Kalendarz

Czerwiec 2017
P W Ś C P S N
« maj    
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65232
  • Dzisiaj wizyt: 7

walczak

Awans

Circle K

Minęło parę miesięcy, odkąd zacząłem przygodę w branży paliwowej. Przez ten czas zdążyłem ogarnąć charakterystykę przedsięwzięcia, swoje miejsce w szeregu i mogłem powiedzieć o sobie, że czuję się w miarę pewnie. W takim sensie, że jeśli chodzi o moje stanowisko, dumnie mieniące się: „Sprzedawca”, to wyżej nie dało się już podskoczyć. Drogi rozwoju były przynajmniej dwie: pozostać na tym prestiżowym poziomie i rozglądać się za innym zajęciem (tak wyglądała sytuacja, kiedy dziesięć lat temu przeskakiwałem z branży rozrywkowej i szykowałem się do ataku na branżę bankową), bądź próbować piąć się po szczeblach „kariery” wewnątrz korporacji. Korporacji, która od niedawna intensywnie reklamuje się w Polsce, a która, przyjmowawszy mnie, zapewniała, że planuje ekspansję m.in. na rynek polski i zakłada, że pracownicy będą mogli chcieć przemieszczać się wewnątrz firmy. Znaczy się, pracownik danego szczebla, jeśli wyrazi ochotę, będzie mógł być przeniesiony na to samo stanowisko, ale w innym regionie. W moim przypadku, do Polski.
Starałem się trzymać jednocześnie dwie sroki za ogon i trwając na swoim poziomie brałem pod uwagę zmianę branży, ale również myślałem, że nie byłoby zupełnie bezzasadne pozostać wewnątrz korporacji i próbować zaproponowanej przez nią ścieżki rozwoju. Kto wie, może za kilka- kilkanaście lat, osiągnąwszy już kolejny stopień wtajemniczenia i przy założeniu, że korporacja wciąż istniałaby w Polsce, mógłbym się przenieść i pracować gdzieś na terenie IV Rzeczpospolitej.
Ostatnio bliżej byłem tej drugiej opcji i zabierałem się do tego, żeby w najbliższą sobotę porozmawiać z Joanną, jaki mógłby być mój następny krok. W końcu, tak jak napisałem na wstępie, minęło już parę miesięcy i więcej na obecnym stanowisku nie osiągnę.
I kiedy dziś poszedłem do pracy, zaraz po wejściu usłyszałem, że mam się stawić u Joanny w kantorku, bo ma mi coś ważnego do powiedzenia (jak zwykle w takich sytuacjach, człowiek przypomina sobie co ostatnio odstawił myśląc, że na pewno szykuje się nagana). Wyszło inaczej. Joanna zaczęła: „Jesteś z nami od sierpnia. Obserwuję, jak dajesz sobie radę. Chciałabym zaproponować ci awans…”. „Skubana” pomyślałem. Uprzedza mój ruch i wyjdzie na to, że to jej inicjatywa, jej propozycja, a nie moje naleganie na dalszy rozwój wewnątrz korporacji. Odpowiedziałem: „Jasna sprawa, właśnie miałem cię o to pytać…”. Przerwała: „Spokojnie, Piotrek, awans wiążący się z tym, że nie dostaniesz podwyżki, nie będziesz dostawał większej liczby godzin w tygodniu, ale dołożymy ci obowiązków, głównie administracyjnych, i odpowiedzialności”. „No pech” przyszło mi do głowy. „Dwa razy więcej pracy w pracy za to samo wynagrodzenie”. Ale podtrzymałem swoją deklarację. Joanna tylko dodała, że mam spodziewać się nowej umowy, być może kolejnego okresu próbnego i szykować się na szkolenia, które miałyby rozpocząć się jeszcze w czerwcu. Na koniec zapytałem: „Tak z ciekawości, Asiu, jaką dumną nazwę będzie nosić to moje nowe stanowisko?”. Odrzekła: „Starszy sprzedawca”!

Wpis: 1 529.

