Kalendarz

Lipiec 2017
P W Ś C P S N
« cze    
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65569
  • Dzisiaj wizyt: 2

portlaoise

Odzież służbowa

W dzień podpisania umowy z firmą a na tydzień przed faktycznym rozpoczęciem pracy, zostałem zapytany o rozmiary.
Jak się okazało, firma dostarcza swoim pracownikom pełen strój służbowy, w którym mają ją reprezentować w miejscu pracy i o który mają dbać (ale np. nie wolno im się w nim pokazywać w miejscach nieadekwatnych do powagi wykonywanego zawodu nie mówiąc o tym, że nie wolno im się znajdować w stroju firmowym w sytuacjach niejednoznacznych wizerunkowo). Fajna sprawa.
Ochoczo odpowiedziałem na pytanie o rozmiar koszulki i spodni.
Kiedy dostałem spodnie, moja odpowiedź o rozmiar okazała się nad wyraz optymistyczna.

Wpis: 1,515.

Mogliby się zdecydować

W Socjalu, w którym bywam regularnie, by wychodzić sobie ewentualną dopłatę do pensji, pracuje kilkoro urzędników. Normalna sprawa. Problem w tym, że każdy z nich twierdzi co innego:
 — Formularze muszą być podstemplowane przez księgowość, podpisane i zwrócone do urzędu we wtorek, środę każdego tygodnia;
 — Formularze muszą być podstemplowane przez księgowość, podpisane i zwrócone do urzędu co tydzień w czwartek, a najpóźniej do południa w piątek;
 — Formularze muszą być podstemplowane przez księgowość, podpisane i zwrócone do urzędu; w przypadku opóźnienia, ewentualna dopłata będzie opóźniona;
 — Formularze? Taaak… wystarczy, że przełożony na miejscu je podpisze, bez stempla też przejdą tylko muszą być składane w terminie;
 — Formularze? Nieee… parafka szefowej i jak masz chwilę, to podrzuć.

Zgłupieć można.

Oczywiście, najbardziej odpowiada mi ostatnia opcja i jej będę się trzymać.

Z innych informacji:
Na początku września w pobliskim Stradbally odbył się któryś już z kolei festiwal Electric Picnic. Mimo, iż w Laois przebywam niemal dekadę, nie byłem na ani jednym. Nauczony „woodstockowstwem”, ani myślę płacić krocie za festiwal. Niemniej jednak, impreza odbywa się rok rocznie i co roku w okolice Portlaoise zjeżdżają tłumy. Obserwując je z perspektywy obecnej pozycji zawodowej, tłumy charakteryzowały się tym, że przed festiwalem pytały o drogę i nabywały zapasy wody i papierosów, a po koncertach przybywały w poszukiwaniu posiłku. W poniedziałek po festiwalu spustoszyły sklep. Nie ostała się jedna butelka napoju, jedna kanapka, jeden batonik energetyczny czy paczka czipsów. Półki wyglądały jak za czasów soc-dobrobytu w PL. Szefowa, zadowolona takim zainteresowaniem (i obrotami), od tamtej pory zamawia podwójne ilości czegoś na ząb i czegoś na gardło. Zdaje się nie przyjmować do wiadomości, że festiwal (a z nim taki popyt) jest raz do roku i teraz co wieczór wyrzucam kilogramy świeżego żarcia. Wiem. To ogólnoświatowa praktyka, tym bardziej w ogólnoświatowej korporacji, ale mimo wszystko jakoś mi się to gryzie, kiedy wypieprzam do śmieci produkty zdatne do spożycia, o których użyteczności decyduje wyblakły nadruk: „use by”.
W piątek wieczór na stację podjechał wesoły samochód z wesołymi ludźmi w środku. Taka pora tygodnia. Wyznaczony wcześniej kierowca, nie tak wesoły, jak reszta jego kompanów, wyszedł z auta, wszedł do sklepu i zapytał: „Sprzedajecie kubeczki? Koniecznie, koniecznie potrzebuję pięciu”. Odpowiedziałem, że nie sprzedajemy, ale nie będę robił tragedii jeśli weźmie np. jedną kawę w sześciu kubkach, w tym w pięciu, które chronić będą go przed poparzeniem. Zrozumiał, wziął kawę, wyszedł. Kawę wylał, kubeczek wyrzucił do kosza. Z pięciokubkową zdobyczą wsiadł do wesołego auta.
Natychmiast przypomniało mi się nasze zwiedzanie Oslo i odwiedzanie restauracji w poszukiwaniu kubków, a najlepiej kubków z lodem. Nie ma to jak zrozumienie potrzeb klienta.

