Kalendarz

Grudzień 2017
P W Ś C P S N
« lis    
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66829
  • Dzisiaj wizyt: 17

portlaoise

Odchamianie się, wersja kinowa

Star Wars: Last Jedi

Ale, że ona nie zginęłą, a on tak? No to trochę dziwne…

Wpis: 1 543.

Sklep w ruinie, staff w rozsypce

Po ponad dwóch tygodniach przerwy, do pracy wróciłem w poniedziałek o ósmej rano. Z jednej strony trochę niecierpliwiłem się (przez poprzednie –naście miesięcy sklep wyznaczał mi pewien rytm dnia / tygodnia), z drugiej byłem lekko zaniepokojony tym, co przeczytałem w przesłanym mi parę dni wcześniej grafiku. Wynikało z niego, że przez cały tydzień miało nie być Joanny – szefowej, która trzyma cały ten interes w garści i tylko dzięki jej uporowi sklep zachowywuje spójność.
Gdy wszedłem do pracy (jest ósma rano, sklep otworzony ledwo co pół godziny wcześniej, wszystko wygląda tak, jak przygotowane zostało noc wcześniej), ujrzałem niesamowity bałagan. Gdybym to ja zamykał stację i zostawił ją w takim nieładzie, rano dostałbym od Joanny porządny ochrzan. Dziewczyna pilnowała, żeby na pierwszy rzut oka sklep wyglądał czysto i schludnie. Tym razem tak nie było.
Zamieniłem kilka słów ze Steve’im (przyszedł w zastępstwo Joanny) i starałem odnaleźć się w sytuacji. Sprawdziłem, kto był poprzedniej nocy (Irena, w zastępstwie Brygidy) i próbowałem wyobrazić sobie, co musiało się wydarzyć. Oprócz tego na szybko przypominałem sobie wszystkie sklepowe odruchy (obsługę kasy, przyjmowanie dostaw etc.). Dzień mijał leniwie aż przyszła Irena.
Wzięła mnie na bok i mówi: „W piątek rano, jak przyszłam do pracy, Joanna powiedziała, że ma wszystkiego dość i wyszła; od tamtej pory nie ma z nią kontaktu”. To mnie uderzyło. Zacząłem dopytywać się czy wiadomo coś więcej, ale odpowiedź zawsze brzmiała: „nie”. Do końca dnia mnie to dręczyło i zastanawiałem się czy wypada napisać do przełożonej (ale też – jakby nie patrzeć – znajomej) czy lepiej zostawić ją samej sobie.
We wtorek postanowiłem napisać. Kombinowałem czy wysłać wymyślnego SMSa czy może pozostać przy prostym pytaniu. Stanęło na tym drugim. Napisałem: „Joanna? Co się dzieje?”. Myślałem, że jeśli się narzucam, Joanna po prostu nie odpisze. Ale odpisała: „Mam dość, musiałam zrobić sobie przerwę. Na tę chwilę nie wiem kiedy i czy wrócę”. To nie była dobra wiadomość.