Clifden story

mapaNa początku miałem jechać na Spanish Point. Niedaleko tego miejsca przeprowadziła się moja znajoma i umawiałem się, że ją odwiedzę. Po dogadaniu szczegółów w środę, odwidziało mi się i w piątek wyłgałem się tym, że być może w sobotę będzie ścigać mnie praca i mam być pod telefonem. Jakoś przeszła mi ochota na samotny wypad, do osoby, której na dobrą sprawę nie znam i która, oprócz tego, że przez ostatnich parę miesięcy pomagała mi w hiszpańskim, nie ma wg mnie niczego do zaoferowania. Chyba znajduję się na takim etapie życia, że nowe znajomości nie są mi do niczego potrzebne. Mniejsza… Sobota zapowiadała się leniwie, przed telewizorem. Ale to miało się zmienić.
Od rana panowało w domu poruszenie. Ze względu na wolną sobotę i niedzielę para współlokatorów planowała wypad nad Atlantyk. Dobierali trasę, uzgadniali miejsca godne odwiedzenia, organizowali transport. I w trakcie przedwyprawowej gorączki, współlokatorowi wymsknęło się pytanie: „A może pojechałbyś z nami?”. Ponieważ trzymał mnie jeszcze popiątkowy dobry humor, poprawiony nieco sobotnim lekarstwem, nie zastanawiałem się długo i odpowiedziałem: „Właściwie, czemu by nie?”. Dodałem jeszcze, że na drugi dzień, tj. w niedzielę, muszę być o siódmej w pracy i dobrze byłoby jeśli wyrobilibyśmy się z powrotem jakoś tak, żebym zdążył się jeszcze ogarnąć i przebrać po podróży. Doszliśmy do wniosku, że to da się załatwić i po domknięciu wszystkich formalności związanych z pakowaniem się, pożyczaniem pojazdu, wsiedliśmy we trzy osoby do auta i ruszyliśmy na zachód.
AtlantykDroga przebiegała raczej spokojnie. Ja rozsiadłem się na tylnym siedzeniu, miałem pod ręką lekarstwo i raz po raz zażywałem sobie skromną dawkę. Współlokator prowadził, współlokatorka komentowała. Nie mieliśmy wielu przestojów, ani nie musieliśmy posługiwać się mapą. Dopiero, kiedy zaczęliśmy zbliżać się do miejsca docelowego należało uruchomić Google i liczyć na to, że złapiemy zasięg. Udało się i wiedząc, dokąd mamy się kierować, zostawiliśmy auto i ruszyliśmy pieszo przed siebie.
Wiało, padało, jak to na wybrzeżu, ale było niesamowicie widowiskowo. Po latach spędzonych w Midlands, które jest płaskie jak stół i wyjątkowo nieatrakcyjne turystycznie, wystarczy wyjechać poza granice hrabstwa, żeby przypomnieć sobie, że Irlandia, to przepiękny kraj. Podziwialiśmy widoki i zbliżaliśmy się do – jak myśleliśmy – zamku, który miał być głównym celem tej sobotniej wyprawy.
Kiedy dotarliśmy okazało się, że to nie był ten zamek. Trafiliśmy na jakieś zaniedbane ruiny. Obeszliśmy je dookoła, zajrzeliśmy do środka. Stwierdziliśmy, że od naszych (Dunamase Castle) różnią się właściwie rozmiarem. Z tych koło Portlaoise nie zostało wiele. Te nieopodal Clifden wydawały się znacznie okazalsze.
Zawróciliśmy i pojechaliśmy do miasteczka szukać noclegu.
Znaleźliśmy go w pierwszym z brzegu pensjonacie. Po rozlokowaniu się, zaopatrzyliśmy się w zapasy na wieczór, zrobiliśmy niewielki bifor i ruszyliśmy zwiedzać lokalne przybytki rozrywki.
W tym miejscu moja pamięć zaczyna zawodzić, zdjęć nie ma, muszę opierać się jedynie na relacjach świadków. Podobno w jednej z restauracji pomyliłem klientów z obsługą i potrzebna była ewakuacja. Podobno w jednym z barów, wywijałem w rytm tradycyjnej muzyki irlandzkiej. Podobno po powrocie do pokoju zrobiliśmy jeszcze after. Na pewno obudziłem się rano, zadowolony, wyspany i z poczuciem satysfakcji z powodu wyrwania się z marazmu Portlaoise. Taka wycieczka raz na jakiś czas jest potrzebna, bo na tym Końcu Świata, gdzie mieszkam na co dzień, wszystko wydaje się być takie przytłaczające.
Ogarnęliśmy się, zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy szukać tego właściwego zamku. Okazał się być opactwem, zwiedzanie było odpłatne, przewidziane na parę godzin (tych nie mieliśmy) i musieliśmy obejść się smakiem. Na pocieszenie, choć to bardziej działka współlokatora niż moja, trafiliśmy na zlot Jaguarów. Chłopak był zachwycony, ma po kilka zdjęć chyba z każdym autem.
Nadchodziła pora, kiedy należało zacząć zawijać się z powrotem do ponurego Portlaoise. Zapakowaliśmy się w transport i ruszyliśmy w drogę. Znaczną jej część przespałem.
Laois przywitało nas ulewnym deszczem. Odkąd pamiętam, powroty z wycieczek (krótszych czy dłuższych) kończyły się deszczem w Portlaoise.
Towarzystwo zostało w domu. Ja dziarsko ruszyłem odpracować to, co przepuściłem na majówce w Clifden.

