Kalendarz

Czerwiec 2017
P W Ś C P S N
« maj    
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65225
  • Dzisiaj wizyt: 5

Walczak szkoleniowiec

Parę tygodni temu dołączyła do nas nowa osoba — Gráinne. Dzięki niej, nie jestem już najmłodszym (czyt. najpóźniej przyjętym) pracownikiem sklepu. Można powiedzieć, że w hierarchii ludzi do ewentualnego odstrzału przesunąłem się na drugie miejsce.
Wraz z przyjściem Gráinne pojawiła się potrzeba przeszkolenia jej, wprowadzenia w tajniki bycia sprzedawcą na stacji benzynowej. Za szkolenie na zmianie dziennej wzięły się obie szefowe, szkolenie na zmianie nocnej pozostawiono mnie i Dale’owi.
Trzeba przyznać, że poczułem się doceniony. Miło zrobiło mi się, że obie przełożone pomyślały o mnie w kategoriach kogoś, kto może pokazywać młodziutkiej Gráinne co i jak w kontekście zamykania sklepu. Niby rzecz niewielka, a bardzo ucieszyła.

Z zamykaniem sklepu wiąże się jeszcze jedna sprawa. Na początku listopada, po upływie trzech miesięcy od chwili, kiedy zostałem przyjęty, Joanna, szefowa, wzięła mnie na korporacyjne przesłuchanie. Miała ocenić moje postępy w adoptowaniu się do wyzywającej roli sprzedawcy, wskazać błędy i miejsca, które mógłbym poprawić oraz powiedzieć, co — wg korporacyjnych standardów — robię dobrze, bądź bardzo dobrze. Na koniec miała dowiedzieć się ode mnie, co podoba mi się najbardziej, a co uważam za możliwe lub wręcz konieczne do zmiany.
Po godzinie dość swobodnej rozmowy doszliśmy do pytania o moje spostrzeżenia wobec stanowiska, które zajmuję. I odpowiedziałem, prosto z mostu: „praca sprzedawcy, cóż, ani najtrudniejsza, ani najbardziej wymagająca, ani niebezpieczna, ani dająca satysfakcję, ale… ale podoba mi się to, że kiedy pracuję na nocną (nocną, tj. wieczorną; zamykam sklep) zmianę mam cały sklep pod swoją opieką, czuję poniekąd, jakby sklep był mój. Robię wszystko po swojemu, sam narzucam sobie tempo, sam określam w jakiej kolejności wykonam poszczególne procedury zamknięcia etc…”.
Joanna tylko uśmiechnęła się, przytaknęła.
Dziwnym zrządzeniem losu, od tamtej rozmowy ponad dziewięćdziesiąt procent dni, w które pracuję, pracuję na nocnej zmianie zamykając sklep.

Wpis: 1 519.

Ochamianiesię, wersja kinowa

Rogue One

Choć mocy nie ma, jest świeżość. Na pewno większa niż w Przebudzeniu mocy.
Wpis: 1 518.

Patriotyczny Walczak po pracy

walczak
Wpis: 1 517.

Fuel Allowance story

Wspaniałomyślny rząd Socjalistycznej Republiki Irlandii hojnie rozdaje wszelkiego rodzaju dodatki, zasiłki i zapomogi. Jedną z takich dopłat jest tzw. Fuel Allowance — dodatek na opłaty za gaz i prąd. Jeśli spełni się określone wymagania, tj. wykaże się, że dochody na gospodarstwo domowe mieszczą się w określonych ramach, można starać się o przyznanie takiego dodatku, a decyzja jest właściwie formalnością i odbywa się na zasadzie: spełniasz warunki, należy ci się (czyt. należy się gospodarstwu domowemu, w którym mieszkasz) płatność; bez zbędnych pytań.

