Kalendarz

Lipiec 2017
P W Ś C P S N
« cze    
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65555
  • Dzisiaj wizyt: 1

dublin

Portlaoise, Dublin, Berlin, Gdańsk, Gdynia, Łódź, Dublin, Portlaoise

GNR

Była niedziela osiemnastego czerwca. Pracowałem od rana i kiedy po siódmej wyszedłem ze sklepu, zrobiłem ostatnie zakupy i dotarłem do domu, byłem nieco przemęczony (chociaż przemęczony, to może złe słowo; bardziej odpowiednim byłoby: znużony). Ogarnąłem się, przekąsiłem małe co nieco, spakowałem i okazało się, że jest już grubo po północy. Rozpoczął się poniedziałek, a więc dzień berliński.
Autokar na lotnisko miałem mieć po trzeciej nad ranem, było po pierwszej, szybko obliczyłem sobie, że na dwie godziny nie opłaca mi się kłaść się spać. Przetrzymałem.
Początkowo plan był taki, że na przystanek zostanę odwieziony przez współlokatora. Wyszło jednak na to, że współlokator wycofał się z oferty i byłem zmuszony pojechać taryfą. Dałem radę. Wsiadłem w autokar i w drodze na lotnisko lekko się zdrzemnąłem. Tak rozpoczął się drugi w tym roku tydzień wakacji.

Wysiadłem z autokaru, przeszedłem przez kontrolę bagażu (bagażu ze sobą właściwie nie miałem, wszak leciałem – docelowo – na koncert, a nie sądziłem, żeby wpuszczono mnie na stadion z walizką), zameldowałem się w barze przy bramce, z której miałem startować do Berlina i czekałem. W czekaniu zwykle pomaga mi Guinness. Tym razem musiałem obejść się ze smakiem. Akurat wymieniano kega i zmuszony byłem oczekiwać na lot z Heinekkenem.
Nadszedł odpowiedni moment, kolejka do samolotu przerzedziła się już nieco, podszedłem do obsługi Ryanaira, wylegitymowałem się, zostałem wpuszczony na pokład, zająłem przypisane mi miejsce i jeszcze przed startem przymknąłem oko, żeby odespać nieprzespaną noc. Gdy obudziłem się, dolatywaliśmy nad Berlin.
Niczym alianci siedemdziesiąt lat wcześniej, kiedy samolot krążył przed lądowaniem, mogłem oglądać, jak wygląda stolica Niemiec z powietrza. Szukałem punktów charakterystycznych pamiętając jaką trudność sprawiło nam siedem lat wcześniej wydostanie się z lotniska. Śledziłem tory kolejki S-Bahn i starałem się umiejscowić jej stację względem terminalu, ale koniec końców na nic to się zdało. Gdy już przyziemiliśmy, wszystko mi się poplątało i straciłem orientację.
Wysiadłem, przeszedłem przez odprawę Abwehry i zostałem przechwycony przez K.
Wyprowadzono mnie z lotniska, zaznajomiono z S., wsadzono w auto i zawieziono na kwaterę. Tam zostawiłem bagaż i zaczęliśmy wraz z K. i S. szalony maraton po Berlinie.

Na początek przyosiedlowy sklep, dalej metro i centrum. Następnie krajoznawczo-turystyczna wycieczka berlińskim MPK (był i budynek Bundestagu, i Brama Brandenburska, i budynek opery i muzeum i Tiergarten i Dworzec Zoo i cała masa innych miejsc, łącznie z pozostałościami po Murze. Zostałem porządnie przegoniony, ale jestem za to wdzięczny, bo inaczej zabunkrowałbym się pewnie w pierwszym lepszym lokalu i zwiedzał jedynie oczyma wyobraźni. W każdym razie, K. i S. stanęli na wysokości zadania, przepędzili mnie po bardziej i mniej znanym Berlinie, pokazali co bardziej turystyczne miejsca i zaciągnęli do zwykłych knajp na chwilę oddechu, aż zaczęliśmy kończyć późnym wieczorem w parku, gdzieś na obrzeżach ich osiedla, siedząc na ławce, pilnując psa, spoglądając na zbliżający się wieczór, opędzając się od komarów i popijając kolejne tego dnia piwo.
Na koniec wstąpiliśmy jeszcze do jakiegoś monopolowego, później do jakiegoś supermarketu i zabunkrowaliśmy się (było już grubo po północy) u K. i S. Przesiedzieliśmy do wczesnego świtu i padliśmy.
Gdy kładłem się spać i widziałem na zegarku godzinę piątą coś-tam, wiedząc, że samolot do Gdańska mam po pierwszej coś-tam i zakładając, że droga na lotnisko trochę mi zajmie, myślałem sobie: „no to się wyspałem, drugi dzień z rzędu”.

