala trwa od środy do wtorku, dla pracodawcy od poniedziałku do niedzieli i pogodzenie grafika z tygodniami pracy pracodawcy i Socjala przysparza o spory ból głowy); 2) dopiero we wtorek wiem ile dni przepracowałem (o ile grafik mam ustalany w piątek — w połowie tygodnia wg Socjala — przed kolejnym tygodniem wg pracodawcy, to muszę być przygotowany na ewentualne zmiany) i gdybym miał ten formularz wypełniony, podpisany i podstemplowany na miejscu, mógłbym go od razu zanieść do biura ale w przypadku pośrednictwa centrali, wszystko będzie się opóźniać (czyt. ewentualny czek wyrównujący zarobki będzie przychodził z tygodniową obsuwą, o ile w ogóle będzie przychodził — w Socjalu nie mogli się zdecydować). I nawet takie opóźnienie nie byłoby niczym tragicznym, gdyby nie fakt, że w przypadku świąt, Socjal życzy sobie, żeby takie formularze składać z tygodniowym wyprzedzeniem (przekonałem się o tym w ostatnie święta Bożego Narodzenia, pracując jeszcze dla Xtra-Vision). O wyprzedzeniu, mając w pamięci procedurę korespondencji pocztowej, nie ma co mówić.

W skrócie — chaos.

Bez dopłaty od państwa, za wykonywaną pracę będę otrzymywał mniej pieniędzy, niż gdybym pozostał na zasiłku. Uzyskanie dopłaty od państwa utrudnia mi Socjal (zrozumiałe, mniej pieniędzy z budżetu szłoby na moje utrzymanie) ale też poniekąd firma, wymuszając na mnie częstsze i bliższe kontakty z urzędem pocztowym (niezrozumiałe, niezadowolony pracownik nie jest dobrym pracownikiem).

I jedyne, co w tym wszystkim jest pocieszające, to fakt, że tym razem o likwidację firmy się nie obawiam. Ludzie wciąż jeżdżą samochodami i tankują paliwo. Stacja benzynowa będzie potrzebna jeszcze przez jakiś czas (czego nie można było powiedzieć o wypożyczalni płyt DVD).

Wpis: 1 513.