Gdy przeprowadziłem się do Dublina wiosną 2011-ego roku, natychmiast razem ze współlokatorem wystąpiliśmy o takie dofinansowanie. O ile mnie pamięć nie myli, złożyliśmy jednakowe wnioski w tym samym czasie, ale z jakiegoś powodu Fuel Allowance został przypisany mnie, a nie jemu. I od tamtego czasu nasze gospodarstwo domowe otrzymywało ten dodatek.
To nie zmieniało się wraz z upływem lat i nawet przeprowadzka do Portlaoise jesienią 2013-ego roku nie miała na to wpływu. Co istotne jest o tyle, że teoretycznie przy każdej zmianie warunków wejściowych (zmiana miejsca zamieszkania, zmiana dochodów na gospodarstwo domowe etc.), jakie zostały podane w pierwotnej aplikacji, miało następować ponowne rozpatrzenie samego podania.
Sytuacja zmieniła się, kiedy zacząłem pracę w dekadenckim Xtra-Vision.

Fuel Allowance wypłacany jest przez ten sam organ państwowy, co zasiłek – tzw. Socjal. Socjal, chcąc nie chcąc, dowiedział się, że podjąłem pracę i zawiesił mi zasiłek oraz Fuel Allowance. Sęk w tym, że tak na dobrą sprawę nie zawieszał mi tego Fuel Allowance’u tylko całemu domowi.
Chodziłem wtedy do urzędu parę razy, wysyłałem emaile i słyszałem jedynie: „W obecnej chwili, Fuel Allowance przypisany jest tobie, a my — na czas twojego zatrudnienia, a ściślej, na czas kiedy nie będziesz dostawał od nas żadnych świadczeń — nie wypłacimy ci go”.
Umyśliliśmy ze współlokatorami, że może oni w takim razie wystąpią o ten Fuel Allowance. A po złożeniu podań odpowiedź brzmiała: „przecież wasze gospodarstwo domowe już ma Fuel Allowance”. A nie miało.
Zabawa ustała, kiedy wreszcie w dekadenckim Xtra-Vision przeszedłem na system trzydniowy, tj. trzy dni pracy, cztery dni wolnego a w takim systemie Socjal wznawiał wypłacanie świadczeń, w tym i Fuel Allowance’u.
Chwilę później Xtra-Vision zainicjowało swoje zniknięcie, ja wróciłem w coraz węższe szeregi bezrobotnych, skończył się okres jesień-zima-wiosna (kiedy w ogóle wypłacany jest Fuel Allowance) i ukrył się też problem FA.
Pojawił się ponownie parę tygodni temu.

Po pierwsze, po podjęciu pracy wiadomo było, że FA znów będzie zawieszony razem z moimi świadczeniami. O ile w poprzedniej sytuacji udałoby się jakoś to ogarnąć ze względu na system trzydniowy, tak w tej, w sytuacji pracy na stacji tak nie było. Głównie ze względu na to, że system trzydniowy nie funkcjonuje w tej firmie należycie. Tzn. może przytrafić się, że będę pracować te trzy dni w tyg., ale częściej nie. W związku z tym, raz na jakiś czas może i dostałbym FA, ale nie zdarzałoby się to z cotygodniową regularnością.
Chcąc uprzedzić fakty (wycieczki do Socjala mam dość częste), podczas ostatniej wizyty zapytałem się miłej pani w okienku jak wygląda moja sytuacja. Dowiedziałem się, że od zeszłego roku nic się nie zmieniło i jeśli pracuję więcej niż trzy dni w tygodniu, żadnych dodatków od nich nie otrzymam (w tym, FA). Zadałem wtedy podchwytliwe pytanie: „A co jeśli chciałbym zrezygnować z FA?”. Miła pani w okienku nie wierzyła własnym uszom i upewniała się kilkukrotnie. „Chciałbyś zrezygnować?”, „Naprawdę?”, „Ale jak to?” itd. Kiedy już utwierdziła się w tym, że nie żartuję, zadzwoniła do swoich przełożonych i dowiedziała się, że owszem, mógłbym to zrobić, nie byłoby przeciw temu formalnych przeszkód. Chciała tylko wiedzieć czemu miałbym się zrzekać dodatku na gaz i prąd, który Socjalistyczna Republika Irlandii tak chętnie wypłaca.
I musiałem jej wtedy wytłumaczyć, że wcale nie tak chętnie (wspomniałem jak było w przypadku przygody z XV), że niekiedy gospodarstwo domowe może na tym stracić (przypomniałem, że nie jest wcale powiedziane, że tydzień w tydzień będę pracował jedynie trzy dni w tyg.) i na koniec dodałem, że w obecnej chwili mieszka ze mną osoba, która byłaby zarówno uprawniona, jak i zainteresowania niejakim przejęciem Fuel Allowance’u ode mnie.
Miła pani w okienku spojrzała wzrokiem pełnym zastanowienia i powiedziała: „Przyjdź z listem, w którym rezygnujesz z Fuel Allowance. Niech twój kolega przyjdzie z tym formularzem (tu wręczyła mi odpowiedni dokument) i najlepiej z listem, w którym deklaruje chęć przejęcia od ciebie FA. Idealnie, przyjdźcie i złóżcie te dokumenty razem. My prześlemy je do komisji rewizyjnej. Najprawdopodobniej tobie zabiorą, jemu przynadzą”.

