Kalendarz

Listopad 2017
P W Ś C P S N
« paź    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66559
  • Dzisiaj wizyt: 8

lodz

Portlaoise, Dublin, Berlin, Gdańsk, Gdynia, Łódź, Dublin, Portlaoise

GNR

Była niedziela osiemnastego czerwca. Pracowałem od rana i kiedy po siódmej wyszedłem ze sklepu, zrobiłem ostatnie zakupy i dotarłem do domu, byłem nieco przemęczony (chociaż przemęczony, to może złe słowo; bardziej odpowiednim byłoby: znużony). Ogarnąłem się, przekąsiłem małe co nieco, spakowałem i okazało się, że jest już grubo po północy. Rozpoczął się poniedziałek, a więc dzień berliński.
Autokar na lotnisko miałem mieć po trzeciej nad ranem, było po pierwszej, szybko obliczyłem sobie, że na dwie godziny nie opłaca mi się kłaść się spać. Przetrzymałem.
Początkowo plan był taki, że na przystanek zostanę odwieziony przez współlokatora. Wyszło jednak na to, że współlokator wycofał się z oferty i byłem zmuszony pojechać taryfą. Dałem radę. Wsiadłem w autokar i w drodze na lotnisko lekko się zdrzemnąłem. Tak rozpoczął się drugi w tym roku tydzień wakacji.

Wysiadłem z autokaru, przeszedłem przez kontrolę bagażu (bagażu ze sobą właściwie nie miałem, wszak leciałem – docelowo – na koncert, a nie sądziłem, żeby wpuszczono mnie na stadion z walizką), zameldowałem się w barze przy bramce, z której miałem startować do Berlina i czekałem. W czekaniu zwykle pomaga mi Guinness. Tym razem musiałem obejść się ze smakiem. Akurat wymieniano kega i zmuszony byłem oczekiwać na lot z Heinekkenem.
Nadszedł odpowiedni moment, kolejka do samolotu przerzedziła się już nieco, podszedłem do obsługi Ryanaira, wylegitymowałem się, zostałem wpuszczony na pokład, zająłem przypisane mi miejsce i jeszcze przed startem przymknąłem oko, żeby odespać nieprzespaną noc. Gdy obudziłem się, dolatywaliśmy nad Berlin.
Niczym alianci siedemdziesiąt lat wcześniej, kiedy samolot krążył przed lądowaniem, mogłem oglądać, jak wygląda stolica Niemiec z powietrza. Szukałem punktów charakterystycznych pamiętając jaką trudność sprawiło nam siedem lat wcześniej wydostanie się z lotniska. Śledziłem tory kolejki S-Bahn i starałem się umiejscowić jej stację względem terminalu, ale koniec końców na nic to się zdało. Gdy już przyziemiliśmy, wszystko mi się poplątało i straciłem orientację.
Wysiadłem, przeszedłem przez odprawę Abwehry i zostałem przechwycony przez K.
Wyprowadzono mnie z lotniska, zaznajomiono z S., wsadzono w auto i zawieziono na kwaterę. Tam zostawiłem bagaż i zaczęliśmy wraz z K. i S. szalony maraton po Berlinie.

Na początek przyosiedlowy sklep, dalej metro i centrum. Następnie krajoznawczo-turystyczna wycieczka berlińskim MPK (był i budynek Bundestagu, i Brama Brandenburska, i budynek opery i muzeum i Tiergarten i Dworzec Zoo i cała masa innych miejsc, łącznie z pozostałościami po Murze. Zostałem porządnie przegoniony, ale jestem za to wdzięczny, bo inaczej zabunkrowałbym się pewnie w pierwszym lepszym lokalu i zwiedzał jedynie oczyma wyobraźni. W każdym razie, K. i S. stanęli na wysokości zadania, przepędzili mnie po bardziej i mniej znanym Berlinie, pokazali co bardziej turystyczne miejsca i zaciągnęli do zwykłych knajp na chwilę oddechu, aż zaczęliśmy kończyć późnym wieczorem w parku, gdzieś na obrzeżach ich osiedla, siedząc na ławce, pilnując psa, spoglądając na zbliżający się wieczór, opędzając się od komarów i popijając kolejne tego dnia piwo.
Na koniec wstąpiliśmy jeszcze do jakiegoś monopolowego, później do jakiegoś supermarketu i zabunkrowaliśmy się (było już grubo po północy) u K. i S. Przesiedzieliśmy do wczesnego świtu i padliśmy.
Gdy kładłem się spać i widziałem na zegarku godzinę piątą coś-tam, wiedząc, że samolot do Gdańska mam po pierwszej coś-tam i zakładając, że droga na lotnisko trochę mi zajmie, myślałem sobie: „no to się wyspałem, drugi dzień z rzędu”.

