Kalendarz

Grudzień 2016
P W Ś C P S N
« lis   sty »
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66830
  • Dzisiaj wizyt: 18

Miesięczne Archiwa: Grudzień 2016

Firmowa impreza świąteczna

Po raz pierwszy od dłuższego czasu, a tak na dobrą sprawę to po raz drugi w życiu (no chyba, że się pogubiłem), poszedłem na firmową imprezę świąteczną — ochlaj i wyżerkę na koszt korporacji.

Część oficjalna miała rozpocząć się około godziny siódmej w knajpie Relish, ale od samego początku wiedziałem, że przed częścią oficjalna należy zrobić bifor. Bez niego ani rusz.
Na bifor wybrałem sobie bar Morrissey’s (jeden z wielu w Portlaoise, w których nie byłem, chociaż byłem we wszystkich; sęk w tym, że o ile miejsca i czasem wystrój pozostały te same, pozmieniali się właściciele, pozmieniały się nazwy i stąd można traktować te bary, jak nowe przybytki). Poinformowałem o tym Anthony’ego, sklepowego ochroniarza i Dale’a, współpracownika. Wstępnie potwierdzili się.
Po szóstej byłem w Morrissey’się. Rozejrzałem się. Wnętrze bardzo w porządku. Przypominało oryginał z Abbeyleixu (Morrissey’s w Abbeyleixie jest uważany przez tutejszą społeczność za najbardziej przyjazny, najfajniejszy pub w całym hrabstwie). Towarzystwa nie dostrzegłem. Zamówiłem pintę, usiadłem. Czekałem.
W pewnym momencie zauważyłem Anthony’ego. Razem z nim Irenę i Joannę. I o ile Tony wyglądał, jak Tony, tak Ireny i Joanny nie rozpoznałbym. To, jak wyglądają na co dzień w pracy nijak miało się do tego, jak odstawiły się na firmową imprezę świąteczną. Mniejsza.
Okazało się, że one też postanowiły zrobić sobie bifor, że do nich dołączyła jeszcze Gráinne. Zjawił się też Dale. Skonsolidowaliśmy siły i połączoną grupą skonsumowaliśmy drugą, już wspólną część rozgrzewki przed rozpoczęciem wieczoru.

Dwa Guinnessy później przenieśliśmy się do restauracji Relish, w której nastąpiła wyżerka. Wręczono nam menu, wybraliśmy startery, dania główne, desery. Odczekaliśmy co nasze (w międzyczasie dołączył Jake, który pracował w ciągu dnia), posililiśmy się, poprawiliśmy deserem i zdecydowaliśmy się przenieść do innego baru, na część mniej oficjalną. Wybór padł na The Square Bar (jedno z tych miejsc, które nie zmieniło się od czasów, kiedy uskuteczniałem portlaoise’owskie szwędanie się po pubach).
Wbiliśmy się, zamówiliśmy napoje i wśród narastającego zgiełku zaczęliśmy wykrzykiwać do siebie pojedyncze zdania. Kiedy hałas stał się nie do wytrzymania, krążące grupy młodzieży zaliczały coraz bardziej pijackie wahnięcia od pionu a na dodatek na pubową scenę wszedł kolejny wtórny zespół odgrywający znane przeboje znanych grup (to prawdziwa plaga, od samego początku, od dziesięciu lat, jak tu jestem, irytuje mnie, że natrafienie na jakąś lokalną grupę, która prezentowałaby swój własny materiał, graniczy z cudem; wszyscy, wszyscy lecą na coverach. I o ile rozumiem to, mają zapewnić rozrywkę pijanym bywalcom pubów, a wiadomo, że takim spodobają się tylko piosenki, które wcześniej słyszeli (vide Rejs i słynne: „Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. No… To… Poprzez… No, reminiscencję. No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę”), tak mierzi mnie niesamowicie, że nie mam szans na usłyszenie czegoś nowego), jasnym stało się, że niedługo będziemy zawijać się do kolejnego miejsca.
Niedługo nadeszło parę Guinnesów (i jeden sabotaż ze strony Joanny w postaci pięćdziesiątki Sambuki, przeohydnej wódki anyżowej) później, kiedy pub pustoszał a po krzykach publiczności i dźwiękach muzyki pozostało już tylko dudnienie w uszach. Przetransportowaliśmy się do Manhattan Mixer.

Przy wejściu okazało się, że Gráinne nie wejdzie (za młoda i na dodatek bez dowodu). Ale żeby nie zostawiać jej samej, cała sklepowa ekipa solidarnie nie weszła do tancbudy i postanowiła przenieść się do drugiej tancbudy w miasteczku, w której nie sprawdzają dowodów (rynek nie znosi próżni; odtrąceni z Manhattan Mixera muszą gdzieś się podziać i z myślą o nich jest Coppers).
Weszliśmy do Coppersa. Musiałem zapłacić wcale nie taką symboliczną dyszkę za wstęp, by przekonać się, że wewnątrz jest potwornie, że średnia wieku nie przekracza osiemnastu lat, że za dwie podwójne wódki będę musiał zapłacić w chuj pieniędzy i że po piętnastu minutach emigrujemy stamtąd zostawiając Gráinne samej sobie (nie zupełnie, w Coppersie operuje jej przedział wiekowy, więc natychmiast odnalazła się wśród swoich). Wróciliśmy do Manhattan Mixera.