Jak wspomniałem, ten sklep to Joanna a Joanna to ten sklep. Bez niej wszystko się rozjedzie. Szefostwo nie znajdzie drugiej tak oddanej temu konkretnemu miejscu osoby. Na pewno wśród kadr ma kierownika, który z przyjemnością przejąłby naszą stację (mówiło się o tym nieoficjalnie, kiedy Dawid, przełożony Joanny, chciał ją parę tygodni temu przesunąć do innego sklepu, żeby w Portlaoise zrobić miejsce dla jakiegoś swojego znajomego), ale nie ma szans by taki ktoś żył sklepem 24/7. W każdym razie wychodzi na to, że centrala, która od otwarcia Re.Store (w lipcu) w miejsce Topaza robiła Joannie pod górkę osiągnęła sukces. Wyniszczyła dziewczynę do tego stopnia, że ta rezygnuje z miejsca, które było dla niej stworzone (i vice versa). Te wszystkie podchody, presja, działania sabotażowe zakończyły się odejściem Joanny. Odejściem Joanny, a co za tym idzie, rozpadnięciem się sklepu w takiej formie, w jakiej trzymał się do teraz.
Nastała środą. Gdy przyszedłem do pracy, to w drzwiach minąłem się z Ireną (ja zaczynałem zmianę, ona kończyła swoją). Wyglądała jak wrak człowieka. Powiedziała tylko: „Porozmawiamy następnego dnia”. Zacząłem zastanawiać się o co mogło jej chodzić. Z tą myślą mijał mi dzień.
Wieczorem, kiedy szykowałem się do zamknięcia stacji i kiedy krążył już ochroniarz, to on właśnie rzucił mi nieco światła na wcześniejszą wypowiedź Ireny. Powiedział, że kiedy rano otwierali sklep, Irena weszła do środka, stanęła i niemal jak w transie zaczęła powtarzać sama do siebie: „Nie dam rady, no nie dam rady, nie poradzę sobie, nie wytrzymam tego”. I tak w kółko. Zapowiadało się, że i druga przełożona zdezerteruje.
W czwartek rozmawiam z Ireną i słyszę: „To jeszcze nic pewnego, w piątek przyjedzie tu ktoś z Dublina, w poniedziałek będę rozmawiać z Dave’em, ale jest wielce prawdopodobne, że przed świętami już mnie tu nie będzie. Nie dam rady sama przeprowadzić sklep przez okres świąteczny. Nie widzę wsparcia z centrali. Zaczęli oczekiwać ode mnie pracy organizacyjnej za dwie osoby. Nie dźwignę tego”.
I to była prawda, przy całym szacunku dla Ireny, dziewczyna osiągnęła szczyt swoich możliwości na pozycji kierownika zmiany. Sama śmiała się z tego, że to najlepsza rola, jaką może mieć: ani obowiązków ani odpowiedzialności takiej jak kierownik sklepu czy jego zastępca. Ale też gwarantowany pełen etat, stawka godzinowa nieco przyzwoitsza niż zwykłego sprzedawcy. Idealne wypośrodkowanie.
Aż wreszcie dzisiaj, w piątek, Irena dzwoni i mówi: „Złożyłam wymówienie, kończę 21-ego. Jeszcze tylko Dawid musi je przyjąć (nie odzywa się) i formalnościom stanie się zadość. Szkoda, że tak to się kończy, ale nie widziałam innego wyjścia)”. „W porządku, Irena” – powiedziałem. „Rób, co musisz”.
Dwie panie kapitan tego statku właśnie opuszczają pokład.

