Kalendarz

Luty 2018
P W Ś C P S N
« gru    
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 67410
  • Dzisiaj wizyt: 5

kino

Odchamianiesię, wersja kinowa

Tym razem w tym hipsterowsko-snobistycznym kinie Irlandzkiego Instytutu Filmowego (IFI) na Los Amantes Pasajeros (Przelotni kochankowie).

I teraz tak… Założenie pierwsze brzmi: nie lubię komedii. Są wyjątki, ale generalnie nie lubię. Założenie drugie: Los Amantes Pasajeros jest komedią.
Przed pójściem na seans nastawiałem się, że wyjdę z niego zażenowany. Właściwie staram się nie nastawiać, ale wiadomo, jak jest. Pewnych nawyków uniknąć się nie da. Z kina wyszedłem wyjątkowo mile zaskoczony.

Fabuła komedii banalna. Samolot ma leciec do Meksyku. Podczas startu coś idzie nie tak. Będzie potrzebne awaryjne lądowanie, ale do czasu, kiedy znajdzie się zapasowe lotnisko, samolot ma pozostać w powietrzu.
Jak można się spodziewać, mała przestrzeń, skupieni na niej pasażerowie, piloci, obsługa, są mieszanką na tyle różnorodną, że musi dochodzić do zabawnych sytuacji i dialogów. I tak było. Reżyser i scenarzysta w jednym dał sobie całkowicie radę. Było wesoło.
Na całe szczęście nie była to komedia głupia, czy głupkowata.

Na koniec: Dawno już nie uśmiałem się tak w kinie. Normalnie, szczerze, pełną piersią śmiałem się na głos. Fajna sprawa.
Wpis: 1 413.

Odchamianiesię, wersja kinowa

Welcome To the Punch

Zachowując zasadę, że z Facebookiem, jak z lodówką: należy zaglądać co pięć minut, Art. dokonywał inspekcji piątkowych wpisów. Za pośrednictwem dodatku do the Irish Timesa the Ticket, wynalazł informację, że tenże the Irish Times wraz z kinem Cineworld organizują w poniedziałek przedpremierowy pokaz filmu pt. Welcome To the Punch. Warunkiem dostania się na taką projekcję było zakupienie piątkowego wydania gazety i udanie się z nim do kasy kina po odbiór zaproszenia. To wziąłem na siebie.
Seans przewidziany był na wieczór. O właściwej porze zebraliśmy się i poszliśmy do kina. Spokojnie dostaliśmy się do środka, później na salę sprawdziwszy jeszcze wcześniej (i mając w pamięci mój wypad z Darusiem jakoś z jesieni zeszłego roku) czy w innych salach nie ma ciekawszych obrazów. Nie było.
Rozsiedliśmy się w małym pomieszczeniu, ale w przeciwieństwie do innych sal w Cineworld dość stromym. Widzowie, których zebrało się dość sporo choć sali nie wypełnili, siedzący przed nami nie zasłaniali widoku. My nie zasłanialiśmy tym za nami. Zaczęliśmy oglądać film.
Wiadomo, że przeczytaliśmy opis i wiedzieliśmy czego się spodziewać. Dobry policjant, zły przestępca, pościgi i strzelaniny, trochę przekleństw i bijatyk. Typowy mózgotrzep sensacyjny. Na dobrą sprawę można puszczać bez napisów. Wątku nie dało się zgubić. Film nie zaskakuje absolutnie niczym.
Tym niemniej, skoro nadarzyła się okazja, czemu z niej nie skorzystać. Nie mogę napisać, żebym stracił półtorej godziny.
Na koniec — tak wygląda irlandzkie zaproszenie na pokaz specjalny filmu:
Aaa… I jeszcze jedno, najbardziej specjalne w tym pokazie specjalnym było to, że zaczął się równo o czasie. Czyli nie dość, że prawie darmo, to jeszcze bez zbędnego reklamowego śmiecia.
Wpis: 1 400.

Scenka rodzajowa, typowa

czas: piątek wczesnym popołudniem;
miejsce: kino Cineworld;
osoby: emigrant Walczak, miła dziewczyna-bileterka;

Emigrant Walczak dowiedział się, że w irlandzkim kinie będzie pokazywany polski film (Być jak Kazimierz Dejna) z angielskimi napisami. Sprawdził w którym kinie, o jakiej porze, a jak już znalazł odpowiadający mu termin, zdecydował, że wybierze się. Gdy nadszedł czas, wyruszył do miasta.

emigrant Walczak z uśmiechem na twarzy: Cześć! Jak się masz? Bilet na ten polski film, co za chwilę będzie, poproszę.
miła dziewczyna-bileterka irlandzkim zwyczajem odwzajemniając uśmiech: Hej! U mnie wszystko bardzo dobrze, a u ciebie? Ten polski film… Słuchaj, no nie wyświetlamy go teraz. Dopiero później, po szóstej.
emigrant Walczak nieco zaskoczony: Sprawdzałem na stronie i było napisane…
miła dziewczyna-bileterka lekko zakłopotana: Aaa… Tak, strona internetowa. Sam wiesz, jak to jest…
Kurtyna!