Wpis: 1 528.

Odchamianie się, wersja kinowa

Alien Covenant
Gdybym nie widział żadnego Obcego czy Prometeusza, uznałbym, że właśnie obejrzałem całkiem przyjemny kawałek SF.
Ze względu jednak na to, że mam za sobą i Obcych i Prometeusza starałem się doszukiwać nawiązań, powiązań, odwołań i o ile wstecz jeszcze się udawało (Fassbender bardzo ułatwiał), o tyle w przód szło mi już o wiele gorzej. Czekam na opinię współlokatora-eksperta.

Wpis: 1 527.

Scenka rodzajowa, typowa

Czas: wtorkowe popołudnie;
miejsce: sklep wielobranżowy;
osoby: sprzedawca Walczak, przypadkowy kierowca.

Leniwe popołudnie w pracy. Sprzedawca Walczak, wywiązawszy się ze wszystkich obowiązków poza doraźną obsługą klienta, czekał na koniec swojej zmiany. Pozostałe trzy godziny upływały mu na tęsknym spoglądaniu przez okno na rozświetlone słońcem jedno z najbardziej ruchliwych skrzyżowań w Portlaoise. W końcu nie wytrzymał i wymyślił, że wyjdzie na zewnątrz, usiądzie na sklepowym parapecie, zapali papierosa i skorzysta z odrobiny słonecznej pogody, która &mdsah; było nie było — nie zdarza się w Irlandii często.
Tak zrobił. Wyszedł, przysiadł, zapalił papierosa.
Wtedy na podjazd wjechał samochód.
Sprzedawca Walczak gwałtownym ruchem odłożył papierosa (w pewnym sensie był na „służbie” i nie powinien był opuszczać „posterunku”) i zerwał się wbiec z powrotem do sklepu.
przypadkowy kierowca otwierając okno samochodu: Spokojnie! Ja tylko napompuję opony! Sam palę, wiem jak jest.
Kurtyna!

Wpis: 1 526.

Kwiecień, plecień…

Praca, dom, praca, dom… Pogoda kwietniowa. Do tego jedenasty rok w Irlandii i „święta, święta i po świętach” (a podczas nich, któtki wypad na pobliski Rock Of Dunamase).

Wpis: 1 525.

Rzecz o marcu

Zwykły miesiąc: praca, dom, praca, dom, praca, dom, Święty Patryk (najmniej efektowny). I Ghost In the Shell”, zaskakująco w porządku.

Wpis: 1 524.

Jeszcze chwila o lutym

Choć pisane mocno post-factum, luty, to powrót z PL, gdzie udało się załatwić wiele, ostatnią rzecz w drodze na lotnisko oraz film Trainspotting 2, który mocno rozczarował.

Wpis: 1 523.

Scenka rodzajowa, typowa

czas: niedzielny wieczór;
miejsce: sklep wielobranżowy;
osoby: sprzedawca Walczak, trzech podchmielonych klientów

Dobrze po dziesiątej wieczór do sklepu wchodzi trzech podchmielonych klientów. Pytają sprzedawcę Walczaka, czy nie miałby gdzieś, pod ladą, skamuflowanej butelki wódki, a najlepiej dwoch. Sprzedawca Walczak odpowiada (poznawszy po akcencie, że ma do czynienia z Rosjanami), że nie bardzo i po dalszej wymianie zdań (doskonale rozumiejąc problem i potrzebę) napomyka o pubie Charliego Keegana, w którym można (przy odrobinie szczęścia) nabyć alkohol w godzinach prohibicji. Chłopaki dziękują, już mają wychodzić gdy jeden z nich mówi:
Rosjanin: Ty nie jesteś Irlandczykiem. Skąd jesteś?
sprzedawca Walczak: Z Polski.
Rosjanin: O! Polak! To mówisz po rosyjsku!
sprzedawca Walczak: A ty po polsku?
Kurtyna!

Wpis: 1 522.

