Kalendarz
Wrzesień 2017
P W Ś C P S N
« sie   paź »
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930  
Archiwum
  • Wszystkich wizyt: 66559
  • Dzisiaj wizyt: 8

Sierpień przeklęty

Wszystko zaczęło się sypać.
Za oknem niby całkiem ładna pogoda, lodówka pełna, dach nad głową nie przecieka, koszule nie są dziuraw – wydawać by się mogło, sytuacja stabilna, ale…
Ale rozpoczęły się kłopoty zawodowe.
Tłumaczę sobie, że większość z nich spowodowane jest zmianą nazwy (tzw. przebrandowaniem). Już piszę, co mam na myśli.
Odkąd stary Topaz stał się nowym Re.Storem, wiele się zmieniło. Począwszy od tego, jak sklep teraz wygląda, a skończywszy na tym, ile ma do zaoferowania, jak rozrosła się oferta produktów eksponowanych na półkach, a skończywszy na dodatkach w stylu wspominanych wcześniej hot-dogach. Ze względu na poszerzenie asortymentu, zwiększyły się też wymagania względem pracowników. Czy to mojego, najniższego szczebla, czy też wobec przełożonych. Te wzmożone wymagania wobec przełożonych, chcąc-niechcąc, przenosiły się na mój poziom. Przełożeni, a właściwie przełożone (Joanna i Irena), po tym, jak sklep przebrandowił się (wcześniejszy Topaz, w strukturze korporacji traktowany był /takie mam wrażenie/ nieco po macoszemu; w przypadku nowego Re.Store nie ma przebacz), musiały powstrzymać się od jakiegokolwiek luzu, zrozumienia i tzw. życiowości, które towarzyszyły im wcześniej, i przeistoczyć się w szefostwo. Skończyły się żarty, przymykanie oczu na pewne niedociągnięcia a rozpoczęła się ciągła presja i wywieranie nerwowej atmosfery.
W takiej atmosferze, pod ciągłą i niby zrozumiałą presją, zaczęły mnożyć się potknięcia pracowników linii frontu. Te potknięcia mają swoje odzwierciedlenie w liczbach, wykresach i innych excellach, które są przeglądane przez osoby wyższe szczeblem i te osoby mają później pretensje do Joanny czy Ireny, które znów mogą mieć pretensje do nas, a na nas, te pretensje, to wywieranie presji potęguje tylko stres i potencjalne popełnianie błędów. Kółko się zamyka. W każdym razie…

W każdym razie, zaczęło się od tego, że po zmianie, przebrandowieniu sklepu, odrestaurowano nam budynek i jedną ze zmian było zamontowanie samootwierających się drzwi. W porównaniu z poprzednim systemem, zmiana na korzyść. Te automatyczne drzwi mają do to siebie, że można je ustawić bądź w trybie automatycznego otwierania się gdy ktoś zbliża się do nich, bądź zostawić ciągle otwarte. Ze względu na to, że pogoda w sierpniu dopisywała, hot-dogi smażyły się i powoli dochodziły do granicy kiedy chciałoby się nimi wszystkimi rzucać w przestrzeń, ustawiałem te automatyczne drzwi w trybie „zawsze otwarte”. Aż do momentu, do kiedy nie przyszedł miły Greg z BHP.