Mając nadzieję, że tak właśnie się stanie, za moment wyruszamy spotkać się z miłą panią z okienka.
Wpis: 1 516.

Odzież służbowa

W dzień podpisania umowy z firmą a na tydzień przed faktycznym rozpoczęciem pracy, zostałem zapytany o rozmiary.
Jak się okazało, firma dostarcza swoim pracownikom pełen strój służbowy, w którym mają ją reprezentować w miejscu pracy i o który mają dbać (ale np. nie wolno im się w nim pokazywać w miejscach nieadekwatnych do powagi wykonywanego zawodu nie mówiąc o tym, że nie wolno im się znajdować w stroju firmowym w sytuacjach niejednoznacznych wizerunkowo). Fajna sprawa.
Ochoczo odpowiedziałem na pytanie o rozmiar koszulki i spodni.
Kiedy dostałem spodnie, moja odpowiedź o rozmiar okazała się nad wyraz optymistyczna.

Wpis: 1,515.

Mogliby się zdecydować

W Socjalu, w którym bywam regularnie, by wychodzić sobie ewentualną dopłatę do pensji, pracuje kilkoro urzędników. Normalna sprawa. Problem w tym, że każdy z nich twierdzi co innego:
 — Formularze muszą być podstemplowane przez księgowość, podpisane i zwrócone do urzędu we wtorek, środę każdego tygodnia;
 — Formularze muszą być podstemplowane przez księgowość, podpisane i zwrócone do urzędu co tydzień w czwartek, a najpóźniej do południa w piątek;
 — Formularze muszą być podstemplowane przez księgowość, podpisane i zwrócone do urzędu; w przypadku opóźnienia, ewentualna dopłata będzie opóźniona;
 — Formularze? Taaak… wystarczy, że przełożony na miejscu je podpisze, bez stempla też przejdą tylko muszą być składane w terminie;
 — Formularze? Nieee… parafka szefowej i jak masz chwilę, to podrzuć.

Zgłupieć można.

Oczywiście, najbardziej odpowiada mi ostatnia opcja i jej będę się trzymać.

