Kalendarz

Grudzień 2017
P W Ś C P S N
« lis    
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66829
  • Dzisiaj wizyt: 17

walczak

Odchamianie się, wersja kinowa

Star Wars: Last Jedi

Ale, że ona nie zginęłą, a on tak? No to trochę dziwne…

Wpis: 1 543.

Sklep w ruinie, staff w rozsypce

Po ponad dwóch tygodniach przerwy, do pracy wróciłem w poniedziałek o ósmej rano. Z jednej strony trochę niecierpliwiłem się (przez poprzednie –naście miesięcy sklep wyznaczał mi pewien rytm dnia / tygodnia), z drugiej byłem lekko zaniepokojony tym, co przeczytałem w przesłanym mi parę dni wcześniej grafiku. Wynikało z niego, że przez cały tydzień miało nie być Joanny – szefowej, która trzyma cały ten interes w garści i tylko dzięki jej uporowi sklep zachowywuje spójność.
Gdy wszedłem do pracy (jest ósma rano, sklep otworzony ledwo co pół godziny wcześniej, wszystko wygląda tak, jak przygotowane zostało noc wcześniej), ujrzałem niesamowity bałagan. Gdybym to ja zamykał stację i zostawił ją w takim nieładzie, rano dostałbym od Joanny porządny ochrzan. Dziewczyna pilnowała, żeby na pierwszy rzut oka sklep wyglądał czysto i schludnie. Tym razem tak nie było.
Zamieniłem kilka słów ze Steve’im (przyszedł w zastępstwo Joanny) i starałem odnaleźć się w sytuacji. Sprawdziłem, kto był poprzedniej nocy (Irena, w zastępstwie Brygidy) i próbowałem wyobrazić sobie, co musiało się wydarzyć. Oprócz tego na szybko przypominałem sobie wszystkie sklepowe odruchy (obsługę kasy, przyjmowanie dostaw etc.). Dzień mijał leniwie aż przyszła Irena.
Wzięła mnie na bok i mówi: „W piątek rano, jak przyszłam do pracy, Joanna powiedziała, że ma wszystkiego dość i wyszła; od tamtej pory nie ma z nią kontaktu”. To mnie uderzyło. Zacząłem dopytywać się czy wiadomo coś więcej, ale odpowiedź zawsze brzmiała: „nie”. Do końca dnia mnie to dręczyło i zastanawiałem się czy wypada napisać do przełożonej (ale też – jakby nie patrzeć – znajomej) czy lepiej zostawić ją samej sobie.
We wtorek postanowiłem napisać. Kombinowałem czy wysłać wymyślnego SMSa czy może pozostać przy prostym pytaniu. Stanęło na tym drugim. Napisałem: „Joanna? Co się dzieje?”. Myślałem, że jeśli się narzucam, Joanna po prostu nie odpisze. Ale odpisała: „Mam dość, musiałam zrobić sobie przerwę. Na tę chwilę nie wiem kiedy i czy wrócę”. To nie była dobra wiadomość.
Jak wspomniałem, ten sklep to Joanna a Joanna to ten sklep. Bez niej wszystko się rozjedzie. Szefostwo nie znajdzie drugiej tak oddanej temu konkretnemu miejscu osoby. Na pewno wśród kadr ma kierownika, który z przyjemnością przejąłby naszą stację (mówiło się o tym nieoficjalnie, kiedy Dawid, przełożony Joanny, chciał ją parę tygodni temu przesunąć do innego sklepu, żeby w Portlaoise zrobić miejsce dla jakiegoś swojego znajomego), ale nie ma szans by taki ktoś żył sklepem 24/7. W każdym razie wychodzi na to, że centrala, która od otwarcia Re.Store (w lipcu) w miejsce Topaza robiła Joannie pod górkę osiągnęła sukces. Wyniszczyła dziewczynę do tego stopnia, że ta rezygnuje z miejsca, które było dla niej stworzone (i vice versa). Te wszystkie podchody, presja, działania sabotażowe zakończyły się odejściem Joanny. Odejściem Joanny, a co za tym idzie, rozpadnięciem się sklepu w takiej formie, w jakiej trzymał się do teraz.
Nastała środą. Gdy przyszedłem do pracy, to w drzwiach minąłem się z Ireną (ja zaczynałem zmianę, ona kończyła swoją). Wyglądała jak wrak człowieka. Powiedziała tylko: „Porozmawiamy następnego dnia”. Zacząłem zastanawiać się o co mogło jej chodzić. Z tą myślą mijał mi dzień.
Wieczorem, kiedy szykowałem się do zamknięcia stacji i kiedy krążył już ochroniarz, to on właśnie rzucił mi nieco światła na wcześniejszą wypowiedź Ireny. Powiedział, że kiedy rano otwierali sklep, Irena weszła do środka, stanęła i niemal jak w transie zaczęła powtarzać sama do siebie: „Nie dam rady, no nie dam rady, nie poradzę sobie, nie wytrzymam tego”. I tak w kółko. Zapowiadało się, że i druga przełożona zdezerteruje.
W czwartek rozmawiam z Ireną i słyszę: „To jeszcze nic pewnego, w piątek przyjedzie tu ktoś z Dublina, w poniedziałek będę rozmawiać z Dave’em, ale jest wielce prawdopodobne, że przed świętami już mnie tu nie będzie. Nie dam rady sama przeprowadzić sklep przez okres świąteczny. Nie widzę wsparcia z centrali. Zaczęli oczekiwać ode mnie pracy organizacyjnej za dwie osoby. Nie dźwignę tego”.
I to była prawda, przy całym szacunku dla Ireny, dziewczyna osiągnęła szczyt swoich możliwości na pozycji kierownika zmiany. Sama śmiała się z tego, że to najlepsza rola, jaką może mieć: ani obowiązków ani odpowiedzialności takiej jak kierownik sklepu czy jego zastępca. Ale też gwarantowany pełen etat, stawka godzinowa nieco przyzwoitsza niż zwykłego sprzedawcy. Idealne wypośrodkowanie.
Aż wreszcie dzisiaj, w piątek, Irena dzwoni i mówi: „Złożyłam wymówienie, kończę 21-ego. Jeszcze tylko Dawid musi je przyjąć (nie odzywa się) i formalnościom stanie się zadość. Szkoda, że tak to się kończy, ale nie widziałam innego wyjścia)”. „W porządku, Irena” – powiedziałem. „Rób, co musisz”.
Dwie panie kapitan tego statku właśnie opuszczają pokład.

