Kalendarz

Maj 2015
P W Ś C P S N
« kwi   cze »
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66559
  • Dzisiaj wizyt: 8

Miesięczne Archiwa: Maj 2015

Sfrustrowane miasto

Podróż:
Z Portlaoise na lotnisko można dojechać autobusem. Do wyboru jest Kavanagh albo Dublin Coach. Kavanagh jedzie szybciej — Portlaoise, centrum Dublina, Lotnisko; Dublin Coach, tzw. zielony autokar, jedzie wolniej, bo po drodze zahacza większość miasteczek znajdujących się między Końcem Końca Świata a lotniskiem.
Wybrałem Kavanagh i liczyłem na to, że na lotnisku będę miał godzinę z hakiem. Miałem, ale przejście przez kontrolę bagażu, znalezienie i dotarcie do odpowiedniej bramki zajęło mi tyle czasu, że nie starczyło mi go na symboliczne dwa Guinnessy w poczekalni. Na dobrą sprawę, przy bramce pojawiłem się w momencie, kiedy już zaczynano wpuszczać pierwszych pasażerów na pokład (nie dziwię się, że kiedy poprzednim razem utknąłem na kontroli bagażu, na samolot już nie zdążyłem).
Oddałem bagaż — Ryanair pozwala oddać bagaż podręczy do luku, można wtedy wejść na pokład z pustymi rękoma (plus taki, że nie trzeba pchać się z torbą; minus, że po wylądowaniu trzeba czekać na odbiór bagażu tak, jakby nadało się bagaż główny) — ustawiłem się w kolejce, wszedłem do samolotu, zająłem miejsce i zasnąłem. Startu nie pamiętam.
Obudziłem się na godzinę przed lądowaniem. Zrobiłem przegląd dobytku i okazało się, że książkę i telefon szlag trafił. Książkę znalazłem pod siedzeniem a w sprawie telefonu usłyszałem komunikat: „Dzień dobry, mówi państwa kapitan, znaleziono telefon. Osobę, która go zgubiła prosimy o kontakt z obsługą samolotu”. Wymieniłem kilka słów z miłą stewardessą, odzyskałem sprzęt i wylądowaliśmy.

Sfrustrowane miasto:
Pierwszego dnia pobytu miałem zaplanowaną objazdówkę po mieście. Od razu uprzedzono mnie, że należy poruszać się wyłącznie pieszo bądź komunikacją miejską, ponieważ inaczej nie ma szans dostać się w wiele miejsc.

Wsiadłem do pierwszego autobusu. I już przy wejściu obserwowałem scenę: Jakiś dziad z rowerem próbuje wyjść z autobusu. Wulgarnie wrzeszczy do ludzi stojących na przystanku, żeby mu pomogli wyciągnąć ten rower z pojazdu. Przyzwoici łodzianie nawet palcem nie ruszają, co tylko podjudza dziada z rowerem jeszcze bardziej i powoduje, że wrzeszczy nieparlamentarnie jeszcze więcej. Ot, łódzki mikroklimat.

Zwiedziłem salon telefonii komórkowej mówiąc, że chciałbym tel. na kartę. Miła pani mówi mi, w porządku, to będzie 10 PLN miesięcznie (!). Jakie „10 PLN miesięcznie?” zastanawiam się. Słyszę: „Mamy świetny abonament (…)”. Nie interesuje mnie abonament, potrzebuję karty SIM, której nie musiałbym doładowywać co trzy miesiące (jak to było w przypadku poprzedniej). Nie bywam w kraju co trzy miesiące, bywam rzadziej, i nie chcę tracić numeru, doładowywać za 50 PLN raz na kwartał i tracić te 50 PLN, jeśli ich nie wykorzystam (przy okazji HWD Orange), a nie wykorzystam bo z Irlandii do Polski polskim telefonem nie dzwonię.
Usłyszałem, że coś takiego mogę kupić sobie w byle kiosku. Zapytałem się jeszcze, czy mogę przenieść nr HWD Orange na Play i dowiedziałem się, że owszem o ile mam zarejestrowany nr w HWD Orange. Nie wiem, czy mam zarejestrowany nr w HWD Orange i nie bardzo mogę to sprawdzić, bo kartę kilkanaście dni wcześniej mi wyłączono ze względu na to, że ostatni raz była doładowana jakoś w styczniu czy lutym.
Poszedłem szukać byle kiosku ale trafiłem na inny salon telefonii komórkowej. Wszedłem, zapytałem się, czy dostanę tę kartę SIM, której szukam i usłyszałem, że w byle kiosku, bo w salonach to raczej nie. Odwróciłem się i miałem się ku wyjściu, kiedy usłyszałem przerażone: „Mamy! Pan zaczeka”. Przynajmniej jedną sprawę załatwiłem.