Co to oznacza dla mnie? Centrala przyśle mi pewnie jakiegoś kierownika sklepu, jakiegoś jego zastępcę i będziemy musieli wypracowywać relacje od nowa. Na dwoje babka wróżyła: mogą przyjść ludzie wyrozumiali ale i wymagający albo zupełnie inni. Może nowe szefostwo nie będzie robiło problemów z podpisywanie papierów dla Socjala, a może wręcz przeciwnie. Pewne (choć właściwie, to nie wiem) może być tylko to, że Centrala nie zdecyduje się na zamknięcie sklepu w Portlaoise (tyle tylko, z tego, co widziałem, jak jeszcze szkoliłem się na Sprzedawcę Seniora, to akurat nasza stacja dochodowa nie była…). Mam jednak nadzieję, że tego sklepu nie będę musiał dopisywać sobie do listy trofeów.

Wpis: 1 542.

Ogrodowa 22

panorama

Już w lipcu minął nam termin przedłużenia umowy wynajmu domu. Mniejsza, z jakiego powodu wtedy nie podpisaliśmy umowy. Były pewne kwestie do rozwikłania. W każdym razie, kiedy udało się je załatwić, jakoś od połowy września nachodzi nas Landlady. Kobieta chce mieć na piśmie, że nasza Trójca będzie mieszkać na Forest Parku, i że wszyscy będą szczęśliwi. Właśnie, szczęśliwi.
Maureen, Landlady, ma piekielnego wręcz bzika na punkcie ogrodu (trzeba przyznać, ogród jest niczego sobie, jeden z tych, które mają potencjał, o ile o niego dbać) i przy każdej wizycie zarzuca nam grzech zaniedbania. I ma rację,
bo z trzech chłopa, jeden jest obecnie niedysponowany i nie może się ogrodem zająć, drugi pracuje ile się da i nie bywa w domu, a trzeciemu się nie chce. Ogród (znaczy się cała roślinność) sobie zarasta, rozrasta się i nikt tego nie kontroluje.
Landlady wie jednak swoje i wymaga. Dostaliśmy ultimatum. Do najbliższej soboty ma być picuś-glancuś. Zadzwoniliśmy po firmę, która zajmuje się organizacją przydomowycho ogródków, ale chłopaki poszaleli z kosztami. Obdzwoniliśmy znajomych i dostaliśmy namiar do koleżanki, która również potrafi zadbać o ogród.
Przyszła, ogarnęła…. I jesteśmy pod wielkim, wielkim wrażeniem. Tak dobrze ogródek nie wyglądał od dawna.

Wpis: 1 539.

Odchamianie się, wersja kinowa

Botoks
Tak chaotycznego, niewnoszącego niczego, nieporuszającego żadnej kwesti, nieniosącego za sobą jakiegokolwiek przesłania, niestawiającego byle pytania, niepozwalającego na zatrzymanie się choćby na chwilę, chaotycznego obrazu prawdopodobnie nigdy nie widziałem. Niewarto.

Wpis: 1 538.

Odchamianie się, wersja kinowa

Blade Runner 2049
Warto.

Wpis: 1 537.

Odchamianie się, wersja kinowa

Przed filmem wyświetlono kategorię wiekową: 12A. Obraz odpowiedni dla widzów dwunastoletnich bądź starszych, dla młodszych jedynie w towarzystwie opiekunów. Cóż, po projekcji uważam, że osobom powyżej dwunastego roku życia powinno się zabraniać oglądać tego filmu, a przynajmniej wyraźnie ostrzegać.

Wpis: 1 535.

— Można ubezpieczyć auto? — A gdzie tam?!