Co to oznacza dla mnie? Centrala przyśle mi pewnie jakiegoś kierownika sklepu, jakiegoś jego zastępcę i będziemy musieli wypracowywać relacje od nowa. Na dwoje babka wróżyła: mogą przyjść ludzie wyrozumiali ale i wymagający albo zupełnie inni. Może nowe szefostwo nie będzie robiło problemów z podpisywanie papierów dla Socjala, a może wręcz przeciwnie. Pewne (choć właściwie, to nie wiem) może być tylko to, że Centrala nie zdecyduje się na zamknięcie sklepu w Portlaoise (tyle tylko, z tego, co widziałem, jak jeszcze szkoliłem się na Sprzedawcę Seniora, to akurat nasza stacja dochodowa nie była…). Mam jednak nadzieję, że tego sklepu nie będę musiał dopisywać sobie do listy trofeów.

Wpis: 1 542.

Sześć lat po Máladze, trzy po Palmie De Mallorca

Od paru tygodni wiadomo było, że na przełomie listopada i grudnia będę miał wolne. Poprosiłem w pracy o wakacje mając nadzieję, że te dwa tygodnie wolnego pozwolą mi się zresetować po dość wyczerpującej psychicznie sytuacji ostatnich miesięcy.
Pozostawało pytanie czy leżeć czternaście dni do góry brzuchem tu, w Portlaoise, czy ruszyć gdzieś w świat. Odpowiedź przyszła paręnaście dni temu podczas jednej z rozmów ze współlokatorem. Początkowo zarezerwowaliśmy nocleg w chorwackim Zadarze. Ale anulowano nam tę rezerwację ze względu na to, że koniec listopada jest wybitnie poza sezonem i osoba, która udostępnia swoje mieszkanie w systemie AirBNB, nie robi tego zimą. Nawet lepiej wyszło, bo jak się później okazało, nie było żadnych lotów do Zadaru (w sezonie są) i musielibyśmy lecieć z przesiadką w Wiedniu albo w Wenecji, z której trzeba byłoby płynąć promem.
Przeszukiwaliśmy Ryanaira dalej i wpadł nam w oko Madryt. Podróż miała kosztować grosze, była w odpowiednim przedziale czasowym, kliknęliśmy OK. i bilety były nasze. Kilka dni później zaklepaliśmy nocleg i w ostatnią środę lecieliśmy do stolicy Hiszpanii.
Z mojego punktu widzenia zaczęło się niespecjalnie. Autobus na lotnisko miałem mieć o 2:30 nad ranem z Portlaoise. Około drugiej zatem powinienem był zamówić taryfę, która przyjechałaby prawdopodobnie po piętnastu minutach zawożąc mnie na przystanek po kolejnych pięciu. Myślałem, że do drugiej się zdrzemnę wiedząc, że resztę nocy spędzę w podróży a kolejny dzień na zwiedzaniu i nie padnę spać przez następne 24 godz. Zasnąć się nie udało. Podobnie nie udało się wezwać taryfy. W nocy z wtorku na środę nie było taksówek w Portlaoise (przeklęta prowincja). Nie pozostało mi nic innego, jak drałować pieszo. Ledwo zdążyłem (przy okazji przemokłem do suchej nitki; taki mamy klimat). Wsiadłem i jechałem na lotnisko. Po drodze dosiadł się Sebastian i na lotnisko dojechaliśmy razem.
Na lotnisku Seb. trzasnął dwa pożegnalne Guinnessy i jak weszliśmy do samolotu natychmiast zasnął, ja męczyłem się te dwie i pół godziny lotu. Przestraszył mnie trochę kapitan, bo kiedy mieliśmy wylatywać (była szósta z hakiem czasu irlandzkiego) powiedział: „Witam na pokładzie (…) w Madrycie jest w tej chwili 0ºC”. Nie brzmiało to zachęcająco. W każdym razie. Dolecieliśmy, wylądowaliśmy, przebrnęliśmy przez odprawę paszportową (pierwsze słowo po hiszpańsku: „¡Hola!” do celnika) i byliśmy na terenie królestwa Hiszpanii.
Carlos, od którego wynajęliśmy mieszkanie, w którym mieliśmy spędzić kolejne trzy noce, napisał nam w emailu, jak dostać się do centrum. Mieliśmy do wyboru podróż metrem z przesiadkami, kosztowną podróż autobusem, równie albo i bardziej kosztowną taksówką albo podróż pociągiem. Ten ostatni wariant wydawał się najbardziej logiczny. Sęk w tym, że trzeba było przetransportować się z Terminalu 1, na którym wylądowaliśmy, na Terminal 4, który był skomunikowany kolejowo z centrum Madrytu.
W informacji dowiedzieliśmy się, że na zewnątrz jest busik, który wozi takich jak my. Zapytaliśmy się jeszcze czy nie dostalibyśmy jakiejś mapy z zaznaczonymi miejscami wartymi odwiedzenia (nie zrobiliśmy uprzedniego rozpoznania i nie wiedzieliśmy co i jak i gdzie). Pani dała nam plan centrum miasta, wzięła długopis i zaznaczyła… ze siedemset miejsc, które koniecznie i z tysiąc trzysta, które ewentualnie. Mapę mieliśmy pomazaną z iście flamenco-fantazją.
Wsiedliśmy w busik, później w pociąg i około południa byliśmy w centrum Madrytu.