Greg z BHP jest świetnym człowiekiem. Wyrozumiałym, miłym, otwartym na nowych pracowników… Takim go poznałem przy poprzednich spotkaniach. Zawsze mogłem z nim parę słów zamienić. Nigdy nie czułem, że jest – bądź co bądź – jednym z moich przełożonych. Z takim podejściem zacząłem z nim rozmowę tamtego dnia. Zapytałem: „Cześć, co słychać Greg? Jak podoba ci się nowy sklep?” i takie tam. Ot, niezobowiązująca pogawędka. Wtedy Greg wyjął legitymację, przedstawił się oficjalnie (tak, jakbym wcześniej nie wiedział z kim mam do czynienia) i wypalił: „Dlaczego masz otwarte drzwi?”. Zaskoczony zdążyłem odpowiedzieć, że to może tylko zachęcać klientów do wstąpienia do środka (bla, bla, bla). Usłyszałem: „Nie wolno! A co, gdyby ktoś wbiegł, chwycił butelkę oleju samochodowego albo dwie paczki czipsów i wybiegł?”. Zastanowiło mnie to. Odpowiedziałem: „Byłoby dokładnie tak samo, jak przy zamkniętych drzwiach, nie mógłbym niczego zrobić (…)”. „To nie masz blokady drzwi? Tak, jak ma to miejsce we wszystkich innych sklepach Topaz / Re.Store?”. „Ano nie mam, Greg. Ktoś, kto projektował to wnętrze, nie pomyślał o tym (mieliśmy taką blokadę w poprzednim sklepie)”. „To nie dobrze! Pamiętaj, miej drzwi zamknięte! Idę sobie”. I poszedł. Opisałem całą sytuację w wewnątrzfirmowym dzienniku, zadowolony, że porozmawiałem z Gregiem jak pracownik tej samej firmy z pracownikiem tej samej firmy i poszedłem do domu.
Następnego dnia wezwała mnie Joanna.
„Co to miało być?” usłyszałem na wejście. Odpowiedziałem: „Wymieniłem parę zdań z Gregiem z BHP, potraktowałem go jak równego sobie pracownika tej samej firmy”. Usłyszałem: „Nie, Greg nie jest równy tobie, Greg decyduje, Greg może ciebie, mnie wyrzucić za niedociągnięcia, za niezamykanie automatycznie otwieranych drzwi, z Gregiem trzeba polubownie. Strzeż się”. Muszę przyznać, że wtedy nie przejąłem się zbytnio. Po rozmowie z Grześkiem ustawiłem drzwi w odpowiednim trybie, po rozmowie z Joanną, potwierdziłem tylko, że tak już pozostanie. Miałem nadzieję, że sytuacja rozejdzie się po kościach. Aż nadeszła pewna nieszczęsna niedziela.
Miałem pracować od jedenastej. Wcześniej, w sobotę, cóż, no nie była to sucha sobota, ale też nie jakaś bardzo podtapiana. W każdym razie… Budzę się w niedzielę rano, ogarniam się. Świat wygląda wspaniale, dzień zapowiada się pogodnie, jeszcze tylko wyjść spod prysznica, jeszcze tylko przetrącić śniadanie, wsiąść w auto, podjechać do pracy i będzie w porządku.
Usłyszałem SMSa. „Bądź wcześniej” pisała do mnie szefowa, Joanna. Dwie godziny wcześniej. Wyskoczyłem z wanny, założyłem mundurek i pognałem do pracy.
Dzień minął spokojnie. Gorzej było w poniedziałek. Usłyszałem: „Piotrek, w sobotę coś tam musiałeś sobie strzelić, nie? Dlaczego pojawiłeś się w pracy? Wiesz, że powinieneś powiedzieć, że nie możesz, że bierzesz dzień wolny albo coś takiego?”. Próbowałem się tłumaczyć, że zostałem wezwany w trybie awaryjnym, że te dwie godziny zrobiłyby różnicę (zrobiłyby, jestem pewien), ale na nic to się zdało, zostałem wpisany na czarną listę.
Parę dni później, jakoś w połowie przeklętego sierpnia, do Irlandii wracali Sebastian z Ewą. Powrót osób z Polski zawsze wiąże się z pewnymi zachowaniami. Osoby z Polski przywożą swego rodzaju zaopatrzenie, osoby w Irlandii dorzucają do tego przekąskę i popitę. Powrót układa się uroczyście. I nie inaczej miało być tym razem. Seb. i Ew. wracali we wtorek, ja wtorek miałem wolny. W środę miałem iść do pracy dopiero na siódmą wieczór. Wszystko sklejało się w jedną, wielką popijawę.