AXA

W sierpniu nadchodzi moment, kiedy należy zatroszczyć się o ubezpieczenie auta na kolejny rok. Ubezpieczenie nie jest sprawą tanią i dobrze jest porządnie rozejrzeć się na rynku, zanim podpisze się kolejny cyrograf. Oczywiście, dotychczasowa firma ubezpieczeniowa rości sobie prawo pierwo-podpisu, ale najczęściej lepiej jest zrezygnować z jej usług i oddać się w niewolę jakiejś innej.
Ale od początku.
Najpierw w lipcu, właściwie pod jego koniec, dostałem pismo z ubezpieczalni z miłą informacją, że 10-ego sierpnia wygasa mi polisa i wypadałoby ją odnowić. Po dwóch latach bezwypadkowej jazdy i wypracowanej w ten sposób sześćdziesięcioprocentowej zniżce, proponują mi podstawowe ubezpieczenie za €1,600 ze sporym hakiem. Oczywiście, jeśli życzyłbym sobie pełne, są gotowi przedstawić mi kolejną ofertę [czyt. odpowiednio wyższą].
Mając na uwadze, że auto od tamtej pory wartości na pewno nie nabrało, nie zdecydowałem się przystać na taką propozycję. Kwota, którą podali, była o dobre €200 wyższa niż płaciłem rok wcześniej, kiedy zniżek miałem mniej. Wydała [ta kwota] mi się porządnie naciągana i powiadomiłem ubezpieczalnie, że uprzejmie dziękuję ale rezygnuję z ich usług. Infolinia z Belfastu przyjęła wiadomość, a ja zacząłem szukać tańszego rozwiązania.
W międzyczasie, mój dotychczasowy ubezpieczyciel wciąż przysyłał mi listy i emaile zachęcające mnie do pozostania z nim. Kolejny telefon wyjaśnił, że – cytując słowa chłopaka z obsługi klienta: „oni tak zawsze i właściwie to system generuje tę korespondencję automatycznie”.
Odwiedziłem kilka mniej lub bardziej uznanych firm ubezpieczeniowych, powypełniałem formularze na stronach internetowych we wszystkich możliwych konfiguracjach (ja sam, ja sam plus nominowany kierowca, auto obecne, przypuszczalne auto przyszłe, ubezpieczenie częściowe, ubezpieczenie pełne itd.) i wszędzie całkowity koszt polisy, którą byłem zainteresowany oscylował w okolicach tego, co zaproponowała mi AXA. Dla draki postanowiłem wejść na ich stronę i przedstawić się jako zupełnie świeży klient. Wpisałem wymagane dane, pozaznaczałem opcje i kliknąłem: wyświetl ofertę. Ku memu zaskoczeniu, zaproponowano mi bym zapłacił lekko ponad €1,200. Nie wahając się ani chwili, kliknąłem: „kup teraz”.
Innymi słowy, rezygnując z przedłużenia obecnego ubezpieczenia i kupując całkiem nowe w tej samej firmie (pozostając jednak ubezpieczonym na tych samych warunkach, co wcześniej) zaoszczędziłem €400, a €400 piechotą nie chodzi.
Na koniec dostałem jeszcze dziękczynnego emaila, w który poproszono mnie, żebym dostarczył (wysłał pocztą bądź przedstawił osobiście w najbliższym oddziale) certyfikat jazdy bezwypadkowej, a następnie zalogował się na swoje konto w MyAxa.ie i bezpośrednio stamtąd wydrukował sobie dysk z informacją o aktualnej polisie.
Podjechałem do najbliższego oddziału dzielnie dzierżąc w dłoni papier, na którym stało, że od dwóch lat w nikogo i nic nie przydzwoniłem i że te sześćdziesiąt procent zniżki nie wzięło się znikąd. Wszedłem, poczekałem chwile, usiadłem przed panią zza biurka, przedstawiłem swoją sytuację i usłyszałem: „A po kiego… rezygnowałeś i kupiłeś nowe ubezpieczenie?”. „Cena”, uśmiechnąłem się. Pani spojrzała w komputer, później po raz drugi i mina jej zrzedła. Niechętna i wyraźnie poirytowana, postukała chwilę w klawiaturę i z wyrazem największej dezaprobaty, na jaką było ją stać odburknęła: „odnośnik do dysku z ubezpieczeniem znajdziesz na swojej skrzynce email, teraz wypad”.
Wróciłem do domu, spróbowałem zalogować się na MyAxa.ie, no ale… Ale logowałem się na MyAxa.ie wykorzystując mój standardowy adres email przy okazji poprzedniego ubezpieczenia, a zatem automatycznie przekierowało mnie na konto tamtej polisy. Kiedy spróbowałem zarejestrować się ponownie wykorzystując numer nowej polisy, wyświetlił mi się komunikat, że adres email, którego próbuję użyć, znajduje się już w ich bazie danych. Kiedy wpisałem inny adres email, komunikat krzyknął, że „ten [alternatywny] adres email nie koresponduje z numerem nowej polisy”. Wydało mi się, że utknąłem w martwym punkcie.
Dla pewności zadzwoniłem ponownie na infolinię, ale tam usłyszałem, że wystąpił konflikt kont w systemie MyAxa.ie i że właściwie, to powinienem nie zmieniać numeru polisy, bo oni to nie bardzo mogą usunąć moje poprzednie konto, a z drugiej strony zdają sobie sprawę, że ja nie będę mógł zalogować się na nowe konto i w ogóle, to ciężka sytuacja.
Stanęło na tym, że wysłałem im prośbę o przesłanie dysku pocztą, a jeśli ten nie pojawi się w najbliższych dniach, podskoczę do tej niemiłej pani zza lady w tutejszym oddziale i postaram się poprosić, żeby łaskawie wydrukowała mi potrzebny papier.

Wpis: 1 534.