Postanowiliśmy przespacerować się w okolice kwatery, gdzie (jak myślałem) spotkamy się z Carlosem, który da nam klucze. Krążąc trochę (system uliczek w śródmieściu Madrytu nie przypomina siatki północ-południe; raczej jest takim losowym układem i nie wiadomo, czy idzie się w dobrym czy złym kierunku), dotarliśmy na miejsce ale zdecydowaliśmy pozwolić sobie (tzn. Seb. pozwolił sobie) na małe piwko zanim się rozlokujemy (system pojemności piw jest rewelacyjny, choć trzeba było się przyzwyczaić; zamawialiśmy szklaneczkę, szklankę, albo kufel).
Siedząc w pierwszej knajpie (restauracji) w Madrycie doczytałem szczegóły tego, co Carlos wysłał mi w kontekście dostania się do mieszkania i okazało się, że nie musimy na niego czekać. Jest jeden kod, który pozwoli nam wejść do budynku, inny, który pozwoli nam odebrać klucze i tyle. Tak zrobiliśmy.
Spojrzeliśmy na mapę i spostrzegliśmy, że trzysta, może czterysta metrów obok mamy Plazę Mayor zaznaczoną przez panią z lotniska, że koniecznie. Stwierdziliśmy, że można się ruszyć. Odhaczylibyśmy jedno miejsce a przy okazji, mieliśmy nadzieję, znaleźlibyśmy jakieś miejsce, w którym moglibyśmy coś przetrącić (nastawała wczesnopopołudniowa godzina posiłku).
Z mapą w ręku poszliśmy szukać tej Plazy Mayor i – oj – nie było łatwo. Nie znaleźliśmy. Trochę rozczarowani usiedliśmy w lokalu, zamówiliśmy po talerzu pożywnej zupki i kontemplowaliśmy ulicę. A na ulicy trwało zgromadzenie kibiców AS Roma (tak się złożyło, że w środę AS Roma grała w Madrycie z Atlético). Były przemarsze grupek, przyśpiewki, wymachiwanie szalikami etc. Seb. się z lekka dziwił, że nikt nikomu nie chce dać po ryju, ale wiadomo „na zachodzie sobie poradzili”. W każdym razie, posiliwszy się talerzem pożywnej zupki i zapytawszy się kelnera, gdzie – do jasnej cholery – jest ta Plaza Mayor, ruszyliśmy w dalszą drogę.
Dotarliśmy, akurat rozkładane były stragany świąteczne, wpadliśmy w macki sklepów z pamiątkami (ja: torba; Seb.: magnes na lodówkę) i postanowiliśmy odwiedzić Lidla, którego widzieliśmy w drodze do mieszkania. Lidla znaleźliśmy (moje drugie słowa po hiszpańsku: „Perdoname Señor, ¿donde está el Lidl?”), zrobiliśmy część zakupów, wstąpiliśmy jeszcze do Carrefoura (byłem zdesperowany, żeby kupić kieliszek; wiadomo, nie jest to oczywiste, że wódkę spożywa się z kieliszków i problem był tej skali co parę lat temu w Irlandii), wróciliśmy do mieszkania. Była może szósta po południu.
Dwa szybkie, Seb. pada spać, ja gapię się w TV. Całe szczęście miały być transmisje z Ligi Mistrzów, więc jakoś wieczór mi zleciał. Atlético puknęło AS Romę, Barcelona na 0:0 w Turynie, Paryż przejechał się po Celticu… Nie było północy, obudził się Seb.: „Idziemy podrywać laski?”. „No idziemy”.
Wyszliśmy, znaleźliśmy bar najbliższy albo prawie najbliższy i zamówiliśmy po szklance i „un chupito” whisky. Zeszło nam parędziesiąt minut. Laski nie pojawiły się na horyzoncie, przenieśliśmy się gdzie indziej. Tam znowu, szklanka, „un chupito”, ale ponownie pustka. Około godziny drugiej zawinęliśmy się do apartamentu i padliśmy szczęśliwym i spokojnym snem.

Na czwartek plan mieliśmy jasny. Wydobywamy się z mieszkania, znajdujemy bar mleczny ze śniadaniem, docieramy do autobusu, który obwozi po mieście, a do którego można wsiąść w każdym momencie (tak samo jak i wysiąść), dojechać do kolejki górskiej (Madryt jest położony na wzniesieniach i wszędzie idzie się pod górkę), zobaczyć miasto z lotu ptaka, wracając zaczepić się w jakiejś restauracji po podkład i na koniec pójść się socjalizować.
Z mieszkania się wydobyliśmy. Bar mleczny znaleźliśmy (obsługa wyraźnie orientalna, ale w hiszpański biegli, że hej). Zamówiliśmy po kanapce a do tego ja herbatę, Seb. piwsko. Po tym piwsku Seb. się skończył (przed wyjściem sieknął szklankę Eristoffa Black). Udało się jakimś cudem wsiąść do autobusu który obwiózł nas po centrum, wysiedliśmy w poszukiwaniu kolejki górskiej, ale okazało się, że czynna jest tylko w soboty. Dotarliśmy w rejon apartamentu, resztkami sił Seb. wypił jeszcze piwo i położył się spać. Był czwartek, wczesne popołudnie.
Nie chciałem marnować czasu. Wyszedłem w kierunku Vincente Calderón. Wiedziałem, że te parę kilometrów dam radę przejść. Mając mapę w ręki, Google Maps w kieszeni nie mogłem się zgubić. I poszedłem. Szedłem osiedlami wyjątkowo nie turystycznymi. Minąłem jakąś szkołę (liceum), na zewnątrz której hiszpańska młodzież paliła fajki rozglądając się nerwowo, przeszedłem przez jakiś park, w którym psy sobie do gardeł skakały (swoją drogą psów było od groma, i co za tym idzie, psich pozostałości; zupełnie jak w Łodzi na wiosnę). Wlazłem do jakiegoś sklepu spożywczego poprosić o gumy do żucia a orientalna ekspedientka wyraźnie zniesmaczona czyjąkolwiek obecnością warknęła do mnie: „sesenta” wyglądając przy tym, jakby chciała mnie swoim wokiem przez łeb zdzielić. I doszedłem do Vincente. Myślałem, że będzie w trakcie rozbiórki. W końcu, Atlético ma teraz nową Wandę. Ale nie, stadion stał na swoim miejscu (wokół było pełno nieużytków w sam raz pod apartamenty czy biura). Robił wrażenie… Szczególnie ta ulica pod jedną z trybun. Fajne rozwiązanie. Zrobiłem zdjęcia i poszedłem dalej. Chciałem dojść do Katedry, Zamku Królewskiego i stamtąd, przez Plazę Mayor, do domu.
Do Katedry doszedłem, obszedłem, obczaiłem z zewnątrz ale ponieważ od stadionu było ciągle pod górkę Zamek sobie odpuściłem. Niesamowicie zmęczony (niech żyje kondycja) doczłapałem się do domu. Seb. wciąż spał.
Obudził się jakiś czas później. Pobiegliśmy do Carrefoura (a może pobiegliśmy wcześniej, cholera nie jestem pewien), zrobiliśmy zapasy. Wyszliśmy na jedno albo dwa. Po tych dwóch (no jedno to nie było), Seb. znowu odpadł, musiałem odstawić go do mieszkania, a samemu stwierdziłem, że wyjdę do tego drugiego baru, w którym byliśmy poprzedniej nocy. I to był strzał w dziesiątkę.
Wszedłem i zobaczyłem, za ladą barman z Andaluzji (wiem, bo oni nie mówią „s” i „d”), przy ladzie jego dziewczyna oraz Francuzka, Hiszpanka i dwóch Niemców. Wszyscy mieszają angielski z hiszpańskim. Mój klimat. I rozpoczęła się impreza. Po pierwszej szklance poczułem się pewniej i starałem się włączyć w rozmowę. Z Francuzką, mulatką, mi nie poszło (nie mam w sobie tej swobody nawiązywania znajomości), ale już Hiszpanka, Greczynka (dziewczyna barmana), dwóch Niemców i Andaluzyjczyk byli bardziej wyrozumiali. Do tego stopnia, że przestałem się wstydzić i zacząłem dukać po hiszpańsku. Bo, o ile minęło już parę lat o „Life changing experience” z Málagi, od kiedy to w ogóle sięgnąłem po podręczniki i słowniki, i o ile od pobytu w Palmie de Mallorca też już jakiś czas upłynął, to w sumie nie mogę powiedzieć, że mój język jest ubogi. Notoryczne słuchanie radia, sporadyczne czytanie książek zrobiły swoje i choć zdawałem sobie sprawę z tego, że średnio to musiało brzmieć, byłem w stanie powiedzieć, że przyjechałem z Polski (właściwie z Irlandii), że jestem na wakacjach i zostaję przez jeszcze jeden dzień itd. itd. Spotkałem się z wielką wyrozumiałością i miałem wrażenie, że towarzystwo docenia to, że próbuję. Mylę się, chrzanię czasy, mój akcent, a właściwie jego brak, musi ich wszystkich bawić, ale co tam… Raz się żyje.
Po drugiej szklance panienki, wyraźnie rozbawione, wpadły na pomysł, że będziemy tańczyć Macarenę. Tak, Walczak, gdzieś w madryckim barze, tańczył Macarenę.
Wtedy do baru przyszły dwie kobiety, znacząco starsze. Jedna z nich była wykładowczynią hiszpańskiego w Instytucie Cervanteza. Gdy wyszliśmy na papierosa, zmusiła mnie wręcz, żebym nie porozumiewał się z nią po angielsku, tylko wysilił się i próbował po hiszpańsku. Wymskęło mi się coś w trybie przypuszczającym. Była zachwycona. Ja też. Wieczór mijał mi dobrze i przy okazji produktywnie.
Koło trzeciej nad ranem miejsce opustoszało i musiałem przetransportować się do mieszkania. „Chrapłem”.
Obudził mnie Seb.: „Chrapiesz, spać nie dajesz; napijmy się, bo nie dam rady na trzeźwo”. Walnęliśmy kilka, przegadaliśmy do siódmej i obaj padliśmy. Wstałem parę godzin później, koło jedenastej.

