Kalendarz

Kwiecień 2016
P W Ś C P S N
« sty   cze »
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65232
  • Dzisiaj wizyt: 7

Miesięczne Archiwa: Kwiecień 2016

Eksmisja z Garden Village

Po ponad dwóch i pół roku, nasz landlord postanowił sprzedać dom na Garden Village. Nie była to do końca zaskakująca wiadomość. Zasiedzieliśmy się tutaj na dość korzystnych warunkach i właściwie już od września przeczuwaliśmy, że to się zmieni.
Z początku myśleliśmy, że landlord podniesie nam groteskowo niski czynsz. Liczyliśmy się z podwyżką i spekulowaliśmy ile jesteśmy w stanie przyjąć. Tydzień temu okazało się, że facet chce pozbyć się nieruchomości. Tak po prostu.

Dowiedzieliśmy się o tym w poprzedni wtorek. Usłyszeliśmy, że chłopak wystawia dom na sprzedaż. Powiadomiono na też, że kilka dni później przyjdzie jakiś facet wymierzyć budynek.
Facet przyszedł, wymierzył, zabrał numery telefonów na wypadek gdyby potencjalni klienci chcieli oglądać dom i sobie poszedł.
Wczoraj był pierwszy telefon. Dziś mają przyjść pierwsi zainteresowani.

Kiedy tydzień temu byliśmy w agencji pośrednictwa wynajmu, usłyszeliśmy też, że nie powinniśmy się martwić. Od wystawienia domu na sprzedaż do faktycznej transakcji daleka droga. Na dodatek, po zapłaceniu czynszu mamy spokój przynajmniej przez następny miesiąc, a — jak to jest w zwyczaju — i ostatni miesiąc powinniśmy mieć z głowy (właśnie na takie sytuacje wpłaca się przy przeprowadzce kaucje). Innymi słowy, jakoś do połowy czerwca jesteśmy ustawieni. Do tego dochodzi jeszcze ustawowe półtora miesiąca wypowiedzenia… Jest szansa, że dopiero latem będziemy musieli zacząć się przejmować.

Z drugiej strony patrząc, niemal chwilę po tym, jak zostaliśmy poinformowani o planach landlorda, zaczęliśmy zastanawiać się co dalej.
Sytuacja na rynku mieszkaniowym jest taka sobie. W naszej okolicy domów pod wynajem prawie nie ma. Jeśli są, to horrendalne drogie. Pozostawałaby przeprowadzka na jeszcze głębszą wieś, jeszcze dalej od cywilizacji z jeszcze mniejszymi perspektywami na załapanie się gdziekolwiek. Nie mówiąc o tym, że część z nas zapuściła w Portlaoise na tyle poważne korzenie, że ciężko byłoby teraz tę część stąd wyrwać. Jednak, jeśli trzeba będzie, przeniesiemy się.
Kombinowaliśmy, że gdyby był to idealny wszechświat, to nowi właściciele domu, kupiliby dom wraz z lokatorami i nie musielibyśmy nawet palcem ruszać (oczywiście, wrócilibyśmy do problemu podwyżki czynszu, ale za cenę wygody pozostania na miejscu, bylibyśmy skłonni do negocjacji). I tu dochodzimy do kolejnego tematu.

Pojawiła się opcja, żeby dom zapuścić w cholerę (mentalność: nie moje — nie dbam) by odstraszać potencjalnych nabywców, zaniżać cenę i w efekcie zniechęcić landlorda do sprzedaży. Zaraz jednak pojawiła się kontr-opcja: sprzątamy dom na błysk, eliminujemy jak najwięcej śladów użytkowania (w mieszkaniu kawalerskim jest to wyzwanie) tak, by pokazać, że jesteśmy wartościowymi lokatorami i tak, by nowi właściciele, już po zakupie, pomyśleli sobie: „O, chłopaki dbają, warto byłoby ich zostawić”.
Dyskusja stała się stricte akademicka i pozostała nierozstrzygnięta.

Tak czy inaczej, mieszkamy w domu wystawionym na sprzedaż i tak naprawdę brakuje tylko na podjeździe tabliczki: „FOR SALE”.
Wpis: 1 512.

O Łodzi tylko dobrze

Po lutowej wizycie łódzkiej delegacji w Portlaoise, przedstawicielstwo Portlaoise pojawiło się w marcu w Łodzi.

Tygodniowy wyjazd upłynął mi przyjemnie, ale od początku.

