Kalendarz

Styczeń 2015
P W Ś C P S N
« gru   lut »
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66559
  • Dzisiaj wizyt: 8

Miesięczne Archiwa: Styczeń 2015

Nagle budzę się o piętnastej

1 483.

Pokłosie przedłużonego weekendu

pokłosie weekendu

Wyraźną uwagę zwaraca jakikolwiek brak śladów spożywania jedzenia.

Wpis: 1 482.

Odchamianie się, wersja kinowa…

American Sniper, to był mocny film. O ile pokazywanie tego, jak bardzo człowiek nie daje sobie rady z okolicznościami… Cooper nie mógł być mężem… Po tym, co przeżył, nie mógł wrócić do domu / do rodziny… :-)

Wpis: 1 481.

Z Zielonej Wyspy do Rzeczpospolitej Polskiej

Speedpack.com.pl

Pojawiła się potrzeba przerzucenia czegoś do Polski bez pośrednictwa An Post. Wybór padł na firmę przewozową SpeedPack.

We wtorek, przez ich stronę zamówiłem kuriera. Wpisałem dane nadawcy, odbiory i zaznaczyłem, że opłata ma być pobrana przy odbiorze przez adresata. Wybrałem czwartek, jako dzień odbioru przesyłki ode mnie i myślałem, że wszystko przebiegnie bezstresowo.
Dostałem e-maila, w którego tytule znajdował się numer zamówienia i nawet go nie otwierałem. Nie sądziłem, że może w nim być coś istotnego (kwestia doświadczenia zawodowego; pamiętam, co my wysyłaliśmy w tego typu e-mailach i pamiętam, co jest w takich e-mailach wysyłane, jeśli generowane są automatycznie). Miałem spokój.

W czwartek musiałem wstać wcześnie (jeszcze ze strony firmy SpeedPack dowiedziałem się, że odbiór przesyłki następuje gdzieś w godzinach między ósmą rano a dziesiątą wieczorem). Cały dzień czuwałem, aż gdy dochodziła siódma nie wytrzymałem i odpakowałem z powrotem przesyłkę by zrobić z niej użytek zanim zabierze mi ją kurier (strona firmy SpeedPack informowała, że jeżeli odbiór nie nastąpi w czwartek, to kolejnym możliwym terminem pojawienia się kuriera będzie poniedziałek). Kiedy instalacja była gotowa, zadzwonił kierowca mówiąc, że niedługo się pojawi.
Spakowałem wszystko raz jeszcze i czekałem. Kilkanaście minut później podjechał.
Przekazałem paczkę i usłyszałem: „Płacisz teraz czy zapłaciłeś już przelewem?” Zbaraniałem.
Wiedziałem, że wybrałem opcję płacenia przy odbiorze i to właśnie powiedziałem kurierowi. Popatrzył podejrzliwie i powiedział, że zwykle bierze gotówkę albo ma informacje z centrali, że został dokonany przelew. Obstawałem przy swojej wersji. Kierowca wziął przesyłkę i odjechał.

Kilkadziesiąt minut później znów usłyszałem dzwonek do drzwi. Kurier wrócił. Poinformował, że rozmawiał z centralą i oni nie mają ode mnie przelewu (nie mogli mieć; nie zrobiłem go wcześniej) i że ma pobrać ode mnie gotówkę.
Po wymienieniu kilku zdań udało się przekonać chłopaka, żeby zabrał paczkę, a ja na następny dzień wyjaśnię z biurem OCB.

W piątek, kiedy zwyczajowo sprawdzałem pocztę, znalazłem e-mail od firmy SpeedPack. Przeczytałem w nim, że zgodnie z regulaminem, opłaty za transport przesyłek z Irlandii jak i do Irlandii pobierane są wyłącznie na terenie Irlandii a płatności można dokonać na kilka różnych sposobów.
Odpisałem uprzejmie, że zgodnie z tym, co wyświetliło mi się na ich stronie, przy wysyłaniu czegoś z Irlandii do Polski jest możliwość opłaty przy odbiorze i nie rozumem skąd to zamieszanie.
W dalszej korespondencji dowiedziałem się, że w e-mailu potwierdzającym przyjęcie zlecenia (którego nie otworzyłem) jest dopisany punkt traktujący o sposobach i warunkach opłaty za przesyłkę. I rzeczywiście, było napisane: „Płacisz tylko w Irlandii bez względu na to dokąd bądź skąd jest paczka”. Przeoczyłem to, fair enough. Z drugiej strony, firma SpeedPack przeoczyła to u siebie na stronie nie informując jasno i wyraźnie, że takie stawiają wymagania.
W kolejnym e-mailu zwróciłem im na to uwagę, ale dogadałem się przy okazji, że zrobię ten przelew byle tylko towar, który ma dotrzeć do Polski, dotrał.

Na zakończenie krótkiej wymiany listów elektronicznych, zostałem zapewniony, że choć firma SpeedPack nie stosuje systemu śledzenia przesyłek i nie ma tracking-numbers, paczka nadana w czwartek, powinna pojawić się u odbiorcy we wtorek bądź środę. Ciekaw jestem czy uda im się dostarczyć ją w te kilka dni. Jeśli to byłaby prawda, działaliby naprawdę szybko.

