Kalendarz

Listopad 2017
P W Ś C P S N
« paź    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66561
  • Dzisiaj wizyt: 2

kino

Odchamianie się, wersja kinowa

Botoks
Tak chaotycznego, niewnoszącego niczego, nieporuszającego żadnej kwesti, nieniosącego za sobą jakiegokolwiek przesłania, niestawiającego byle pytania, niepozwalającego na zatrzymanie się choćby na chwilę, chaotycznego obrazu prawdopodobnie nigdy nie widziałem. Niewarto.

Wpis: 1 538.

Odchamianie się, wersja kinowa

Blade Runner 2049
Warto.

Wpis: 1 537.

Odchamianie się, wersja kinowa

Przed filmem wyświetlono kategorię wiekową: 12A. Obraz odpowiedni dla widzów dwunastoletnich bądź starszych, dla młodszych jedynie w towarzystwie opiekunów. Cóż, po projekcji uważam, że osobom powyżej dwunastego roku życia powinno się zabraniać oglądać tego filmu, a przynajmniej wyraźnie ostrzegać.

Wpis: 1 535.

Odchamianie się, wersja kinowa

Alien Covenant
Gdybym nie widział żadnego Obcego czy Prometeusza, uznałbym, że właśnie obejrzałem całkiem przyjemny kawałek SF.
Ze względu jednak na to, że mam za sobą i Obcych i Prometeusza starałem się doszukiwać nawiązań, powiązań, odwołań i o ile wstecz jeszcze się udawało (Fassbender bardzo ułatwiał), o tyle w przód szło mi już o wiele gorzej. Czekam na opinię współlokatora-eksperta.

Wpis: 1 527.

Odchamianiesię, wersja kinowa

Marsjanin

Poszedłem obejrzeć Marsjanina. Wcześniej przeczytałem książkę, więc wiedziałem „kto zabił” i jak się skończy. Chciałem przekonać się, jak za rewelacyjną powieść Weira weźmie się Scott.
Oglądało się bardzo przyjemnie. Damon swobodnie zagrał główną postać, a i ekipa drugoplanowa nie straszyła.
Jeśli chodzi o zgodność treści, to wychwiciłem tylko jedno, na moje oko nieistotne, ominięcie.
Ani fizykiem ani biochemikiem nie jestem, nie wiem na ile Weir odrobił pracę domową, ale obraz wydawał się wiarygodny.
Oskara nie dałbym, ale nie wykluczam, że jeśli jeszcze kiedyś trafię na Marsjanina np. gdzieś w TV, to nie przełączę na inny program.

PS
Uwielbiam chodzić na przedpołudniowe seanse, gdzie nie ma w kinie wrzaszczących mas, żrących popkorn, świecących telefonami. Gdybym chciał chodzić na spędy, chadzałbym na dyskoteki albo inne koncerty. Mimo wszystko, cenię sobie pewien odbiór, w tym wypadku filmu, indywidualny a nie zbiorowy. Cierpię na gawiedźiowstręt.
Wpis: 1 500.

Odchamianie się, wersja kinowa…

American Sniper, to był mocny film. O ile pokazywanie tego, jak bardzo człowiek nie daje sobie rady z okolicznościami… Cooper nie mógł być mężem… Po tym, co przeżył, nie mógł wrócić do domu / do rodziny… :-)

Wpis: 1 481.

Odchamianiesię, wersja kinowa

Interstellar

Od kilku dobrych tygodni, każda przerwa reklamowa w irlandzkim radiu rozpoczynała się zaproszeniem na film Interstellar. Na przestrzeni tych kilku lat spędzonych na Zielonej Wyspie, nie pamiętam drugiej, tak agresywnej, intensywnej kampanii. Ta była prowadzona na tyle nachalnie, że wreszcie zdecydowałem się pójść do kina i mieć już ten film za sobą. Dzisiaj poszedłem.