Obudziłem się, zostałem poczęstowany pożywnym śniadaniem i odwieziony na plac Aleksandra, skąd udałem się na berlińskie lotnisko Teufel (czy jakoś tak). Cudem udało mi się odnaleźć właściwy terminal, właściwą bramkę, postarać się o towarzysza podróży (tym razem było to jakieś litrowe, ichniejsze piwo) i poczekać na swój lot.
W końcu wlazłem do samolotu i niecałą chwilę później wylądowałem u Lecha Wałęsy w Gdańsku. Lot był tak krótki, że ledwie osiągnęliśmy wysokość przelotową, a kapitan poprosił o przygotowanie się do lądowania. Normalnie niczym lot z Dublina do Edynburga. Raz-dwa i jest się na miejscu.
Na polskiej ziemi miał przechwycić mnie BB. ale zapowiedział się, że trochę mu to zajmie i żebym zajął się sobą w tym czasie. Poczekałem na niego, a właściwie na całą ekipę (łącznie: dwa rodzeństwa plus pani kierowca), zapakowaliśmy się do zielonkawego pojazdu i zostaliśmy podwiezieni do pierwszej z brzegu jadłodajni, żeby uzupełnić zapasy kalorii. Później wbiliśmy się kolejkę podmiejską i z przesiadkami (i przystankami to-tu-to-tam) dotarliśmy na Stadion.
Osoby udające się na koncert było widać wszędzie. Począwszy od tej kolejki podmiejskiej, poprzez kolejne środki transportu, poprzez sklepy wielobranżowe znajdujące się w okolicach stacji przesiadkowych a skończywszy na parkach, skwerach i wszelkiego rodzaju miejscach, w których można było przysiąść i nie będąc ponaglanym, spokojnie przygotowywać się na występ Axla i jego kumpli.
Jak można było się spodziewać, im bliżej stadionu, im bliżej tego ostatniego pociągu, który wiózł nas z centrum Gdańska na stadion, tym osób było więcej tak, że w momencie, kiedy wsiadaliśmy w końcowy etap transportowania się w stronę wydarzenia, jechaliśmy otoczeni przez koszulki GN’R (choć zdarzały się odstępstwa, dostrzegaliśmy jakieś Alice In Chain czy inne Nirwany). Ale. Ale wysiedliśmy przy stadionie i mając w zanadrzu jeszcze lekki zapas ze sklepów, które odwiedziliśmy byli po drodze, pozbyliśmy się go i skierowali we właściwą stroną. Mieliśmy już przebijać się przez bramy, kiedy zaatakował nas ogródek piwny. Na wszelki wypadek poszliśmy się przywitać. Kto wie, być może miało to być nasze ostatnie piwo tego wieczoru.
Dokończyliśmy i zdecydowaliśmy się przedostać na stadion. Zbliżała się godzina rozpoczęcia występu Duffa, Slasha i całej reszty. Przebiliśmy się przez jednych, drugich, trzecich, dziesiątych ochroniarzy i weszliśmy na płytę.
Killing Joke właśnie kończyło grać (na Dodę nie załapaliśmy się, cóż… Wybacz Dodo). Rozmontowali się, zamontowało się GN’R i się zaczęło. Mimo iż staliśmy milion kilometrów od sceny, mimo iż nie widzieliśmy za bardzo muzyków (tyle, co na telebimach), mimo iż chłopaki zionęli wręcz niechęcią do siebie i płynął od strony sceny przekaz: nie kochamy się, nie kochamy was, ale jesteśmy tu w pracy, nie interesowało mnie to. Usłyszałem wszystkie te piosenki, które chciałem usłyszeć, obejrzałem koncert taki, jakiego się spodziewałem; jestem niesamowicie zadowolony, że dane mi było. I tylko później, już po występie, przyszła refleksja, żeby następnym razem pakować się jednak nie na płytę, a na zwykłą widownię, taką niczym quasi-teatralną; na miejsca, z których ogląda się koncert (tak, jak na Croke Parku i U2) a nie na płytę, z której ogląda się telebim. Ale to na przyszłość.
Po koncercie tłum poniósł nas (te dwa, wspomniane wcześniej, rodzeństwa) w stronę stacji kolejki miejskiej, udało nam się wbić w którąś kolejną tak, że zdążyliśmy do Gdańska na jedną z ostatnich kolejek do Gdyni, gdzie zostaliśmy przechwyceni i przewiezieni na Kaszuby, do miejsca zakwaterowania na tę noc.
Chwilę posiedzieliśmy, porozmawialiśmy i padliśmy. Ot, dzień koncertu (pomimo tego, że właśnie świtało) dobiegł końca.

Wstaliśmy o przyzwoitej, póżno-porannej porze. Zostaliśmy poczęstowani pożywnym śniadaniem. Podziękowaliśmy i ruszyliśmy na zwiedzanie okolicy. Ograniczyło się ono do odwiedzenia pobliskiego jeziora, wielce malowniczego, w którym to aż chciałoby się wykąpać, ale jakoś mnie akurat nie starczyło samozaparcia.
Wróciliśmy na kwaterę, ugoszczono nas obiadem co się zowie i wyprawiono w drogę.
W drodze zatrzymaliśmy się w pobliskiej Gdyni, żeby u Kościuszki spróbować jakiejś rybeńki, popić rozcieńczonym piwem i skierować się w stronę Łodzi.
Sama podróż do Łodzi, cóż… Udało się… Ale nie było lekko. I nie jestem pewien, czy problem był w tym, że nas, pasażerów, było zbyt wielu, czy może auto nie było rozciągliwe… Wniosek jest taki, że jeśli miałby być następny raz; gdzieś, kiedyś, przy jakiejś okazji – dzielimy się na dwie grupy i jedna komfortowo w samochodzie a druga komfortowo w Pendolino.
Te ileś-set kilometrów było masakrą, ale przetrwaliśmy…
Na Tomaszewicza zostałem wysadzony w środę, nieopodal północy.
Z rodzicami zamieniłem parę zdań, zdałem relację z tego, jak było i padłem. Odespałem.

W czwartek rano (mając na uwadze, że już w sobotę o poranku miałem ewakuować się do siebie, na Zieloną Wyspę), uzgodniłem plany i wyruszyłem na łowy. Obłowiłem się w to, co chciałem i mogłem mieć uśmiech na twarzy.
Po południu, na Tomaszewicza, przyszła gromada A&TWalczak wraz z dziewczynkami i spędziliśmy przyzwoite, w miarę rodzinne, popołudnie (mała, która na mnie woła: „Styjek Piotek” rozbraja mnie za każdym razem, ot taka dygresja).
Na sam koniec jeszcze z czcigodnym Ojcem symbolicznego Guinnessa spróbowaliśmy i po chwili drzemki miał nastać piątek, ostatni dzień w kraju.