Ponieważ mieliśmy te bilety na autobus turystyczny (dwudniowe), pomyślałem sobie, że wykorzystam sytuację i wsiądę w drugą linię (zieloną) i zwiedzę Madryt współczesny (wcześniejsza podróż, to był Madryt historyczny). Ogarnąłem się, wyszedłem z domu, przetrąciłem małe śniadanie i wsiadłem w zieloną linię.
Ta dowiozła mnie do Santiago Bernabeu. O kurwa! Tylko teatr marzeń z Alei Unii był bardziej okazały. Wszystko w bryle stadionu robiło wrażenie. Cztery narożne wieże, półokrągłe klatki schodowe, monumentalizm tego wszystkiego… No normalnie musiałem zbierać szczękę z ulicy. Vincente był OK., Santiago wymiatał.
Wsiadłem z powrotem w autobus, żeby podjechać do centrum. Zadzwonił Seb. Akurat się obudził i szukał okazji. Powiedziałem mu jak i dokąd ma się kierować. Spotkaliśmy się. Walnęliśmy po szklance i chłopak stwierdził, że również pojechałby do Santiago. Wsiedliśmy ponownie w autobus, dojechaliśmy, wysiedliśmy, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia, usiedliśmy w pobliskim barze i po piwie wróciliśmy do centrum, zahaczyliśmy Burger Kinga. Seb. znowu odjechał. Posiedziałem chwilę, potem drugą, chłopak się obudził. Wyszliśmy na Tirso de Molina, taki skwerek nieopodal miejsca, gdzie mieszkaliśmy. Seb. coś przekąsił, ja coś wypiłem, ale Seb. ponownie odpadł. Był wczesny wieczór. Pomyślałem, że pójdę do moich nowych znajomych.
Był tylko barman. Pogadaliśmy sekundę, może dwie. Chłopak powiedział: „Wymieńmy się kontaktami, mówiłeś dzień wcześniej, że chciałbyś pracować w Hiszpanii… Nie mogę ci załatwić pracy w biurze (język), ale gdzieś na zmywaku jak najbardziej; Mam znajomego, u którego ze miesiąc, dwa zwalnia się pokój, miałbyś gdzie mieszkać (…)”. To wymieniliśmy się Facebookiem i zastanawiam się, czy nie skorzystać z tej opcji.
Antonio prosił mnie, żeby podesłać mu moje CV. On gdzieś by mnie wepchnął (nie wiem, na ile taka deklaracja jest prawdziwa, na ile rzeczywiście mógłby mnie gdzieś wepchnąć, ale cholera… Może warto byłoby przynajmniej spróbować?). Mam zagwózdkę.
Przesiedziałem u niego do później nocy i wiedząc, że w sobotę chciałbym nawiedzić jednak ten Zamek Królewski i przejechać się kolejką górską (zresztą ustaliłem to pół dnia wcześniej z Seb.), a na dodatek mając w głowie to, że przed 12-tą w południe powinniśmy byli się ewakuować, wróciłem do domu i padłem się zdrzemnąć, jak Pan Bóg przykazał.
Obudził mnie Seb.: „Spać człowieku nie dajesz, chrapiesz!”. Odwróciłem się na drugi bok i pochrapałem sobie do jedenastej rano.

Wstałem, Seb. spał. Ogarnąłem się, spakowałem i czekałem (mieliśmy wy-checkoutować-się) do dwunastej. Ale nic. Żaden budzik, nic nie zadzwoniło. Najwyraźniej Seb. postanowił spać do oporu. W porządku, jego sprawa. Nie jest moją żoną, żebym dbał o niego (szczególnie, że dzień wcześniej był zdecydowany towarzyszyć mi w podboju Zamku i kolejki górskiej). Zdecydował się olać to, też tak można. Wyszedłem.
Znalazłem jakiś bar mleczny z całkiem pożywnym śniadaniem (la ensalada rusa y un bocadillo /un té y una caña/), podszedłem pod Zamek. Przeszedłem spacerem kolejny kilometr albo i dwa (zahaczając o jakiś bar) do kolejki górskiej. Odczekałem swoje. Wsiadłem. Zostałem przewieziony i miałem możliwość oglądania części Madrytu z lotu ptaka. Wysiadłem. Zadzwonił telefon. „Gdzie jesteś? Wracasz?” (Było dobrze po drugiej po południu). „Nie, nie wracam. Spotkajmy się w okolicach dworca kolejowego, z którego będziemy jechać na lotnisko; Daj mi znać, jak się gdzieś zabunkrujesz”.
Poszedłem na dworzec Ojca Pio (stamtąd jeździło metro i pociągi na dworzec Atocha, z którego mieliśmy jechać na lotnisko). Na dworcu Ojca Pio (albo dworcu północnym, dwie nazwy), nie potrafiłem sobie dać rady z automatami do biletów i ledwie, ledwie udało mi się kupić taki na kolejkę. Dojechałem do Atochy. Nie bez problemów znalazłem Seb. Siedział skuty w trzy pizdy w ogródku.
Dosiadłem się, pogadaliśmy chwilę, Seb. zasnął. Obudził go barman, który delikatnie dał nam do zrozumienia, że wypadałoby, żeby nas tu nie było. Zapłaciliśmy i wynieśliśmy się.
Na Atochy znaleźliśmy odpowiedni pociąg, kupiliśmy bilety, wsiedliśmy, Seb. odjechał. Obudził go kanar, chłopak pokazał bilet i padł ponownie. Dotarliśmy na lotnisko.
Wsiedliśmy w busika, który dowiózł nas na nasz Terminal 1, jakimś cudem przeszliśmy przez odprawę (Seb. prawie zapomniał zabrać połowy swojego bagażu), przeszliśmy przez celników, zamówiliśmy po szklance. Podeszliśmy do bramki. Seb. poszedł spać.
Kiedy wywołano nasz lot, wstaliśmy, ramię w ramię i zbliżaliśmy się do kolesia, który sprawdza karty pokładowe, paszporty i wpuszcza do samolotu. Ja piknąłem swoją kartą pokładową, Seb. nie był w stanie. Tłum pchnął mnie do przodu i tylko obserwowałem, jak Seb. nie umie wyjąć telefonu z kieszeni, jak nie potrafi znaleźć odpowiedniej aplikacji… aż w końcu zginął mi z oczu.