Obudziłem się, zostałem poczęstowany pożywnym śniadaniem i odwieziony na plac Aleksandra, skąd udałem się na berlińskie lotnisko Teufel (czy jakoś tak). Cudem udało mi się odnaleźć właściwy terminal, właściwą bramkę, postarać się o towarzysza podróży (tym razem było to jakieś litrowe, ichniejsze piwo) i poczekać na swój lot.
W końcu wlazłem do samolotu i niecałą chwilę później wylądowałem u Lecha Wałęsy w Gdańsku. Lot był tak krótki, że ledwie osiągnęliśmy wysokość przelotową, a kapitan poprosił o przygotowanie się do lądowania. Normalnie niczym lot z Dublina do Edynburga. Raz-dwa i jest się na miejscu.
Na polskiej ziemi miał przechwycić mnie BB. ale zapowiedział się, że trochę mu to zajmie i żebym zajął się sobą w tym czasie. Poczekałem na niego, a właściwie na całą ekipę (łącznie: dwa rodzeństwa plus pani kierowca), zapakowaliśmy się do zielonkawego pojazdu i zostaliśmy podwiezieni do pierwszej z brzegu jadłodajni, żeby uzupełnić zapasy kalorii. Później wbiliśmy się kolejkę podmiejską i z przesiadkami (i przystankami to-tu-to-tam) dotarliśmy na Stadion.
Osoby udające się na koncert było widać wszędzie. Począwszy od tej kolejki podmiejskiej, poprzez kolejne środki transportu, poprzez sklepy wielobranżowe znajdujące się w okolicach stacji przesiadkowych a skończywszy na parkach, skwerach i wszelkiego rodzaju miejscach, w których można było przysiąść i nie będąc ponaglanym, spokojnie przygotowywać się na występ Axla i jego kumpli.
Jak można było się spodziewać, im bliżej stadionu, im bliżej tego ostatniego pociągu, który wiózł nas z centrum Gdańska na stadion, tym osób było więcej tak, że w momencie, kiedy wsiadaliśmy w końcowy etap transportowania się w stronę wydarzenia, jechaliśmy otoczeni przez koszulki GN’R (choć zdarzały się odstępstwa, dostrzegaliśmy jakieś Alice In Chain czy inne Nirwany). Ale. Ale wysiedliśmy przy stadionie i mając w zanadrzu jeszcze lekki zapas ze sklepów, które odwiedziliśmy byli po drodze, pozbyliśmy się go i skierowali we właściwą stroną. Mieliśmy już przebijać się przez bramy, kiedy zaatakował nas ogródek piwny. Na wszelki wypadek poszliśmy się przywitać. Kto wie, być może miało to być nasze ostatnie piwo tego wieczoru.
Dokończyliśmy i zdecydowaliśmy się przedostać na stadion. Zbliżała się godzina rozpoczęcia występu Duffa, Slasha i całej reszty. Przebiliśmy się przez jednych, drugich, trzecich, dziesiątych ochroniarzy i weszliśmy na płytę.
Killing Joke właśnie kończyło grać (na Dodę nie załapaliśmy się, cóż… Wybacz Dodo). Rozmontowali się, zamontowało się GN’R i się zaczęło. Mimo iż staliśmy milion kilometrów od sceny, mimo iż nie widzieliśmy za bardzo muzyków (tyle, co na telebimach), mimo iż chłopaki zionęli wręcz niechęcią do siebie i płynął od strony sceny przekaz: nie kochamy się, nie kochamy was, ale jesteśmy tu w pracy, nie interesowało mnie to. Usłyszałem wszystkie te piosenki, które chciałem usłyszeć, obejrzałem koncert taki, jakiego się spodziewałem; jestem niesamowicie zadowolony, że dane mi było. I tylko później, już po występie, przyszła refleksja, żeby następnym razem pakować się jednak nie na płytę, a na zwykłą widownię, taką niczym quasi-teatralną; na miejsca, z których ogląda się koncert (tak, jak na Croke Parku i U2) a nie na płytę, z której ogląda się telebim. Ale to na przyszłość.
Po koncercie tłum poniósł nas (te dwa, wspomniane wcześniej, rodzeństwa) w stronę stacji kolejki miejskiej, udało nam się wbić w którąś kolejną tak, że zdążyliśmy do Gdańska na jedną z ostatnich kolejek do Gdyni, gdzie zostaliśmy przechwyceni i przewiezieni na Kaszuby, do miejsca zakwaterowania na tę noc.
Chwilę posiedzieliśmy, porozmawialiśmy i padliśmy. Ot, dzień koncertu (pomimo tego, że właśnie świtało) dobiegł końca.