Wpis: 1 480.

Wszystkie zegary kuchenne na Końcu Końca Świata

Pierwszy zegar kuchenny

Pierwszy zegar kuchenny nie ma w sobie niczego nadzwyczajnego. Został kupiony zaraz po tym, jak wprowadziłem się na Fairview w Dublinie i miał spełniać rolę bardziej użytkową niż dekoracyjną. Zawieszony w dużym pokoju / kuchni w taki sposób, że także z innych skrzydeł domu można było sprawdzić na nim czas.
Z Fairview przyjechał na Koniec Końca Świata i teraz spokojnie wisi sobie w kuchni, tyle że tym razem w takim miejscu, że jest niemal niewidoczny. Dekoracyjny wciąż nie jest.

Drugi zegar kuchenny

Drugi zegar kuchenny, to tzw. radiobudzik.
Zorganizowałem go wieki temu, w pierwszych dniach osiedlania się na Stradbrook i natychmiast, po wyjęciu go z pudełka, wyrzuciłem instrukcję obsługi. „Na co komu instrukcja obsługi jakiegoś radiobudzika?” myślałem sobie wtedy i popełniłem błąd.
Funkcja radia w tymże radiobudziku działa bez zastrzeżeń, funkcja zegara już niekoniecznie, a budzik jest nawiedzony. Nie można go wyłączyć (może sposób podpowiadała instrukcja, ale tej od siedmiu lat brakuje). Musi być nastawiony na jakąś godzinę. Domyślnie jest to północ (!).
Ponieważ zegarek zwykle znajdował się w kuchni, by go uciszyć potrzebne było codzienne zbieganie na dół. Biegi po schodach, o północy, były uciążliwe; zresztą, wycie radiobudzika też takie było. Szukałem innego rozwiązania i przez krótką chwilę nastawiałem go na piątą trzydzieści, godzinę pobudki, kiedy dojeżdżałem do pracy do Dublina i musiałem wstawać o tej porze, ale po dwóch, trzech dniach porannego przeklinania, odszedłem od tego pomysłu.
Mogę dodać, że gdy padał prąd, godzina w radiobudziku resetowała się i w zależności od tego o jakiej porze prąd pojawiał się ponownie, wybijała dla niego północ. Dwadzieścia cztery godziny później znów wył. Wycie stawiało na nogi wszystkich umarłych w Portlaoise.
Wreszcie zrezygnowałem z uruchamiania go. W tej chwili włączany jest jedynie, kiedy przebywam w kuchni i pełni rolę wyłącznie radia.

Trzeci zegarek kuchenny

Trzeci zegarek kuchenny wmontowany jest w kuchenkę i charakteryzuje się tym, że nikt nie wie, jak się go nastawia. Co prawda, nastawianie odbywa się jedynie dwa razy do roku, w dzień, kiedy zmienia się czas z zimowego na letni i w drugą stronę, ale zawsze jest dziełem przypadku.
Sposób jest następujący: naciskamy wszystkie możliwe przyciski w każdej możliwej konfiguracji i „plusem” bądź „minusem” wybieramy godzinę.
Po kilku próbach godzina wyświetla się prawidłowo, ale nigdy nie ma pewności, czy np. nie ustawiło się alarmu, czasu działania piekarnika czy czego tam jeszcze. Jednakże metoda prób i błędów sprawdza się, i po kolejnej kombinacji, na zegarku pojawia się właściwa godzina. Albo godzina „kopnięta” o pół dnia. Tak było ostatnio.
Na co dzień używam dwunastogodzinnego systemu określania czasu, tj. mamy albo pierwszą w nocy, albo pierwszą po południu (nie trzynastą). I kiedy w październiku ustawiałem po godzinie piątej (po południu) trzeci zegarek kuchenny, nastawiłem go właśnie na piątą z hakiem. Przez kolejnych kilka miesięcy wszystko się zgadzało. Gdy schodziłem do kuchni zrobić sobie herbatę czy coś do przetrącenia, wyświetlała się pierwsza, druga, trzecia; kiedy wieczorem podjadałem coś z lodówki, pojawiała się godzina dziewiąta, dziesiąta i wydawało się, że zegarek się sprawdza. Do czasu.
Dopiero w nowym roku zszedłem do kuchni przed południem. I dopiero wtedy zobaczyłem, że jestem tam o godzinie dwudziestej drugiej czterdzieści cztery. Krótki wysiłek umysłowy; konkluzja: „musiałem pomylić się ostatnim razem przy nastawianiu” i konsternacja: „tylko jak, do cholery, nastawiało się ten przeklęty zegarek?”

Wpis: 1 479.

Nowe czytadło

Andy Weir - The Martian

Ostatnimi czasy, w moje ręce wpadła książka Andy’ego Weira pt. Marsjanin.
Dość szybko ją przeczytałem.