Obudziłem się, ogarnąłem i poszedłem z Matką na zwiedzanie Retkinii. Szukaliśmy konkretnych rzeczy, nie udało nam się znaleźć, ale przynajmniej podjęliśmy próbę. Zawinęliśmy do domu i wtedy okazało się, że muszę dobić się do Czcigodnego, odprawić się i już zostać w centrum odwiedzić jeden czy dwa bary i przetransportować się do Reggae.
Odprawiłem się, odwiedziłem wspomniane dwa bary (Dolina Chmielowa i ten drugi… Ferajna) i dobiłem na Wszechpolską. Reggae z Siostrą przywitali mnie. Moment później zjawili się Harnaś i Agata. Chwilę wytrzymałem, a później (przynajmniej z mojego punktu widzenia), cała adrenalina, która trzymała mnie od lądowania w Berlinie, do przyjścia do Reggae, padała i rozsypałem się.
Jakimś cudem dotarłem na Tomaszewicza, jakimś cudem znalazłem właściwe drzwi. Jakimś cudem rano, kiedy zostałem obudzony, wiedziałem że mam szykować się do lotu do domu, do Irlandii.

Na Lublinku, cóż, tradycyjny rajd do sklepów bezcłowych, tradycyjne piwo w tej restauracji na piętrze, szybka odprawa, boarding i lecimy.

Wpis: 1 532.

Scenka rodzajowa, typowa

czas: środa, popołudnie;
miejsce: coś na kształt biura pośrednictwa pracy, Portlaoise;
osoby: emigrant Walczak, urzędnik

Emigrant walczak wszedł do urzędu. Ustawił się w kolejce petentów i kiedy przyszła jego kolej, zanim zdążył powiedzieć choćby słowo, usłyszał:
urzędnik widząc koszulkę Łódź Kreuje, którą emigrant Walczak miał na sobie: A skąd, z Łodzi jesteś?
emigrant Walczak porządnie zaskoczony, bo zupełnie nie takiego pytania się spodziewał: Z Retkini!
urzędnik: A ja z Widzewa.
emigrant Walczak: Bardzo mi przykro.
Kurtyna!

PS: W czymś na kształt biura pośrednictwa pracy niczego dzisiaj nie załatwiłem.
Wpis: 1 508.

O Łodzi tylko dobrze

Po lutowej wizycie łódzkiej delegacji w Portlaoise, przedstawicielstwo Portlaoise pojawiło się w marcu w Łodzi.

Tygodniowy wyjazd upłynął mi przyjemnie, ale od początku.

W czwartek, po świadomie nieprzespanej nocy, rano wsiadłem w autokar na lotnisko, na lotniusku poczęstowałem się pożegnalnym Guinnessem, wsiałem w samolot i przyleciałem do Miasta Włókniarzy.
Zostałem odebrany, przewieziony na Tomaszewicza, nakarmiony, przepędzony po pobliskich sklepach (zbliżała się Wielkanoc), odwiedziłem Wileńską i wieczorem, całkiem przemęczony, padłem.
W piątek, pojechałem odebrać paszport (urzędnicy byli wyjątkowo zaskoczeni, że w Wielki Piątek ktoś zawraca im głowę), zwiedziłem Urząd Miasta Łodzi, trafiłem na dwa otwarte puby, z których jeden serwował Guinnessa, poszedłem do PAPu, a wieczorem najechałem i zdobyłem Chojny.
W sobotę, po święcące (na święcące byłem po raz pierwszy od 2005-ego roku) zostałem obwieziony po cmentarzach, gdzie spotkałem szerszą rodzinę, a wieczór spędziłem spokojnie.
W niedzielę typowo świątecznie, rodzinne śniadanie, spacer, obiad, spacer, wieczór.
W poniedziałek miałem niesłychaną ochotę wydawać pieniądze, ale okazało się, że jest to dzień wolny od pracy i pomimo szczerych chęci, niczego nie wydałem. Cały dzień czekałem za to na pewien znak / sygnał, który jednak nadszedł dopiero późnym wieczorem.
We wtorek połowicznie zrealizowałem poniedziałkową chęć wydawania pieniędzy, wydrukowałem bilet i ruszyłem wraz z BB na wycieczkę po pubach, których nie znałem.
W środę, po śniadaniu wsiadłem w samolot, wylądowałem w Dublinie i po dwóch godz. jazdy autokarem byłem w domu.

Po raz pierwszy od dziesięciu lat i pewnie tyluż pobytów w tym czasie w Łodzi, miasto nie przerażało mnie. Nie denerwowało, nie irytowało, nie drażniło i wydawało się wręcz zmierzać do tego, że może być przyjazne dla turysty.
Podobała mi się główna ulica, choć akurat była rozkopana, to można było przypuszczać, że po ponownym zakopaniu będzie prezentować się już całkiem przyzwoicie.
Podobał mi się pomysł z autobusami i tramwajami mającymi te same pasy ruchu, te same przystanki (trochę mniej, kiedy autobus chciał mnie na takim rozjechać; nie spodziewałem się, że drań wjedzie na tory).
Podobał mi się Przystanek Centrum. Zupełnie nie pasuje do okolicy i w ogóle do Łodzi jako-takiej, ale przez to, że jest tak inny, wyróżnia się. Wyobrażam sobie, że ludzie młodszych pokoleń będą mówić: „Spotkajmy się na Przystanku Centrum” zamiast: „to widzimy się przed Centralem” albo: „do zobaczenia pod Saspolem”.
I podobały mi się bary, których dziesięć lat temu nie było: Z Innej Beczki, Dolina Chmielowa czy rewelacyjnie umiejscowiony na Piotrkowskiej 217 All Star.

Ogólnie, byłem zadowolony.
Wpis: 1 511.

