Kalendarz

Luty 2015
P W Ś C P S N
« sty   mar »
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
232425262728  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66561
  • Dzisiaj wizyt: 2

Miesięczne Archiwa: Luty 2015

Karta kredytowa

AIB MasterCard

Wczoraj był dzień sądu finansowego. Z konta znikała znaczna kwota na haracz za gas i prąd. Mimo dopłat ze strony państwa i podziału rachunku na trzy łby, nigdy nie jest to miłe doświadczenie. Co dwa miesiące powtarza się ten sam scenariusz: Zęby w ścianę i nerwowe spoglądanie w portfel.
I tak, oczywiście, można byłoby regularnie składać fundusze na rachunek albo skorzystać z opcji przedpłacania, ale mimo podpowiedzi zdrowego rozsądku, rzeczywistość wygląda inaczej.
Dziś postanowiłem spojrzeć na konto i zobaczyć czy operacja grabienia mnie z środków do życia przebiegła na moją niekorzyść.
Tak, przebiegła właśnie w ten sposób.

Przez chwilę kontemplowałem dostępne fundusze, które groźnie oscylowały w okolicach zera absolutnego, kiedy kątem oka spojrzałem na kartę kredytową. Przy niej również widniało okrągłe zero, ale tym razem była do dobra wiadomość.
Od prawie roku spłacałem dług z karty i wreszcie się udało. Mam czystą kartę kredytową ergo MOGĘ ZNOWU WYDAWAĆ.
I tak zrobiłem. W myślach „wydałem” wszystko: na kilka płyt i książek, na wycieczki po Europie, na wizytę w Polsce. Rozdysponowałem całą kwotę w try miga. Widziałem siebie na południu kontynentu, popijającego Piña Coladę, widziałem słuchającego najnowszego Duke’a Speciala i w ogóle, moja wyobraźnia pracowała na wysokich obrotach.

Upłynęło parę minut błogiej fantazji i postanowiłem zadzwonić do banku dowiedzieć się, od kiedy MOGĘ ZNOWU WYDAWAĆ.
Miła pani w informacji, po tym, jak wysłuchała mojego rozentuzjazmowanego i niecierpliwego głosu, powiedziała: „Co? Przecież anulowaliśmy kartę prawie rok temu! Może pan wnioskować o nową, jeśli pan chce”.
Czar prysł.

Choć za okno wróciła zima i pomimo tego, co przed chwilą usłyszałem przez telefon, wciąż byłem na plaży na południu Europy i niesiony tą wizją złożyłem wniosek o nową kartę kredytową. Nie chciałem poddawać się i rezygnować z tego wszystkiego, co jeszcze parę minut wcześniej wydawało się być na wyciągnięcie ręki.
Bank jednak nie podzielał moich nadziei.
Po tym, jak wypełniłem i wysłałem formularz zgłoszeniowy, odpowiedź dostałem natychmiast: „Hahahaha… Dobry żart, panie Walczak! Hahahaha…! Marzenia! Nowej karty nie ma i nie będzie, ot co!”.

Dzień, który zaczął się tak pięknie, w przeciągu kilkunastu minut stał się po prostu kolejnym dniem na Zielonej Wyspie.

Wpis: 1 487.

