Kalendarz

Październik 2014
P W Ś C P S N
« wrz   lis »
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65555
  • Dzisiaj wizyt: 1

Miesięczne Archiwa: Październik 2014

Noc żywych awatarów

Ze zbioru: Halloween po polsku z roku 2011. Długawe, ale umiarkowanie zabawne i na zbliżający się Halloween jak znalazł.
Wal Sadow
Noc żywych awatarów
For Steve J.

Kolender odsunął rolety w oknie. Zbliżył twarz do zimnej szyby, oddzielającej go od ciemności. Refleksy światła uwięziły jego portret w szkle, pomiędzy ciepłym domem i nocą. Spojrzał w rozgwieżdżone niebo, jakby sprawdzał, czy u góry wszystko jest na swoim miejscu. Widok był niewyraźny. Przyłożył więc dłoń do czoła, aby osłonić oczy od sztucznego światła lamp ulicznych, i gdy dojrzał Wielki Wóz, przeniósł wzrok na wschodnią stronę nieba. Nadciągała stamtąd czarna płachta chmur, zakrywając z wolna gwiazdy i żółtą tarczę księżyca, wlokąc ze sobą ziąb i zgniłe jesienne szarugi.

Był już po kolacji. Przeciągnął się leniwie, jak stary znużony kot, i ziewnął, wydając błogi pomruk zadowolenia. Za chwilę zamierzał zniknąć w ciepłej pościeli. Zapaść się aż do następnego poranka w cudowny niebyt snu. Jednak, gdy opuścił wzrok ku ziemi, w kierunku cmentarza, jego senny nastrój prysł. Cofnął się od szyby, a potem twarz mu stężała, jakby coś nieoczekiwanego zakłóciło obraz wilgotnego mroku.
— Zamknijcie okna i drzwi! — wrzasnął na całe gardło do żony i córki, które powinny być teraz w kuchni, piętro niżej.

Zwykle o tej porze roku, wieczorami, okolica zamierała w ciemnościach. Oświetlana była tylko stalowa brama cmentarna, osadzona na grubych betonowych kolumnach, wokół których wiły się gęste ciemnozielone winorośle, otoczone latającymi cieniami nocnych motyli. Jak zawsze pod koniec października, na niektórych grobach paliły się już świeczki, wyrywając z mroku migoczące kręgi światła, zdradzającego zarysy nagrobków.

Żona, Dora Kolender, zapewne sprzątała mieszkanie. Lubiła to bardziej niż pracę w rodzinnym zakładzie. Stać ją było na sprzątaczki, ale porządkowanie, mycie, zamiatanie, sterylizowanie wypędzało z niej stres i toksyczne myśli. Lubiła sprzątać. Bez sprzątania by nie zasnęła.

Kolender, poruszając nerwowo mięśniami szczęk, oczekiwał w milczeniu na odzew z dołu. Ale nikt nie dawał znaków życia. W pośpiechu włożył spodnie. Zapinając po drodze pasek, ruszył szerokimi, kamiennymi schodami w dół. Żony w kuchni nie było. Wyciągnął z szafki pilota od bramy cmentarnej. Z salonu, który przylegał do kuchni, dobiegały jakieś stłumione głosy i szmery. Zaniepokojony, podszedł na palcach pod same drzwi. Nasłuchiwał w skupieniu, a potem pchnął je gwałtownie. Rozejrzał się uważnie po wnętrzu. Żona leżała na tapczanie. Na wznak. Z torebką lodu na twarzy. Podbiegł do niej.
— Nic się nie stało, kochanie, uderzyłam się, lekko, to z nosa… już przechodzi — wyjaśniła.

