Kalendarz
Maj 2017
P W Ś C P S N
« kwi   cze »
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031  
Archiwum
  • Wszystkich wizyt: 66047
  • Dzisiaj wizyt: 1

Clifden story

mapaNa początku miałem jechać na Spanish Point. Niedaleko tego miejsca przeprowadziła się moja znajoma i umawiałem się, że ją odwiedzę. Po dogadaniu szczegółów w środę, odwidziało mi się i w piątek wyłgałem się tym, że być może w sobotę będzie ścigać mnie praca i mam być pod telefonem. Jakoś przeszła mi ochota na samotny wypad, do osoby, której na dobrą sprawę nie znam i która, oprócz tego, że przez ostatnich parę miesięcy pomagała mi w hiszpańskim, nie ma wg mnie niczego do zaoferowania. Chyba znajduję się na takim etapie życia, że nowe znajomości nie są mi do niczego potrzebne. Mniejsza… Sobota zapowiadała się leniwie, przed telewizorem. Ale to miało się zmienić.
Od rana panowało w domu poruszenie. Ze względu na wolną sobotę i niedzielę para współlokatorów planowała wypad nad Atlantyk. Dobierali trasę, uzgadniali miejsca godne odwiedzenia, organizowali transport. I w trakcie przedwyprawowej gorączki, współlokatorowi wymsknęło się pytanie: „A może pojechałbyś z nami?”. Ponieważ trzymał mnie jeszcze popiątkowy dobry humor, poprawiony nieco sobotnim lekarstwem, nie zastanawiałem się długo i odpowiedziałem: „Właściwie, czemu by nie?”. Dodałem jeszcze, że na drugi dzień, tj. w niedzielę, muszę być o siódmej w pracy i dobrze byłoby jeśli wyrobilibyśmy się z powrotem jakoś tak, żebym zdążył się jeszcze ogarnąć i przebrać po podróży. Doszliśmy do wniosku, że to da się załatwić i po domknięciu wszystkich formalności związanych z pakowaniem się, pożyczaniem pojazdu, wsiedliśmy we trzy osoby do auta i ruszyliśmy na zachód.
AtlantykDroga przebiegała raczej spokojnie. Ja rozsiadłem się na tylnym siedzeniu, miałem pod ręką lekarstwo i raz po raz zażywałem sobie skromną dawkę. Współlokator prowadził, współlokatorka komentowała. Nie mieliśmy wielu przestojów, ani nie musieliśmy posługiwać się mapą. Dopiero, kiedy zaczęliśmy zbliżać się do miejsca docelowego należało uruchomić Google i liczyć na to, że złapiemy zasięg. Udało się i wiedząc, dokąd mamy się kierować, zostawiliśmy auto i ruszyliśmy pieszo przed siebie.
Wiało, padało, jak to na wybrzeżu, ale było niesamowicie widowiskowo. Po latach spędzonych w Midlands, które jest płaskie jak stół i wyjątkowo nieatrakcyjne turystycznie, wystarczy wyjechać poza granice hrabstwa, żeby przypomnieć sobie, że Irlandia, to przepiękny kraj. Podziwialiśmy widoki i zbliżaliśmy się do – jak myśleliśmy – zamku, który miał być głównym celem tej sobotniej wyprawy.
Kiedy dotarliśmy okazało się, że to nie był ten zamek. Trafiliśmy na jakieś zaniedbane ruiny. Obeszliśmy je dookoła, zajrzeliśmy do środka. Stwierdziliśmy, że od naszych (Dunamase Castle) różnią się właściwie rozmiarem. Z tych koło Portlaoise nie zostało wiele. Te nieopodal Clifden wydawały się znacznie okazalsze.
Zawróciliśmy i pojechaliśmy do miasteczka szukać noclegu.
Znaleźliśmy go w pierwszym z brzegu pensjonacie. Po rozlokowaniu się, zaopatrzyliśmy się w zapasy na wieczór, zrobiliśmy niewielki bifor i ruszyliśmy zwiedzać lokalne przybytki rozrywki.
W tym miejscu moja pamięć zaczyna zawodzić, zdjęć nie ma, muszę opierać się jedynie na relacjach świadków. Podobno w jednej z restauracji pomyliłem klientów z obsługą i potrzebna była ewakuacja. Podobno w jednym z barów, wywijałem w rytm tradycyjnej muzyki irlandzkiej. Podobno po powrocie do pokoju zrobiliśmy jeszcze after. Na pewno obudziłem się rano, zadowolony, wyspany i z poczuciem satysfakcji z powodu wyrwania się z marazmu Portlaoise. Taka wycieczka raz na jakiś czas jest potrzebna, bo na tym Końcu Świata, gdzie mieszkam na co dzień, wszystko wydaje się być takie przytłaczające.
Ogarnęliśmy się, zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy szukać tego właściwego zamku. Okazał się być opactwem, zwiedzanie było odpłatne, przewidziane na parę godzin (tych nie mieliśmy) i musieliśmy obejść się smakiem. Na pocieszenie, choć to bardziej działka współlokatora niż moja, trafiliśmy na zlot Jaguarów. Chłopak był zachwycony, ma po kilka zdjęć chyba z każdym autem.
Nadchodziła pora, kiedy należało zacząć zawijać się z powrotem do ponurego Portlaoise. Zapakowaliśmy się w transport i ruszyliśmy w drogę. Znaczną jej część przespałem.
Laois przywitało nas ulewnym deszczem. Odkąd pamiętam, powroty z wycieczek (krótszych czy dłuższych) kończyły się deszczem w Portlaoise.
Towarzystwo zostało w domu. Ja dziarsko ruszyłem odpracować to, co przepuściłem na majówce w Clifden.

Wpis: 1 528.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>