Kalendarz

Październik 2015
P W Ś C P S N
« wrz   lis »
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65232
  • Dzisiaj wizyt: 7

Miesięczne Archiwa: Październik 2015

Żegnajcie jedno- i dwucentówki

1 & 2 eurocent coins

Irlandia zdecydowała, że od przyszłego tygodnia zaczyna wycofywać z obiegu jedno- i dwucentówki. W teorii ma wyglądać to tak, że sklepy mają zaokrąglać wydawaną resztę do pięciu centów (w dół bądź w górę). Np., mam do zapłacenia €0.99, daję monetę jednoeurową i nie dostaję reszty (zaokrąglenie w górę) lub mam do zapłacenia €0.96, daję monetę jednoeurową i dostaję pięć centów reszty (zaokrąglenie w dół).
Docelowo ma być tak, jak w niektórych innych krajach strefy Euro, gdzie ceny w sklepach kończą się na pięciu centach, więc nie ma mowy o problemie krążących i obciążających portfel jedno- i dwucentówkach.
Jeśli operacja zakończy się sukcesem, znikną ze sklepów promocje w stylu: €1.99. Będzie albo €2.00 albo €1.95 (wiadomo, €2.00 nie będzie, dwójka z przodu wygląda dla potencjalnego klienta mniej objecująco niż jedynka).
Swoją decyzję państwo podpiera pilotażowym programem przeprowadzonym kilka lat wstecz w hrabstwie Wexford, gdzie niemal sto procent sprzedawców i niewiele mniej procent nabywców było szczęśliwych, że nie musieli operować drobnicą.
Oprócz udogodnień dnia codziennego, państwo powoływało się także na koszt bicia jedno- i dwucentówek. I tak, moneta jednocentowa kosztuje €0.0164 a moneta dwucentowa €0.0194.
Najzabawniejsze jest jednak to, że do akcji wycofywania drobnych monet z obiegu sprzedawcy mogą dołączać dobrowolnie. Tzn., mogą do niej przystąpić, ale nie muszą. Podobnie klient w sklepie może nie zgodzić się na to, by za produkt o cenie €0.99, zapłaciwszy wcześniej €1.00, nie otrzymał reszty. Ma pełne prawo domagać się swojego eurocenta. Innymi słowy, pełna dowolność.
I tylko widzi mi się, że przy takiej swobodzie, pozbywanie się jedno- i dwucentówek będzie trwało latami (o ile państwo nie zdecyduje się na jakiś odgórny „prikaz”, wtedy nie będzie miejsca na samowolę).
Wpis: 1 502.

Nowe czytadło — Armada

Ernest Cline - Armada

Dwieście wpisów na blogu po tym, jak zachwyciłem się debiutem p. Cline’a pt. Ready Player One, książką, która — umiejscowiona w niedalekiej przyszłości — opowiadała m.in. o fascynacji popkulturą lat osiemdziesiątych, wpadła mi w ręce kolejna książka tegoż autora (no dobra, nie wpadała; odkąd dowiedziałem się, że ukaże się na rynku czatowałem na nią) pt. Armada.
Darząc wielkim sentymentem lata osiemdziesiąte w zasadzie od chwili, gdy tylko dekada ta skończyła się, z przyjemnością chłonę wspomnienia, nawiązania, odniesienia, mrugnięcia okiem itd. Zdając sobie sprawę, co p. Cline zrobił w pierwszej swojej powieści, spodziewałem się, że nie zawiodę się czytając jego drugą książkę. I nie wiem.