Wstaliśmy o przyzwoitej, póżno-porannej porze. Zostaliśmy poczęstowani pożywnym śniadaniem. Podziękowaliśmy i ruszyliśmy na zwiedzanie okolicy. Ograniczyło się ono do odwiedzenia pobliskiego jeziora, wielce malowniczego, w którym to aż chciałoby się wykąpać, ale jakoś mnie akurat nie starczyło samozaparcia.
Wróciliśmy na kwaterę, ugoszczono nas obiadem co się zowie i wyprawiono w drogę.
W drodze zatrzymaliśmy się w pobliskiej Gdyni, żeby u Kościuszki spróbować jakiejś rybeńki, popić rozcieńczonym piwem i skierować się w stronę Łodzi.
Sama podróż do Łodzi, cóż… Udało się… Ale nie było lekko. I nie jestem pewien, czy problem był w tym, że nas, pasażerów, było zbyt wielu, czy może auto nie było rozciągliwe… Wniosek jest taki, że jeśli miałby być następny raz; gdzieś, kiedyś, przy jakiejś okazji – dzielimy się na dwie grupy i jedna komfortowo w samochodzie a druga komfortowo w Pendolino.
Te ileś-set kilometrów było masakrą, ale przetrwaliśmy…
Na Tomaszewicza zostałem wysadzony w środę, nieopodal północy.
Z rodzicami zamieniłem parę zdań, zdałem relację z tego, jak było i padłem. Odespałem.

W czwartek rano (mając na uwadze, że już w sobotę o poranku miałem ewakuować się do siebie, na Zieloną Wyspę), uzgodniłem plany i wyruszyłem na łowy. Obłowiłem się w to, co chciałem i mogłem mieć uśmiech na twarzy.
Po południu, na Tomaszewicza, przyszła gromada A&TWalczak wraz z dziewczynkami i spędziliśmy przyzwoite, w miarę rodzinne, popołudnie (mała, która na mnie woła: „Styjek Piotek” rozbraja mnie za każdym razem, ot taka dygresja).
Na sam koniec jeszcze z czcigodnym Ojcem symbolicznego Guinnessa spróbowaliśmy i po chwili drzemki miał nastać piątek, ostatni dzień w kraju.