Sfrustrowane miasto

Podróż:
Z Portlaoise na lotnisko można dojechać autobusem. Do wyboru jest Kavanagh albo Dublin Coach. Kavanagh jedzie szybciej — Portlaoise, centrum Dublina, Lotnisko; Dublin Coach, tzw. zielony autokar, jedzie wolniej, bo po drodze zahacza większość miasteczek znajdujących się między Końcem Końca Świata a lotniskiem.
Wybrałem Kavanagh i liczyłem na to, że na lotnisku będę miał godzinę z hakiem. Miałem, ale przejście przez kontrolę bagażu, znalezienie i dotarcie do odpowiedniej bramki zajęło mi tyle czasu, że nie starczyło mi go na symboliczne dwa Guinnessy w poczekalni. Na dobrą sprawę, przy bramce pojawiłem się w momencie, kiedy już zaczynano wpuszczać pierwszych pasażerów na pokład (nie dziwię się, że kiedy poprzednim razem utknąłem na kontroli bagażu, na samolot już nie zdążyłem).
Oddałem bagaż — Ryanair pozwala oddać bagaż podręczy do luku, można wtedy wejść na pokład z pustymi rękoma (plus taki, że nie trzeba pchać się z torbą; minus, że po wylądowaniu trzeba czekać na odbiór bagażu tak, jakby nadało się bagaż główny) — ustawiłem się w kolejce, wszedłem do samolotu, zająłem miejsce i zasnąłem. Startu nie pamiętam.
Obudziłem się na godzinę przed lądowaniem. Zrobiłem przegląd dobytku i okazało się, że książkę i telefon szlag trafił. Książkę znalazłem pod siedzeniem a w sprawie telefonu usłyszałem komunikat: „Dzień dobry, mówi państwa kapitan, znaleziono telefon. Osobę, która go zgubiła prosimy o kontakt z obsługą samolotu”. Wymieniłem kilka słów z miłą stewardessą, odzyskałem sprzęt i wylądowaliśmy.

Sfrustrowane miasto:
Pierwszego dnia pobytu miałem zaplanowaną objazdówkę po mieście. Od razu uprzedzono mnie, że należy poruszać się wyłącznie pieszo bądź komunikacją miejską, ponieważ inaczej nie ma szans dostać się w wiele miejsc.

Wsiadłem do pierwszego autobusu. I już przy wejściu obserwowałem scenę: Jakiś dziad z rowerem próbuje wyjść z autobusu. Wulgarnie wrzeszczy do ludzi stojących na przystanku, żeby mu pomogli wyciągnąć ten rower z pojazdu. Przyzwoici łodzianie nawet palcem nie ruszają, co tylko podjudza dziada z rowerem jeszcze bardziej i powoduje, że wrzeszczy nieparlamentarnie jeszcze więcej. Ot, łódzki mikroklimat.

Zwiedziłem salon telefonii komórkowej mówiąc, że chciałbym tel. na kartę. Miła pani mówi mi, w porządku, to będzie 10 PLN miesięcznie (!). Jakie „10 PLN miesięcznie?” zastanawiam się. Słyszę: „Mamy świetny abonament (…)”. Nie interesuje mnie abonament, potrzebuję karty SIM, której nie musiałbym doładowywać co trzy miesiące (jak to było w przypadku poprzedniej). Nie bywam w kraju co trzy miesiące, bywam rzadziej, i nie chcę tracić numeru, doładowywać za 50 PLN raz na kwartał i tracić te 50 PLN, jeśli ich nie wykorzystam (przy okazji HWD Orange), a nie wykorzystam bo z Irlandii do Polski polskim telefonem nie dzwonię.
Usłyszałem, że coś takiego mogę kupić sobie w byle kiosku. Zapytałem się jeszcze, czy mogę przenieść nr HWD Orange na Play i dowiedziałem się, że owszem o ile mam zarejestrowany nr w HWD Orange. Nie wiem, czy mam zarejestrowany nr w HWD Orange i nie bardzo mogę to sprawdzić, bo kartę kilkanaście dni wcześniej mi wyłączono ze względu na to, że ostatni raz była doładowana jakoś w styczniu czy lutym.
Poszedłem szukać byle kiosku ale trafiłem na inny salon telefonii komórkowej. Wszedłem, zapytałem się, czy dostanę tę kartę SIM, której szukam i usłyszałem, że w byle kiosku, bo w salonach to raczej nie. Odwróciłem się i miałem się ku wyjściu, kiedy usłyszałem przerażone: „Mamy! Pan zaczeka”. Przynajmniej jedną sprawę załatwiłem.

Na rozkładzie miałem również wizytę w Wydziale Paszportowym urzędu miasta Łodzi. Jeszcze w domu wypełniłem wniosek (raz pomyliłem się przy wpisywaniu koloru oczu i dwukrotnie wymiękłem przy wpisywaniu adresu zameldowania, którego nie posiadam), pozostało tylko zrobienie zdjęcia, załatwienie opłaty urzędowej (czterokrotnie niższej niż gdybym chciał wyrobić sobie paszport w ambasadzie RP w Irlandii).
Złożenie wniosku przebiegło nadzwyczaj bezproblemowo i uprzejmie, aż nie mogłem wyjść z podziwu. Byłem zauroczony uprzejmością i pomocą miłej pani urzędniczki, byłem zaskoczony tym, że zebrano ode mnie odciski palców i wyszedłem z Wydziału Paszportowego bardziej uśmiechnięty niż byłem przed wejściem.