W czwartek, po świadomie nieprzespanej nocy, rano wsiadłem w autokar na lotnisko, na lotniusku poczęstowałem się pożegnalnym Guinnessem, wsiałem w samolot i przyleciałem do Miasta Włókniarzy.
Zostałem odebrany, przewieziony na Tomaszewicza, nakarmiony, przepędzony po pobliskich sklepach (zbliżała się Wielkanoc), odwiedziłem Wileńską i wieczorem, całkiem przemęczony, padłem.
W piątek, pojechałem odebrać paszport (urzędnicy byli wyjątkowo zaskoczeni, że w Wielki Piątek ktoś zawraca im głowę), zwiedziłem Urząd Miasta Łodzi, trafiłem na dwa otwarte puby, z których jeden serwował Guinnessa, poszedłem do PAPu, a wieczorem najechałem i zdobyłem Chojny.
W sobotę, po święcące (na święcące byłem po raz pierwszy od 2005-ego roku) zostałem obwieziony po cmentarzach, gdzie spotkałem szerszą rodzinę, a wieczór spędziłem spokojnie.
W niedzielę typowo świątecznie, rodzinne śniadanie, spacer, obiad, spacer, wieczór.
W poniedziałek miałem niesłychaną ochotę wydawać pieniądze, ale okazało się, że jest to dzień wolny od pracy i pomimo szczerych chęci, niczego nie wydałem. Cały dzień czekałem za to na pewien znak / sygnał, który jednak nadszedł dopiero późnym wieczorem.
We wtorek połowicznie zrealizowałem poniedziałkową chęć wydawania pieniędzy, wydrukowałem bilet i ruszyłem wraz z BB na wycieczkę po pubach, których nie znałem.
W środę, po śniadaniu wsiadłem w samolot, wylądowałem w Dublinie i po dwóch godz. jazdy autokarem byłem w domu.

Po raz pierwszy od dziesięciu lat i pewnie tyluż pobytów w tym czasie w Łodzi, miasto nie przerażało mnie. Nie denerwowało, nie irytowało, nie drażniło i wydawało się wręcz zmierzać do tego, że może być przyjazne dla turysty.
Podobała mi się główna ulica, choć akurat była rozkopana, to można było przypuszczać, że po ponownym zakopaniu będzie prezentować się już całkiem przyzwoicie.
Podobał mi się pomysł z autobusami i tramwajami mającymi te same pasy ruchu, te same przystanki (trochę mniej, kiedy autobus chciał mnie na takim rozjechać; nie spodziewałem się, że drań wjedzie na tory).
Podobał mi się Przystanek Centrum. Zupełnie nie pasuje do okolicy i w ogóle do Łodzi jako-takiej, ale przez to, że jest tak inny, wyróżnia się. Wyobrażam sobie, że ludzie młodszych pokoleń będą mówić: „Spotkajmy się na Przystanku Centrum” zamiast: „to widzimy się przed Centralem” albo: „do zobaczenia pod Saspolem”.
I podobały mi się bary, których dziesięć lat temu nie było: Z Innej Beczki, Dolina Chmielowa czy rewelacyjnie umiejscowiony na Piotrkowskiej 217 All Star.

Ogólnie, byłem zadowolony.
Wpis: 1 511.

Ogrodnicze szaleństwo

Scena pierwsza:
Podwiozłem współlokatora do centrum i korzystając z tego, że mam nieco wolnego czasu, postanowiłem wstąpić do pewnego sklepu po cytryny.
Wszedłem, złapałem owoce i kiedy chciałem stanąć w kolejce do kasy, zauważyłem, że tego dnia musi mieć miejsce jakaś gigantyczna wyprzedaż sadzonek ogrodowych. Wszędzie uwijali się klienci, pchający przed sobą głębokie wózki wypełnione wszelkiego rodzaju badylkami.
Mimo to, ustawiłem się pokornie i czekałem na swoją kolej licząc w głowie czas, jaki mi zejdzie zanim pięć czy sześć osób przede mną dokona swoich ogrodowych zakupów.
Szczęśliwie, najpierw osoba przede mną, później osoby przed nią, zauważyły, że mam w ręku jedynie cytryny i udało mi się wyjść przed wszystkimi.

Scena druga:
Tego samego dnia, parę godzin później, ponownie podwoziłem współlokatora do centrum. Znów miałem trochę wolnego czasu, zanim chłopak uwinie się ze swoimi sprawami i także postanowiłem odwiedzić sklep. Przypomniało mi się, że przydałyby mi się jeszcze buraki.
Wszedłem do innego sklepu, chwyciłem warzywa i chciałem stanąć w kolejce. Ale gdzie tam, w innym sklepie także panował ogrodowy szał. Ludzie z głębokimi wóżkami pełnymi przeróżnymi krzakami, pchali się jeden przez drugiego do kas.
Szczęśliwie, zauważyłem, że — czego zdawali się nie zauważać pozostali klienci — jedna z kas jest zupełnie pusta. Poszedłem, udało mi się wyjść przed wszystkimi.

Scena trzecia:
Chwilę później zorientowałem się, że właściwie, to mógłbym jeszcze świeczki do pokoju sobie sprezentować, ale nie myślałem, że mógłbym wrócić do tamtego sklepu. Wybrałem kolejny.
Wszedłem, sięgnąłem po świeczki i kierując się w stronę kas, zauważyłem, że i tu panuje ogrodowe szaleństwo. Tym razem ludzie pchali przed sobą wóżki pełne ziemi ogrodowej, kory, drewnianych płotków czy czego tam jeszcze. Ponury zbieg okoliczności. Stanąłem w kolejce.
Szczęśliwie osoba przede mną, spostrzegłwszy że mam tylko świeczki mam w ręku, przepuściła mnie i udało mi się wyjść przed wszystkimi.
wpis: 1 510.