Fabuła: banalna. Uproszczona wersja Gry Endera. Młodzieniec namiętnie gra w gry komputerowe. Pytanie, czy to tylko gry komputerowe. Autor już w pierwszym, może drugim rozdziale daje czytelnikom do zrozumienia, że jeśli czytali bądź oglądali rzeczoną Grę Endera, to niech nie czekają na niespodziankę, na coś, co miałoby ich zaskoczyć. Nic takiego się nie wydarzy. Będziemy mieli tego młodzieńca i będzie on ratować świat dzięki temu, że całe dnie siedział przed ekranem komputera (tu: zakładał na głowę hełm VR) i ćwiczył eksterminację obcych. Banalne.
Rozój historii też jest banalny. Jest np. scena w szkole, w której główny protagonista, stanąwszy w obronie słabszego kolegi, szuka podziwu u byłej dziewczyny. Ta, co oczywiste, wzgardza nim. Już wtedy wiadomo, że na następnych stronach pojawi się nowa miłość bohatera. Kwestią czasu jest tylko kiedy i w jakich okolicznościach ją pozna. Albo inny przykład. Zak? Zach? (Zachary, w każdym razie) wychowuje się bez ojca. Ten zginął, gdy chłopak miał ledwie rok i — co zrozumiałe — w ogóle go nie pamięta. Jedynie, co mu po ojcu zostało to zakamuflowane gdzieś na strychu pudło z pamiątkami. Bohater raz po raz wzdycha do ojca, tęskni, wścieka się, że ten go zostawił i kiedy właściwie jeszcze na początku powieści jest pewien myk, ten myk jest tak oczywisty, że czytelnik ma tylko nadzieję, że autor nie wskrzesi jednak ojca Zacharego. Cóż, nie trzeba długo czekać, by przekonać się jak został poprowadzony ten wątek.
Innymi słowy, banał goni banał i na dodatek narracja prowadzona jest tak, żeby w żadnym wypadku nie pogubić się. Główne nurty historii powtarzane są co trzy, cztery strony, żeby nie wypaść z obiegu i to powtarzanie uwłacza. Tę całą opowieść dałoby się zamknąć w formie nowelki, jakie kiedyś drukowała Fantastyka czy Nowa Fantastyka.
Na szczęście, p. Cline ma bzika na punkcie lat osiemdziesiątych (albo tyleż cynicznie co sprytnie tak się przedstawia).

Jeśli coś może stanowić o sile Armady, to właśnie zabawa w nawiązania do filmów, muzyki, książek czy gier pochodzących ze złotej dekady kiczu. W tej dziedzinie p. Cline daje popis. Na każdym kroku czytelnik natyka się na cytat z piosenki Van Halen, Queen, Flock Of Seagulls, Yes etc. Kartka w kartkę widzi jak autor sprawdza, czy osoba czytająca oglądała Powrót do przyszłości, Terminatora, Gry Wojenne i wiele, wiele innych. Na dodatek, tym razem (w przeciwieństwie do Ready Player One gdzie mruganie okiem w stronę czytelnika ograniczyło się wyłącznie do lat osiemdziesiątych) p. Cline rozszerza zakres i nawiązuje także do lat dziewięćdziesiątych. Jest coś o grze Doom i Quake. Jest, zdaje się coś o Descent.
To powoduje, że Armadę, mimo całej jej przewidywalności w warstwie fabularnej, czyta się całkiem przyjemnie, wesoło, często śmiejąc się lub choćby uśmiechając. Tzn., uśmiechnie się osoba, która skojarzy, że np. jeden z bohaterów lubujący się w tropieniu wszelakich spisków rządowych przybrał sobie pseudonim Mulder (nie dosłownie, ale tego typu nawiązania p. Cline stosuje w książce).

I na koniec słowo o wydaniu. Mnie trafło się napuchnięte do granic przyzwoitości. Odstępy między wierszami były jak stąd do Dublina, czcionka jak dla ślepego. Niby to nic, ale przez to (mam książkę w twardej okładce) książka była wielka, ciężka i niewygodnie się ją czytało. Choć szybko, to fakt.

Jeszcze jedno. W podziękowaniach, obok zwyczajowego: „Dziękuję, mamie, żonie, dzieciom, wydawcom itd.” p. Cline napisał także: „Dziękuję S. Spilbergowi za to, że zabrał się za ekranizację Ready Player One i studiu Universal za to, że już wykupiło prawa do ekranizacji Armady”. Nie jestem pewien, czy są to pozycje kinowe (można je nakręcić widowiskowo, to na pewno), ale jeśli nie przegapię, to obejrzę.
Wpis: 1 501.