Odetchnął z ulgą. Coś jednak nie dawało mu spokoju, bo uderzając nerwowo palcami w dolną wargę, zapytał:
— Dora, dlaczego otwarłaś bramę?! Mówiłem ci tyle razy, żebyś zamykała— bo mogą wyjść!
— Zamknęłam! Może sama się otwarła? — wybełkotała spod kostek lodu.
Kolender zbliżył się do okna. Wycelował pilota w kierunku ledwo widocznego, otoczonego murem cmentarza. Wcisnął kciukiem funkcję „Zamknij”. Brama nie drgnęła. Potrząsnął pilotem. Cmentarz pozostawał rozwarty na oścież.
— Pilot zepsuty! Jeszcze tego brakowało… muszę teraz tam iść i zamknąć bramę ręcznie! — psioczył. — W nocy! W taką pogodę! Co za los!

Na dworze rozległo się nagle gardłowe warczenie jego rottweilera. Potem krótka cisza. I wybuch ostrego ujadania, jakby za moment miał kogoś zagryźć. Po chwili dołączył żałosny skowyt drugiego rottweilera— przeszedł szybko w cichnące rzężenie. Kolender zamarł. Takie odgłosy ścinają krew w żyłach każdego właściciela samotnej willi. Odrzucił pilota na stół i wybiegł na podwórko. Pierwszy pies, przywiązany łańcuchem do ściany domu, obnażył kły, toczył pianę z pyska i rwał się w kierunku mokrych krzaków zarastających ogród. Nie widać było jednak drugiego psa, który wiązany był z przeciwnej strony domu.

Kolender zmrużył oczy. Otarł z czoła pierwsze krople deszczu. Rozejrzał się. Jego wzrok spoczął na siekierze do rąbania drewna, opartej o budę psa. Chwycił ją w prawą dłoń i pobiegł z powrotem do domu. Wpadł zdyszany do salonu. Przycupnął na brzegu tapczanu obok żony i wyciągnął rękę, aby pogładzić jej twarz. Ręka przeszła przez głowę na wylot. Poderwał się gwałtownie, cofnął o krok, uniósł siekierę aż za plecy i uderzył z całych sił w szyję. Krew nie buchnęła. Nad łóżkiem sypnął snop iskier. Przeciął kabel, wychodzący z tyłu jej głowy. Sylwetka żony zadrżała, zatrzęsła się i w jej miejscu na tapczanie pokazał się ludzki szkielet. Po chwili znikł. Kolender poodcinał następnie przewody, które prowadziły do pokoju — zasilanie, modemy, światłowody.

Słysząc trzaski i uderzenia siekiery, córka, Karolcia, prze¬rażona zbiegła na dół.
— Nic się nie stało, kochanie, idź lepiej do babci — rzucił Kolender uspokajająco. — Policja musi coś sprawdzić na cmentarzu.
Nie chciał jej straszyć.
— Gdzie jest mama? — zapytała.
— Nie wiem, gdzieś wyszła &mdashl; odparł, patrząc w podłogę.
— Tata, czy ty w ogóle pamiętasz, że jutro wszyscy się przebierają, wypuszczają awatary, wychodzą z domów?… Daj mi na prezenty, słodycze, owoce, może nas odwiedzić dużo ludzi i awatarów.
— Nie wychodź juro z domu! — rzucił, przełykając pośpiesznie tabletkę uspokajającą.
— Nie bądź taki! Postraszymy przynajmniej kilku sąsiadów — rzuciła błagalnym tonem córka.
— Moje Halloween już się zaczęło — burknął pod nosem.