Z branży paliwowej do małej gastronomii

re.store

Miała nastąpić zmiana i tak się stało. Parę tygodni temu zamknięto sklep. Po dziesięciu dniach otworzono ponownie. I parę rzeczy się zmieniło.
Centrala stwierdziła, że zmienimy nazwę (na razie na Re.Store, docelowo na wspominane już Circle K). Oprócz tego poszerzono asortyment (pogubić się można). I dodano serwowanie ciepłych posiłków (na tę chwilę – hod-dogów). I w nich leży pies pogrzebany.
W chwili, kiedy okazało się, że sklep zostanie wyposażony w stoisko z hot-dogami zaczęły pojawiać się wątpliwości: przyjdzie osoba odpowiedzialna tylko i wyłącznie za te hot-dogi? będzie pracować od rana do nocy? hot-dogi będą serwowane w konkretnych godzinach a w pozostałych klient będzie mógł obejść się smakiem? albo, nie daj Boże, dotychczasowa ekipa stanie się odpowiedzialna za te hot-dogi? czyli, osoba, która otwiera sklep, uruchamia także podawanie hot-dogów i osoba, która zamyka sklep serwuje je do samego końca? Pytań było wiele. Tym żyliśmy (Joanna i Irena, ja, Gránnie’a i Brygida /oraz nowozatrudniona Lorraine/). Pierwsze wątpliwości rozwiała centrala wysyłając nas w połowie lipca na szkolenie z przygotowywania rzeczonych hot-dogów.
Pojechaliśmy zwartą ekipą do pobliskiego Athy. Wdzialiśmy czepki, fartuchy, rękawiczki i te siatki na włosy i zostało nam pokazane jak podgrzać kiełbasę na hot-doga (położyć na rozgrzanym blacie), jak podgrzać bułkę (wcisnąć w rozgrzany opiekacz) i jak przyozdobić sprzedaż (dekorując pomidorem, tartym żółtym serem, plasterkiem pepperoni lub /przepis przyszedł z Niemiec/ kapustą kiszoną (sic!) /kapustą kiszoną? w Irlandii? w hot-dogu, którego nazwa brzmi: “Currywürst”? Średnio).
W każdym razie, po przeszkoleniu odesłano nas z powrotem. Zmiany w naszym sklepie dobiegały końca i kiedy nastał pierwszy dzień po wznowieniu działalności, Joanna mnie oddelegowała na pierwszy ogień.
Między siódmą a jedenastą wieczorem ogarniałem sklep. Ze względu na efekt nowości, miejsce było oblegane a hot-dogi cieszyły się popularnością. Pierwszej nocy, ćwicząc niejako na klientach i ucząc się proporcji etc., sprzedałem –naście przysmaków rodem z nowojorskich ulic bądź amerykańskich stadionów (plus Currywürstów, których – cholera – nie spróbowałem parę tygodni wcześniej w Berlinie).

PS

Po skończonym dniu, kiedy nie uda mi się sprzedać wszystkich kiełbas, mam wybór: wyrzucam albo biorę do domu. Zwykle wybieram drugą opcję. W związku z tym, od dwóch tygodni domostwo karmione jest czterema rodzajami grillowanych parówek.

Wpis: 1 533.

Portlaoise, Dublin, Berlin, Gdańsk, Gdynia, Łódź, Dublin, Portlaoise

GNR

Była niedziela osiemnastego czerwca. Pracowałem od rana i kiedy po siódmej wyszedłem ze sklepu, zrobiłem ostatnie zakupy i dotarłem do domu, byłem nieco przemęczony (chociaż przemęczony, to może złe słowo; bardziej odpowiednim byłoby: znużony). Ogarnąłem się, przekąsiłem małe co nieco, spakowałem i okazało się, że jest już grubo po północy. Rozpoczął się poniedziałek, a więc dzień berliński.
Autokar na lotnisko miałem mieć po trzeciej nad ranem, było po pierwszej, szybko obliczyłem sobie, że na dwie godziny nie opłaca mi się kłaść się spać. Przetrzymałem.
Początkowo plan był taki, że na przystanek zostanę odwieziony przez współlokatora. Wyszło jednak na to, że współlokator wycofał się z oferty i byłem zmuszony pojechać taryfą. Dałem radę. Wsiadłem w autokar i w drodze na lotnisko lekko się zdrzemnąłem. Tak rozpoczął się drugi w tym roku tydzień wakacji.

