Kalendarz

Kwiecień 2015
P W Ś C P S N
« mar   maj »
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66247
  • Dzisiaj wizyt: 3

Miesięczne Archiwa: Kwiecień 2015

Senna wizja życia po śmierci

Zaczyna się od tego, że umieramy. Ja i dwóch współlokatorów. Nie wiem w jakich okolicznościach, czy z jakich powodów. Po prostu, wiemy, że nie żyjemy. Ale zamiast szukać światełka w tunelu, znajdujemy się w jakimś autobusie jadącym niewiadomo dokąd.
Gdy wysiadamy na przystanku, razem z nami reszta pasażerów, jesteśmy w jakimś nowoczesnym, czystym i zadbanym centrum miasta, z nowymi budynkami, przystrzyżonymi równo trawnikami, płaskimi chodnikami i pustymi ulicami.
Współlokatorowie natychmiast gdzieś znikają i zostaję sam.

Błąkam się po tym mieście, podziwiając niejako jego schludność i planowanie.
Idę jakimś chodnikiem i widzę na nim coś. Coś, co wygląda jak meduza, albo inny żelek. Raczej bezkształtny i bezbarwny. Przyglądam się zdziwiony i wtedy to coś zamienia się w żółwia. Odskakuję zaskoczony, ale ten żółto-czarny już wtedy żółw idzie za mną. Wtedy na chodniku widzę takie coś, jak wcześniej, tyle że dwa razy. Jedno coś zamienia się gekona, który natychmiast zaczyna się na mnie wspinać inne coś zamienia się w rozkosznego, czarnego labradora, który podskakując radośnie próbuje mnie uszczypnąć.
Temu wszystkiemu przygląda się bardzo sympatyczna dziewczyna. Patrzy chwilę i przywołuje ekipę do siebie, a później bezgłośnie sprawia, że znów na chodniku znajdują się trzy masy tego czegoś. Jestem jeszcze bardziej zaskoczony.

Bardzo sympatyczna dziewczyna podchodzi, uśmiecha się mile i pyta czy jestem nowy. „Jestem”, odpowiadam. Mówi mi o tym, że sama jest już tutaj jakieś trzy lata, że wszystko ją denerwuje, bo w gruncie rzeczy wszystko jest sztuczne, sterowane myślą ludzką i nie ma żadnego punktu odniesienia (esse est percipi? tak to szło?). Nie rozumiem, co chce przez to powiedzieć. Widząc moją konsternację proponuje, żebyśmy poszli do niej, wytłumaczy mi wszystko. Nie mając niczego innego w planach, zgadzam się i idziemy.

Dochodzimy do budynku, który mógłby być nowoczesnym akademikiem bądź innym blokiem mieszkalnym. Szklane drzwi, chromowane wykończenia, stalowa winda, rzędy białych drzwi na korytarzach. Wjeżdżamy windą na jej piętro.
Wysiadamy i natykamy się na kolejne drzwi, za którymi znajduje się monitor. Widzę w nim jak się zbliżamy a od nowopoznanej, bardzo sympatycznej dziewczyny słyszę, że ona teraz musi się autoryzować, bo w przeciwnym wypadku drzwi nie otworzą się.
Spodziewam się skanu oka, odcisku palca czy czegoś w tym stylu i nie zwracam na to uwagi. Spoglądam na monitor, na którym nas widać. I wtedy widzę, że bardzo sympatyczna dziewczyna, unosi bluzkę pokazując do kamery piersi.
Przez chwilę nie mogę uwierzyć. Z lekka oszołomiony, przechodzę z nią przez drzwi, które otworzyły się, i pytam ją czy ja dobrze widziałem to, co widziałem. Z miłym uśmiechem na twarzy odpowiada, że jak najbardziej, przecież to nic wstydliwego i widzę, jak zabiera się ponownie do uniesienia bluzki. Odruchowo odwracam głowę. Śmieje się ze mnie i prowadzi do swojego mieszkania.

Po drodze trafiamy jednak na jakąś babę, która mogłaby być zarządcą budynku. Baba nie rozpoznaje mnie i mówi, że nie mam prawa tu przebywać. Pytam się, gdzie w takim razie będę zakwaterowany (dopiero wtedy o tym myślę, mimo że od momentu kiedy wysiadłem z autobusu upłynęło już trochę czasu). Baba daje mi karteczkę z numerem 13.401lh i mówi, że tymczasowo tam. Zostawiwszy bardzo sympatyczną dziewczynę, wychodzę mówiąc jedynie, że mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy.