Natomiast zdjęcie to osobna historia. Już przy wejściu zostaję poproszony o zdjęcie okularów. Noszę je na co dzień i bez nich jestem jakby niesobą, czuję się niepełny (by nie powiedzieć, że nagi poniekąd). Kiedy protestuję, słyszę, że ze względu na nowy wzór paszportów, nie można mieć zdjęcia w okularach, a już tym bardziej przyciemnianych jak moje. Ponieważ nie znam nowego wzoru paszportu, rozporządzeń dotyczących identyfikacji osób i takich tam, nie bardzo mam wyjście i zdejmuję okulary. Dostaję zdjęcie, na którym wyglądam obco i idę do Wydziału.
Tam wspomniana wcześniej miła urzędniczka mówi mi, że jak najbardziej można do wniosku dołączać zdjęcia twarzy z okularami na nosie, o ile fotograf wykona swoją pracę poprawnie i tak ustawi aparat by nie było odbić na szkłach — oczy mają być widoczne. Innymi słowy, fotograf, sfrustrowany łodzianin, nieudacznik, partacz i leń, nie wykonał swojej pracy tylko poszedł po linii najmniejszego oporu: „Pan zdejmie okulary, bo w okularach nie wolno”. Bzdura panie fotografie nieudaczniku. HWD.

Jeszcze tylko okulista — wzrok ani pogorszył mi się ani polepszył od poprzedniej wizyty pięć lat temu. Okulary nie potaniały przez ten czas i zakup nowych muszę odłożyć na bliżej nieokreśloną przyszłość.

A u optyka (zwiedziłem kilku), kolejny łódzki frustrat dał o sobie znać. Tym razem jakiś dziadu wepchnął się przede mnie i zaczął zrzędzić sprzedawcy. Wybrzydzał na co tylko się da, nie mógł i właściwie nie chciał się zdecydować na konkretne oprawki, na szkła czy plastiki, na powłokę antyrefleksową czy fotochromy. Był przykładem na niezdecydowanego klienta łodzianina frustrata. HWD.

Poziom frustracji we mnie samym wrócił do starej, dobrej łódzkiej normy.

W piątek wycieczka do Stegny.
Na autostradzie mija nas jakiś Opel. Ojciec mówi, że to policyjny. Kilka chwil dalej, zatrzymujemy się na stacji benzynowej i stoi tam też Opel, rzeczywiście policyjny. W środku jakieś radia, kamery i cholera wie co. Dookoła trzech typów popija sobie dwusetki kolorowych wódek. Widocznie panowie policjanci postanowili zrobić sobie przerwę w patrolowaniu i wychylić za bezpieczny weekend. Gdyby nie patrzyli się podejrzliwie, zrobiłbym im zdjęcie. Drogówka na żywo.

Mieścina, jak mieścina. Jest poza sezonem, więc nie ma rozwydrzonych wczasowiczów (pogody też nie), tylko część bud z rybami i piwem jest otwarta — ogólnie jest „cichuteńko jak w Sztuthoffie”. Na cenach się nie znam, więc nie wiem czy jest drogo czy tanio ale czteropak Specjala za 10 PLN wydał mi się rozsądnym wyborem. Choć kto dziś pije tylko jeden czteropak?

wpis: 1 493.

Normalnie nie poznaję Łodzi

Wylądowałem ledwie parę dni temu, za niecałe dwadzieściacztery godziny frunę z powrotem i nie mogę się nadziwić temu, co stało się z Łodzią.
  • Porządnie funkcjonujące lotnisko i uprzejmi, niepodejrzliwi celnicy.
  • Nowe, równe dobrze oznakowane drogi.
  • Czyste trawniki i zadbane, rozkwitające wiosną parki.
  • Życzliwi, mili i uśmiechnięci mieszkańcy.
  • Punktualna komunikacja miejska działająca bez zarzutu.
  • Dbający o klientów ekspedienci i ekspedientki w sklepach i punktach usług.
  • Proste chodniki i rozsądnie zaplanowane ścieżki rowerowe.
  • Bezboleśnie usuwający zęby dentyści.
  • Odnowione i odmalowane kamienice.
  • Ukończone istotne inwestycje infrastrukturalne.
  • Szybko rozstrzegane przetargi na nowe zmiany w mieście.
  • Przystępne ceny w barach i sklepach.
  • Dwa nowe stadiony i niewrodzy sobie kibice.
I wcale nie jest powiedziane, że to wszystko. Być może i jutrzejszy dzień mnie czymś zaskoczy.
Wpis: 1 450.

Wracając z Łodzi

Wracając z Łodzi zaskoczyły mnie in plus trzy rzeczy:
primo: Celnik sprawdzający paszport i kartę pokładową nie zadawał idiotycznych pytań w stylu: „dokąd pan leci”.
secundo: Przechodząc przez bramkę bezpieczeństwa, chyba po raz pierwszy przy wylocie z Polski, nie kazano mi ściągać butów. Niby drobiazg, ale wylatując z innych lotnisk nie spotykałem się z tym zwyczajem.
tertio: W sklepie bezcłowym miła obsługa pomogła mi odnaleźć poszukiwany produkt; zaproponowała, że do każdej zakupionej sztuki tegoż mogę dostać „voucher” na drinka w barze na piętrze; a gdy odmówiłem, dorzucono mi czekoladę na koszt firmy. Problem z tym, z którego sklepu bezcłowego skorzystam przy następnej okazji tak jakby rozwiązał się.
Wpis: 1 432.

Pierwsze wrażenia

W sklepach nie mówi się „Cześć” a „Dzień dobry”.
Przez ulice przechodzi się jedynie w dozwolonych miejscach i jedynie na zielonym świetle. Nie można gdzie bądź o ile nic nie jedzie.
E-papieros, e-papieros wszędzie. W tramwaju, autobusie, taksówce, restauracji, barze, sklepie spożywczym. Trzymany ostentacyjnie na wierzchu, palony z wyrazem wyższości na twarzy. Istna plaga.
Wpis: 1 429.