Do Dublina leciałem sam. Nigdy więcej nie polecę na wakacje, z osobą, która ma tak totalnie wszystko w dupie, nie obchodzi jej to, że nie jest sama i liczy na to, że ktoś nią będzie się opiekował. Że ktoś będzie opiekował się, prowadził za rękę, trzydziestoośmio letniego faceta, który nie umie się ogarnąć a jedyną jego odpowiedzią jest: „Chuj, i tak więcej mnie tu nie będzie”.
Wpis: 1 541.

Narodowościowa radość coroczna

Józef Walczak Piłsudski

Wpis: 1 540.

Ogrodowa 22

panorama

Już w lipcu minął nam termin przedłużenia umowy wynajmu domu. Mniejsza, z jakiego powodu wtedy nie podpisaliśmy umowy. Były pewne kwestie do rozwikłania. W każdym razie, kiedy udało się je załatwić, jakoś od połowy września nachodzi nas Landlady. Kobieta chce mieć na piśmie, że nasza Trójca będzie mieszkać na Forest Parku, i że wszyscy będą szczęśliwi. Właśnie, szczęśliwi.
Maureen, Landlady, ma piekielnego wręcz bzika na punkcie ogrodu (trzeba przyznać, ogród jest niczego sobie, jeden z tych, które mają potencjał, o ile o niego dbać) i przy każdej wizycie zarzuca nam grzech zaniedbania. I ma rację,
bo z trzech chłopa, jeden jest obecnie niedysponowany i nie może się ogrodem zająć, drugi pracuje ile się da i nie bywa w domu, a trzeciemu się nie chce. Ogród (znaczy się cała roślinność) sobie zarasta, rozrasta się i nikt tego nie kontroluje.
Landlady wie jednak swoje i wymaga. Dostaliśmy ultimatum. Do najbliższej soboty ma być picuś-glancuś. Zadzwoniliśmy po firmę, która zajmuje się organizacją przydomowycho ogródków, ale chłopaki poszaleli z kosztami. Obdzwoniliśmy znajomych i dostaliśmy namiar do koleżanki, która również potrafi zadbać o ogród.
Przyszła, ogarnęła…. I jesteśmy pod wielkim, wielkim wrażeniem. Tak dobrze ogródek nie wyglądał od dawna.

Wpis: 1 539.

Odchamianie się, wersja kinowa

Botoks
Tak chaotycznego, niewnoszącego niczego, nieporuszającego żadnej kwesti, nieniosącego za sobą jakiegokolwiek przesłania, niestawiającego byle pytania, niepozwalającego na zatrzymanie się choćby na chwilę, chaotycznego obrazu prawdopodobnie nigdy nie widziałem. Niewarto.

Wpis: 1 538.

Odchamianie się, wersja kinowa

Blade Runner 2049
Warto.

Wpis: 1 537.

Sierpień przeklęty

Wszystko zaczęło się sypać.
Za oknem niby całkiem ładna pogoda, lodówka pełna, dach nad głową nie przecieka, koszule nie są dziuraw – wydawać by się mogło, sytuacja stabilna, ale…
Ale rozpoczęły się kłopoty zawodowe.
Tłumaczę sobie, że większość z nich spowodowane jest zmianą nazwy (tzw. przebrandowaniem). Już piszę, co mam na myśli.
Odkąd stary Topaz stał się nowym Re.Storem, wiele się zmieniło. Począwszy od tego, jak sklep teraz wygląda, a skończywszy na tym, ile ma do zaoferowania, jak rozrosła się oferta produktów eksponowanych na półkach, a skończywszy na dodatkach w stylu wspominanych wcześniej hot-dogach. Ze względu na poszerzenie asortymentu, zwiększyły się też wymagania względem pracowników. Czy to mojego, najniższego szczebla, czy też wobec przełożonych. Te wzmożone wymagania wobec przełożonych, chcąc-niechcąc, przenosiły się na mój poziom. Przełożeni, a właściwie przełożone (Joanna i Irena), po tym, jak sklep przebrandowił się (wcześniejszy Topaz, w strukturze korporacji traktowany był /takie mam wrażenie/ nieco po macoszemu; w przypadku nowego Re.Store nie ma przebacz), musiały powstrzymać się od jakiegokolwiek luzu, zrozumienia i tzw. życiowości, które towarzyszyły im wcześniej, i przeistoczyć się w szefostwo. Skończyły się żarty, przymykanie oczu na pewne niedociągnięcia a rozpoczęła się ciągła presja i wywieranie nerwowej atmosfery.
W takiej atmosferze, pod ciągłą i niby zrozumiałą presją, zaczęły mnożyć się potknięcia pracowników linii frontu. Te potknięcia mają swoje odzwierciedlenie w liczbach, wykresach i innych excellach, które są przeglądane przez osoby wyższe szczeblem i te osoby mają później pretensje do Joanny czy Ireny, które znów mogą mieć pretensje do nas, a na nas, te pretensje, to wywieranie presji potęguje tylko stres i potencjalne popełnianie błędów. Kółko się zamyka. W każdym razie…