Obudziłem się, ogarnąłem i poszedłem z Matką na zwiedzanie Retkinii. Szukaliśmy konkretnych rzeczy, nie udało nam się znaleźć, ale przynajmniej podjęliśmy próbę. Zawinęliśmy do domu i wtedy okazało się, że muszę dobić się do Czcigodnego, odprawić się i już zostać w centrum odwiedzić jeden czy dwa bary i przetransportować się do Reggae.
Odprawiłem się, odwiedziłem wspomniane dwa bary (Dolina Chmielowa i ten drugi… Ferajna) i dobiłem na Wszechpolską. Reggae z Siostrą przywitali mnie. Moment później zjawili się Harnaś i Agata. Chwilę wytrzymałem, a później (przynajmniej z mojego punktu widzenia), cała adrenalina, która trzymała mnie od lądowania w Berlinie, do przyjścia do Reggae, padała i rozsypałem się.
Jakimś cudem dotarłem na Tomaszewicza, jakimś cudem znalazłem właściwe drzwi. Jakimś cudem rano, kiedy zostałem obudzony, wiedziałem że mam szykować się do lotu do domu, do Irlandii.

Na Lublinku, cóż, tradycyjny rajd do sklepów bezcłowych, tradycyjne piwo w tej restauracji na piętrze, szybka odprawa, boarding i lecimy.

Wpis: 1 532.

Dublin i język angielski

Dublin
Od połowy września zeszłego roku nie byłem w Dublinie (z wyjątkiem Bożego Narodzenia). Taka przerwa zdarza się po raz pierwszy odkąd w 2007-mym zostałem bankowcem.
Najpierw były codzienne dojazdy i przeklinanie czterech godzin dziennie spędzanych w autobusie, krótkich drzemek pomiędzy północą a piątą rano i niemal całkowitym brakiem życia oraz brakiem własnego miejsca w Irlandii (do Dublina jeździłem do pracy, spędzałem tam dziewięć godzin, po czym wsiadałem w autokar, żeby dostać się do Portlaoise, gdzie moja aktywność ograniczała się do zjedzenia czegoś przed snem i położenia się do łóżka z myślą, że za kilka godzin muszę wstawać… i tak dzień w dzień).
Niemniej jednak, w Dublinie byłem często.
Później, w wyniku desperacji i całkowitej niechęci spędzania życia w autokarze, przeprowadziłem się do Dublina. Siłą rzeczy przebywałem w nim codziennie (z wyjątkiem wypadów do znajomych w Portlaoise czy wycieczek poza Irlandię).
Jednak we wrześniu 2013-ego wszystko się skończyło.
Tkwię na Końcu końca świata, w Portlaoise.

Język Angielski.
Odkąd w 2011-tym udałem się na kilkuletnie, sponsorowane przez państwo irlandzkie, wakacje, mój kontakt z językiem angielskim zmalał niemal do zera. Nie słucham już irlandzkiego radia (wcześniej: minimum cztery godziny dziennie w autokarze), nie oglądam irlandzkiej telewizji (współlokator załatwił polską telewizję ze wspaniałymi, wcześniej zapomnianymi już, polskimi reklamami), przestałem czytać książki po angielsku (wraz z przeprowadzką do Dublina, skończyła się przygoda z Book N’ Booze klubem z Portlaoise).
W miejsce angielskiego pojawił się za to język hiszpański.
Po „life changing experience” i olśnieniu, jakie przeżyłem w lutym 2011-ego, dzień w dzień staram się uczyć tego języka, a więc: przerabiam podręczniki, robię ćwiczenia, przeglądam w Internecie serwisy po hiszpańsku, próbuję czytać na głos ale przede wszystkim słucham hiszpańskiego radia (rzadziej oglądam hiszpańską telewizję czy hiszpańskie filmy). Mój dzień wypełniony jest językiem hiszpańskim od momentu uruchomienia komputera do chwili, gdy go wyłączam.
Tym niemniej, nie samym językiem hiszpańskim człowiek mówi.
Kiedyś współlokator, a teraz współlokatorzy, nie podzielają mojego entuzjazmu i porozumiewam się z nimi w ojczystym języku. To zresztą zrozumiałe. Nie trzeba się nad tym zastanawiać.
Podsumowując: Pomimo tego, że przebywam w Irlandii, nie mówię już po angielsku i coraz częściej łapię się na tym, że muszę porządnie się zastanowić, gdy ktoś zadaje mi pytanie (pamiętając, że kiedyś bawiłem się w tłumaczenia) o to, jak się coś pisze czy mówi; czytam, piszę i słucham w większości po hiszpańsku. Do rozmów pozostaje mi język polski.
Wpis: 1 453.