Historia Kindle’a

Kindle

Był rok 1999, może 2000. Niewielkim gronem siedzieliśmy w jakiejś klubokawiarni. Rozmawialiśmy. Wśród nas była osoba, będąca prenumeratorką czasopisma Machina. Opowiedziała nam o artykule, który przeczytała. Mówiła: „Wiecie, co piszą? Że wymyślono elektroniczny papier. Że jest taka technologia, nie wiem do końca jak to ma działać, która pozwala na wyświetlanie na ekranie czarnobiałego tekstu ale nie tak, jak na monitorach czy telewizorach tylko jakoś tak inaczej. Podobno w ogóle nie zużywa prądu i nie męczy oczu. I choć na razie jest jeszcze niedopracowana, przez co droga, to uważa się, że za kilka lat powinna się rozpowszechnić. Będzie wtedy można na jakimś małym wyświetlaczu czytać gazety czy książki”. „To byłoby coś, nie?” — Zapytała.
Spojrzeliśmy na nią ze zdziwieniem, później rozbawieniem i zaczęliśmy… cóż… zaczęliśmy nieco kpić. „Elektroniczny papier? Dobre sobie. Machina żartuje sobie ze swoich czytelników, a ty w to wierzysz. To się nie uda. Poza tym, kto zrezygnuje z gazety czy książki na rzecz jakiegoś przenośnego ustrojstwa? To się nie sprawdzi. Bez sensu…” itd.
Osiemnaście lat później stałem się szczęśliwym posiadaczem czytnika i uważam, że to dobry wynalazek. Aż chciałoby się przeprosić za niedowierzania sprzed lat.

Wpis: 1 521.

Firmowa impreza świąteczna

Po raz pierwszy od dłuższego czasu, a tak na dobrą sprawę to po raz drugi w życiu (no chyba, że się pogubiłem), poszedłem na firmową imprezę świąteczną — ochlaj i wyżerkę na koszt korporacji.

Część oficjalna miała rozpocząć się około godziny siódmej w knajpie Relish, ale od samego początku wiedziałem, że przed częścią oficjalna należy zrobić bifor. Bez niego ani rusz.
Na bifor wybrałem sobie bar Morrissey’s (jeden z wielu w Portlaoise, w których nie byłem, chociaż byłem we wszystkich; sęk w tym, że o ile miejsca i czasem wystrój pozostały te same, pozmieniali się właściciele, pozmieniały się nazwy i stąd można traktować te bary, jak nowe przybytki). Poinformowałem o tym Anthony’ego, sklepowego ochroniarza i Dale’a, współpracownika. Wstępnie potwierdzili się.
Po szóstej byłem w Morrissey’się. Rozejrzałem się. Wnętrze bardzo w porządku. Przypominało oryginał z Abbeyleixu (Morrissey’s w Abbeyleixie jest uważany przez tutejszą społeczność za najbardziej przyjazny, najfajniejszy pub w całym hrabstwie). Towarzystwa nie dostrzegłem. Zamówiłem pintę, usiadłem. Czekałem.
W pewnym momencie zauważyłem Anthony’ego. Razem z nim Irenę i Joannę. I o ile Tony wyglądał, jak Tony, tak Ireny i Joanny nie rozpoznałbym. To, jak wyglądają na co dzień w pracy nijak miało się do tego, jak odstawiły się na firmową imprezę świąteczną. Mniejsza.
Okazało się, że one też postanowiły zrobić sobie bifor, że do nich dołączyła jeszcze Gráinne. Zjawił się też Dale. Skonsolidowaliśmy siły i połączoną grupą skonsumowaliśmy drugą, już wspólną część rozgrzewki przed rozpoczęciem wieczoru.

Dwa Guinnessy później przenieśliśmy się do restauracji Relish, w której nastąpiła wyżerka. Wręczono nam menu, wybraliśmy startery, dania główne, desery. Odczekaliśmy co nasze (w międzyczasie dołączył Jake, który pracował w ciągu dnia), posililiśmy się, poprawiliśmy deserem i zdecydowaliśmy się przenieść do innego baru, na część mniej oficjalną. Wybór padł na The Square Bar (jedno z tych miejsc, które nie zmieniło się od czasów, kiedy uskuteczniałem portlaoise’owskie szwędanie się po pubach).
Wbiliśmy się, zamówiliśmy napoje i wśród narastającego zgiełku zaczęliśmy wykrzykiwać do siebie pojedyncze zdania. Kiedy hałas stał się nie do wytrzymania, krążące grupy młodzieży zaliczały coraz bardziej pijackie wahnięcia od pionu a na dodatek na pubową scenę wszedł kolejny wtórny zespół odgrywający znane przeboje znanych grup (to prawdziwa plaga, od samego początku, od dziesięciu lat, jak tu jestem, irytuje mnie, że natrafienie na jakąś lokalną grupę, która prezentowałaby swój własny materiał, graniczy z cudem; wszyscy, wszyscy lecą na coverach. I o ile rozumiem to, mają zapewnić rozrywkę pijanym bywalcom pubów, a wiadomo, że takim spodobają się tylko piosenki, które wcześniej słyszeli (vide Rejs i słynne: „Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. No… To… Poprzez… No, reminiscencję. No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę”), tak mierzi mnie niesamowicie, że nie mam szans na usłyszenie czegoś nowego), jasnym stało się, że niedługo będziemy zawijać się do kolejnego miejsca.
Niedługo nadeszło parę Guinnesów (i jeden sabotaż ze strony Joanny w postaci pięćdziesiątki Sambuki, przeohydnej wódki anyżowej) później, kiedy pub pustoszał a po krzykach publiczności i dźwiękach muzyki pozostało już tylko dudnienie w uszach. Przetransportowaliśmy się do Manhattan Mixer.