Krążę po mieście i dziwie się, że nie widzę żadnych aut. Chodź są jezdnie, nic po nich nie porusza się. Tylko od czasu do czasu widzę, jak na przystanek autobusowy, na którym wysiadłem, podjeżdżają kolejni ludzie.
Za którymś razem idę za nimi i trafiam do czegoś w rodzaju biura rejestracji. Staję w kolejce i gdy dochodzę do okienka, baba mówi mi, że nie ma mnie w tej chwili na liście i w ogóle, to dlaczego nie jestem na uczelni, gdzie właśnie trwa kurs organizacyjny. Mówię, że nie wiedziałem o niczym takim i pytam się jeszcze, czy to, że nie ma mnie na liście coś w ogóle oznacza. Słyszę, żebym wrócił później.

Trafiam na uczelnię. Widzę tablicę z wykładami. Czytam na niej, że te odbywają się dwa razy dziennie od drugiej po południu do czwartej i później od wpół do piątej do wpół do siódmej. Średnio podoba mi się taki grafik. Siadam na korytarzu i czekam na koniec pierwszych zajęć licząc na to, że któryś ze współlokatorów tam poszedł i może spotkamy się. Myślę też o tym, co usłyszałem na temat tego, jak skonstruowany jest ten świat. Że nie ma niczego pewnego, że wszystko zależy od tego, kto na niego patrzy i jak sobie go wyobraża. Myślenie przerywa mi bardzo sympatyczna dziewczyna. Mówi, że miała nadzieję, że mnie tu spotka a także, że właściwie to powinna pójść na te drugie zajęcia. Tłumaczy mi, że obecność na zajęciach bądź podjęcie pracy jest warunkiem otrzymywania pieniędzy, za które można się utrzymać.
Rozmowę przerywa mi otwarcie się drzwi do auli, z której, jak przypuszczałem, wychodzi jeden ze współlokatorów z jakąś nową, nieznaną mi, znajomą. Wychodzimy na zewnątrz we czwórkę i opowiadamy sobie, co nam się przytrafiło. Nie rozumiemy świata, do którego trafiliśmy. Nie jesteśmy też pewni, czy najzwyczajniej na świecie, wspólnie nie śnimy. Obaj pamiętamy, że umarliśmy, ale to, co nas spotkało nie było wizją życia-po-życiu żadnego z nas. Gdzie są harem czy chóry anielskie, bądź mrozy piekielne? Idziemy równym chodnikiem tego zadbanego miasta i na jednej z ławek ustawionych wzdłuż naszego spaceru widzimy jakąś panienkę, która, zauważywszy nas, komentuje coś niewybrednie zwracając się właściwie do bardzo sympatycznej dziewczyny. Spoglądam na tę panienkę z niechęcią w oczach i złorzeczę jej, by sczezła.
Wtedy, na naszych oczach, panienka, z młodej, zgrabnej i raczej przeciętnej urody staje się starszą, pomarszczoną kobietą z lekko siwiejącymi włosami. Panienka, czując co się z nią dzieje, zaczyna panikować i szybko ucieka. Od bardzo sympatycznej dziewczyny słyszę, że na tym właśnie polega ten świat. Kto ma większą, silniejszą, mocniejszą wolę perswazji, ten kreuje rzeczywistość. Dodaje przy tym, że prosiłaby bym, jeśli okazałoby się, że mam więcej takiej woli, nie próbował tego na niej. Jasnym jest, że nie mogę się oprzeć. Po chwili, bardzo sympatyczna dziewczyna, z brunetki z długimi włosami staje się ciemną blondynką z krótszymi włosami. Bardzo sympatyczna dziewczyna wie, co się z nią dzieje, wyciąga z torebki lusterko, uśmiecha się szeroko i mówi, że już dawno chciała przefarbować sobie i obciąć nieco włosy i że teraz podoba się sobie bardziej. Skacze mi na szyję, mówi dziękuję, całuje w policzek i wyjmuje z torebki coś, co mogłoby być poduszeczką na szpilki (tak to się chyba określa?) w nieokreślonym kształcie i kolorze. Wręcza mi ją i mówi, że to na znak przyjaźni i że właściwie, to jak tylko zobaczyła mnie kilka godzin wcześniej błąkającego się po mieście bez celu, wiedziała, że między nami może być coś więcej. Dziękuję uprzejmie, odwzajemniam uśmiech, obejmujemy się i dalej idziemy jako para.

Docieramy do baru. Przed wejściem widzimy, że odbywa się jakiś koncert i że wstęp kosztuje €20.00. Myślę sobie, że skoro mam wpływ na rzeczywistość, to zmienię na wstęp darmowy. Próbuję, udaje mi się, ale po chwili znów wyświetla się cena wejściówek. Próbuję kilka razy i mówię do towarzystwa, że ja teraz ponownie zmienię na €0.00 i wtedy wbiegniemy. Tak robimy.
W barze zamawiamy piwo, siadamy przy stoliku i swobodnie rozmawiamy. Podchodzi do nas dwóch ochroniarzy. Mówią, że mam torbę i tę poduszeczkę, a to dwie rzeczy, które mogą być zamienione w cokolwiek, dajmy na to broń, i że ze względów bezpieczeństwa albo oddam im je, albo wypad. Mówię, że w takim razie wypad i wychodzę.