Wysiadłem z autokaru, przeszedłem przez kontrolę bagażu (bagażu ze sobą właściwie nie miałem, wszak leciałem – docelowo – na koncert, a nie sądziłem, żeby wpuszczono mnie na stadion z walizką), zameldowałem się w barze przy bramce, z której miałem startować do Berlina i czekałem. W czekaniu zwykle pomaga mi Guinness. Tym razem musiałem obejść się ze smakiem. Akurat wymieniano kega i zmuszony byłem oczekiwać na lot z Heinekkenem.
Nadszedł odpowiedni moment, kolejka do samolotu przerzedziła się już nieco, podszedłem do obsługi Ryanaira, wylegitymowałem się, zostałem wpuszczony na pokład, zająłem przypisane mi miejsce i jeszcze przed startem przymknąłem oko, żeby odespać nieprzespaną noc. Gdy obudziłem się, dolatywaliśmy nad Berlin.
Niczym alianci siedemdziesiąt lat wcześniej, kiedy samolot krążył przed lądowaniem, mogłem oglądać, jak wygląda stolica Niemiec z powietrza. Szukałem punktów charakterystycznych pamiętając jaką trudność sprawiło nam siedem lat wcześniej wydostanie się z lotniska. Śledziłem tory kolejki S-Bahn i starałem się umiejscowić jej stację względem terminalu, ale koniec końców na nic to się zdało. Gdy już przyziemiliśmy, wszystko mi się poplątało i straciłem orientację.
Wysiadłem, przeszedłem przez odprawę Abwehry i zostałem przechwycony przez K.
Wyprowadzono mnie z lotniska, zaznajomiono z S., wsadzono w auto i zawieziono na kwaterę. Tam zostawiłem bagaż i zaczęliśmy wraz z K. i S. szalony maraton po Berlinie.

Na początek przyosiedlowy sklep, dalej metro i centrum. Następnie krajoznawczo-turystyczna wycieczka berlińskim MPK (był i budynek Bundestagu, i Brama Brandenburska, i budynek opery i muzeum i Tiergarten i Dworzec Zoo i cała masa innych miejsc, łącznie z pozostałościami po Murze. Zostałem porządnie przegoniony, ale jestem za to wdzięczny, bo inaczej zabunkrowałbym się pewnie w pierwszym lepszym lokalu i zwiedzał jedynie oczyma wyobraźni. W każdym razie, K. i S. stanęli na wysokości zadania, przepędzili mnie po bardziej i mniej znanym Berlinie, pokazali co bardziej turystyczne miejsca i zaciągnęli do zwykłych knajp na chwilę oddechu, aż zaczęliśmy kończyć późnym wieczorem w parku, gdzieś na obrzeżach ich osiedla, siedząc na ławce, pilnując psa, spoglądając na zbliżający się wieczór, opędzając się od komarów i popijając kolejne tego dnia piwo.
Na koniec wstąpiliśmy jeszcze do jakiegoś monopolowego, później do jakiegoś supermarketu i zabunkrowaliśmy się (było już grubo po północy) u K. i S. Przesiedzieliśmy do wczesnego świtu i padliśmy.
Gdy kładłem się spać i widziałem na zegarku godzinę piątą coś-tam, wiedząc, że samolot do Gdańska mam po pierwszej coś-tam i zakładając, że droga na lotnisko trochę mi zajmie, myślałem sobie: „no to się wyspałem, drugi dzień z rzędu”.