Na rozkładzie miałem również wizytę w Wydziale Paszportowym urzędu miasta Łodzi. Jeszcze w domu wypełniłem wniosek (raz pomyliłem się przy wpisywaniu koloru oczu i dwukrotnie wymiękłem przy wpisywaniu adresu zameldowania, którego nie posiadam), pozostało tylko zrobienie zdjęcia, załatwienie opłaty urzędowej (czterokrotnie niższej niż gdybym chciał wyrobić sobie paszport w ambasadzie RP w Irlandii).
Złożenie wniosku przebiegło nadzwyczaj bezproblemowo i uprzejmie, aż nie mogłem wyjść z podziwu. Byłem zauroczony uprzejmością i pomocą miłej pani urzędniczki, byłem zaskoczony tym, że zebrano ode mnie odciski palców i wyszedłem z Wydziału Paszportowego bardziej uśmiechnięty niż byłem przed wejściem.

Natomiast zdjęcie to osobna historia. Już przy wejściu zostaję poproszony o zdjęcie okularów. Noszę je na co dzień i bez nich jestem jakby niesobą, czuję się niepełny (by nie powiedzieć, że nagi poniekąd). Kiedy protestuję, słyszę, że ze względu na nowy wzór paszportów, nie można mieć zdjęcia w okularach, a już tym bardziej przyciemnianych jak moje. Ponieważ nie znam nowego wzoru paszportu, rozporządzeń dotyczących identyfikacji osób i takich tam, nie bardzo mam wyjście i zdejmuję okulary. Dostaję zdjęcie, na którym wyglądam obco i idę do Wydziału.
Tam wspomniana wcześniej miła urzędniczka mówi mi, że jak najbardziej można do wniosku dołączać zdjęcia twarzy z okularami na nosie, o ile fotograf wykona swoją pracę poprawnie i tak ustawi aparat by nie było odbić na szkłach — oczy mają być widoczne. Innymi słowy, fotograf, sfrustrowany łodzianin, nieudacznik, partacz i leń, nie wykonał swojej pracy tylko poszedł po linii najmniejszego oporu: „Pan zdejmie okulary, bo w okularach nie wolno”. Bzdura panie fotografie nieudaczniku. HWD.

Jeszcze tylko okulista — wzrok ani pogorszył mi się ani polepszył od poprzedniej wizyty pięć lat temu. Okulary nie potaniały przez ten czas i zakup nowych muszę odłożyć na bliżej nieokreśloną przyszłość.

A u optyka (zwiedziłem kilku), kolejny łódzki frustrat dał o sobie znać. Tym razem jakiś dziadu wepchnął się przede mnie i zaczął zrzędzić sprzedawcy. Wybrzydzał na co tylko się da, nie mógł i właściwie nie chciał się zdecydować na konkretne oprawki, na szkła czy plastiki, na powłokę antyrefleksową czy fotochromy. Był przykładem na niezdecydowanego klienta łodzianina frustrata. HWD.

Poziom frustracji we mnie samym wrócił do starej, dobrej łódzkiej normy.

W piątek wycieczka do Stegny.
Na autostradzie mija nas jakiś Opel. Ojciec mówi, że to policyjny. Kilka chwil dalej, zatrzymujemy się na stacji benzynowej i stoi tam też Opel, rzeczywiście policyjny. W środku jakieś radia, kamery i cholera wie co. Dookoła trzech typów popija sobie dwusetki kolorowych wódek. Widocznie panowie policjanci postanowili zrobić sobie przerwę w patrolowaniu i wychylić za bezpieczny weekend. Gdyby nie patrzyli się podejrzliwie, zrobiłbym im zdjęcie. Drogówka na żywo.

Mieścina, jak mieścina. Jest poza sezonem, więc nie ma rozwydrzonych wczasowiczów (pogody też nie), tylko część bud z rybami i piwem jest otwarta — ogólnie jest „cichuteńko jak w Sztuthoffie”. Na cenach się nie znam, więc nie wiem czy jest drogo czy tanio ale czteropak Specjala za 10 PLN wydał mi się rozsądnym wyborem. Choć kto dziś pije tylko jeden czteropak?

wpis: 1 493.