Przy wejściu okazało się, że Gráinne nie wejdzie (za młoda i na dodatek bez dowodu). Ale żeby nie zostawiać jej samej, cała sklepowa ekipa solidarnie nie weszła do tancbudy i postanowiła przenieść się do drugiej tancbudy w miasteczku, w której nie sprawdzają dowodów (rynek nie znosi próżni; odtrąceni z Manhattan Mixera muszą gdzieś się podziać i z myślą o nich jest Coppers).
Weszliśmy do Coppersa. Musiałem zapłacić wcale nie taką symboliczną dyszkę za wstęp, by przekonać się, że wewnątrz jest potwornie, że średnia wieku nie przekracza osiemnastu lat, że za dwie podwójne wódki będę musiał zapłacić w chuj pieniędzy i że po piętnastu minutach emigrujemy stamtąd zostawiając Gráinne samej sobie (nie zupełnie, w Coppersie operuje jej przedział wiekowy, więc natychmiast odnalazła się wśród swoich). Wróciliśmy do Manhattan Mixera.

Dicho, jak to dicho — miało to do siebie, że było głośno, niemiło, przesadnie kolorowo i na dodatek drogo. Trzeci czy czwarty Heineken nie załatwiały sprawy, podobnie jak przelotne spotkanie dawnej znajomej. Na szczęście pojawiła się jakaś towarzyska i bardzo rozrywkowa bratanica / siostrzenica Joanny i rozkręciła grupę. Udało jej się wyciągnąć nas na densflor, gdzie pomachaliśmy chwilę arytmicznie, spłynęło z nas zniechęcenie i z nową energią mogliśmy zaatakować bar. Trzasnęliśmy po ostatnim piwie, wypaliliśmy ostatniego papierosa i zaczęliśmy rozglądać się za wyjściem.
Joanna z Ireną zabrały się z bratem Ireny. Anthony z Dale’m przepadli. Jake zgubił się gdzieś wcześniej, cholera wie gdzie, ale towarzystwo zapewniało mnie, że nim tak zawsze, Gránnie bawiła się ze swoimi w Coppersie, mogłem spokojnie nawigować w stronę domu.

Zwyczajowo zahaczyłem o Abrękebabrę (która teraz tak się nie nazywa, ale dla mnie zawsze będzie Abrąkebabrą) i zwyczajowo odczekałem na poimprezowe Taco-Chips wśród pijanej irlandzkiej młodzieży obrażającej bliskowschodnią obsługę jadłodajni. Wyszedłem ze zdobyczą, udałem się na postój taksówek i zaatakował mnie tłum. Nie w sensie bezpośrednim, ale zaatakował mnie ogrom osób oczekujących transportu do domu. Na pierwszy rzut oka było z pińcset osób (a może i wincej). Mając na uwadze, że po Portlaoise krąży może z pitnaście taksówek, nie wyglądało to za wesoło. Mimo to, ustawiłem się w kolejce i czekałem.
Czekałem.
I kiedy po tym, jak minęło pół godziny nic się nie zmieniło (a zdążyłem zaczepić dwie niemiłe Hiszpanki i z której to zaczepki nic nie wyniknęło), postanowiłem przysiąść sobie gdzieś w plenerze, zeżreć Taco-Chipsy, a później uderzyć z buta w stronę Forest Parku.

Szedłem Main Streetem, byłem właściwie u samego jej końca, kiedy udało mi się zatrzymać taryfę. Kierowca (jak zwykle, afro-irlandczyk) okazał się bardzo uprzejmy, wyrozumiały i na dodatek skasował mnie o połowę mniej niż jego ziomek na tej samej trasie jeszcze parę tygodni temu. Miło się zaskoczyłem, podziękowałem i w zamian dostałem oryginalną wizytówkę i zapewnienie, że afro-irlandczyk o swojskim imieniu Peter będzie mnie wozić zawsze najtaniej.

Wieczór się skończył.

Wpis: 1 520.