YAFUCH

Może nie do końca YAFUCH
Wigilia była wyjątkowo udana.
Podobnie jak w zeszłym roku tak i teraz ten wieczór spędziłem w Dublinie, w tym samym miejscu. Było tradycyjnie — ponad dwanaście potraw, ale bez tych wszystkich karpi, śledzi czy znienawidzonego przeze mnie kompotu z suszonych śliwek. W tle leciały kolędy (wniosek z ich odsłuchiwania był taki, że te polskie, to w większości smętne, za to te tutejsze są jakieś takie radosne), do posiłku były wina, a niedługo przed północą pielgrzymka do najbliższego baru na świątecznego Guinnessa. Gdy o północy zamknięto bar, wróciliśmy do domu, do stołu. Przerozmawialiśmy kolejne cztery godziny, skończyliśmy wina i wtedy znajomy i ja opuściliśmy znajomą, która nas gościła i przenieśliśmy się na Glasnevin zdrzemnąć się conieco.
Kiedy obudziliśmy się, wyciągnęliśmy z zamrażarnika wcześniej przygotowane, choć nieco już nadszarpnięte zapasy i dość szybko je skończyliśmy. Wtedy pojawił się problem. W Irlandii, dwa dni do roku obowiązuje całkowita prohibicja (nie do końca, dyspensę mają przyhotelowe restauracje) i w związku z tym uzupełnienie zapasów było niemożliwe. Znajomemu udało się wygrzebać jeszcze jakieś wino, ale to również nie ratowało sytuacji. I kiedy zdawało się, że jest beznadziejnie, pojawił nam się w głowach genialny pomysł: Pojedźmy do Portlaoise! Bilet kosztuje piątaka, w Portlaoise jest inny znajomy, który zawsze ma coś na stanie, bylibyśmy uratowani. Ale nie. Kiedy sprawdziliśmy autokary, okazało się, że je również obejmuje prohibicja! Mało tego, także autobusy miejsce nie kursowały! Totalny zastój kraju. Niemal tak, jak wtedy, kiedy spadnie śnieg.
Reszta wieczoru była smętna, a jedyną atrakcją było obejrzenie po raz kolejny Żółtego szalika – YAFUCH.
Następnego dnia, po krótkiej kuracji, wróciłem do Portlaoise. Przywitał mnie porywisty wiatr, rzęsisty deszcz i ogólna zadupiość tego miejsca. Zahaczając o Off-Licensa dotarłem do domu, otworzyłem pierwsze piwo i zacząłem raczej bezmyślnie wpatrywać się w kolejne filmy: Grawitacja, Riddick i Open Grave.
Po tym ostatnim, a dochodziła właśnie godzina piąta nad ranem, skończyłem YAFU święta.
Wpis: 1 445.

Grudniowe zajęcie

Po tym, jak na jakiś czas musiałem zrezygnować w zabawy w tłumaczenia per se, przerzuciłem się na pisanie na zamówienie prac zaliczeniowych z… pedagogiki dziecięcej (sic!) /tak, jakbym miał jakieś większe pojęcie w tym temacie, albo był nim w jakikolwiek sposób zainteresowany/.
Ponadto pojawiła alternatywa dla spędzenia Wigilii w Portlaoise i na dzień dzisiejszy wszystko wskazuje na to, że podobnie, jak w zeszłym roku, będę tego dnia w Dublinie.
Usłyszałem również pierwsze plany noworoczne zapowiadające się dość obiecująco. Pozostało sentymentalne pytanie: „Gdzie podziały się czasy, kiedy zabawę noworoczną organizowało się trzydziestego pierwszego wczesnym popołudniem i nadal można było spodziewać się przyzwoitej frekwencji?”
Wpis: 1 444.

Dublin vs Portlaoise

Znajdź trzy różnice.
Wpis: 1 441.