Obraz rozczarował. Przede wszystkim był niemiłosiernie długi. Mógł się obyć bez połowy scen i skończyć się ze trzy razy, zanim reżyser zdecydował się wreszcie wyświetlić klatkę „The End”. Pod tym względem przypominał nieco J. Camerona i jego zamiłowanie do niekończenia filmów.
Fabularnie był dość miałki. Pomijam wątki quasi-naukowe, żadem ze mnie astrofizyk. Ale historię, którą chciał zilustrować Ch. Nolan, na moje oko, nie trzymał się kupy. Pomysł na to, że jeden człowiek ratuje ludzkość od zagłady (swoją drogą, nie ma ani słowa co lub kto tę zagładę na ludzkość ściąga) przerabialiśmy już chociażby w niezbyt wybitnym obrazie Armageddon, po którego obejrzeniu do dziś pozostaje niesmak (relacja ojciec-córka? Nolan i tego się chwyta).
Co się zaś tyczy efektów specjalnych, to od czasu, kiedy w kinie wszystko stało się możliwe do osiągnięcia dzięki CGI, nic już nie zachwyca (nie jestem grafikiem komputerowym, może dlatego nie potrafię docenić pracy ludzi, który współtworzyli ten film; ale jak przeciętny widz, chciałbym jeszcze kiedyś odczuć na sobie tzw. „efekt wow”).

Pozytywnym aspektem tego wszystkiego jest jedynie to, że na ten Koniec Końca Świata jakieś filmy jednak docierają i można je spokojnie obejrzeć na sali kinowej. Spokojnie, czyli w środku dnia, z ledwie sześcioma osobami, bez tłumów młodzieży obżerającej się popkornem i wysyłającej niezliczone SMSy umawiając się na pintę czy dwie po filmie.
Inna sprawa, że bilet to niecałe dwa Guinnessy w barze, więc i straty finansowej zbyt wielkiej nie było.
Wpis: 1 473.

Kilkenny 3-22 — Tipperary 1-28

Środek zeszłego tygodnia; pośród różnego rodzaju e-maili trafiających na mojego gmaila przychodzi taki: „Jeśli chcesz obejrzeć finał All-Ireland GAA SHC[1], weź no wejdź na stronę taką-a-taką”. Chciałem obejrzeć, wszedłem, zaanonsowałem się. W niedzielę poszedłem do dumnego kina[2] w Portlaoise.
Wszedłem do środka, zapytałem która sala, miła pani wskazała mi pomieszczenie nr 3. Wszedłem do wskazanej sali, usadowiłem się i zacząłem wpatrywać się w ekran.
Wcześniej nigdy w życiu nie oglądałem w kinie niczego innego niż film. Prosta konotacja kino = film funkcjonowała w mojej głowie od zawsze i czułem się nieco nieswojo siedząc i patrząc jak na ekranie pokazywany jest obraz z telewizji a z głośników dobiega głos komentatorów sportowych.
Rozejrzałem się dookoła. Sala była niewielka, na moje oko coś koło stuosobowa. Zapełnionych było tak z dwie trzecie miejsc: ojcowie z dziećmi, niewiele młodzieży, jedna wielopokoleniowa rodzina w komplecie i ja.
Zgasły światła, na ekranie rozpoczął się mecz, otworzyłem piwo.

Mecz, jak mecz. Zasady Hurlinga znam pobieżnie z kilku wypraw z Dawidem do barów jeszcze w czasach pracy w przemyśle rozrywkowym Xtra-Vision (i jednej wizyty na stadionie O’Moore Park w Portlaoise przy okazji wizyty BB). Pamiętałem, że gra piętnastu zawodników w każdej drużynie, że bramki są dwie i że jeśli piłka przeleci między słupkami ale ponad poprzeczką, to mamy punkt a jeśli pod poprzeczką, to jest gol czyli trzy punkty. Poza tym nie wiedziałem niczego. Nie wiedziałem czy istnieją faule, spalone, auty… Ale nie przeszkadzało mi to w odbiorze gry, którą na samym tylko stadionie oglądało ponad 80 tysięcy osób. A gra była przednia.
Spotkały się drużyny hrabstwa Kilkenny i hrabstwa Tipperary. Ze skromnych informacji, które posiadałem na temat Hurlinga wynikało, że drużyny z tych hrabstw w finale grają zawsze. Albo grają między sobą albo tłuką jakieś inne hrabstwo. W sumie, są najlepsze w Irlandii i jeśli tylko do samego końca uda się dotrzeć innemu hrabstwu uznaje się to za niespodziankę a nawet sensację.
Dwie najlepsze drużyny dały pokaz tego, jak hurling — najszybsza gra zespołowa na świecie — może i powinien wyglądać. Było energetycznie: zawodnicy nie stali na boisku a biegali i to ciągle, wymachiwali hurlingami na lewo i prawo, piłeczki właściwie nie było widać i wpadała między słupki lub do bramki raz za razem, a żadna z drużyn nie uzyskała przewagi większej niż pięciopunktowa. Były rzuty karne (nie do końca pojąłem na jakiej podstawie dyktowane), były rzuty wolne, rzuty z autu i — oczywiście — zawodnicy kilkukrotnie skakali sobie do twarzy wyjaśniać sobie co bardziej sporne kwestie.
W moim przekonaniu (nie popartym wielkim doświadczeniem) ten finał był kwintesencją tego, czym Hurling jest i gdybym miał komuś pokazywać „z czym to się je”, zacząłbym właśnie od takiego meczu.