W każdym razie, zaczęło się od tego, że po zmianie, przebrandowieniu sklepu, odrestaurowano nam budynek i jedną ze zmian było zamontowanie samootwierających się drzwi. W porównaniu z poprzednim systemem, zmiana na korzyść. Te automatyczne drzwi mają do to siebie, że można je ustawić bądź w trybie automatycznego otwierania się gdy ktoś zbliża się do nich, bądź zostawić ciągle otwarte. Ze względu na to, że pogoda w sierpniu dopisywała, hot-dogi smażyły się i powoli dochodziły do granicy kiedy chciałoby się nimi wszystkimi rzucać w przestrzeń, ustawiałem te automatyczne drzwi w trybie „zawsze otwarte”. Aż do momentu, do kiedy nie przyszedł miły Greg z BHP.
Greg z BHP jest świetnym człowiekiem. Wyrozumiałym, miłym, otwartym na nowych pracowników… Takim go poznałem przy poprzednich spotkaniach. Zawsze mogłem z nim parę słów zamienić. Nigdy nie czułem, że jest – bądź co bądź – jednym z moich przełożonych. Z takim podejściem zacząłem z nim rozmowę tamtego dnia. Zapytałem: „Cześć, co słychać Greg? Jak podoba ci się nowy sklep?” i takie tam. Ot, niezobowiązująca pogawędka. Wtedy Greg wyjął legitymację, przedstawił się oficjalnie (tak, jakbym wcześniej nie wiedział z kim mam do czynienia) i wypalił: „Dlaczego masz otwarte drzwi?”. Zaskoczony zdążyłem odpowiedzieć, że to może tylko zachęcać klientów do wstąpienia do środka (bla, bla, bla). Usłyszałem: „Nie wolno! A co, gdyby ktoś wbiegł, chwycił butelkę oleju samochodowego albo dwie paczki czipsów i wybiegł?”. Zastanowiło mnie to. Odpowiedziałem: „Byłoby dokładnie tak samo, jak przy zamkniętych drzwiach, nie mógłbym niczego zrobić (…)”. „To nie masz blokady drzwi? Tak, jak ma to miejsce we wszystkich innych sklepach Topaz / Re.Store?”. „Ano nie mam, Greg. Ktoś, kto projektował to wnętrze, nie pomyślał o tym (mieliśmy taką blokadę w poprzednim sklepie)”. „To nie dobrze! Pamiętaj, miej drzwi zamknięte! Idę sobie”. I poszedł. Opisałem całą sytuację w wewnątrzfirmowym dzienniku, zadowolony, że porozmawiałem z Gregiem jak pracownik tej samej firmy z pracownikiem tej samej firmy i poszedłem do domu.
Następnego dnia wezwała mnie Joanna.
„Co to miało być?” usłyszałem na wejście. Odpowiedziałem: „Wymieniłem parę zdań z Gregiem z BHP, potraktowałem go jak równego sobie pracownika tej samej firmy”. Usłyszałem: „Nie, Greg nie jest równy tobie, Greg decyduje, Greg może ciebie, mnie wyrzucić za niedociągnięcia, za niezamykanie automatycznie otwieranych drzwi, z Gregiem trzeba polubownie. Strzeż się”. Muszę przyznać, że wtedy nie przejąłem się zbytnio. Po rozmowie z Grześkiem ustawiłem drzwi w odpowiednim trybie, po rozmowie z Joanną, potwierdziłem tylko, że tak już pozostanie. Miałem nadzieję, że sytuacja rozejdzie się po kościach. Aż nadeszła pewna nieszczęsna niedziela.
Miałem pracować od jedenastej. Wcześniej, w sobotę, cóż, no nie była to sucha sobota, ale też nie jakaś bardzo podtapiana. W każdym razie… Budzę się w niedzielę rano, ogarniam się. Świat wygląda wspaniale, dzień zapowiada się pogodnie, jeszcze tylko wyjść spod prysznica, jeszcze tylko przetrącić śniadanie, wsiąść w auto, podjechać do pracy i będzie w porządku.
Usłyszałem SMSa. „Bądź wcześniej” pisała do mnie szefowa, Joanna. Dwie godziny wcześniej. Wyskoczyłem z wanny, założyłem mundurek i pognałem do pracy.
Dzień minął spokojnie. Gorzej było w poniedziałek. Usłyszałem: „Piotrek, w sobotę coś tam musiałeś sobie strzelić, nie? Dlaczego pojawiłeś się w pracy? Wiesz, że powinieneś powiedzieć, że nie możesz, że bierzesz dzień wolny albo coś takiego?”. Próbowałem się tłumaczyć, że zostałem wezwany w trybie awaryjnym, że te dwie godziny zrobiłyby różnicę (zrobiłyby, jestem pewien), ale na nic to się zdało, zostałem wpisany na czarną listę.
Parę dni później, jakoś w połowie przeklętego sierpnia, do Irlandii wracali Sebastian z Ewą. Powrót osób z Polski zawsze wiąże się z pewnymi zachowaniami. Osoby z Polski przywożą swego rodzaju zaopatrzenie, osoby w Irlandii dorzucają do tego przekąskę i popitę. Powrót układa się uroczyście. I nie inaczej miało być tym razem. Seb. i Ew. wracali we wtorek, ja wtorek miałem wolny. W środę miałem iść do pracy dopiero na siódmą wieczór. Wszystko sklejało się w jedną, wielką popijawę.
I rzeczywiście, we wtorek Seb. i Ew. wylądowali, dotarli do Portlaoise, Art. przywiózł ich do Leśniego Parku, odkorkowaliśmy pierwsze napoje, potem wtóre i poszło. Poszło tak, że w środę świat był największym przekrętem, największym złym żartem samego Pana Boga. A do tego doszła nam samochodowa wycieczka 30 km na wschód, żeby odebrać samochód Seb. Lekko krzywi na nogach i z grzechoczącymi w czaszkach mózgami zebraliśmy się i pojechaliśmy do New Bridge. Dotarliśmy, odebraliśmy auto i w drodze powrotnej zaczęliśmy knuć przewrotne plany. Art. nie musiał się nigdzie ruszać tego dnia, Seb. też, ja niby do pracy, ale wydzwoniłem zwolnienie z powodów zdrowotnych. Dało radę, środę mieliśmy ogarniętą.
Czwartek także. Od rana Seb. dzwonił do swoich ludzi mówiąc, że nie, tym razem nie. Ja do swoich, że czuję się słabo i że pojawię się dopiero w piątek wieczorem… W ten sposób zyskaliśmy kolejny dzień rozrywki. Takie wakacje po wakacjach. Jakoś to wszystko skleiliśmy i nie było źle.
Od piątku zacząłem wracać na właściwy tryb. Poszedłem na wieczorną zmianę do pracy. Dałem radę. Było w porządku. Podobnie w sobotę i później w niedzielę.
I wtedy pojawiła się sprawa formularzy, które muszę dostarczać Social Welfare’owi. Co tydzień mam przynieść przypieczątkowany i parafowany papier, że przepracowałem tyle i tyle dni w tygodniu. W tygodniu, w którym wziąłem dwa dni wolne na żądanie wyszło na to, że pracowałem tylko 3 dni (a to w rozumieniu Socjala uprawnia mnie do odbioru zapomogi). Z tak wypełnionym formularzem poszedłem do Joanny. Ta się spięła. Wykrzyczała: „Dałam ci 4 (z siedmiu) dni pracy, z dwóch się wymigałeś, zaznaczyłeś, że nie pracowałeś, dostałbyś zapomogę, tak?”. „Tak”, przyznałem rację, dostałbym. „No to figę z makiem dostaniesz!”. I się zaczęło. Bez wchodzenia w szczegóły, od tamtej pory, nie mogę odezwać się do mojej przełożonej. Sytuacja jest chora. Źle się z tym czuję. Mam poważne wątpliwości, czy powinienem – w takim otoczeniu – bawić się w sprzedawcę. Mniejsza. Ale to nie koniec…
Wiem, że jestem na cenzurowanym… Ten sierpień jest przeklęty. Już po „kłótni” o papier do Socjala, już po tym, jak Joanna przestała się do mnie odzywać, a ja zacząłem przychodzić do pracy, jak do pracy i nic po za tym. Po prostu, zrobić swoje i wyjść (chujowe rozwiązanie, ale tak to teraz wygląda).I wtedy pojawia się ten czarnoskóry człowiek, afro-brytyjczyk (napisałbym Murzyn, ale nie wiem, czy nie byłoby to zbyt rasistowskie). Ten afro-brytyjczyk już na wejście wydaje się być podejrzany. Zadaje dzikie pytania, zachowuje się niestosownie, aż chciałoby się go wykopać za drzwi (ale, nie można, bo anty-rasizm, czy rasizm? a po drugie, [patrz rozmowa z Gregiem], nie mogę zamknąć drzwi]). Ten Murzynek Bambo, wybiera sobie ze sklepu co przypadnie mu do gustu. Ciasteczka, czipsy, cukierki, napoje i na bezczelnego wychodzi.
Co mogę zrobić ja? Nic. NIC!
Nie wolno mi go tknąć, a z chęcią przypieprzyłbym mu w ten czarny pysk. Nie wolno mi podejmować żadnej akcji (to regulacje wewnątrzfirmowe) dopóki koleś znajduje się w sklepie. Mogę tylko stać i przyglądać się (gdy wcześniej zareagowałem, parę miesięcy temu i chwyciłem chuja, który chciał okraść sklep, okazało się, że naruszyłem jego nietykalność i za to mogę ponieść karę /a ten fiut, za to, że wynosi coś ze sklepu, mógłby co najwyżej jakąś grzywnę zapłacić, której nie zapłaciłby, bo nie byłoby go pewnie stać/).
Pamiętałem jeszcze, że parę tygodni wcześniej, w podobnej sytuacji, znalazła się Irena. Skończyło się tym, że po tym jak zaświadczyła o możliwości popełnienia kradzieży, po tym, jak zidentyfikowano sprawczynie, po tym, jak wezwano do sądu obie strony (Irenę od nas, Joannę, jako przełożoną i osobę oskarżoną), skończyło się na rozprawie przełożonej o dwa tyg. bo oskarżona nie pojawiła się. Mając to w głowie, nie zdecydowałbym się, ni cholery, na ciąganie przez sądy tylko dlatego, że jakiś Murzynek zawinął kawę i batonika. No nie ma bata. Ale na tym nie koniec…