Irlandia — Austria

Landsdowne Road

Gdy wróciłem kilka dni temu spotkała mnie w skrzynce pocztowej miła niespodzianka. Dowiedziałem się, że wygrałem bilety na mecz kwalifikacji Mistrzostw Świata: Irlandia – Austria. Biorę udział w konkursach i niekiedy coś się trafi. Zdecydowałem, że biorę Art.
W dniu meczu spotkała mnie kolejna niespodzianka. Okazało się, że każdy posiadacz biletu może liczyć na darmową pintę Calsberga w klubie The Mercantile. Wiedziałem, jak zaplanuję sobie podróż na stadion. Tak, by zahaczyć pub.
Na miejscu zostałem zaskoczony po raz kolejny. Miałem obiekcje, co do Calsberga, którego nie pijam z przyczyn ideowych, ale miły barman stwierdził, że pinta jest pinta i mogę wybrać cokolwiek. Wziąłem Guinnessa.
W barze dostałem SMSa od Michaela z Book Clubu. Tak. Ponownie wygrał zaproszenie i też wybiera się na mecz. Zaczęliśmy wstępnie się ustawiać, ale podobnie, jak w przypadku meczu Irlandia – Polska, na SMSasch i telefonach się skończyło. Dogadać się, a przede wszystkim odnaleźć w tłumie tysięcy osób potrafię tylko z Feith.

Dotarłem z Art. na stadion. Byliśmy późno, ledwie minuty przed rozpoczęciem spotkania. Po drodze, jeszcze w centrum, mijaliśmy jedynie Austriaków. Dopiero im bliżej stadionu, tym robiło się bardziej zielono-biało-pomarańczowo. Zajęliśmy miejsca i zaczęliśmy oglądać widowisko.
Zaczęło się od tego, że Austriakom jakby bardziej zależało i udało im się wbić bramkę. Później cofnęli się i Boys In Green wzięli się do odrabiania strat. Jeszcze przed przerwą prowadzili dwa do jednego. Kibice cieszyli się i zaklinali, żeby tylko nie zmarnować okazji.
Druga połowa, to Austriacy próbujący i Irlandczycy broniący się. Kilkukrotnie na tyle ryzykownie, że stadion musiał oddychać z ulgą. Aż nadeszła ostatnia minuta meczu.
Na trybunach gwizdy, piski, wrzaski i sugestie w stronę sędziego, by kończył mecz. Nie zrobił tego. Austriacy wyrównali. Dopiero wtedy usłyszeliśmy końcowy gwizdek. Zawód był wielki. Kibice austriaccy cieszyli się, kibice Irlandii wychodzili ze stadionu kiwając z niedowierzaniem głową. Jak można było stracić zwycięstwo w ostatniej minucie.

Wróciłem do domu.

PS
W trakcie meczu ktoś rzucił butelką napoju w austriackiego piłkarza. Siedzieliśmy blisko tej sytuacji, którą zresztą było widać na telebimach. Stadion zaczął gwizdać, a kibice, w ramach samopomocy obywatelskiej przypilnowali, żeby odpowiednie służby wyprowadziły odpowiednią osobę. Stało się to niewięcej niż minutę później. Nikt, nikt! nie pomyślał, żeby krzyknąć: „Zostaw kibica, hej (…), zostaw kibica”.
PS2
Krótki pobyt w Polsce udany. Pierwszego dnia chwila na Wileńskiej. Drugiego, chwila na batalionach i wieczór z AZ w LaGrandzie. Trzeciego, spotkanie z SK w kinie Charlie, Kilina i Białostocka. Ostatni dzień, to ostatnie zakupy i pełna obawy podróż na lotnisku.
Tradycyjnie pomyliłem się wpisując swoje imię na bilet i zamiast Piotr podałem Peter. W Dublinie nie robili problemów: Piotr? Peter? Jedno i to samo. W Łodzi tak nie było. Celniczka z panią z Ryanaira cofnęły mnie do kasy. Na szczęście tam wystarczyło jedynie metodą analogową (przekreślamy niepoprawne imię; wyżej piszemy poprawne; dajemy stępel, datę i podpis) zmienić dane na karcie pokładowej i mogłem wrócić do Irlandii.
Wrócić do Irlandii, którą zaatakowała zima. Pada śnieg, jest zimno, a w radiu parafrazując śpiewają: „I’m dreaming of a white Easter”. Jakby mało było mi mrozu i śniegu przez te kilka dni w Polsce.
Wpis: 1 404.

Tomasz Piątek – „Miasto Ł.”

Miasto Ł.

To było kiedyś, w innym mieście. Teraz T. mieszka w mieście Ł., w największej miejscowej famule. Famuła to kamienica z czerwonej cegły, ponadstuletnia, w której kiedyś żyli robotnicy. Teraz żyją w niej bezrobotnicy. Bezrobotnik to taki robotnik, którego robocie to bezrobocie.

— Słyszałeś o tym kurewstwie, przepraszam, świństwie? — Tomek przypomina sobie, że jest zborze.
— Ale jakimś policyjnym?
— Nie, o tym, że odbierają prawa do mieszkań komunalnych. Każda rodzina, która ma całościowy dochód większy niż tysiąc sto trzydzieści sześć złotych, straci prawo do mieszkania kwaterunkowego. I albo płacisz czynsz komercyjny, cztery razy większy, albo wynocha z lokalu. Patrz, jak się szara strefa rozwinie, bo każdy ojciec rodziny…
— Albo matka rodziny…
— Tak, to w Ł. to raczej na pewno matka, mężczyźni albo nie żyją, albo się rozwiedli, albo są na robotach w Irlandii… No więc każdy ojciec rodziny niezależnie od płci powie pracodawcy: ty, oficjalnie to ty mi płać teraz mniej, a różnicę dawaj mi na czarno, inaczej mi mieszkanie zabiorą. No i zobaczysz, jak się szara strefa przez to rozwinie.