Powieść jest wyjątkowo zgrabnie napisana. Zaczyna się od tego, że głównego jej bohatera poznajemy z czegoś, co można by określić mianem „bloga”. Facet utknął na Marsie i opisuje, dzień po dniu, jak stara się przetrwać w dość ekstremalnej sytuacji.
Z jego wpisów dowiadujemy się w jakich okolicznościach został pozostawiony przez swoich współtowarzyszy, jak walczy o to, żeby nie umrzeć z głodu czy pragnienia oraz jak stara się zachować dobre samopoczucie.
To poczucie humoru, charakter, jaki stworzył dla swojego bohater autor, jest czymś, co wybija się na pierwszy plan przez początkowe –naście, -dziesiąt stron.
Przekonujemy się, że mamy do czynienia z człowiekiem, który niezależnie od czasu, czy miejsca, w którym się znajduje, zawsze patrzy na tę pozytywną stronę życia. Na dodatek, forma „bloga” pozwala na wiele kolokwializmów, co sprawia, że po kilku wpisach można odnieść wrażenie, że główny bohater jest naszym kolegą; kimś, kogo znamy od zawsze. Kimś, z kim spędzaliśmy dzieciństwo / młodość / razem byliśmy na studiach.
Sposób, jak opisuje swoje położenie Mark Watney, powoduje, że śmiejemy się razem z nim i mamy wrażenie, że wszystko to, co ma wydarzyć się na kolejnych stronach książki musi wręcz prowadzić do szczęśliwego zakończenia.
I wtedy następuje pewien „myk” w narracji.

Książka nabiera nowego oblicza i czyta się ją z jeszcze większym zaciekawieniem i przyjemnością.

annotacio auctoris:
Z tego, co wiem, powieść ma być sfilmowana. Ciekaw jestem, co z tego wyjdzie. Mam nadzieję, że będzie lepiej niż w przypadku Pod skórą, gdzie film miał się nijak do książki.
Czas najwyższy zastanowić się nad czytnikiem książek elektronicznych. Wgapianie się w ekran jest mało komfortowe.
Wpis: 1 478.

Program współpracy z Laois County Council, Gateway

FÁS Portlaoise

Tuż przed Świętami dostałem kolejny list od DSP. Był to formularz zgłoszeniowy do programu Gateway, który otrzymałem i wypełniłem już raz, parę miesięcy wcześniej.
List przyszedł z notatką, by powpisywać co trzeba i odesłać do Laois County Council. Tak zrobiłem i jeszcze w zeszłym roku formularz powędrował pod wskazany adres.

Swoją drogą, formularz zawierał sympatyczne pytania. Np., „Czy jesteś gotowy/gotowa podjąć współpracę z County Council w ramach programu Gateway? Tak / Nie (miej na uwadze, że odpowiedź negatywna może wiązać się z zawieszeniem dotychczasowych świadczeń socjalnych)”.

Wczoraj dostałem ten formularz z powrotem. W międzyczasie, Laois County Council przesłał go do biur Intreo, tam wypełniono część urzędową i wysłano do mnie z kolejną notatką brzmiącą tym razem: „Zanieś do biur FÁS”.
Przy okazji cotygodniowej wizyty na poczcie wstąpiłem do FÁS.

Gdy zostałem zapytany o cel wizyty, wyjąłem papier i wytłumaczyłem, z grubsza, sytuację. Wtedy pani w recepcji zadała mi wyjątkowo podchwytliwe pytania: „Aplikujesz do Gatewaya, tak? Robiłeś to wcześniej? Byłeś już na rozmowie w County Council?”
Odpowiedź nie jest jednoznaczna.
Tak, składam dokument wyrażający moją gotowość do przystąpienia do programu Gateway. Tak, składałem taki dokument już wcześniej. Nie, nie poszedłem wtedy na rozmowę kwalifikacyjną do County Council. Problem w tym, że irlandzka biurokracja nie przewiduje takiej możliwości. Jeśli już ktoś złoży papiery na Gatewaya, to naturalną koleją rzeczy jest, że w niedługim czasie idzie na rozmowę i dostaje od County Council jakieś zlecenie. Nie można wysłać podania, a później nie pojawić się [na spotkaniu] i, w konsekwencji, nie przyjąć zadania. A tak było w moim przypadku (vide: Laois County Council).
Żeby jednak nie tłumaczyć się za gęsto, odpowiedziałem jedynie, że „nie, nie składałem wcześniej podania, a tym bardziej nie byłem na żadnej rozmowie” (co, jeśli pogrzebać w papierach, jest tylko połowiczną prawdą, ponieważ złożyłem te papiery kilka miesięcy temu, ale na rozmowę nie poszedłem, choć później, po kilku telefonach i krótkiej korespondencji dowiedziałem się, że County Council myśli, że byłem — chaos).

W każdym razie, w FÁS powiedziano mi, żebym nie przejmował się niczym, oni od teraz zajmą się moim podaniem. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Wpis: 1 477.

Zima zaskoczyła Portlaoise

Zima zaskakuje Portlaoise

Wpis: 1 476.