Wpis: 1 514.

Nieformalny sojusz

Intreo

O tym, że państwo irlandzkie nie ułatwia podjęcia pracy pisałem przy okazji przygody z Xtra-Vision. Ponad dwa miesiące musiałem chodzić do biura, wypełniać wnioski, przynosić deklaracje, składać formularze, żeby udało się załatwić jedną, prostą (jak naiwnie myślałem) sprawę.
Pech chciał, że kiedy wszystko rozstrzygnęło się po mojej myśli, dzień później zlikwidowano Xtra-Vision.

Obecną pracę podjąłem mając nadzieję, że państwo irlandzkie zreflektowało się nieco i nie będzie mi utrudniać życia. Myliłem się.
Założenie jest takie: jeśli nie pracuję więcej, niż trzy dni w tygodniu, państwo irlandzkie dopłaca mi do pensji. To ważna sprawa, bo płaca za pracę w niepełnym wymiarze godzin i na dodatek nie więcej niż trzy dni w tygodniu nijak się ma do zasiłku, który mógłbym otrzymywać, gdybym w ogóle nie ruszał się z domu. Wiadomo, aktywność zawodowa może być wartością samą w sobie, ale jednym z jej celów jest zarobek. Trzy dni pracy w tygodniu (znając specyfikę pracy w niepełnym wymiarze godzin, nie spodziewam się większej liczby dni zmian w tygodniu) oraz dopłata od państwa taki zarobek mogłyby zapewnić. Żeby to się stało, należy powypełniać całe setki wniosków i odstać swoje w kolejkach.

W Xtra-Vision wnioski wypełniałem na miejscu, wspólnie z przełożonym i kursowałem raz po raz pomiędzy siedzibą firmy a Socjalem.

Po rozmowie kwalifikacyjnej w nowej firmie i wizycie w sprawie podpisania kontraktu nabrałem obaw, że kierowniczka sklepu może nie mieć uprawnień, by podpisywać czy stemplować jakiekolwiek dokumenty. Wszystko być może będzie musiało być odsyłane do centrali, przez nią zatwierdzane i przysyłane z powrotem. Pośrednictwo poczty naraża, a właściwie gwarantuje, opóźnienia w przepływie dokumentów. A w przypadku przedstawiania odpowiednich zaświadczeń w Socjalu, pojawiają się terminy graniczne (dead-line’y?), których nie powinno się przekraczać.
Kiedy w środę poszedłem do pracy po raz pierwszy, w przerwie obiadowej odwiedziłem Socjala i dostałem odpowiednie wydruki. Wróciłem z nimi do firmy i poprosiłem przełożoną o podpis i pieczątkę. Wtedy potwierdziło się, że papiery trzeba będzie wysłać do księgowości i czekać jeszcze aż zostaną wypełnione i przysłane na stację. Usłyszałem też, że księgowość działa sprawnie, więc przy dobrych wiatrach w piątek dokumenty będą z powrotem i będę mógł zanieść je do Socjala.
Minęły piątek, sobota, niedziela, poniedziałek, wtorek — formularzy nie było. W środę podjechałem na stację porozmawiać z przełożoną. Zostałem przeproszony za zwłokę i byłem świadkiem rozmowy telefonicznej z Leslie z księgowości: „Jak się masz? Ja w sprawie tego pisma, co wysłałam ci w ubiegły czwartek. Tak. Nie. Nie macie? A gdzie są? Wysłać jeszcze raz? Dobra”.
Stanęło na tym, że w czwartek musiałem pójść do Socjala, dostać kopię formularza, wysłać go do centrali i czekać aż odeślą.
Gdy po kilku dniach dowiedziałem się, że i drugi formularz, który wysłałem do księgowości nie został dostarczony, ponownie poszedłem do Socjala, ponownie wziąłem kopię i ponownie wysłałem do Dublina (tym razem już listem poleconym — €0.72 vs €6.50). Na drugi dzień sprawdziłem, list doszedł. To byłaby jedna sprawa.