I teraz tak. Wyobrażam sobie podobną sytuację w Polsce. Wyobrażam sobie, że stojący przy kasie niedoszły widz zaczyna wydzierać się na Bogu ducha winną bileterkę. Wyobrażam sobie, jak wyzywa od najgorszych, jak zrzuca na nią odpowiedzialność za nieaktualną stronę internetową, jak obwinia za wprowadzenie go w błąd aż w końcu, jak będąc u kresu wytrzymałości, żąda rozmowy z przełożonym (co w korporacjach, w farmach, gdzie pracownicy podzieleni są na kasty, zawsze oznacza nieprzyjemności). Przynajmniej takie wspomnienia mam z ojczyzny, w szczególności z rodzinnego miasta pełnego frustratów, desperatów a w najlepszym wypadku osób do reszty wycieńczonych przez codzienność łódzkiej wegetacji. Zresztą, prawdę mówiąc, jeszcze w porzedniej erze, przed rokiem 2002-gim, i mnie zdarzały się niekontrolowane wybuchy w niemal dokładnie takich samych sytuacjach. Pamiętam, jak wściekałem się, kiedy poszedłwszy do kina na pewien seans dowiedziałem się, że został on przełożony na któryś kolejny dzień z jakiegoś nieistotnego powodu. Ale na szczęście, te czasy są wyjątkowo przeszłe. Mniejsza…
W każdym razie, z miłą dziewczyną-bileterką wymieniliśmy jeszcze kilka uprzejmości i zapewnień, że nic się nie stało i powiedzieliśmy sobie: „Do zobaczenia po weekendzie”, kiedy to film już będzie wyświetlany w godzinach przedpołudniowych.
Wpis: 1 398.

Nieznani blondyni pod kasami naszych kin

Daruś zauważył, że wyświetlają w tutejszym kinie Jesteś bogiem. Polski film. To nie zdarza się często. Żeby nie napisać, że niemal w ogóle.
Wyczailiśmy godzinę seansu i kiedy okazało się, że pokaz rozpoczyna się za pół godziny, prężnie wyruszyliśmy. Kupiliśmy bilety i wbiliśmy się na seans.
Sam film dobry. Pomimo tego, że nie jestem hip-popowcem i musiałem w trakcie upewniać się „kto zginie”, fabuła była okej. Jak przy każdym obejrzanym do tej pory filmie fabularno-biograficzym. I nie ważne, czy muzyk rapuje czy rymuje. Wychodzi na to samo. Mam poczucie dobrze spędzonej półtorej godziny.
Kiedy się skończyło wpadliśmy z Darusiem na szatański ale i genialny pomysł. W Cineworld, kinie do którego poszliśmy, bilety sprawdza się zaraz po odejściu od kasy. Nie trzeba ich okazywać na kolejnych piętrach wbijając się na kolejne sale projekcyjne. A zatem, itd…
Sprawdziliśmy tylko, co następnie będzie puszczane i poszliśmy na następny film. Później na następny. Właściwie moglibyli byśmy spędzić w ten sposób cały dzień. Ograniczyliśmy się do jedynie trzech filmów. Pomysł pozostał. Jest praktycznie przesądzone, że powtórzymy go jeszcze nie raz.
Wpis: 1 367.

Nie zapowiada się źle

Guinness Mid-Strength
Guinness Mid-Strength. 2.8%(sic!) Ke-de-fak oni wymyślili?! A później czyta się czy słyszy, że pomimo znacznego wsparcia ze strony Walczaka, sprzedaż Guinnessa wciąż spada.

Poprzedni weekend:
W czwartek zaczęły się upały. Temperatura przekroczyła 16 stopni i kto żyw chował się do cienia. W przeciwieństwie do tych, co słońca spragnieni byli. Ci wystawili się na działanie promieni UV. Nad morzem, na Clontarfie, niecałe pół godz. drogi od domu.
Piątek:
Skromnie, bo w sobotę…
Sobota:
Od wczesnego przedpołudnia szkolenie ws. F1. Spodziewałem się kilkugodzinnego zawracania głowy a skończyło się na kilkunastominutowym spotkaniu. Doszło do tego, że ostatni, traktujący punktualność specyficznie, Irlandczycy pojawiali się, kiedy „impreza” właściwie się kończyła. Wiadomości są dwie: Samo wydarzenie, to 10 do 12 godz. obsługi; Następnie wolontariuszom fundowane jest after-party z udziałem uczestników pokazu. Będie można trzepnąć sobie zdjęcie kierowcami a może i napić się drina czy dwóch.
Africa Day. Tuż obok hotelu, gdzie było szkolenie, był festyn Africa Day. Parę namiotów reprezentujących poszczególne kraje, parę stoisk z żarciem, dwie sceny i — tradycyjnie już w IE — zero alkoholu, co trzeba było sobie rekompensować w pobliskich „Żabkach” (pomysł ze znajdującą się nieopodal restauracją nie wypalił ze względów ekonomicznych. Za małego Heinekena, miły włoski kelner skasował mnie piątaka szczerząc zęby i mówiąc: „Witamy w Irlandii”).
Niedziela:
Powtórka z rozrywki czyli parę godzin rozwalony na trawniku, opalający się w pełnym słońcu, przysłuchujący się koncertom z Africa Day.

Poniedziałek:
Śmierć z prze-opalenia się.
Wtorek:
Rozpoczynam powrót do normalności sprawdzając, co czeka mnie w nadchodzącym tygodniu i tak:
L.Stadt. Przyjeżdżają chłopaki na trzy koncerty do Dublina. Środa, czwartek i piątek.
Cervantes znów pokazuje jakiś film, to w środę.
Sunday Times organizuje jakiś festiwal filmowy i w ten czwartek na The Meeting House Square pokazują Sokoła Maltańskiego, ale chyba już nie ma biletów. Za to może będą bilety na jedyny pokaz Iron Sky w the Lighthouse Cinema.
W niedzielę F1 i after party

Nie zapowiada się źle!
Czy brakowało mi tego w Portlaoise?
Wpis: 1 334.

Odchamianiesię, wersja kinowa

Wpis: 1 312.