Jak wspomniałem, widownia była obsadzona głównie przez dzieciarnię, która z początku trochę nieśmiało, ale z czasem pozwalała sobie na coraz to głośniejsze okrzyki entuzjazmu i rozczarowania. Oprócz dziecięco brzmiących: „Idziesz, idziesz!” albo: „Podaj, podaj no!” mogłem usłyszeć coś, co rozbroiło mnie najbardziej. Otóż po nieudanej akcji jednej z drużyn, zawiedziony młody, bardzo młody kibic wykrzyknął pełne żalu: „Oh no!”. I wyobraziłem sobie, że oglądam z rówieśnikami ten sam mecz, że przejmuję się wynikiem mojej drużyny, że „nasz” zawodnik przepięknie partoli zagranie i jednego, czego nie mogłem sobie wyobrazić to to, że również krzyknęlibyśmy: „Oh no!”. Przypuszczam, że krzyknęlibyśmy coś zupełnie innego i z akcentowaną literą „r” w środku.
Sympatycznie było też spojrzeć na wielopokoleniową rodzinę, która odwiedziła kino. Było kilkoro dzieci, rodzice oraz babcia. Dzieciaki i rodzice wyraźnie sprzyjali hrabstwu Tipperary natomiast babcia zdawała się sprawiać wrażenie, że w Kilkenny spędziła młodość i ilekroć drużyna Kilkenny zdobywała punkt, babia – choć dyskretnie, by nie robić przykrości reszcie rodziny – zaciskała pięść w geście tryumfu.

Sam mecz skończył się remisem, co oznacza, że za jakiś czas zostanie powtórzony. Kibice będą zadowoleni, obejrzą widowisko raz jeszcze; telewizja będzie zadowolona, kibice obejrzą reklamy raz jeszcze. Natomiast o tym, że był remis przesądziła technologia „hawk-eye” (bez niej byłby remis albo i nie i jedna z drużyn mogłaby czuć się pokrzywdzona a inna niesłusznie nagrodzona).
GAA nie miało najmniejszych problemów, żeby wprowadzić kamery na boisko. Kiedy tylko okazało się to wykonalne, natychmiast zdecydowano się. Chodziło o to, by wyeliminować — na ile to możliwe — kontrowersje; rzecz, wydawałoby się, oczywista.
I tak, w ostatniej sekundzie ostatniej minuty zawodnik jednej z drużyn ma do wykonania rzut wolny. Odległość spora (97m), ale, jak mówił komentator, do wykorzystania. Zawodnik podchodzi do piłeczki, podbija ją sobie, uderza. Ta leci i leci sekundę i przelatuje w okolicach słupka. Połowa stadionu wyje ze szczęścia: piłeczka przeleciała między słupkami. Druga połowa wstrzymuje oddech: przecież piłeczka przeleciała obok. Po kilku sekundach sędzia bramkowy, niemogąc podjąć decyzji, odwołuje się do „hawk-eye”. Cieszący się powoli przycichają, wstrzymującym oddech zaczyna brakować powietrza. Kilkanaście sekund później na telebimach na stadionie i na ekranie kina pokazuje się komputerowo przetworzony tor lotu piłeczki i widać, że ta minęła słupek po zewnętrznej o cale. O cale!!! Z odległości 97-miu metrów chłopak chybił jedynie o cale. Ale chybił.
Ostatni gwizdek. Remis. Mecz do powtórzenia.