Z innych informacji:
Na początku września w pobliskim Stradbally odbył się któryś już z kolei festiwal Electric Picnic. Mimo, iż w Laois przebywam niemal dekadę, nie byłem na ani jednym. Nauczony „woodstockowstwem”, ani myślę płacić krocie za festiwal. Niemniej jednak, impreza odbywa się rok rocznie i co roku w okolice Portlaoise zjeżdżają tłumy. Obserwując je z perspektywy obecnej pozycji zawodowej, tłumy charakteryzowały się tym, że przed festiwalem pytały o drogę i nabywały zapasy wody i papierosów, a po koncertach przybywały w poszukiwaniu posiłku. W poniedziałek po festiwalu spustoszyły sklep. Nie ostała się jedna butelka napoju, jedna kanapka, jeden batonik energetyczny czy paczka czipsów. Półki wyglądały jak za czasów soc-dobrobytu w PL. Szefowa, zadowolona takim zainteresowaniem (i obrotami), od tamtej pory zamawia podwójne ilości czegoś na ząb i czegoś na gardło. Zdaje się nie przyjmować do wiadomości, że festiwal (a z nim taki popyt) jest raz do roku i teraz co wieczór wyrzucam kilogramy świeżego żarcia. Wiem. To ogólnoświatowa praktyka, tym bardziej w ogólnoświatowej korporacji, ale mimo wszystko jakoś mi się to gryzie, kiedy wypieprzam do śmieci produkty zdatne do spożycia, o których użyteczności decyduje wyblakły nadruk: „use by”.
W piątek wieczór na stację podjechał wesoły samochód z wesołymi ludźmi w środku. Taka pora tygodnia. Wyznaczony wcześniej kierowca, nie tak wesoły, jak reszta jego kompanów, wyszedł z auta, wszedł do sklepu i zapytał: „Sprzedajecie kubeczki? Koniecznie, koniecznie potrzebuję pięciu”. Odpowiedziałem, że nie sprzedajemy, ale nie będę robił tragedii jeśli weźmie np. jedną kawę w sześciu kubkach, w tym w pięciu, które chronić będą go przed poparzeniem. Zrozumiał, wziął kawę, wyszedł. Kawę wylał, kubeczek wyrzucił do kosza. Z pięciokubkową zdobyczą wsiadł do wesołego auta.
Natychmiast przypomniało mi się nasze zwiedzanie Oslo i odwiedzanie restauracji w poszukiwaniu kubków, a najlepiej kubków z lodem. Nie ma to jak zrozumienie potrzeb klienta.

Wpis: 1 514.

Nieformalny sojusz

Intreo

O tym, że państwo irlandzkie nie ułatwia podjęcia pracy pisałem przy okazji przygody z Xtra-Vision. Ponad dwa miesiące musiałem chodzić do biura, wypełniać wnioski, przynosić deklaracje, składać formularze, żeby udało się załatwić jedną, prostą (jak naiwnie myślałem) sprawę.
Pech chciał, że kiedy wszystko rozstrzygnęło się po mojej myśli, dzień później zlikwidowano Xtra-Vision.

Obecną pracę podjąłem mając nadzieję, że państwo irlandzkie zreflektowało się nieco i nie będzie mi utrudniać życia. Myliłem się.
Założenie jest takie: jeśli nie pracuję więcej, niż trzy dni w tygodniu, państwo irlandzkie dopłaca mi do pensji. To ważna sprawa, bo płaca za pracę w niepełnym wymiarze godzin i na dodatek nie więcej niż trzy dni w tygodniu nijak się ma do zasiłku, który mógłbym otrzymywać, gdybym w ogóle nie ruszał się z domu. Wiadomo, aktywność zawodowa może być wartością samą w sobie, ale jednym z jej celów jest zarobek. Trzy dni pracy w tygodniu (znając specyfikę pracy w niepełnym wymiarze godzin, nie spodziewam się większej liczby dni zmian w tygodniu) oraz dopłata od państwa taki zarobek mogłyby zapewnić. Żeby to się stało, należy powypełniać całe setki wniosków i odstać swoje w kolejkach.

W Xtra-Vision wnioski wypełniałem na miejscu, wspólnie z przełożonym i kursowałem raz po raz pomiędzy siedzibą firmy a Socjalem.