Biegnie za mną barmanka. Przeprasza za ochroniarzy i mówi, że takie przepisy i że zaprasza ponownie do baru jak nie teraz, to choćby po zamknięciu. Mógłbym pomóc jej sprzątać i zarobić parę groszy. Zgadzam się i pytam, o której kończą. Wspomina coś o dziesiątej wieczorem. Mówię, że wszystko ładnie-pięknie, ale w świecie, w którym nic nie jest stałe, skąd mam wiedzieć która jest godzina. Szczególnie, że jak spoglądam na swój zegarek Al-kaidy, za każdym razem pokazuje mi dowolną godzinę. Barmanka mówi, że jest na rynku zegar, który jest niezmienny i że wg niego wszystko to funkcjonuje po czym prowadzi mnie na ten rynek. Spodziewam się zobaczyć Big-Bena albo coś w tym stylu, za miast tego widzę pierwotny, diodowy zegar elektroniczny. Gdy na niego patrzę, godzina zmienia się. Upewniam się, że to o ten zegar chodziło i widzę przerażenie w oczach barmanki. Słyszę, że jeszcze nie zdarzyło się, żeby ktoś ten zegar przestawiał i że ona nie wie, co teraz. Przytula się. Obejmuję ją i wtedy słyszę przechodniów, którzy głośno nas komentują. Właściwie szydzą z nas. Zmieniam barmankę na bardziej atrakcyjną i szyderstwa ustają. Ona spogląda na siebie i widząc zmianę dziękuje mi bardzo. Odchodzi.

Spotykam współlokatora z jego nowopoznaną panną i bardzo sympatyczną dziewczyną. Zaczynamy rozmawiać. Ja wciąż zastanawiam się czy to jest wizja piekła, nieba, życia po śmierci, którą znałem. Jestem coraz bardziej zasępiony. Jak przez mgłę słyszę tylko bardzo sympatyczną dziewczynę, jak mówi mi, że właściwie to chyba się we mnie zakochała, że nie sądziła, że coś przyjemnego ją w tym świecie bez punktu odniesienia spotka i że ma nadzieję, że ja czuję podobnie.

Przerażony wizją miłości pośmiertnej — budzę się.

Wpis 1 492.

Dziewięć lat w Irlandii

9 lat w Irlandii

Miałem niecałe dwadzieścia siedem lat, byłem prawie rok po rzuceniu studiów i ledwie tydzień po zakończeniu pracy w Filmotece Narodowej. Byłem obrażony na Łódź i Polskę w ogóle. Ze względu na obowiązek służby wojskowej, kupowałem bilet w jedną stronę nie wiedząc, kiedy i czy w ogóle będę mógł odwiedzić kraj. Spakowałem jedną walizkę i wyleciałem szukać szczęścia.
Minęło dziewięć lat. Mieszkałem w kilkunastu miejscach, pracowałem w kilku. Miałem lepsze i gorsze chwile. Przeżyłem jedno wielkie „life changing experience” i parę mniejszych zdarzeń, które miały na mnie wpływ. Poznałem wiele osób, z niektórymi do dziś mam kontakt. Odwiedziłem niejedno miejsce, we dwa, trzy z przyjemnością wróciłbym.
Świętowałem Św. Patryka i przeklinałem w Wielki Piątek oraz Boże Narodzenie. Odnalazłem się w kulturze pubowej i tym bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, że jestem „zwierzęciem barowym”. Kibicowałem Irlandii zarówno w rugby jak i w piłce nożnej i chodziłem na mecze. Chodziłem na koncerty tych bardziej i mniej znanych zespołów. Chodziłem do kin, na spektakle. Asymilowałem się i starałem unikać polskiego getta — polaczkowości.
A na chwilę obecną, skazałem się na pobyt na Końcu Końca Świata i nadal nie wiem, co chcę robić w życiu.

Wpis: 1 491.

Wieje

I zawiało tak, że fragment płotu w „ogródku” szlag trafł. Natychmiast poszliśmy do Property Property zgłosić uszkodzenie. Standard. W biurze usłyszeliśmy, że zaraz kogoś przyślą.
I przysłali. Kiedy wróciliśmy z centrum, w „ogródku” już pracował Polak-złota-rączka, chłop od wszystkiego. Zagaiłem.
— Wiatr wciąż wieje, jest sen teraz naprawiać?
— A… Nieno, to tylko tak na chwilę. I tak niedługo znów pęknie, ale dzięki temu biznes się kręci.
Ot, profesjonalizm w wydaniu irlandzkim.
Wpis: 1 490.