Gra się skończyła, skończyło się piwo, wstałem, wyszedłem, poszedłem do domu zobaczyć jak Polacy dadzą sobie radę z Giblartarem.

[1] GAA SHC – Gaelic Athletic Association Senior Hurling Championship; na temat tego, jak wyglądają rozgrywki w Hurlinga czy w Gaelic Futbol można by pisać (przynajmniej z mojej, laickiej perspektywy) długo, a i tak nie napisano by wszystkiego. Po ośmiu latach pobytu nie ogarnąłem tego, czy istnieją tu jakieś ligi, puchary itd. Wiem jedynie, że raz do roku, pod koniec wakacji są finały rozgrywek All-Ireland (tj. hrabstwo na hrabstwo).
[2] W Portlaoise dumne jest kino i centrum handlowe. Kino, które szczyci się tym, że premiery filmowe ma nie później niż trzy miesiące po tym, jak dystrybutor przyśle kopię do Irlandii. Centrum handlowe dumne jest z tego, że wszystkie okoliczne wioski się tu zjeżdżają na zakupy i generalnie handel się kręci.
Wpis: 1 463.

Dzień otwarty kina Irlandzkiego Instytutu Filmowego

Irlandzki Instytut Filmowy

Irlandzki Instytut Filmowy ogłosił, że piętnastego czerwca odbędzie się kolejny już „Dzień otwarty kina Irlandzkiego Instytutu Filmowego”.
Z grubsza wydarzenie to polega na tym, że wyświetlane są starsze lub nowsze, mniej lub bardziej popularne filmy. W tym roku ekipa proponuje m.in. drugą część Ojca chrzestnego, Godzillę: Króla potworów czy Leona zawodowca, ale też Bling Ring.
Myk polega na tym, że wszystkie te obrazy będą do obejrzenia za darmo, o ile wcześniej odbierze się wejściówkę.
I tu pojawia się problem.
Bilety będą do odebrania tego samego dnia w kasach kina Irlandzkiego Instytutu Filmowego od godziny jedenastej. To jeszcze nie przeraża.
Przeraża to, że sam Instytut na swojej stronie pisze, że wejściówki będą przyznawane na zasadzie: „kto pierwszy, ten lepszy” i dodaje, że w poprzednich latach ludzie, by zdobyć bilet na interesujący ich film ustawiali się w kolejkach już od siódmej rano (sic!).
Teraz szybkie kojarzenie faktów.
Piętnasty czerwca to sobota.
Siódma rano jest barbarzyńską godziną.
Ergo: Nie obejrzę Godzilli: Króla potworów.

A miało być tak pięknie.

PS:
Dzięki za cynk, Karolina.
Wpis: 1 424.

Odchamianiesię, wersja kinowa

Tym razem w tym hipsterowsko-snobistycznym kinie Irlandzkiego Instytutu Filmowego (IFI) na Los Amantes Pasajeros (Przelotni kochankowie).

I teraz tak… Założenie pierwsze brzmi: nie lubię komedii. Są wyjątki, ale generalnie nie lubię. Założenie drugie: Los Amantes Pasajeros jest komedią.
Przed pójściem na seans nastawiałem się, że wyjdę z niego zażenowany. Właściwie staram się nie nastawiać, ale wiadomo, jak jest. Pewnych nawyków uniknąć się nie da. Z kina wyszedłem wyjątkowo mile zaskoczony.

Fabuła komedii banalna. Samolot ma leciec do Meksyku. Podczas startu coś idzie nie tak. Będzie potrzebne awaryjne lądowanie, ale do czasu, kiedy znajdzie się zapasowe lotnisko, samolot ma pozostać w powietrzu.
Jak można się spodziewać, mała przestrzeń, skupieni na niej pasażerowie, piloci, obsługa, są mieszanką na tyle różnorodną, że musi dochodzić do zabawnych sytuacji i dialogów. I tak było. Reżyser i scenarzysta w jednym dał sobie całkowicie radę. Było wesoło.
Na całe szczęście nie była to komedia głupia, czy głupkowata.

Na koniec: Dawno już nie uśmiałem się tak w kinie. Normalnie, szczerze, pełną piersią śmiałem się na głos. Fajna sprawa.
Wpis: 1 413.