Teraz obiegł dom. Pozamykał własnoręcznie wszystkie okna, drzwi, włazy na strych i do piwnicy. Na dworze znowu wybuchło wściekłe ujadanie rottweilera. Nasłuchiwał chwilę, po czym pobiegł do wyjścia, wkładając po drodze sportową kurtkę i czapkę. W ostatniej chwili, zawrócił i pobiegł do pokoju córki. Stanął przed nią i ściskając w jednej ręce siekierę, drugą ręką pogłaskał ją po głowie. Córka patrzyła zdziwiona i przerażona. Tym razem jego ręka nie przeszła na wylot. Poczuł ukochaną, ciepłą główkę i jedwabiste włosy. Pocałował ją w czoło i dopiero teraz wybiegł na podwórko. Głaszcząc szczekającego psa, zadzwonił do mnie.
— Zabezpiecz i monitoruj komputery w willi… wszystko, co ma procesor — powiedział — bramy cmentarza nie chcą się zamknąć, idę sprawdzić, co się tam dzieje.
A kim ja jestem? Kim jestem, oprócz tego, że opowiadam historię Kolendra? Jestem administratorem sieci komputerowej w ich rodzinnej firmie. Wszechobecnym i wszechwiedzącym adminem.

Kolender nie wierzył w duchy. Był materialistą, intelektualistą i racjonalistą. Ale tamtego dnia do bramy cmentarnej zbliżał się powoli i ostrożnie. Mimo, że był ekspertem od awatarów, czuł się nieswojo i gdy dotarł do miejsca, dobrze już oświetlonego przez miejską latarnię, odetchnął. Brama widoczna była z oddali. Pośrodku prawego betonowego filaru wisiała kwadratowa tablica Cmentarz pod nadzorem Zakładu Pogrzebowego „Wieczny Pokój”.

Dobrze, że się odważył zamknąć wtedy cmentarz. „Ratunku, ratunku”, usłyszał stłumiony głos, dobiegający z kostnicy, usytuowanej tuż za bramą, gdy ryglował zamek. To był najwyraźniej głos Dory, jego żony. Rozejrzał się uważnie wokoło i ruszył do niskiego, ceglanego baraku. Głos dobiegał z trumny ustawionej na katafalku. Bez chwili wahania odsunął wieko. Jej mina wyrażała zarówno strach, jak i zdziwienie.
— Zasnęłam w pokoju, na łóżku i ocknęłam się we wnętrzu tej trumny — rzuciła.
— Już dobrze! Już dobrze! — uspokajał ją Kolender.
Zatrzaskując drzwi kostnicy, zrozumiał wreszcie, że sprawy przybrały poważny obrót. Na domiar złego, tuż obok usłyszeli płacz dziecka. Nie miało jeszcze roku, leżało wśród chryzantem i wieńców, na marmurowej płycie grobu. Był to już trzeci taki przypadek. Odważył się wtedy tylko zrobić test ręczny na awatara. Dotknął nóżki dziecka. Było żywe. Rozejrzał się wokoło i w popłochu popędzili do domu.

Lech Kolender był informatykiem i nie miał nic wspólnego z biznesem pogrzebowym. Odziedziczył firmę po stryju Maurycym, który założył ją w ciężkich czasach kryzysu i bezrobocia. Zakład pogrzebowy „Wieczny Pokój” zaczynał od jednego nędznego pokoiku w pobliżu szpitalnej kostnicy. Stryj zaczął od mycia nieboszczyków, czesania, ubierania, wycinania włosów z głowy, twarzy i uszu. Potem zajął się też przechowywaniem zwłok, spalaniem, grzebaniem, odkażaniem, hibernacją. Po latach dodał załatwianie wszystkich formalności pogrzebowych, a na koniec pełne zarządzanie cmentarzami.

Lech, gdy tylko poznał trochę bliżej procesy biznesowe, zachodzące w czasie pomiędzy śmiercią człowieka a złożeniem zwłok do grobu, napisał program komputerowy, który wszystko zautomatyzował, zoptymalizował i przyspieszył. Program gromadził i przetwarzał informacje o trumnach, urnach, wieńcach, świecach i formalinie, rejestrował wagę, wzrost, wiek, płeć, pobierał próbki DNA, porównywał, sugerował, wnioskował, szacował, monitorował, alarmował i planował.

