Kalendarz

Styczeń 2016
P W Ś C P S N
« gru   kwi »
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65793
  • Dzisiaj wizyt: 6

Miesięczne Archiwa: Styczeń 2016

Dzień, w którym upadło Xtra-Vision

Upadek Xtra-Vision

Dzień zapowiadał się niepozornie. Po początku tygodnia, gdy obejrzałem dwa nowe X-Filesy i niemal ostatecznie rozwiązałem sprawę z Socjalem, środa miała być wolna od czegokolwiek i całkowicie bezstresowa.
Za oknem zimowo — raz świeciło słońce a raz padał deszcz, bądź deszcz ze śniegiem, bądź grad, a temperatura spadła poniżej 10-ciu stopni. I wiało. Pogoda wyjątkowo butelkowa nie zachęcała do ruszania się z domu.
Minęło południe, skończyłem śniadanie i zaczynałem zastanawiać się, co zrobić z dopiero co rozpoczętym dniem.
Wtedy zadzwonił telefon.

Dzwoniła Emma z XV: „Piotrek? Jak się masz? Chciałam ci tylko powiedzieć, że do firmy wszedł likwidator, zamknęliśmy sklep i czekamy na rozwój wypadków. Dam ci znać”.
Ponieważ nie do końca mogłem uwierzyć w to, co słyszę, zapytałem: „O czym ty do mnie mówisz, Emma?”.
Powtórzyła: „Do sklepu przyszedł likwidator. Zamknął sklep. Czekamy”.
Chwilę zajęło mi przyswojenie wiadomości.
Likwidator? Tak nagle? Owszem, mówiło się, że czas XV dobiegł końca, że 38 sklepów z 83 miało zostać zamkniętych na początku roku a pozostałe w dalszej kolejności (Portlaoise miało wyznaczony termin w listopadzie). Wiedzieliśmy, że firma cienko przędzie. Zdawaliśmy sobie sprawę, że w dzisiejszych czasach mało kto wypożycza filmy DVD i ciężko uznać ten rodzaj działalności za dochodowy. Widziałem to dokładnie przychodząc do sklepu i porównując to, jak byliśmy zajęci obecnie, a jak te dziesięć lat temu. Niemniej jednak… Likwidator? W sklepie? Musiałem to zobaczyć.
Zamieniłem parę słów ze współlokatorem, wsiedliśmy w auto z zamiarem pojechania do centrum, tajemniczego przetoczenia się przed wystawą sklepową i zawrócenia do domu (zahaczając jeszcze o sklep spożywczy).
W drodze ponownie zadzwoniła Emma: „Piotrek? No jak tam? Bądź za godzinę, co? Andy chce nas wszystkich widzieć”. „W porządku, Emma, będę” odpowiedziałem.
Dojechaliśmy przed XV i rzeczywiście, sklep zamknięty na cztery spusty, opuszczone rolety, w środku ciemno.
Zawróciliśmy.
Ja chciałem pojechać do domu, przebrać się (miałem na sobie jedynie dżinsy i podkoszulkę — nie planowałem, że będę wychodził w ogóle z auta) i pojechać spotkać się oko-w-oko z likwidatorem. Zahaczyliśmy jeszcze o ten sklep spożywczy. Kupiliśmy, co mieliśmy kupić, wsiedliśmy do auta a to odmówiło posłuszeństwa.
Po raz kolejny w kilku ostatnich tygodniach padło i dupa. Nie chciało ruszyć. Mnie zaczynał czas naglić. Poszliśmy z buta mając nadzieję, że te chmury, które widzieliśmy nad nami uda się wyprzedzić i do domu dotrzemy zanim — przelotnie — lunie. Nie udało się. Ściemniło się, zawiało i walnęło gradem o ziemię. Na Koniec Końców Świata dotarliśmy przemoczeni. W trakcie zacząłem jeszcze kołować jakiś inny transport i ustaliłem wstępne szczegóły.
Wszedłem do siebie, przebrałem się, wsiadłem w transport i dotarłem do centrum. Przed wejściem do XV zapaliłem papierosa i z bezpiecznej odległości obserwowałem zdezorientowanych klientów, którzy byli zaskoczeni tak samo, jak ja.
I tak, jedna dziewczyna przeszła obok wystawy całkiem naturalnie, po chwili zwolniła krok, zatrzymała się, zawróciła, podeszła do szyby i próbowała dostrzec coś wewnątrz. Moment później zadzwoniła. Najwyraźniej nie dodzwoniła się, bo widziałem jeszcze kilka jej prób, aż w końcu — wciąż zdezorientowana — odeszła nerwowo pisząc SMSy. Inny koleś podszedł do drzwi całkiem naturalnie i dopiero wtedy zorientował się, że coś nie jest w porządku. Dla pewności szarpnął za klamkę i odszedł. Jeszcze inny — wyraźnie widziałem, że trzyma w ręku płyty do zwrócenia, a na twarzy miał wyraźny grymas tego, że pewnie będzie musiał zapłacić karę za przetrzymanie — gdy tylko dostrzegł, że sklep zamknięty, rozejrzał się dla pewności i ukradkiem wrzucił płyty do skrzynki.
Papieros mi się skończył, zadzwoniłem, żeby mnie wpuścili. Zajęte. „No tak, pewnie nie tylko ja dzwonię”. Po kilku próbach udało mi się i sekretnym przejściem dostałem się do sklepu.