I rzeczywiście, we wtorek Seb. i Ew. wylądowali, dotarli do Portlaoise, Art. przywiózł ich do Leśniego Parku, odkorkowaliśmy pierwsze napoje, potem wtóre i poszło. Poszło tak, że w środę świat był największym przekrętem, największym złym żartem samego Pana Boga. A do tego doszła nam samochodowa wycieczka 30 km na wschód, żeby odebrać samochód Seb. Lekko krzywi na nogach i z grzechoczącymi w czaszkach mózgami zebraliśmy się i pojechaliśmy do New Bridge. Dotarliśmy, odebraliśmy auto i w drodze powrotnej zaczęliśmy knuć przewrotne plany. Art. nie musiał się nigdzie ruszać tego dnia, Seb. też, ja niby do pracy, ale wydzwoniłem zwolnienie z powodów zdrowotnych. Dało radę, środę mieliśmy ogarniętą.
Czwartek także. Od rana Seb. dzwonił do swoich ludzi mówiąc, że nie, tym razem nie. Ja do swoich, że czuję się słabo i że pojawię się dopiero w piątek wieczorem… W ten sposób zyskaliśmy kolejny dzień rozrywki. Takie wakacje po wakacjach. Jakoś to wszystko skleiliśmy i nie było źle.
Od piątku zacząłem wracać na właściwy tryb. Poszedłem na wieczorną zmianę do pracy. Dałem radę. Było w porządku. Podobnie w sobotę i później w niedzielę.
I wtedy pojawiła się sprawa formularzy, które muszę dostarczać Social Welfare’owi. Co tydzień mam przynieść przypieczątkowany i parafowany papier, że przepracowałem tyle i tyle dni w tygodniu. W tygodniu, w którym wziąłem dwa dni wolne na żądanie wyszło na to, że pracowałem tylko 3 dni (a to w rozumieniu Socjala uprawnia mnie do odbioru zapomogi). Z tak wypełnionym formularzem poszedłem do Joanny. Ta się spięła. Wykrzyczała: „Dałam ci 4 (z siedmiu) dni pracy, z dwóch się wymigałeś, zaznaczyłeś, że nie pracowałeś, dostałbyś zapomogę, tak?”. „Tak”, przyznałem rację, dostałbym. „No to figę z makiem dostaniesz!”. I się zaczęło. Bez wchodzenia w szczegóły, od tamtej pory, nie mogę odezwać się do mojej przełożonej. Sytuacja jest chora. Źle się z tym czuję. Mam poważne wątpliwości, czy powinienem – w takim otoczeniu – bawić się w sprzedawcę. Mniejsza. Ale to nie koniec…
Wiem, że jestem na cenzurowanym… Ten sierpień jest przeklęty. Już po „kłótni” o papier do Socjala, już po tym, jak Joanna przestała się do mnie odzywać, a ja zacząłem przychodzić do pracy, jak do pracy i nic po za tym. Po prostu, zrobić swoje i wyjść (chujowe rozwiązanie, ale tak to teraz wygląda).I wtedy pojawia się ten czarnoskóry człowiek, afro-brytyjczyk (napisałbym Murzyn, ale nie wiem, czy nie byłoby to zbyt rasistowskie). Ten afro-brytyjczyk już na wejście wydaje się być podejrzany. Zadaje dzikie pytania, zachowuje się niestosownie, aż chciałoby się go wykopać za drzwi (ale, nie można, bo anty-rasizm, czy rasizm? a po drugie, [patrz rozmowa z Gregiem], nie mogę zamknąć drzwi]). Ten Murzynek Bambo, wybiera sobie ze sklepu co przypadnie mu do gustu. Ciasteczka, czipsy, cukierki, napoje i na bezczelnego wychodzi.
Co mogę zrobić ja? Nic. NIC!
Nie wolno mi go tknąć, a z chęcią przypieprzyłbym mu w ten czarny pysk. Nie wolno mi podejmować żadnej akcji (to regulacje wewnątrzfirmowe) dopóki koleś znajduje się w sklepie. Mogę tylko stać i przyglądać się (gdy wcześniej zareagowałem, parę miesięcy temu i chwyciłem chuja, który chciał okraść sklep, okazało się, że naruszyłem jego nietykalność i za to mogę ponieść karę /a ten fiut, za to, że wynosi coś ze sklepu, mógłby co najwyżej jakąś grzywnę zapłacić, której nie zapłaciłby, bo nie byłoby go pewnie stać/).