Przeprowadzka… kolejna

Dokonało się.
Przeprowadzam się po raz… nie wiem, dwunasty? Po dwóch latach z okładem wracam do Portlaoise. Szkoda mi zostawiać Dublin i to wszystko, co wiązało się z życiem tutaj (mnogość wydarzeń, bliskość morza etc.). Tym niemniej, zadecydowały całkiem prozaiczne względy.
Na pocieszenie, w sobotę frunę sobie do Edynburga.
Wpis: 1 433.

Piotruś…

Dawno temu mówiła tak do mnie Pani Profesor.
Nie tak dawno zwracali się w ten sposób do mnie znajomi.
Dziś napisała do mnie per „Pedrito” znajoma z Barcelony.
Jasny szlag, nie wiem, co takiego jest w moim imieniu.
Wpis: 1 426.

Wejście awaryjne

Klucze mam zawsze przy sobie.
Ilekroć wychodzę z domu, odruchowo klepię się po kieszeni i odruchowo znajduję tam klucze. Tak było zawsze, a właściwie od czasu, kiedy raz włożyłem klucze do torby, którą później zgubiłem. Gdzieś w połowie lat dziewięćdziesiątych, mniejsza…
Klucze mam przy sobie zawsze.
Będzie ze dwa dni temu. Nabrałem ochoty wyskoczenia na CPN, coś na szybko sobie kupić. Pełen entuzjazmu wszedłem z domu, trzasnąłem drzwiami (zamki są zatrzaskowe) i odruchowo klepnąłem się po kieszeni. Odruchowo kluczy nie znalazłem.
I się zaczęło.
Patrzę, lufcik jest otwarty. Dam radę. Nie dałem, za to do dziś mam ślany na plecach po tej przeklętej klamce.
Myślę, zadzwonie do Deklana. Ale co mu powiem? Że się zatrzasnąłem? Bez sensu. Wiem, że chłopak ma klucze do wszystkich mieszkań, ale jakoś głupio mi tak.
Na szczęście mam ze sobą telefon i nieco gotówki (w końcu szedłem na CPN). Tuż obok jest bar. Stwierdzam, że przy jednym Guinnessie wymyślę, co dalej. Idę, siadam, zamawiam.
W głowie rodzi się pomysł, żeby zadzwonić do znajomego. Razem na pewno coś wymyślimy. Chłopak przez telefon mówi, żebym spróbował przez lufcik sięgnąć okna i w ten sposób wleźć. Myślę, dopiję, pójdę.
Nie zdążyłem. Kilka Guinnessów później Darek już siedział obok mnie przy barze. Z kluczami.
Wpis: 1 425.

Dzień otwarty kina Irlandzkiego Instytutu Filmowego

Irlandzki Instytut Filmowy

Irlandzki Instytut Filmowy ogłosił, że piętnastego czerwca odbędzie się kolejny już „Dzień otwarty kina Irlandzkiego Instytutu Filmowego”.
Z grubsza wydarzenie to polega na tym, że wyświetlane są starsze lub nowsze, mniej lub bardziej popularne filmy. W tym roku ekipa proponuje m.in. drugą część Ojca chrzestnego, Godzillę: Króla potworów czy Leona zawodowca, ale też Bling Ring.
Myk polega na tym, że wszystkie te obrazy będą do obejrzenia za darmo, o ile wcześniej odbierze się wejściówkę.
I tu pojawia się problem.
Bilety będą do odebrania tego samego dnia w kasach kina Irlandzkiego Instytutu Filmowego od godziny jedenastej. To jeszcze nie przeraża.
Przeraża to, że sam Instytut na swojej stronie pisze, że wejściówki będą przyznawane na zasadzie: „kto pierwszy, ten lepszy” i dodaje, że w poprzednich latach ludzie, by zdobyć bilet na interesujący ich film ustawiali się w kolejkach już od siódmej rano (sic!).
Teraz szybkie kojarzenie faktów.
Piętnasty czerwca to sobota.
Siódma rano jest barbarzyńską godziną.
Ergo: Nie obejrzę Godzilli: Króla potworów.

A miało być tak pięknie.

PS:
Dzięki za cynk, Karolina.
Wpis: 1 424.

Irlandzka żegluga śródlądowa

A w tle — Croke Park.
Wpis: 1 422.