W środku byli Emma i Daniel Starszy oraz Likwidator — zdenerwowany knypek pod krawatem. Przywitaliśmy się. Od Likwidatora dostałem kopertę z papierami o przysługujących mi prawach (nie przysługują mi niemal żadne, za krótko pracuję), a Emmę i Daniela Starszego zapytałem, co się stało. Daniel opowiedział: „Jak co rano otworzyłem sklep. Podliczyłem kasę, przygotowałem trochę towaru, narobiłem popkornu, obsłużyłem paru klientów i wtedy pojawił się Likwidator. Przedstawił się i zażądał zamknięcia firmy. Zamknąłem drzwi. Powiedział, że z efektem natychmiastowym XV przestaje istnieć i przechodzi w stan likwidacji. Do zakończenia przejmowania XV przez ich firmę, wszystko pozostaje zamrożone. Cały towar ma zostać podliczony, skatalogowany, wyceniony. Ot, cała tajemnica”. Przytaknąłem.
Przypomniały mi się czasy ArchitecturalClassics. Tam było podobnie z tą różnicą, że dano nam dwa miesiące na ogarnięcie spraw bieżących, pospłacanie wierzycieli, zrealizowanie ostatnich zamówień etc. XV zamykano od ręki.
I choć, jak pisałem na wstępie, wiedzieliśmy, że ten dzień się zbliża, nie spodziewaliśmy się, że stanie się to tak w jednej chwili. Bez formalnego uprzedzenia.
Oczywiście Daniel Starszy zażartował, że dla mnie to nie pierwszyzna. Zgodziłem się. I dodał, że właściwie, to mógłbym zająć się likwidacją firm — wystarczyłoby, żebym się w nich zatrudniał. Ewentualnie, na co wpadliśmy wspólnie, mógłbym sobie wpisać w CV: „Jeśli nie chcesz, by twoja firma upadła, ja dobrowolnie zrezygnuję z zatrudnienia się w niej za odpowiednią, ma się rozumieć, opłatą”. Prawdą jest, że mam już na swoim koncie wydział Ulster Banku, w którym pracowałem, a który został zamknięty parę miesięcy po tym, jak do nich dołączyłem. Do tego dochodzą wspomniane ArchitecturalClassics oraz DesignerGroup, które ze mną na pokładzie padło po niecałym roku i w większości wyniosło się do UK oraz, oczywiście, teraz Xtra-Vision.
Wtedy przyszli Andy i Rebecca.
Andy poszedł porozmawiać z Likwidatorem. Wrócił i powiedział. „To by było na tyle, towarzystwo. Nie ma nas. Część z was dostanie odprawy i zaległe wakacje, część nie. Część — ale chciałbym, żeby byli to Emma i Daniel Starszy a nie ty, Piotrek i Rebecca — może od jutra pomóc mi w pakowaniu wszystkiego, katalogowaniu i wycenianiu. Jakieś pytania?”. Nie mieliśmy. Powiedzieliśmy sobie grzecznościowe: „Do zobaczenia” i ja razem z Rebeccą opuściliśmy XV.
Rebecca poszła w swoją stronę, ja w swoją. Wtedy przypomniałem sobie o aucie. Dostałem od jednego ze współlokatorów SMSa, żebyśmy spotkali się przy Dunnes Storze, we trójkę, wraz z trzecim współlokatorem, coś wymyślimy.