Po rozmowie kwalifikacyjnej w nowej firmie i wizycie w sprawie podpisania kontraktu nabrałem obaw, że kierowniczka sklepu może nie mieć uprawnień, by podpisywać czy stemplować jakiekolwiek dokumenty. Wszystko być może będzie musiało być odsyłane do centrali, przez nią zatwierdzane i przysyłane z powrotem. Pośrednictwo poczty naraża, a właściwie gwarantuje, opóźnienia w przepływie dokumentów. A w przypadku przedstawiania odpowiednich zaświadczeń w Socjalu, pojawiają się terminy graniczne (dead-line’y?), których nie powinno się przekraczać.
Kiedy w środę poszedłem do pracy po raz pierwszy, w przerwie obiadowej odwiedziłem Socjala i dostałem odpowiednie wydruki. Wróciłem z nimi do firmy i poprosiłem przełożoną o podpis i pieczątkę. Wtedy potwierdziło się, że papiery trzeba będzie wysłać do księgowości i czekać jeszcze aż zostaną wypełnione i przysłane na stację. Usłyszałem też, że księgowość działa sprawnie, więc przy dobrych wiatrach w piątek dokumenty będą z powrotem i będę mógł zanieść je do Socjala.
Minęły piątek, sobota, niedziela, poniedziałek, wtorek — formularzy nie było. W środę podjechałem na stację porozmawiać z przełożoną. Zostałem przeproszony za zwłokę i byłem świadkiem rozmowy telefonicznej z Leslie z księgowości: „Jak się masz? Ja w sprawie tego pisma, co wysłałam ci w ubiegły czwartek. Tak. Nie. Nie macie? A gdzie są? Wysłać jeszcze raz? Dobra”.
Stanęło na tym, że w czwartek musiałem pójść do Socjala, dostać kopię formularza, wysłać go do centrali i czekać aż odeślą.
Gdy po kilku dniach dowiedziałem się, że i drugi formularz, który wysłałem do księgowości nie został dostarczony, ponownie poszedłem do Socjala, ponownie wziąłem kopię i ponownie wysłałem do Dublina (tym razem już listem poleconym — €0.72 vs €6.50). Na drugi dzień sprawdziłem, list doszedł. To byłaby jedna sprawa.

Druga jest taka, że co tydzień muszę Socjalowi przedstawiać sprawozdanie z tego, ile dni przepracowałem (w założeniu, nie więcej niż trzy). Takie sprawozdanie przedstawia się na osobnym druku, który również musi zostać podstemplowany i podpisany przez przełożonego. W Xtra-Vision załatwiałem to z Andy’m bądź Danielem, właściwie od ręki. Na stacji dowiedziałem się, że i te cotygodniowe formularze będą musiały przechodzić przez odpowiednie osoby. Znaczy się, je również mam wysyłać i czekać, aż wrócą. To zła wiadomość, bo: 1) taki formularz muszę zostawić w Socjalu we wtorek albo środę (wspomniane „dead-line’y” przy czym należy zwrócić uwagę, że we wtorki kończy się socjalowy tydzień — kolejny obłęd, tydzień pracy dla Socjala trwa od środy do wtorku, dla pracodawcy od poniedziałku do niedzieli i pogodzenie grafika z tygodniami pracy pracodawcy i Socjala przysparza o spory ból głowy); 2) dopiero we wtorek wiem ile dni przepracowałem (o ile grafik mam ustalany w piątek — w połowie tygodnia wg Socjala — przed kolejnym tygodniem wg pracodawcy, to muszę być przygotowany na ewentualne zmiany) i gdybym miał ten formularz wypełniony, podpisany i podstemplowany na miejscu, mógłbym go od razu zanieść do biura ale w przypadku pośrednictwa centrali, wszystko będzie się opóźniać (czyt. ewentualny czek wyrównujący zarobki będzie przychodził z tygodniową obsuwą, o ile w ogóle będzie przychodził — w Socjalu nie mogli się zdecydować). I nawet takie opóźnienie nie byłoby niczym tragicznym, gdyby nie fakt, że w przypadku świąt, Socjal życzy sobie, żeby takie formularze składać z tygodniowym wyprzedzeniem (przekonałem się o tym w ostatnie święta Bożego Narodzenia, pracując jeszcze dla Xtra-Vision). O wyprzedzeniu, mając w pamięci procedurę korespondencji pocztowej, nie ma co mówić.