Druga jest taka, że co tydzień muszę Socjalowi przedstawiać sprawozdanie z tego, ile dni przepracowałem (w założeniu, nie więcej niż trzy). Takie sprawozdanie przedstawia się na osobnym druku, który również musi zostać podstemplowany i podpisany przez przełożonego. W Xtra-Vision załatwiałem to z Andy’m bądź Danielem, właściwie od ręki. Na stacji dowiedziałem się, że i te cotygodniowe formularze będą musiały przechodzić przez odpowiednie osoby. Znaczy się, je również mam wysyłać i czekać, aż wrócą. To zła wiadomość, bo: 1) taki formularz muszę zostawić w Socjalu we wtorek albo środę (wspomniane „dead-line’y” przy czym należy zwrócić uwagę, że we wtorki kończy się socjalowy tydzień — kolejny obłęd, tydzień pracy dla Socjala trwa od środy do wtorku, dla pracodawcy od poniedziałku do niedzieli i pogodzenie grafika z tygodniami pracy pracodawcy i Socjala przysparza o spory ból głowy); 2) dopiero we wtorek wiem ile dni przepracowałem (o ile grafik mam ustalany w piątek — w połowie tygodnia wg Socjala — przed kolejnym tygodniem wg pracodawcy, to muszę być przygotowany na ewentualne zmiany) i gdybym miał ten formularz wypełniony, podpisany i podstemplowany na miejscu, mógłbym go od razu zanieść do biura ale w przypadku pośrednictwa centrali, wszystko będzie się opóźniać (czyt. ewentualny czek wyrównujący zarobki będzie przychodził z tygodniową obsuwą, o ile w ogóle będzie przychodził — w Socjalu nie mogli się zdecydować). I nawet takie opóźnienie nie byłoby niczym tragicznym, gdyby nie fakt, że w przypadku świąt, Socjal życzy sobie, żeby takie formularze składać z tygodniowym wyprzedzeniem (przekonałem się o tym w ostatnie święta Bożego Narodzenia, pracując jeszcze dla Xtra-Vision). O wyprzedzeniu, mając w pamięci procedurę korespondencji pocztowej, nie ma co mówić.

W skrócie — chaos.

Bez dopłaty od państwa, za wykonywaną pracę będę otrzymywał mniej pieniędzy, niż gdybym pozostał na zasiłku. Uzyskanie dopłaty od państwa utrudnia mi Socjal (zrozumiałe, mniej pieniędzy z budżetu szłoby na moje utrzymanie) ale też poniekąd firma, wymuszając na mnie częstsze i bliższe kontakty z urzędem pocztowym (niezrozumiałe, niezadowolony pracownik nie jest dobrym pracownikiem).

I jedyne, co w tym wszystkim jest pocieszające, to fakt, że tym razem o likwidację firmy się nie obawiam. Ludzie wciąż jeżdżą samochodami i tankują paliwo. Stacja benzynowa będzie potrzebna jeszcze przez jakiś czas (czego nie można było powiedzieć o wypożyczalni płyt DVD).

Wpis: 1 513.

Przekleństwo przeprowadzek

Najpierw była eksmisja z Garden Village. Jakiś rok temu właściciel zdecydował się sprzedać dom i właściwie od września robił podchody. Stanęło na tym, że pismo przyszło na początku maja. Termin wyprowadzki mijał pod koniec czerwca. Ostatecznie zawinęliśmy się w połowie lipca.