Poszedłem do Dunnes Stora. Poczekałem na chłopaków. Przyjechali innym autem z kablami do akumulatora. Podłączyliśmy jedno do drugiego, ale nie pomogło. Wpadliśmy na pomysł z holowaniem. Wzięliśmy padnięte auto na hol, rozbujaliśmy na parkingu, ale też nie ruszyło. Do głowy przyszło nam, że w sumie, skoro zaraz obok jest warsztat, to może oni pożyczą nam jakiś akumulator, dojedziemy padniętym autem pod dom, a jutro pokombinujemy już na spokojnie. W warsztacie dowiedzieliśmy się, że pożyczyć to oni mogą… co najwyżej sprzedać, ale akurat nie mają. Dodali, że właściwie jest jeszcze pora (było po piątej), żeby skoczyć do jednego z dwóch sklepów motoryzacyjnych w Portlaoise i tam poszukać. Działającym autem ruszyliśmy na wycieczkę. Ostatecznie skołowaliśmy akumulator. Padnięte auto odpaliło i wróciliśmy na Koniec Końców Świata.

I kiedy już myślałem (naprawdę, kiedy w poniedziałek byłem w pracy, nic nie zapowiadało tego, co ma stać się w środę), że po wtorkowej wizycie w Socjalu wreszcie uda mi się ogarnąć sytuację i nieco ją naprostować, wychodzi na to, że dzisiaj czeka mnie kolejna wycieczka do Urzędu Pracy i powrót na listę szczęśliwych niezajętych pracą.
Wpis: 1 509.

Scenka rodzajowa, typowa

czas: piątek, pierwszy stycznia, godziny popołudniowe;
miejsce: Xtra-Vision, Portlaoise;
osoby: ekspedient Walczak, klient

W sklepie, zarówno wśród pracowników jak klientów, panuje nastrój noworoczny. Ekspedient Walczak uśmiechem i drobnym żartem stara się nadrabiać brak koordynacji ruchowej i nieco większe niż zwykle spowolnienie. Zauważa przed sobą klienta sunącego w jego kierunku. Starszy od ekspedienta Walczaka mężczyzna zbliża się zdecydowanym krokiem do lady. Spośród innych klientów wyróżnia się tym, że ma na głowie latarkę górniczą… wyłączoną.
Kiedy podchodzi do kasy i zanim jeszcze zdąży się odezwać, ekspedient Walczak rozpoczyna:
ekspedient Walczak z nieudawanym zdziwieniem i wskazując na latarkę: Muszę się zapytać…
klient z górniczą latarką na czole pełen noworocznego nastroju: A to? Tak, bo wiesz, chciałem zwrócić filmy, które pożyczyłem wczoraj i chciałem je wrzucić tu do was, do tej skrzynki na zwroty, wiesz, ale przez przypadek wrzuciłem je do stojącego obok kosza na śmieci…
ekspedient Walczak z szeroko otworzonymi oczyma wyobrażając sobie kosz na śmieci z baterią słoneczną i zgniatarką odpadów, który stoi przed wejściem do sklepu: Hę!?!?
klient z górniczą latarką na czole zachowując spokój i z pełną powagą: No ale nic się nie martw, chłopak. Ja znam Pata, który opróżnia te kosze, to zadzwonię do niego po weekendzie, żeby zwrócił uwagę na dwa wasze filmy…
Kurtyna!
Wpis: 1 508.