W skrócie — chaos.

Bez dopłaty od państwa, za wykonywaną pracę będę otrzymywał mniej pieniędzy, niż gdybym pozostał na zasiłku. Uzyskanie dopłaty od państwa utrudnia mi Socjal (zrozumiałe, mniej pieniędzy z budżetu szłoby na moje utrzymanie) ale też poniekąd firma, wymuszając na mnie częstsze i bliższe kontakty z urzędem pocztowym (niezrozumiałe, niezadowolony pracownik nie jest dobrym pracownikiem).

I jedyne, co w tym wszystkim jest pocieszające, to fakt, że tym razem o likwidację firmy się nie obawiam. Ludzie wciąż jeżdżą samochodami i tankują paliwo. Stacja benzynowa będzie potrzebna jeszcze przez jakiś czas (czego nie można było powiedzieć o wypożyczalni płyt DVD).

Wpis: 1 513.

Przekleństwo przeprowadzek

Najpierw była eksmisja z Garden Village. Jakiś rok temu właściciel zdecydował się sprzedać dom i właściwie od września robił podchody. Stanęło na tym, że pismo przyszło na początku maja. Termin wyprowadzki mijał pod koniec czerwca. Ostatecznie zawinęliśmy się w połowie lipca.

Nie minął miesiąc, nie zdążyliśmy zapłacić jeszcze pierwszego czynszu, a przyszła do nas właścicielka nowego domu. Pojawiła się przy okazji naprawy kosiarki i niby od niechcenia zagaiła, że zamierza zrezygnować z usług agencji, u której była do tej pory i przenieść się do innej.
Nadmienić należy, że obecna agencja obrotu nieruchomościami jest jedyną, z którą jest nam po drodze. Inne, które zdążyliśmy poznać ewakuując się z Garden Village i szukając nowego miejsca robiły nam pod górkę. Właściwie na wejście, widząc trzech chłopa, zachowywały spory dystans (nie wiedzieć czemu, rodziny z bachorami traktowane są preferencyjne). A by pozbyć się nas zupełnie, zadawały sakramentalne pytanie: „gdzie pracujecie”. W tamtym momencie musieliśmy porządnie się gimnastykować z odopowiedzią i ta gimnastyka nas zdradzała. Jedynie obecna agencja nigdy takiego pytania nie zadała. Dla niej liczyło się, że czynsz był płacony na czas a dom nie został przez ponad dwa lata jakoś specjalnie zrujnowany. Ale wracając do właścicielki nowego domu.

Powiedziała, że ma zamiar zrezygnować z Property Properly i przenieść się gdzieś indziej. Jej prawo. Nam nic do tego. Dodała jeszcze tylko, że nie chce robić rewolucji a jedyną zmianą, którą mielibyśmy odczuć będzie płacenie czynszu przelewem na jej konto, zamiast gotówką w siedzibie agencji.

Niby wszystko w porządku, ale po dość świeżej sytuacji z Garden Village pojawia się chwila zastanowienia — a jeśli i z Forest Parku będziemy musieli się wynieść? Czyżby klątwa zamykania firm, w których się zatrudniam, miała przeistoczyć się w przekleństwo opuszczania domów, w których mieszkam?

Wpis: 1,512.

Dwudziestkatrójka

23

Na stacji sprzedaję m.in. papierosy i wymaga się ode mnie, bym sprawdzał czy osoba kupująca jest pełnoletnia. Nie ma z tym większego problemu. Przygodzą klienci już na oko wyglądający na tych powyżej osiemnastego wieku lub tacy, którzy nawet niezapytani pokazują dowód / prawo jazdy / paszport.
Sytuacja zmienia się gdy przychodzą dziewczęta. Po nich rzadko kiedy widać, czy mogą bądź nie mogą kupić wyroby tytoniowe. Ot, taka uroda. Tak było w niedzielę.