Sierpień był przeklęty. Byłem na cenzurowany. Doszło do tego, że Joanna , która wcześnie proponowała mi awans i wydawała się osobą, która wierzy w to wszystko, że Joanna, nie odzywa się do mnie. Zupełnie. Całkowicie. Ani: „Cześć”, ani: „Do jutra”; nic a nic. Bojkot.
Wiedziałem, że nie mogę popełniać błędów. Nie mogę narażać się. Byłem spięty, jak cholera i wykonywanie każdej czynności, związanej z pracą przestało sprawiać mi przyjemność. Usłyszałem od Joanny, że od dziś to jest tylko i wyłącznie: „Pracodawca –pracownik”. I tak się czułem, jak pracownik. Wykonywałem swoje zadania. Bez serca, bez zaangażowania. Byle tylko zamykając drzwi sklepu o 11-tej być pewnym, że zrobiłem co swoje. Nic, ponad obowiązki, nic od siebie. Nie dbać (srać) o to; jestem pracownikiem, dostaję najniższą stawkę; niczego więcej ponad to, do czego jestem zobligowany w kontrakcie, dawać nie muszę.
Ale, ale… Mija dzień, może dwa i znowu… (należy pamiętać, że jestem na wojennej ścieżce z Joanną). Podchodzi do kasy młoda panienka. Kojarzę ją. Ona często pojawia się w sklepie. Czasem zamieni się dwa zdania, czasem nie (Cholera, to mnie – po dziesięciu już latach – zaskakuje; Kaleczę język, jak tylko mogę, a Irlandczycy wciąż z uśmiechem; Wyobrażam sobie swoją babcię albo dziadka idących do kiosku Ruchu, kupujących gazetę i nie rozumiejących sprzedawczyni, powątpiewam w ich wyrozumiałość. Tutaj powątpiewać nie muszę).
W każdym razie, młoda (ktokolwiek ma mniej niż 38 lat na karku jest młody – żeby nie było) panienka podchodzi do kasy i z uśmiechem na ustach pyta: „Rachunek za prąd, to ja mogę zapłacić?”. Myślę sobie: „Z rachunkami zawsze jest problem, ale sruuu… spróbuję”. Próbuję, próbuje, i spieprzyłem.
Szlag. Dzwonię do Ireny (jak odkręcić się z tego wszystkiego) nie potrafi mi pomóc; dzwonię do Joanny (z którą nie rozmawiam i naprawdę jest ostatnią deską ratunku), przyjeżdża, próbuje, nie może). Innymi słowy, schrzaniłem, właśnie firma położyła się na €400,00. Niby błąd, niby mógł przytrafić się każdemu. Ale, przytrafił się mi, przytrafił się w cholernie głupim momencie.
Na koniec: Mam dyżur. Ogarniam sklep, podglądam monitory. Podjeżdża auto, tankuje. Nabija €10,00. Nic nadzwyczajnego…<br /)Ale odjeżdża.
I szlag, Nie zdążyłem zapamiętać, spisać numerów tego auta. Nagrania z kamery są tak przeciętne, że i tak nie udałoby się tego odtworzyć. Ja przez okno (po reorganizacji) też niewiele widzę. Szlag, kolo zatankował i pojechał. Myślałem tylko sobie (fuck, fuck, fuck – jestem na cenzurowanym, tylko tego mi brakowało). Na szczęście, po jakimś czasie kierowca wrócił, przeprosił, zapłacił. Upiekło mi się.
Wpis: 1,536.