Obudziłem się, zostałem poczęstowany pożywnym śniadaniem i odwieziony na plac Aleksandra, skąd udałem się na berlińskie lotnisko Teufel (czy jakoś tak). Cudem udało mi się odnaleźć właściwy terminal, właściwą bramkę, postarać się o towarzysza podróży (tym razem było to jakieś litrowe, ichniejsze piwo) i poczekać na swój lot.
W końcu wlazłem do samolotu i niecałą chwilę później wylądowałem u Lecha Wałęsy w Gdańsku. Lot był tak krótki, że ledwie osiągnęliśmy wysokość przelotową, a kapitan poprosił o przygotowanie się do lądowania. Normalnie niczym lot z Dublina do Edynburga. Raz-dwa i jest się na miejscu.
Na polskiej ziemi miał przechwycić mnie BB. ale zapowiedział się, że trochę mu to zajmie i żebym zajął się sobą w tym czasie. Poczekałem na niego, a właściwie na całą ekipę (łącznie: dwa rodzeństwa plus pani kierowca), zapakowaliśmy się do zielonkawego pojazdu i zostaliśmy podwiezieni do pierwszej z brzegu jadłodajni, żeby uzupełnić zapasy kalorii. Później wbiliśmy się kolejkę podmiejską i z przesiadkami (i przystankami to-tu-to-tam) dotarliśmy na Stadion.
Osoby udające się na koncert było widać wszędzie. Począwszy od tej kolejki podmiejskiej, poprzez kolejne środki transportu, poprzez sklepy wielobranżowe znajdujące się w okolicach stacji przesiadkowych a skończywszy na parkach, skwerach i wszelkiego rodzaju miejscach, w których można było przysiąść i nie będąc ponaglanym, spokojnie przygotowywać się na występ Axla i jego kumpli.
Jak można było się spodziewać, im bliżej stadionu, im bliżej tego ostatniego pociągu, który wiózł nas z centrum Gdańska na stadion, tym osób było więcej tak, że w momencie, kiedy wsiadaliśmy w końcowy etap transportowania się w stronę wydarzenia, jechaliśmy otoczeni przez koszulki GN’R (choć zdarzały się odstępstwa, dostrzegaliśmy jakieś Alice In Chain czy inne Nirwany). Ale. Ale wysiedliśmy przy stadionie i mając w zanadrzu jeszcze lekki zapas ze sklepów, które odwiedziliśmy byli po drodze, pozbyliśmy się go i skierowali we właściwą stroną. Mieliśmy już przebijać się przez bramy, kiedy zaatakował nas ogródek piwny. Na wszelki wypadek poszliśmy się przywitać. Kto wie, być może miało to być nasze ostatnie piwo tego wieczoru.
Dokończyliśmy i zdecydowaliśmy się przedostać na stadion. Zbliżała się godzina rozpoczęcia występu Duffa, Slasha i całej reszty. Przebiliśmy się przez jednych, drugich, trzecich, dziesiątych ochroniarzy i weszliśmy na płytę.
Killing Joke właśnie kończyło grać (na Dodę nie załapaliśmy się, cóż… Wybacz Dodo). Rozmontowali się, zamontowało się GN’R i się zaczęło. Mimo iż staliśmy milion kilometrów od sceny, mimo iż nie widzieliśmy za bardzo muzyków (tyle, co na telebimach), mimo iż chłopaki zionęli wręcz niechęcią do siebie i płynął od strony sceny przekaz: nie kochamy się, nie kochamy was, ale jesteśmy tu w pracy, nie interesowało mnie to. Usłyszałem wszystkie te piosenki, które chciałem usłyszeć, obejrzałem koncert taki, jakiego się spodziewałem; jestem niesamowicie zadowolony, że dane mi było. I tylko później, już po występie, przyszła refleksja, żeby następnym razem pakować się jednak nie na płytę, a na zwykłą widownię, taką niczym quasi-teatralną; na miejsca, z których ogląda się koncert (tak, jak na Croke Parku i U2) a nie na płytę, z której ogląda się telebim. Ale to na przyszłość.
Po koncercie tłum poniósł nas (te dwa, wspomniane wcześniej, rodzeństwa) w stronę stacji kolejki miejskiej, udało nam się wbić w którąś kolejną tak, że zdążyliśmy do Gdańska na jedną z ostatnich kolejek do Gdyni, gdzie zostaliśmy przechwyceni i przewiezieni na Kaszuby, do miejsca zakwaterowania na tę noc.
Chwilę posiedzieliśmy, porozmawialiśmy i padliśmy. Ot, dzień koncertu (pomimo tego, że właśnie świtało) dobiegł końca.