Pracowałem wtedy z Dale’em. W pewnym momencie podeszła dziewczyna, co do której nie byłem w stanie stwierdzić czy jest pełnoletnia. Na wszelki wypadek poprosiłem o dowód (dziwnym zbiegiem okoliczności, kobieta poproszona o dowód mimowolnie natychmiast uśmiecha się). Miała dwadzieścia trzy lata. Dostała swoje papierosy. Dale zareagował:
 — Nie byłeś pewien?
 — No nie byłem, wyglądała młodo.
 — Eee… Od razu było widać.
 — Nie było. A tak w ogóle, ile ty masz lat, Dale?
 — Kończę dwadzieścia (…).

I tu leży pies pogrzebany. Dla dwudziestolatka, dwudziestotrzylatka mogła wyglądać „staro”. Dla faceta w kwiecie wieku, niemal dwukrotnie młodsza kobieta zawsze będzie wyglądać świeżo. Może to kwestia kryzysu wieku średniego (choć spodziewałem się go dopiero za jakieś dziesięć lat), ale coraz częściej łapę się na tym, że otaczają mnie coraz młodsze osoby i do coraz większej liczby miejsc przestaję pasować. Mimo iż w duszy wciąż dwójka (zaawansowana dwójka) z przodu, to metryka nie chce kłamać. Jak byk w niej stoi, że jestem z pokolenia „późnego Giereka”.

Koniec końców, „nie stajemy się coraz młodsi”.

Wpis: 1 511.

Pamiętaj o kawie

kawa

Jednym z moich zadań jest przygotowywanie kawy dla klientów. Nie, żebym od razu miał być barristą, ale mam dbać, żeby termos z małą czarną był zawsze pełen a sam płyn gorący. Nic szczególnego. Raz na jakiś czas mam iść na zaplecze, wstawić nowe kawsko, stare wylać, wyczyścić ekspres i na koniec wystawić świeżą kawę na sklep. Żadna filozofia.
Jednak każdy ze współpracowników uczulał mnie na tę część obowiązków.

Najpierw Joanne: „Widzisz? Na dole masz taki kurek. Pamiętaj, żeby w trakcie robienia nowej kawy był zamknięty, bo inaczej wszystko rozleje się po całym zapleczu. A tutaj, widzisz, masz taką klapkę. Pamiętaj, żeby ją otworzyć, bo inaczej kawa rozleje się po termosie i całym zapleczu”.
Drugiego dnia Irene: „Z kawą jest tak, że podstawiasz termos, wymieniasz filtr i wkład i naciskasz przycisk «zaparz». Tylko zwróć uwagę na to, czy ten tutaj kurek na dole jest zamknięty a ta klapka, tutaj na górze, jest otwarta, bo inaczej kawa rozleje się po całym zapleczu”.
W sobotę Jake: „Taa… Kawa, jak kiedyś nie zamknąłem tego kurka albo innym razem nie otworzyłem tej klapki, człowieku, całe zaplecze tonęło w kawie, a sprzątanie tego? Niczym wrzód na dupie, bo nie dość, że musisz ogarnąć bałagan, to w tym samym czasie masz jeszcze zajmować się klientami, sklepem i w ogóle. Pamiętaj, kurek zamykamy, klapkę otwieramy”.
W niedzielę Dale: „Dwie rzeczy, kurek-klapka. Jedną zamykasz, drugą otwierasz…”.
Nie zdążył dokończyć. Przerwałem mu i dopowiedziałem za niego: „… bo inaczej całe zaplecze będzie zalane a sprzątanie tego burdlu skutecznie wybije z rytmu pracy”.

W poniedziałek na pierwszą samodzielną zmianę zastępowałem Jake’a. Chłopak upewnił się, czy zalogowałem się do systemu poprawnie, podpowiedział parę rzeczy i w ramach wspaniałomyślności zaoferował, że wstawi kawę, zanim pójdzie do domu. Podziękowałem uprzejmie i zająłem się klientami.
Gdy nadeszła pora wymienić termosy, poszedłem na zaplecze.
Całe zalane było kawą.

Jake nie otworzył klapki.

Wpis: 1 510.