Nie minął miesiąc, nie zdążyliśmy zapłacić jeszcze pierwszego czynszu, a przyszła do nas właścicielka nowego domu. Pojawiła się przy okazji naprawy kosiarki i niby od niechcenia zagaiła, że zamierza zrezygnować z usług agencji, u której była do tej pory i przenieść się do innej.
Nadmienić należy, że obecna agencja obrotu nieruchomościami jest jedyną, z którą jest nam po drodze. Inne, które zdążyliśmy poznać ewakuując się z Garden Village i szukając nowego miejsca robiły nam pod górkę. Właściwie na wejście, widząc trzech chłopa, zachowywały spory dystans (nie wiedzieć czemu, rodziny z bachorami traktowane są preferencyjne). A by pozbyć się nas zupełnie, zadawały sakramentalne pytanie: „gdzie pracujecie”. W tamtym momencie musieliśmy porządnie się gimnastykować z odopowiedzią i ta gimnastyka nas zdradzała. Jedynie obecna agencja nigdy takiego pytania nie zadała. Dla niej liczyło się, że czynsz był płacony na czas a dom nie został przez ponad dwa lata jakoś specjalnie zrujnowany. Ale wracając do właścicielki nowego domu.

Powiedziała, że ma zamiar zrezygnować z Property Properly i przenieść się gdzieś indziej. Jej prawo. Nam nic do tego. Dodała jeszcze tylko, że nie chce robić rewolucji a jedyną zmianą, którą mielibyśmy odczuć będzie płacenie czynszu przelewem na jej konto, zamiast gotówką w siedzibie agencji.

Niby wszystko w porządku, ale po dość świeżej sytuacji z Garden Village pojawia się chwila zastanowienia — a jeśli i z Forest Parku będziemy musieli się wynieść? Czyżby klątwa zamykania firm, w których się zatrudniam, miała przeistoczyć się w przekleństwo opuszczania domów, w których mieszkam?

Wpis: 1,512.

Dwudziestkatrójka

23

Na stacji sprzedaję m.in. papierosy i wymaga się ode mnie, bym sprawdzał czy osoba kupująca jest pełnoletnia. Nie ma z tym większego problemu. Przygodzą klienci już na oko wyglądający na tych powyżej osiemnastego wieku lub tacy, którzy nawet niezapytani pokazują dowód / prawo jazdy / paszport.
Sytuacja zmienia się gdy przychodzą dziewczęta. Po nich rzadko kiedy widać, czy mogą bądź nie mogą kupić wyroby tytoniowe. Ot, taka uroda. Tak było w niedzielę.

Pracowałem wtedy z Dale’em. W pewnym momencie podeszła dziewczyna, co do której nie byłem w stanie stwierdzić czy jest pełnoletnia. Na wszelki wypadek poprosiłem o dowód (dziwnym zbiegiem okoliczności, kobieta poproszona o dowód mimowolnie natychmiast uśmiecha się). Miała dwadzieścia trzy lata. Dostała swoje papierosy. Dale zareagował:
 — Nie byłeś pewien?
 — No nie byłem, wyglądała młodo.
 — Eee… Od razu było widać.
 — Nie było. A tak w ogóle, ile ty masz lat, Dale?
 — Kończę dwadzieścia (…).

I tu leży pies pogrzebany. Dla dwudziestolatka, dwudziestotrzylatka mogła wyglądać „staro”. Dla faceta w kwiecie wieku, niemal dwukrotnie młodsza kobieta zawsze będzie wyglądać świeżo. Może to kwestia kryzysu wieku średniego (choć spodziewałem się go dopiero za jakieś dziesięć lat), ale coraz częściej łapę się na tym, że otaczają mnie coraz młodsze osoby i do coraz większej liczby miejsc przestaję pasować. Mimo iż w duszy wciąż dwójka (zaawansowana dwójka) z przodu, to metryka nie chce kłamać. Jak byk w niej stoi, że jestem z pokolenia „późnego Giereka”.