Ale to były tylko skromne początki. Lech Kolender stworzył wkrótce coś, co zmieni bieg historii: awatara cmentarnego. Alternatywna nazwa: awatar grobowy. Komputerowa kopia zmarłego człowieka. Cyfrowa imitacja konkretnej osoby. Rozwinął po prostu ideę zwykłego awatara, którego każdy człowiek ma w Internecie, w serwisach społecznościowych. Do tego dodał usługę utrzymania programu komputerowego, sterującego awatarem, na serwerze internetowym.
— Może i trochę przerażające, ale to epokowy wynalazek — zwierzał się żonie. — Każdy, idąc na cmentarz, będzie teraz mógł spotkać się ze zmarłymi, jak z żywymi… pogadać, powspominać. Awatar będzie wierną kopią męża, żony, matki, brata, babci, przyjaciela… w każdym grobie zainstalujemy serwer, rzutniki hologramów i gadżety. Dzięki awatarom zmarli będą nadal udzielać się w Internecie, mogą pozostać na forach dyskusyjnych, w Facebooku i w Google. Każdy będzie mógł do nich wysyłać e-maile. Nikt nie odejdzie całkowicie, definitywnie i nieodwołalnie z tego świata.

I tak to właśnie się zaczęło. Cmentarze zaroiły się od awatarów. Nie wolno im było wychodzić poza obręb murów cmentarnych, ale w środku miały prawo ukazywać się w pobliżu swojego grobu oraz spacerować alejkami, w godzinach od szóstej rano do dwudziestej drugiej. Czasami było tu tłoczno jak w centrum miasta. Interes szedł więc doskonale. Dopiero teraz, w ostatnich dniach zaczęły się pojawiać na cmentarzach te pokręcone i pokiereszowane noworodki.

Dziennikarze coś wywęszyli i nie dawali mu spokoju. Uciekając przed nimi, tego wieczoru, gdy ktoś uprowadził żonę do kostnicy, musiał skoczyć przez płot i skręcił nogę w kostce. Ale Rebeka Kot, reporterka z CNN, która przyjechała z kamerzystą, i tak go dopadła. Na podwórku. Nie miał wyjścia, zgodził się na wywiad w scenerii cmentarza. Tego wieczoru poszedł więc tam jeszcze raz. Padał rzadki jesienny deszcz, wiatr naniósł wcześniej dywanik suchych liści, które rozkładały się teraz, rozsiewając wzdłuż alei gorzką, duszącą woń gazów gnilnych.

Gdy tylko przekroczyli granice cmentarza, Rebeka omiotła wzrokiem zarysy grobowców, czarne kikuty rzeźb nagrobnych i plątaninę gałęzi. Wyraźnie straciła pewność siebie, przeszła jej zawodowa ciekawość i bezczelność, z której była znana.
— Wierzy pan w duchy? — zadała mu spontaniczne pytanie, trzęsącymi się już lekko wargami.
— Nie ma duchów, oprócz awatarów — odparł, zatrzymując się przy wilgotnej ścianie szarego grobowca.
Na cmentarzu działo się już coś dziwnego. Zaczynało się więc na oczach mediów. W zimnym wilgotnym powietrzu przelatywały cienie, nagłe rozbłyski bladego światła, poprzez szum wiatru i deszczu dolatywały do nich strzępy urywanych zdań. I dopiero teraz dostrzegli, że w gęstniejącym mroku, przy każdej mogile pojawiły się te żółte ślepia. Przy grobach wzdłuż głównej alei zauważyli nietypowe, czworonożne awatary. Szczerzyły kły i szarpały się na łańcuchach, jakby chciały się do nich dobrać.
— Zajebiście! — rzucił kamerzysta.
— Nigdy nie robiłem psich awatarów na groby! Co to, kurwa, jest? — wycedził Kolender, wpatrując się w zarośla, które zaroiły się od setek par błędnych ogników.
Nie, nie czekali, co będzie dalej. Strach wziął górę nad ciekawością. Wybiegli w panice, nie oglądając się za siebie. Wydawało im się, że gdzieś w środku cmentarza część awatarów zerwała się z łańcuchów i pędziła za nimi aż do samej bramy. Zatrzymali się dopiero na parkingu.
— Do bani z taką technologią! Gdzie jest ten wasz przyjazny cmentarz? — jęknęła Rebeka, dysząc ciężko. — Uciekam do domu, zamykam drzwi i wchodzę pod łóżko!
— Te stwory rzucały cień! — rzucił podekscytowany kamerzysta, patrząc uważnie na Kolendra.
— Nie całkiem… półcień… nie wiadomo do końca… to skomplikowana technologia — cedził słowa, a po chwili milczenia dodał: — Cień też można wygenerować.