Mijają go przechodnie, obojętni, ale nie wrodzy. Miasto Ł. ma tę zaletę, że obojętność nie jest tu wroga – jest tylko zrezygnowana.

Żabka to sklep, nad którym H. i T. mieszkają. Leży dokładnie na granicy stref wpływów dwóch wielkich klubów piłkarskich. Kibice często spotykają się pod sklepem i wymierzają sobie soczyste liście. Walą jeden drugiego otwartymi dłońmi po czołach, jakby chcieli sobie nawzajem spoliczkować mózgi. Pan z Żabki jest ogromnym facetem, który wobec kibiców umie zachowywać spokój, i wewnętrzny, i wewnątrzsklepowy.

— A wiesz, na Bałutach jeden facet twierdził, że za każdym razem, kiedy wychodzi z domu, Żydzi nasyłają furgonetki, żeby mu zajeżdżały drogę, wjeżdżały na chodnik, tak by nie mógł przejść.
— I co?
— I w końcu go wzięli na leczenie.
— (…) Ale czekaj, bo ci jeszcze nie skończyłem o tym facecie z Bałut. Jego przypadek przypomina bardzo przypadek faceta z Chojn… Z Chojn czy z Chojnów? A może z Chojen? (…) Ten gość, gdy tylko wychodził na ulicę, to go zatrzymywali.
— Nie jego jednego. Wielu się zatrzymuje za sam wygląd.
— No tak, ale ich zatrzymuje policja. Ablo straż miejska. A on twierdził, że jego zawsze zatrzymuje SOK. Straż Ochrony Kolei. Choćby był nie wiadomo jak daleko od torów, nawet w takiej okolicy, gdzie od czasu wynalezienia lokomotywy nigdy żaden pociąg nie przejechał, i tak go zatrzymywał SOK, tak mówił.
— I co?
— Też go hospitalizowano, bo w końcu przestał mówić, tylko siedział i śpiewał: Świat jest wielkim dworcem, świat jest wielkim dworcem. (…) Ale czekaj, jeszcze nie skończyłem z tym facetem z Bałut, właściwie z Chojen, a właściwie z Rudy Pabianickiej, bo była jeszcze jedna dziewczyna z Rudy… (…) Miała chyba nadwagę. Czytałem o niej w internecie i tam było zdjcie. Nieważne. Ona twierdziła, że za każdym razem kiedy idzie do urzędu i musi napisać jakieś oświadczenie, albo chociażby na pocztę i musi wypełnić jakiś formularz, to dostaje długopis, który nie pisze. A kiedy się awanturuje, to dają jej inny długopis, który też nie pisze. I ona przez to już nie dała rady żyć, bo nie mogła załatwić żadnej sprawy urzędowej, dowodu osobistego dostać, przez co jeszcze bardziej żadnej sprawy nie mogła załatwić.
— A nie mogła chodzić wszędzie ze swoim długopisem?
— No pewnie, ale kiedy szła do sklepu, żeby kupić długopis, to też jej sprzedawali niepiszący! Kolega jej sprowadził przez internet jakiś superdługopis, okazało się, że ktoś w nim podmienił wkład na taki wypełniony przezroczystym atramentem.
— Tak twierdziła.
— Tak, tak twierdziła. I że przez te długopisy przestała jakby istnieć. Ucieszyła się, kiedy premier rządu obiecał, że wszystko będzie można załatwić elektronicznie, ale okazało się, że nie można, że elektroniczne załatwianie u nas jeszcze w powijakach jest. I zamknęli ją w szpitalu psychiatrycznym, gdzie siedzi w ogródku i pisze podanie palcem po piasku. Ale najlepsze jest to, że ona miała rację. Rzeczywiście zawsze jej dawali niepiszący długopis. Tak samo, jak temu facetowi z Bałut naprawdę furgonetki zajeżdżały drogę. A tego z Chojen rzeczywiście aresztowali sokiści. To było tak: (…) prezes G., właściciel wielkiej firmy spedycyjno-kurierskiej, prezes S., współwłaściciel jednej z tych prywatnych spółek, na które podzielili kolej (…) i prezes R. z firmy zaopatrujacej urzędy, sklepy papiernicze, kioski. Oni trzej, G., S. i R., umówili się, że każdy z nich znajdzie jakiegoś maksymalnie zwykłego leszcza albo leszczynkę. I założyli się, który z nich doprowadzi tego leszcza czy leszczynkę do większej i bardziej fantazyjnej paranoi, wykorzystując swoje pieniądze, wpływy i pomysłowe machinacje. Wygrał R., ten od długopisów, bo wykończyć człowieka za pomocą uzbrojonych strzażników czy chociażby samochodów to w miarę łatwe, ale za pomocą małych długopisów to już coś.

— Przed wojną była poetka, która strasznie chciała mieć lemura. Ale wtedy dostać lemura w Polsce było niewyobrażalnie trudno, pewnie tak samo trudno jak teraz. I jeden wielbiciel dał jej makaka. Ale makak jako zastępstwo dla lemura okazał się do niczego. Był zazdrosny o poetkę; kiedy przychodzili do niej adoratorzy i wieszali swoje kapelusze na wieszaku, makak do nich srał. I kiedy adorator wychodził, żegnał się z poetką w przedpokoju, nakładał kapelusz, to rzadkie gówno makaka spływało mu na twarz. Możesz sobie wyobrazić, co oni przeżywali. Mężczyźni, przed wojną, i do tego w zalotach, kiedy ego jest najbardziej wyczulone… Zhańbieni na resztę życia, zniszczeni, no już na pewno się u niej nigdy nie pokazywali i pozostawała nieszczęśliwa w miłości.
— Zaraz — dziwi się H. — To u faceta w zalotach ego jest najbardziej wyczulone?
— No przecież. Wtedy każdy drobiazg boli, niszczy cię we własnych oczach, bo widzisz go dziesięć razy powiększony w oczach kobiety. Mężczyzna nie widzi wtedy w oczach kobiety tego, co naprawdę widzi kobieta, tylko to, co sobie wyobraża, że ona widzi — swój strach, powiększony dziesięć razy. Ona przy jakiejś drobnej jego wpadce może być rozbawiona albo współczująca, może dopiero wtedy poczuć do niego prawdziwą sympatię, a on czuje rzadkie gówno makaka na twarzy.