Koniec końców, „nie stajemy się coraz młodsi”.

Wpis: 1 511.

Pamiętaj o kawie

kawa

Jednym z moich zadań jest przygotowywanie kawy dla klientów. Nie, żebym od razu miał być barristą, ale mam dbać, żeby termos z małą czarną był zawsze pełen a sam płyn gorący. Nic szczególnego. Raz na jakiś czas mam iść na zaplecze, wstawić nowe kawsko, stare wylać, wyczyścić ekspres i na koniec wystawić świeżą kawę na sklep. Żadna filozofia.
Jednak każdy ze współpracowników uczulał mnie na tę część obowiązków.

Najpierw Joanne: „Widzisz? Na dole masz taki kurek. Pamiętaj, żeby w trakcie robienia nowej kawy był zamknięty, bo inaczej wszystko rozleje się po całym zapleczu. A tutaj, widzisz, masz taką klapkę. Pamiętaj, żeby ją otworzyć, bo inaczej kawa rozleje się po termosie i całym zapleczu”.
Drugiego dnia Irene: „Z kawą jest tak, że podstawiasz termos, wymieniasz filtr i wkład i naciskasz przycisk «zaparz». Tylko zwróć uwagę na to, czy ten tutaj kurek na dole jest zamknięty a ta klapka, tutaj na górze, jest otwarta, bo inaczej kawa rozleje się po całym zapleczu”.
W sobotę Jake: „Taa… Kawa, jak kiedyś nie zamknąłem tego kurka albo innym razem nie otworzyłem tej klapki, człowieku, całe zaplecze tonęło w kawie, a sprzątanie tego? Niczym wrzód na dupie, bo nie dość, że musisz ogarnąć bałagan, to w tym samym czasie masz jeszcze zajmować się klientami, sklepem i w ogóle. Pamiętaj, kurek zamykamy, klapkę otwieramy”.
W niedzielę Dale: „Dwie rzeczy, kurek-klapka. Jedną zamykasz, drugą otwierasz…”.
Nie zdążył dokończyć. Przerwałem mu i dopowiedziałem za niego: „… bo inaczej całe zaplecze będzie zalane a sprzątanie tego burdlu skutecznie wybije z rytmu pracy”.

W poniedziałek na pierwszą samodzielną zmianę zastępowałem Jake’a. Chłopak upewnił się, czy zalogowałem się do systemu poprawnie, podpowiedział parę rzeczy i w ramach wspaniałomyślności zaoferował, że wstawi kawę, zanim pójdzie do domu. Podziękowałem uprzejmie i zająłem się klientami.
Gdy nadeszła pora wymienić termosy, poszedłem na zaplecze.
Całe zalane było kawą.

Jake nie otworzył klapki.

Wpis: 1 510.

Klan Conwayów

Pierwszego dnia, gdy szykowałem się już do wyjścia, na stację przyszedł Jake. Było jeszcze parę minut zanim on miał zacząć, a ja skończyć zmianę, zamieniliśmy więc parę słów — głównie uprzejmości i niezobowiązujące pytania.
Dowiedziałem się, że chłopak pracuje w jednym miejscu prawie dwa lata. Że ekipa nie jest zła, a sama praca nie jest trudna czy wymagająca. Oraz paru innych drobiazgów.
Kiedy przyszła moja kolej, opowiedziałem parę słów o sobie — jak znalazłem się w Irlandii, co robiłem wcześniej i w momencie, w którym wspomniałem Xtra-Vision, Jake przerwał mi i zapytał czy pamiętam Lee.

Jak się okazało, Lee jest starszym bratem Jake’a. I jak kiedyś to mnie przypadło przeszkalanie Lee do pracy w XV, tak teraz jego młodszy brat będzie przeszkalał mnie.