Następnego dnia, jeszcze przed południem, Kolender dostał wezwanie na policję. Ale noga mu tak spuchła w kostce, że stawiając stopę na ziemi syczał z bólu. Nie miał wyboru. Wyciągnął z szafy na strychu stare szczudło i wyszedł. To był ponury dzień. Ciemne niebo przybliżyło się do ziemi, spłaszczając świat. Zapanował przygnębiający, klaustrofobiczny nastrój. Wiatr pędził nieskończony dywan chmur, z którego siąpiła przenikliwa wilgoć. Kolender oparł się na szczudle i wyciągnął z kieszeni iPhone’a. Wciskał kolejno kolorowe ikonki poczty, pracy grupowej i trybu głosowego. Ale żadna ikona nie działała, jakby system się zawiesił. Zmarszczył czoło, trzasnął drzwiami samochodu i pomknął zatopionymi w deszczu ulicami na policję.

— Czy spotkał pan wcześniej podobne przypadki porzuconych noworodków na cmentarzu? — zapytał policjant, który przesłuchał już kilka osób w związku z wczorajszą zbrodnią.
— Nie… to znaczy, nie, nie takie — Kolender zaczął się plątać. — Miałem do czynienia z dwoma podobnymi przypadkami. Ale tamte zaraz znikły, zanim zdążyłem wezwać pogotowie…
Okazało się, ze policja sprawdziła wszystkie możliwe dane o zaginionych dzieciach, kryminalne bazy danych i zgłoszenia z całego kraju.
— Nigdzie nie zniknął żaden noworodek. Ani duży, ani mały — rzucił policjant i celując w niego palcem dodał: — Powiem panu coś! Noworodek ma DNA osoby, która już dawno zmarła!

Rozwiązując w głowie łamigłówkę, dotarł w końcu do firmy. Na biurku zapachniała filiżanka gorącej kawy. Rzucił szczudło na stolik konferencyjny i zagnieździł się wygodnie w fotelu. Otoczony komputerami, gadżetami i elektroniką, jak w kokpicie statku kosmicznego, wciągnął woń arabiki. Wiedział, że jeżeli w ogóle opanuje sytuację, to tylko z tego miejsca. Siedząc wśród swoich komputerów, czuł się jak współczesny demon, który ma moc rzucania klątwy, wciskając „Delete” albo „Enter”. Zaczął od przeglądu maili. Jeronimo Putnamm, właściciel galerii Arkadia, zaprosił go dzisiaj na imprezę Halloween w centrum handlowym. Miał zainwestować w budowę największego na świecie awatarium w Chinach. Kolender nie mógł mu więc odmówić. Spojrzał na zegar. Święto w Arkadii zaczynało się za godzinę.

Wszedłem bez pukania. Jako admin „Wiecznego Pokoju”, musiałem mu przekazać wieści o tak poważnym zagrożeniu bez względu na okoliczności.