Urządzili tam salę konferencyjną, żeby przyjmować klientów, ale klienci zawsze robili się w tej sali niespokojni i po kolei opuszczali firmę F., tym bardziej, że nie chciało im się przyjeżdżać do miasta Ł. A w mieście Ł. firma F. nie mogła zdobyć żadnych nowy klientów, bo wszyscy kandydaci na nich przenieśli się do Warszawy.

Sina. Już nawet nie wściekła, ale sina, wróciła H. z Urzędu Miasta. Jakiś profesor od urbanistyki stwierdził, że centrum Ł., nieremontowane od stu lat, spróchniałe i zgniłe, jest już nie do odratowania. Wyburzyć! Bo secesyjne kamienice nie tylko są odrażające-odrapane, już nie tylko stanowią zagrożenie budowlane, ale też epidemiologiczne. Odremontować po stu latach tego się nie da, twierdził profesor. Wyburzyć trzeba — tym bardziej że już nikt tu nie mieszka.
Wpis: 1 329.

Todos contentos y yo también

Piątek:
Szybka wyprawa do centrum w przeszukiwaniu Carrollsów. Bifor w Kate’s Cottage. Przechwycenie Ewy[1], powrót na Fairview, trzy szybkie w Meagher’sie i coś więcej w domu.

Sobota:
Barbarzyńsko wczesna pobudka, jedno korekcyjne, taksówka na lotnisko, dwa na drogę, Baileys w samolocie[2].
W Łodzi chwila na Tomaszewicza, spotkanie pod Centralem, transport na Karolew. Wymiana barterowa z BB, Pink Pub ze Skarbem i Rege, wreszcie koncert[3], a po nim after w Dekompresji[4].

Niedziela:
BB z Anią na obiedzie, wizyta na działce, wizyta na Dąbrowie[5], BB z Anią na kolacji i wieczór u Harnasi[6].

Poniedziałek:
Od rana poszukiwania fryzjera i zegarmistrza[7], później wizyta ciotki, a wieczorem zwycięski mecz u BB[8].

Wtorek:
Pobudka, śniadanie, lotnisko[9], Dublin i na zakończenie ostateczny after w miejscu, z którego się zaczęło, w Kate’s Cottage.

———————
[1] Ewa podróżowała z Tralee. Droga do Dublina zajmuje sześć godzin. Zamiast jechać nocą, zdecydowaliśmy, że skoro i tak lecimy tym samym lotem, to właściwie może przyjechać dzień wcześniej i przebunkrować się tutaj.
[2] Starym harcerskim zwyczajem poprosiliśmy obsługę Ryanaira o kubeczki z lodem. Pierwsze trzy dostaliśmy w miarę bezproblemowo. O kolejne trzeba było się starać.
[3] A) Koncert udany. Mam sentyment do Akuratu, HappySadu czy Pidżamy Porno. B) Niestety, organizatorzy spieprzyli sprawę z browarami i co się nastałem na zewnątrz po kupon a później piwo, to moje. C) Z drugiej strony, czekając w kolejce poznałem jakichś ludzi, którzy później zapraszali na after, z którego to zaproszenia i tak nie skorzystałem. D) Jeszcze przed koncertem uczepiła się jakaś zbłąkana dusza, którą, wprowadziwszy na halę, zostawiliśmy z premedytacją. W trakcie koncertu, uczepiła się kolejna zbłąkana dusza, którą, zabawiwszy chwilę rozmową, zostawiliśmy z premedytacją. W sztuce lekceważenia robię się coraz lepszy.
[4] Do Dekompresji miały wozić jakieś specjalne autobusy, których nie uświadczyliśmy. Wbiliśmy się w jeden nocny, później drugi i kiedy już wystarczająco długo podróżowaliśmy Aleksandrowską, postanowiliśmy wysiąć i szukać klubu. Szukaliśmy go w złą stronę, aż zdecydowaliśmy się złapać taryfę (pierwsze dwadzieścia machniętych nawet się nie zatrzymało). W samym klubie trochę zabawy w towarzystwie o połowę ode mnie młodszym, szybka drzemka i wyjście przy asyście i na wyraźne życzenie ochrony.
[5] Dąbrowa trzyma się coraz słabiej.
[6] Tradycyjnie, niezwykle sympatyczny.
[7] Zakończone sukcesem. Niewykrywalny na lotniskach zegarek Al-Kaidy udało się naprawić, czego nie udało mi się dokonać w Irlandii.
[8] Sam mecz średni, ale wynik bardzo dobry. Od poniedziałku Mięciel detronizuję Danielewicza, a obaj stają się legendami piłki nożnej. Po meczu szwędałem się z BB po Karolewie poznając kibicowski folklor — hordy pijanego chłopa, których nomenklatura sładała się jedynie z kurwa, żydzew. Na koniec przypadkowe spotkanie ze znajomym z PSZ-u, którego nie widziałem dobre jedenaście lat.
[9] Na lotnisku, zgodnie z inną starą harcerską tradycją, sklep bezcłowy i przysłowiowa kola lajt.

Wpis: 1 277.