Odchamianie się, wersja kinowa

Przed filmem wyświetlono kategorię wiekową: 12A. Obraz odpowiedni dla widzów dwunastoletnich bądź starszych, dla młodszych jedynie w towarzystwie opiekunów. Cóż, po projekcji uważam, że osobom powyżej dwunastego roku życia powinno się zabraniać oglądać tego filmu, a przynajmniej wyraźnie ostrzegać.

Wpis: 1 535.

— Można ubezpieczyć auto? — A gdzie tam?!

AXA

W sierpniu nadchodzi moment, kiedy należy zatroszczyć się o ubezpieczenie auta na kolejny rok. Ubezpieczenie nie jest sprawą tanią i dobrze jest porządnie rozejrzeć się na rynku, zanim podpisze się kolejny cyrograf. Oczywiście, dotychczasowa firma ubezpieczeniowa rości sobie prawo pierwo-podpisu, ale najczęściej lepiej jest zrezygnować z jej usług i oddać się w niewolę jakiejś innej.
Ale od początku.
Najpierw w lipcu, właściwie pod jego koniec, dostałem pismo z ubezpieczalni z miłą informacją, że 10-ego sierpnia wygasa mi polisa i wypadałoby ją odnowić. Po dwóch latach bezwypadkowej jazdy i wypracowanej w ten sposób sześćdziesięcioprocentowej zniżce, proponują mi podstawowe ubezpieczenie za €1,600 ze sporym hakiem. Oczywiście, jeśli życzyłbym sobie pełne, są gotowi przedstawić mi kolejną ofertę [czyt. odpowiednio wyższą].
Mając na uwadze, że auto od tamtej pory wartości na pewno nie nabrało, nie zdecydowałem się przystać na taką propozycję. Kwota, którą podali, była o dobre €200 wyższa niż płaciłem rok wcześniej, kiedy zniżek miałem mniej. Wydała [ta kwota] mi się porządnie naciągana i powiadomiłem ubezpieczalnie, że uprzejmie dziękuję ale rezygnuję z ich usług. Infolinia z Belfastu przyjęła wiadomość, a ja zacząłem szukać tańszego rozwiązania.
W międzyczasie, mój dotychczasowy ubezpieczyciel wciąż przysyłał mi listy i emaile zachęcające mnie do pozostania z nim. Kolejny telefon wyjaśnił, że – cytując słowa chłopaka z obsługi klienta: „oni tak zawsze i właściwie to system generuje tę korespondencję automatycznie”.
Odwiedziłem kilka mniej lub bardziej uznanych firm ubezpieczeniowych, powypełniałem formularze na stronach internetowych we wszystkich możliwych konfiguracjach (ja sam, ja sam plus nominowany kierowca, auto obecne, przypuszczalne auto przyszłe, ubezpieczenie częściowe, ubezpieczenie pełne itd.) i wszędzie całkowity koszt polisy, którą byłem zainteresowany oscylował w okolicach tego, co zaproponowała mi AXA. Dla draki postanowiłem wejść na ich stronę i przedstawić się jako zupełnie świeży klient. Wpisałem wymagane dane, pozaznaczałem opcje i kliknąłem: wyświetl ofertę. Ku memu zaskoczeniu, zaproponowano mi bym zapłacił lekko ponad €1,200. Nie wahając się ani chwili, kliknąłem: „kup teraz”.
Innymi słowy, rezygnując z przedłużenia obecnego ubezpieczenia i kupując całkiem nowe w tej samej firmie (pozostając jednak ubezpieczonym na tych samych warunkach, co wcześniej) zaoszczędziłem €400, a €400 piechotą nie chodzi.
Na koniec dostałem jeszcze dziękczynnego emaila, w który poproszono mnie, żebym dostarczył (wysłał pocztą bądź przedstawił osobiście w najbliższym oddziale) certyfikat jazdy bezwypadkowej, a następnie zalogował się na swoje konto w MyAxa.ie i bezpośrednio stamtąd wydrukował sobie dysk z informacją o aktualnej polisie.
Podjechałem do najbliższego oddziału dzielnie dzierżąc w dłoni papier, na którym stało, że od dwóch lat w nikogo i nic nie przydzwoniłem i że te sześćdziesiąt procent zniżki nie wzięło się znikąd. Wszedłem, poczekałem chwile, usiadłem przed panią zza biurka, przedstawiłem swoją sytuację i usłyszałem: „A po kiego… rezygnowałeś i kupiłeś nowe ubezpieczenie?”. „Cena”, uśmiechnąłem się. Pani spojrzała w komputer, później po raz drugi i mina jej zrzedła. Niechętna i wyraźnie poirytowana, postukała chwilę w klawiaturę i z wyrazem największej dezaprobaty, na jaką było ją stać odburknęła: „odnośnik do dysku z ubezpieczeniem znajdziesz na swojej skrzynce email, teraz wypad”.
Wróciłem do domu, spróbowałem zalogować się na MyAxa.ie, no ale… Ale logowałem się na MyAxa.ie wykorzystując mój standardowy adres email przy okazji poprzedniego ubezpieczenia, a zatem automatycznie przekierowało mnie na konto tamtej polisy. Kiedy spróbowałem zarejestrować się ponownie wykorzystując numer nowej polisy, wyświetlił mi się komunikat, że adres email, którego próbuję użyć, znajduje się już w ich bazie danych. Kiedy wpisałem inny adres email, komunikat krzyknął, że „ten [alternatywny] adres email nie koresponduje z numerem nowej polisy”. Wydało mi się, że utknąłem w martwym punkcie.
Dla pewności zadzwoniłem ponownie na infolinię, ale tam usłyszałem, że wystąpił konflikt kont w systemie MyAxa.ie i że właściwie, to powinienem nie zmieniać numeru polisy, bo oni to nie bardzo mogą usunąć moje poprzednie konto, a z drugiej strony zdają sobie sprawę, że ja nie będę mógł zalogować się na nowe konto i w ogóle, to ciężka sytuacja.
Stanęło na tym, że wysłałem im prośbę o przesłanie dysku pocztą, a jeśli ten nie pojawi się w najbliższych dniach, podskoczę do tej niemiłej pani zza lady w tutejszym oddziale i postaram się poprosić, żeby łaskawie wydrukowała mi potrzebny papier.

Wpis: 1 534.