Pamiętałem jeszcze, że parę tygodni wcześniej, w podobnej sytuacji, znalazła się Irena. Skończyło się tym, że po tym jak zaświadczyła o możliwości popełnienia kradzieży, po tym, jak zidentyfikowano sprawczynie, po tym, jak wezwano do sądu obie strony (Irenę od nas, Joannę, jako przełożoną i osobę oskarżoną), skończyło się na rozprawie przełożonej o dwa tyg. bo oskarżona nie pojawiła się. Mając to w głowie, nie zdecydowałbym się, ni cholery, na ciąganie przez sądy tylko dlatego, że jakiś Murzynek zawinął kawę i batonika. No nie ma bata. Ale na tym nie koniec…

Sierpień był przeklęty. Byłem na cenzurowany. Doszło do tego, że Joanna , która wcześnie proponowała mi awans i wydawała się osobą, która wierzy w to wszystko, że Joanna, nie odzywa się do mnie. Zupełnie. Całkowicie. Ani: „Cześć”, ani: „Do jutra”; nic a nic. Bojkot.
Wiedziałem, że nie mogę popełniać błędów. Nie mogę narażać się. Byłem spięty, jak cholera i wykonywanie każdej czynności, związanej z pracą przestało sprawiać mi przyjemność. Usłyszałem od Joanny, że od dziś to jest tylko i wyłącznie: „Pracodawca –pracownik”. I tak się czułem, jak pracownik. Wykonywałem swoje zadania. Bez serca, bez zaangażowania. Byle tylko zamykając drzwi sklepu o 11-tej być pewnym, że zrobiłem co swoje. Nic, ponad obowiązki, nic od siebie. Nie dbać (srać) o to; jestem pracownikiem, dostaję najniższą stawkę; niczego więcej ponad to, do czego jestem zobligowany w kontrakcie, dawać nie muszę.
Ale, ale… Mija dzień, może dwa i znowu… (należy pamiętać, że jestem na wojennej ścieżce z Joanną). Podchodzi do kasy młoda panienka. Kojarzę ją. Ona często pojawia się w sklepie. Czasem zamieni się dwa zdania, czasem nie (Cholera, to mnie – po dziesięciu już latach – zaskakuje; Kaleczę język, jak tylko mogę, a Irlandczycy wciąż z uśmiechem; Wyobrażam sobie swoją babcię albo dziadka idących do kiosku Ruchu, kupujących gazetę i nie rozumiejących sprzedawczyni, powątpiewam w ich wyrozumiałość. Tutaj powątpiewać nie muszę).
W każdym razie, młoda (ktokolwiek ma mniej niż 38 lat na karku jest młody – żeby nie było) panienka podchodzi do kasy i z uśmiechem na ustach pyta: „Rachunek za prąd, to ja mogę zapłacić?”. Myślę sobie: „Z rachunkami zawsze jest problem, ale sruuu… spróbuję”. Próbuję, próbuje, i spieprzyłem.
Szlag. Dzwonię do Ireny (jak odkręcić się z tego wszystkiego) nie potrafi mi pomóc; dzwonię do Joanny (z którą nie rozmawiam i naprawdę jest ostatnią deską ratunku), przyjeżdża, próbuje, nie może). Innymi słowy, schrzaniłem, właśnie firma położyła się na €400,00. Niby błąd, niby mógł przytrafić się każdemu. Ale, przytrafił się mi, przytrafił się w cholernie głupim momencie.
Na koniec: Mam dyżur. Ogarniam sklep, podglądam monitory. Podjeżdża auto, tankuje. Nabija €10,00. Nic nadzwyczajnego…<br /)Ale odjeżdża.
I szlag, Nie zdążyłem zapamiętać, spisać numerów tego auta. Nagrania z kamery są tak przeciętne, że i tak nie udałoby się tego odtworzyć. Ja przez okno (po reorganizacji) też niewiele widzę. Szlag, kolo zatankował i pojechał. Myślałem tylko sobie (fuck, fuck, fuck – jestem na cenzurowanym, tylko tego mi brakowało). Na szczęście, po jakimś czasie kierowca wrócił, przeprosił, zapłacił. Upiekło mi się.
Wpis: 1,536.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>