— To nie tylko Powązki! Nie mam kontaktu z serwerami na Perlachais, na cmentarzu w Warwick i czterech cmentarzach w okolicach Amsterdamu. Cały system jest przeciążony, procesory pracują na pełnych obrotach, bez wyraźnej przyczyny.
Oczy Kolendra pokrył lepki lęk, jakby domyślał się już, co z tego wszystkiego może wyniknąć. Powiedział mi wtedy, że zajmie się tym później. Najpierw idzie do Arkadii, a potem na cmentarz.
Po chwili uniósł głowę znad monitora i patrząc z namysłem w biały sufit, szepnął do siebie:
— Przecież iPhone’y nigdy się nie zawieszają.

Przecisnął się przez skłębiony przy wejściu do galerii tłum ludzi, którzy bawili się już w najlepsze. Wchodząc na ruchome schody, minął szyld „Strefa Halloween” i dwóch bladych topielców z wywieszonymi jęzorami i szuwarami we włosach. Za cukiernią Pod Amorem ujrzał Frankensteina, biegającego za ekspedientką w sklepie z kawą i herbatą. Rozjuszony potwór dopadł ją, wyrwał jej głowę, chyba razem z płucami i wrzucił do kosza na śmieci. Kolender pokiwał głową z niesmakiem. Posadzki i szyby wystawowe galerii zbroczone były czerwonym smugami i zaciekami. W przejściach i na schodach walały się ludzkie części — głowy, ręce, zakrwawione serca i wątroby. Nie czuł się tu dobrze. Nie podobało mu się tu. Coś niejasno świtało w jego głowie. Wszedł w końcu do biura Jeronimo Putnamma. Ostrożnie uchylił drzwi gabinetu. Potentat wisiał nad swoim wielkim biurkiem na haku wbitym w sufit. Miał rozprutą na brzuchu koszulę, spod której wystawały dymiące wnętrzności. Kolender wycofał się z niesmakiem. Sam nie miał żadnego przebrania i postanowił jak najszybciej wydostać się z tego miejsca.

Inscenizacje śmierci trwały na całego. Krwawa orgia z wolna opanowywała tu wszystkich. Kolender zauważył, że wiele osób, przemykających ciągami komunikacyjnymi, ma w oczach strach. Byli, podobnie jak on, całkowicie zdezorientowani. No cóż, wirtualna rzeczywistość, hologramy i technologie awatarów zrobiły ogromny postęp w ostatnich latach.

Kuśtykając niezdarnie do wyjścia, wdepnął w leżący na podłodze ludzki mózg. Szara miazga przywarła do buta. Pochylił się i oczyścił chusteczką zelówki. Spory zwój przylgnął mu do dłoni. Ścisnął więc odruchowo, a spomiędzy palców wycisnęły się szare gluty, jak pasta do zębów z tubki.
— Nieodróżnialny od prawdziwego — jęknął pod nosem i zakręciło mu się w głowie.
Nie miał już pojęcia, kto tu jest kim. I co tu się tak naprawdę wyprawia. Ogarnął go lęk. Ruszył do wyjścia. Biegł, podpierając się kulą. Szukał najbliższego wyjścia. Wymachiwał szczudłem, odpędzając zbliżające się do niego straszydła.
Strach ściskał mu gardło, ale zwolnił. Zabrakło mu tchu. Przystanął na chwilę przed galerią Madamme Pommers, aby zaczerpnąć powietrza. To wtedy wśród rzędów sztucznych futer zwisających z przeładowanych wieszaków dojrzał głowę diabła. Ich oczy spotkały się. Diabeł wbił w niego przenikliwe ślepia. Odruchowo zamachnął się na niego szczudłem. Czarny kostyczny pysk wyszczerzył białe kły. Kolender przekrzywił głowę, jak zdziwiony ptak i cofnął się o krok. Poczuł wyraźny swąd siarki. Szatan, patrząc na niego, wyciągnął iPhone’a i coś wpisał, potem kliknął i schował go. W tym momencie Kolender dostał sygnał sms-a. „Lucyfer rulez”. Zły przewiercił go wzrokiem i zachichotał, aż zatrząsł się cały rząd futer. Kolender opuścił posłusznie uniesione szczudło. Wtedy nie miał wątpliwości, że tam, wśród futer, siedział prawdziwy diabeł. Uciekając na dwór powtarzał pod nosem: „Lucyfer rulez? Lucyfer rulez?”.