Nowe czytadło — Blackout. Jutro będzie za późno

Blackout. Jutro będzie za późno

Założenie książki pana Marca Elsberga, pt. Blackout. Jutro będzie za późno, jest całkiem przyzwoite. Oto, pewnego piątkowego wieczoru, elektryczność w Europie bierze w łeb. Wszystko, co było zasilane na prąd, w jednej chwili przestaje działać. A zatem, nie działa… cóż, właściwie wszystko. Począwszy od lamp ulicznych czy sygnalizatorów świetlnych, przez telewizory, komputery, pralki, lodówki etc. w domach, przez infrastrukturę sanitarną, przez kolej, lotniska, porty itd., a skończywszy na elektrowniach samych w sobie. Całą Europę trafia jeden wielki elektrokryzys.
Pomysł na tego typu katastrofizm nie jest nowy ani wyjątkowy, ale daje autorowi pewne pole do popisu.
Oczywiste jest, że współczesny człowiek nie da sobie rady bez prądu. Nie kupi niczego w sklepie, bo z magazynu do sklepu nie dowieziony zostanie towar, bo nie będzie paliwa, którym można byłoby zatankować środki transportu, bo systemy operacyjne nie będą mogły przyjmować zamówień, aż wreszcie, bo terminale płatnicze i wszelkie operacje finansowe nie będą funkcjonować. Przeciętny miejski człowiek nawet nie odkręci wody w kranie czy nie spuści wody w toalecie, bo nie będą działały pompy wodne. Przeciętny człowiek w ciągu chwili stanie się zupełnie bezradny.
Tak próbuje zaprezentować to pan Elsberg, ale mu się nie udaje.
Z rozdziału na rozdział, sposób w jaki opisuje próby radzenia sobie z sytuacją, staje się coraz bardziej irytujący. Ma się wrażenie, że autor pisze dla odbiorcy niepełnosprawnego umysłowo. Wszystko upraszcza, przedstawia tak, że szarych komórek używa się jedynie do śledzenia wyrazów na kartkach, a nie do zastanawiania się nad bohaterami. Autor przyjmuje pozycję wszystkowiedzącego ojca, który tłumaczy swojemu czteroletniemu dziecku na czym polega świat. W tej kwestii, w kwestii prowadzenia narracji, pan Elsberg nie daje sobie rady (okej, może to moja wina; pomysł na elektrokatastrofę spodobał mi się i oczekiwałem czegoś więcej). Nudne i wyjątkowo mdłe, złagodzone dialogi; irytująco naiwne postacie; gloryfikacja Unii Europejskiej i parę mniejszych i większych niedorzeczności powodują, że w kwestii fabuły, powieść jest co najwyżej taka sobie.
Tym niemniej, odkładając na bok oczekiwania i próbę doszukiwania się jakichkolwiek korelacji z rzeczywistością, która mogłaby zaistnieć w przypadku elektrozapaści, trzeba przyznać, że książkę czyta się szybko-łatwo-przyjemnie. Rozdziały są krótkie, nie są przepełnione zbędnymi opisami, akcja rozwija się dość dynamicznie i „myknięcie” kilkuset stron nie zajęło mi wiele czasu.

Wpis: 1 486.

Fascynacja muzyczna

Wpis: 1 485.

Elektronika użytkowa 3 — emigrant Walczak 0

Dekoder
Zaczęło się od dekodera. Pojawił się jakiś miesiąc temu i od samego początku są z nim problemy. Najpierw nie chciał zauważyć, że została podłączona do niego antena. Później miał problemy z połączeniem się z dekoderem-matką, przez co nie za bardzo wyrażał chęć współpracy. Z siecią bezprzewodową też miał problem. Potrzebna była perswazja i parę przekleństw. Na chwilę spokorniał, ale ostatnio sam wybiera moment, w którym zdecyduje się uruchomić. Parszywe ścierwo.

Telewizor
Telewizor zaraził się od dekodera. Dopóki nie były połączone, telewizor działał spokojnie i swobodnie. Po podłączeniu dekodera zaczął stroić fochy. Zdarza mu się działać bez zarzutu, ale zdarza się również działać dwadzieścia minut, po czym pokazywać jedno wielkie telewizyjne „fuck you” i wyłączać się. Pomaga tzw. „staroharcerska metoda Microsoftu”, tj. wyłączenie z prądu i ponowne podłączenie.

Lampka na biurko
Lampka na biurko poszła w ślady dekodera i telewizora i zdecydowała, że zastrajkuje z tamtymi. Na początek postanowiła przepalić żarówkę. Niezrażony, wymieniłem na drugą. Lampka nie dała się zmylić i już kilka godzin później przepaliła i tę żarówkę. Następnej nie mam. Druga runda w środę.

W pokoju są jeszcze gramofon i komputer. Mam nadzieję, że nie zechcą kopiować krnąbrności innych urządzeń.
Wpis: 1 484.