Odchamianiesię, wersja kinowa

Marsjanin

Poszedłem obejrzeć Marsjanina. Wcześniej przeczytałem książkę, więc wiedziałem „kto zabił” i jak się skończy. Chciałem przekonać się, jak za rewelacyjną powieść Weira weźmie się Scott.
Oglądało się bardzo przyjemnie. Damon swobodnie zagrał główną postać, a i ekipa drugoplanowa nie straszyła.
Jeśli chodzi o zgodność treści, to wychwiciłem tylko jedno, na moje oko nieistotne, ominięcie.
Ani fizykiem ani biochemikiem nie jestem, nie wiem na ile Weir odrobił pracę domową, ale obraz wydawał się wiarygodny.
Oskara nie dałbym, ale nie wykluczam, że jeśli jeszcze kiedyś trafię na Marsjanina np. gdzieś w TV, to nie przełączę na inny program.

PS
Uwielbiam chodzić na przedpołudniowe seanse, gdzie nie ma w kinie wrzaszczących mas, żrących popkorn, świecących telefonami. Gdybym chciał chodzić na spędy, chadzałbym na dyskoteki albo inne koncerty. Mimo wszystko, cenię sobie pewien odbiór, w tym wypadku filmu, indywidualny a nie zbiorowy. Cierpię na gawiedźiowstręt.
Wpis: 1 500.

Wybieramy Polsce Rząd

wybory 2015

Głosujemy korespondencyjnie. O komisji wyborczej na Końcu Końca Świata nie ma co marzyć, wycieczki do Dublina mogą się różnie potoczyć — korespondencja jest najbezpieczniejsza.

Na początku mieliśmy spory ideologiczne. Zdaje się, że są conajmniej trzy poglądy polityczne wśród członków Gangu Garden Village i sprzeczki bywały intensywne, kończące się niekiedy groźbami w stylu: „podrę ci kartę wyborczą, niewdzięczniku!”.
Zwyciężyła jednak demokracja i stanęło na tym, że każdy zagłosował jak chciał.
Karty do głosowania dostaliśmy bodajże w zeszłym tygodniu. Bezzwłocznie wypełniliśmy je i wysłaliśmy będąc pewnymi, każdy z osobna, zwycięstwa swojej strony. Na tym historia mogłaby się zakończyć.
Ale nie.

Dziś poczta zwróciła moją kopertę z kartami do głosowania (swoją drogą, zaadresowała do Piotr Paweł Walczak; skąd, do jasnej cholery AnPost wie, jak mam na drugie imię? przecież nie piszę tak podając adres zwrotny!). Napisała co prawda, że przesyłka była „niedopłacona”, ale podejrzewam spisek. Szczególnie, że do chłopaków koperty z kartami do głosowania nie wróciły. I nie jest istotne, że oni nie napisali adresów zwrotnych. To na pewno, na poczcie, pracuje jakiś poprawno-partyjny Polak i jak tylko zobaczył, że wybory, że mój wybór, że „niedopłata”, wyczuł okazję i odesłał.
Nie poddaję się jednak. Skołowałem już drugą kopertę i tym zorganizuję właściwy znaczek. Nie będzie sterowania wynikami!

Gdy żartowaliśmy sobie z tego ze współlokatorami, byliśmy pewni, że: 1) kwestia mojego wyboru spowodowała, że poczta odesłała korespondencję; 2) chłopaki, mimo iż kupili dokładnie takie same znaczki, zwrotu nie dostaną (bo niby skąd? nie napisali przecież adresów zwrotnych); 3) być może Ambasada w Dublinie zostanie obciążona dodatkowymi kosztami w związku z nieodpowiednim znaczkiem i przyśle chłopakom, znając — bądź co bądź — ich adres, rachunek.
Wpis: 1 499.