Wstaliśmy o przyzwoitej, póżno-porannej porze. Zostaliśmy poczęstowani pożywnym śniadaniem. Podziękowaliśmy i ruszyliśmy na zwiedzanie okolicy. Ograniczyło się ono do odwiedzenia pobliskiego jeziora, wielce malowniczego, w którym to aż chciałoby się wykąpać, ale jakoś mnie akurat nie starczyło samozaparcia.
Wróciliśmy na kwaterę, ugoszczono nas obiadem co się zowie i wyprawiono w drogę.
W drodze zatrzymaliśmy się w pobliskiej Gdyni, żeby u Kościuszki spróbować jakiejś rybeńki, popić rozcieńczonym piwem i skierować się w stronę Łodzi.
Sama podróż do Łodzi, cóż… Udało się… Ale nie było lekko. I nie jestem pewien, czy problem był w tym, że nas, pasażerów, było zbyt wielu, czy może auto nie było rozciągliwe… Wniosek jest taki, że jeśli miałby być następny raz; gdzieś, kiedyś, przy jakiejś okazji – dzielimy się na dwie grupy i jedna komfortowo w samochodzie a druga komfortowo w Pendolino.
Te ileś-set kilometrów było masakrą, ale przetrwaliśmy…
Na Tomaszewicza zostałem wysadzony w środę, nieopodal północy.
Z rodzicami zamieniłem parę zdań, zdałem relację z tego, jak było i padłem. Odespałem.

W czwartek rano (mając na uwadze, że już w sobotę o poranku miałem ewakuować się do siebie, na Zieloną Wyspę), uzgodniłem plany i wyruszyłem na łowy. Obłowiłem się w to, co chciałem i mogłem mieć uśmiech na twarzy.
Po południu, na Tomaszewicza, przyszła gromada A&TWalczak wraz z dziewczynkami i spędziliśmy przyzwoite, w miarę rodzinne, popołudnie (mała, która na mnie woła: „Styjek Piotek” rozbraja mnie za każdym razem, ot taka dygresja).
Na sam koniec jeszcze z czcigodnym Ojcem symbolicznego Guinnessa spróbowaliśmy i po chwili drzemki miał nastać piątek, ostatni dzień w kraju.

Obudziłem się, ogarnąłem i poszedłem z Matką na zwiedzanie Retkinii. Szukaliśmy konkretnych rzeczy, nie udało nam się znaleźć, ale przynajmniej podjęliśmy próbę. Zawinęliśmy do domu i wtedy okazało się, że muszę dobić się do Czcigodnego, odprawić się i już zostać w centrum odwiedzić jeden czy dwa bary i przetransportować się do Reggae.
Odprawiłem się, odwiedziłem wspomniane dwa bary (Dolina Chmielowa i ten drugi… Ferajna) i dobiłem na Wszechpolską. Reggae z Siostrą przywitali mnie. Moment później zjawili się Harnaś i Agata. Chwilę wytrzymałem, a później (przynajmniej z mojego punktu widzenia), cała adrenalina, która trzymała mnie od lądowania w Berlinie, do przyjścia do Reggae, padała i rozsypałem się.
Jakimś cudem dotarłem na Tomaszewicza, jakimś cudem znalazłem właściwe drzwi. Jakimś cudem rano, kiedy zostałem obudzony, wiedziałem że mam szykować się do lotu do domu, do Irlandii.

Na Lublinku, cóż, tradycyjny rajd do sklepów bezcłowych, tradycyjne piwo w tej restauracji na piętrze, szybka odprawa, boarding i lecimy.

Wpis: 1 532.

Żegnaj, Topaz Portlaoise

Topaz Portlaoise

Minął niecały rok przygody ze sklepem wielobranżowym pozwalającym także na zatankowanie paliwa, żeby ten zamknął swoje podwoje.
W przeciwieństwie do poprzednich przypadków, w tym dokładnie zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że ma to nastąpić; z okresu, w którym to się stanie; z tego, jaki firma ma plan ciąg dalszy. Przeistaczamy się w Re.Store by docelowo stać się Circle K. Pierwszy etap procesu transformacji trwać będzie dziesięć dni. Na ten czas dostaliśmy wolne. Mam wakacje.

Wpis: 1 531.