Dicho, jak to dicho — miało to do siebie, że było głośno, niemiło, przesadnie kolorowo i na dodatek drogo. Trzeci czy czwarty Heineken nie załatwiały sprawy, podobnie jak przelotne spotkanie dawnej znajomej. Na szczęście pojawiła się jakaś towarzyska i bardzo rozrywkowa bratanica / siostrzenica Joanny i rozkręciła grupę. Udało jej się wyciągnąć nas na densflor, gdzie pomachaliśmy chwilę arytmicznie, spłynęło z nas zniechęcenie i z nową energią mogliśmy zaatakować bar. Trzasnęliśmy po ostatnim piwie, wypaliliśmy ostatniego papierosa i zaczęliśmy rozglądać się za wyjściem.
Joanna z Ireną zabrały się z bratem Ireny. Anthony z Dale’m przepadli. Jake zgubił się gdzieś wcześniej, cholera wie gdzie, ale towarzystwo zapewniało mnie, że nim tak zawsze, Gránnie bawiła się ze swoimi w Coppersie, mogłem spokojnie nawigować w stronę domu.

Zwyczajowo zahaczyłem o Abrękebabrę (która teraz tak się nie nazywa, ale dla mnie zawsze będzie Abrąkebabrą) i zwyczajowo odczekałem na poimprezowe Taco-Chips wśród pijanej irlandzkiej młodzieży obrażającej bliskowschodnią obsługę jadłodajni. Wyszedłem ze zdobyczą, udałem się na postój taksówek i zaatakował mnie tłum. Nie w sensie bezpośrednim, ale zaatakował mnie ogrom osób oczekujących transportu do domu. Na pierwszy rzut oka było z pińcset osób (a może i wincej). Mając na uwadze, że po Portlaoise krąży może z pitnaście taksówek, nie wyglądało to za wesoło. Mimo to, ustawiłem się w kolejce i czekałem.
Czekałem.
I kiedy po tym, jak minęło pół godziny nic się nie zmieniło (a zdążyłem zaczepić dwie niemiłe Hiszpanki i z której to zaczepki nic nie wyniknęło), postanowiłem przysiąść sobie gdzieś w plenerze, zeżreć Taco-Chipsy, a później uderzyć z buta w stronę Forest Parku.

Szedłem Main Streetem, byłem właściwie u samego jej końca, kiedy udało mi się zatrzymać taryfę. Kierowca (jak zwykle, afro-irlandczyk) okazał się bardzo uprzejmy, wyrozumiały i na dodatek skasował mnie o połowę mniej niż jego ziomek na tej samej trasie jeszcze parę tygodni temu. Miło się zaskoczyłem, podziękowałem i w zamian dostałem oryginalną wizytówkę i zapewnienie, że afro-irlandczyk o swojskim imieniu Peter będzie mnie wozić zawsze najtaniej.

Wieczór się skończył.

Wpis: 1 520.

Walczak szkoleniowiec

Parę tygodni temu dołączyła do nas nowa osoba — Gráinne. Dzięki niej, nie jestem już najmłodszym (czyt. najpóźniej przyjętym) pracownikiem sklepu. Można powiedzieć, że w hierarchii ludzi do ewentualnego odstrzału przesunąłem się na drugie miejsce.
Wraz z przyjściem Gráinne pojawiła się potrzeba przeszkolenia jej, wprowadzenia w tajniki bycia sprzedawcą na stacji benzynowej. Za szkolenie na zmianie dziennej wzięły się obie szefowe, szkolenie na zmianie nocnej pozostawiono mnie i Dale’owi.
Trzeba przyznać, że poczułem się doceniony. Miło zrobiło mi się, że obie przełożone pomyślały o mnie w kategoriach kogoś, kto może pokazywać młodziutkiej Gráinne co i jak w kontekście zamykania sklepu. Niby rzecz niewielka, a bardzo ucieszyła.

Z zamykaniem sklepu wiąże się jeszcze jedna sprawa. Na początku listopada, po upływie trzech miesięcy od chwili, kiedy zostałem przyjęty, Joanna, szefowa, wzięła mnie na korporacyjne przesłuchanie. Miała ocenić moje postępy w adoptowaniu się do wyzywającej roli sprzedawcy, wskazać błędy i miejsca, które mógłbym poprawić oraz powiedzieć, co — wg korporacyjnych standardów — robię dobrze, bądź bardzo dobrze. Na koniec miała dowiedzieć się ode mnie, co podoba mi się najbardziej, a co uważam za możliwe lub wręcz konieczne do zmiany.
Po godzinie dość swobodnej rozmowy doszliśmy do pytania o moje spostrzeżenia wobec stanowiska, które zajmuję. I odpowiedziałem, prosto z mostu: „praca sprzedawcy, cóż, ani najtrudniejsza, ani najbardziej wymagająca, ani niebezpieczna, ani dająca satysfakcję, ale… ale podoba mi się to, że kiedy pracuję na nocną (nocną, tj. wieczorną; zamykam sklep) zmianę mam cały sklep pod swoją opieką, czuję poniekąd, jakby sklep był mój. Robię wszystko po swojemu, sam narzucam sobie tempo, sam określam w jakiej kolejności wykonam poszczególne procedury zamknięcia etc…”.
Joanna tylko uśmiechnęła się, przytaknęła.
Dziwnym zrządzeniem losu, od tamtej rozmowy ponad dziewięćdziesiąt procent dni, w które pracuję, pracuję na nocnej zmianie zamykając sklep.

Wpis: 1 519.

Ochamianiesię, wersja kinowa

Rogue One

Choć mocy nie ma, jest świeżość. Na pewno większa niż w Przebudzeniu mocy.
Wpis: 1 518.