Specyfika prowincji. Wszyscy nawzajem znają się lub są spokrewnieni. A że stacja jest miejscem, które — jak się okazało — odwiedzają regularnie, pierwszego dnia trafiłem też na Richie’ego, który powitał mnie jowialnie: „How are you keepin’, my friend?”. „Friend, my ass” pomyślałem sobie tylko, uśmiechnąłem się i zapytałem w czym mogę pomóc.

Wpis: 1 509.

Scenka rodzajowa, typowa

czas: środa, popołudnie;
miejsce: coś na kształt biura pośrednictwa pracy, Portlaoise;
osoby: emigrant Walczak, urzędnik

Emigrant walczak wszedł do urzędu. Ustawił się w kolejce petentów i kiedy przyszła jego kolej, zanim zdążył powiedzieć choćby słowo, usłyszał:
urzędnik widząc koszulkę Łódź Kreuje, którą emigrant Walczak miał na sobie: A skąd, z Łodzi jesteś?
emigrant Walczak porządnie zaskoczony, bo zupełnie nie takiego pytania się spodziewał: Z Retkini!
urzędnik: A ja z Widzewa.
emigrant Walczak: Bardzo mi przykro.
Kurtyna!

PS: W czymś na kształt biura pośrednictwa pracy niczego dzisiaj nie załatwiłem.
Wpis: 1 508.

Walczak w branży paliwowej

Topaz

Jutro rozpoczynam przygodę w branży paliwowej. Poprzednie przygody, ta z branżą rozrywkową, branżą wykończeniową, dekoracyjną czy bankową zakończyły się w niemal jednaki sposób. Padła na nie klątwa Walczaka i z dwóch powyższych, połowa zakończyła swoją działalność. Jakby nie patrzeć, mam nadzieję, że nowa branża, do której wkraczam, nie podzieli ich losu.

Zatrudniam się na wielce wymagającym stanowisku sprzedawcy na stacji benzynowej. Do moich najbardziej skomplikowanych zadań należeć będzie naciśnięcie odpowiedniego pola na ekranie dotykowym, przyjęcie zapłaty i ewentualne wydanie reszty. Okazjonalnie może dojść potrzeba zeskanowania kodu kreskowego, co może wymagać już większych umiejętności i nie jestem pewien, czy przedsiębiorstwo nie będzie chciało zapewnić mi dodatkowego szkolenia w tym względzie. Będę musiał też dbać, by słodycze były na odpowiednio widocznym miejscu i by na napojach gazowanych zawsze był lekko skraplający się szron, niczym w reklamach.

Na rozmowie wstępnej roztoczono przede mną wspaniałą wizję rozwoju ścieżki zawodowej, co przyjąłem ze zrozumieniem. I uznałem za stosowne dodać, że o wkroczeniu na taką ścieżkę marzę od chwili, kiedy zobaczyłem ogłoszenie o pracę. Dowiedziałem się, że z czasem można awansować na starszego sprzedawcę a być może nawet na kierownika stacji benzynowej. Miła Joanne, która przeprowadzała ze mną rozmowę zapewniała mnie, że jej zajęło to ledwie jedenaście lat i już zajmuję tę właśnie pozycję (z czego się bardzo cieszy).

Zmartwiła mnie, uprzejma Joanne, jednym. Gdzieś, pomiędzy słowami, powiedziała: „Nasza firma przechodzi reorganizację. Zostaliśmy przejęci przez Ogromny-Światowy-Kanadyjski-Koncern i szykują się zmiany”.
Wpis: 1 507.

Przeprowadzkowy chaos

Stradbrook -> Highfield Meadows
Highfield Meadows -> Stradbrook
Stradbrook -> Garden Village
Garden Village -> Rockview Drive
Rockview Drive -> Chestnut Grove
Chestnut Grove -> Stradbrook
Stradbrook -> Glenregan
Glenregan -> Summerhill
Summerhill -> Woodgrove
Woodgrove -> Fairview
Fairview -> Garden Village
Garden Village -> Forrest Park.
Wpis: 1 518.