Z nieba nieustannie leciała mżawka. Ogarnął go ziąb.
— Co to wszystko, kurwa, ma znaczyć?! Nigdy nie widziałem takich awatarów! — krzyknął, uderzając w kierownicę samochodu, po czym wyciągnął iPhone’a i z trudem udało mu się napisać sms-a do żony. Wydawało mu się, że trwa to wieczność. iPhone działał w żółwim tempie, coś makabrycznie obciążało jego procesor, ale jeszcze działał.
— Zabarykaduj okna i drzwi! Chyba wyszły! Są jakieś dziwne!
Nacisnął gaz i z piskiem opon pomknął na cmentarz.

Zaparkował samochód na rogu uliczki prowadzącej do cmentarza. Z daleka, w perspektywie szerokiej alei, wysadzanej kasztanami, ujrzał skotłowane tłumy straszydeł, które zebrały się przed bramą i wlewały się na obszar nekropolii. Kilkaset metrów dalej zaczynało się pole kukurydzy, które przylegało od południa do samego cmentarza. Przedarł się przez gęste, namoknięte badyle i od razu przywarł do ziemi. Od bramy pędził korowód dziwnych postaci. Po chwili, na czele ujrzał Rebekę, a za nią zgraję awatarów. Miały kosmate pyski, owłosione mordy, owrzodziałą i pokrytą liszajami skórę.
— Musimy uciekać na cmentarz… mam tu ukryte przejście — rzucił Kolender i niewiele myśląc, pociągnął Rebekę za rękę w gęste krzaki.

Wyskoczyli z wysokich zarośli tuż za murem, ale i tu panował już ożywiony ruch. Widzieli to na własne oczy. Z długiego szeregu grobów odsuwały się kamienne płyty i wychodziły z nich chude szkielety, powleczone tylko pergaminem butwiejącej skóry. Tuż obok wykopany był świeży dół, obok niego wznosiła się ciemniejąca sterta zwłok, od których bił fetor, zatykający dech. Zakapturzony stwór rozcinał worki z wapnem i wrzucał je do dołu, wzbijając w powietrze białe tumany.
— Wynoś się stąd, dobry grabarzu! Nie marnuj żarcia! — wołały do niego kościste zjawy, machając wyblakłymi kończynami.

Kolender odwrócił głowę. Usłyszał mlaskanie, skowyty i trzask łamanych kości. Nie mógł już dłużej powstrzymać drżenia łydek, z obrzydzeniem przełknął ślinę w zaschniętym gardle. Rebeka wybałuszyła oczy i nie mogła wydusić z siebie słowa. Tuż obok spadła ludzka głowa. Poruszała ustami, jakby brakowało jej powietrza i patrzyła na nich zdumionym wzrokiem, mrugając rzęsami, jak odlatujący motyl.
Szczękając zębami, Rebeka zadała na pozór proste pytanie:
— To nie awatary… prawda?!
Kolender, przełykając ślinę udrożnił gardło.
— To chyba awatary… tylko trochę inne.
Wycofali się na drugi skraj zarośli, gdzie nie grasowało jeszcze tyle stworów.
— Jeżeli to nie są awatary, to po nas — jęknęła Rebeka.
— Mam pomysł. Musimy się wysmarować ropą z trupich ran… obkleić strupami, nie wyczują nas — rzucił Kolender.
Widząc jej zbolałą minę, dodał:
— Jeżeli chcesz przeżyć, to rób to samo, co ja.
Obok w wysokiej trawie dostrzegł, jednego z wielu walających się tu porzuconych trupów. Pochylił się nad korpusem, nabrał w obie garście gnijącą miazgę i wysmarował sobie twarz, głowę, szyję i ubranie. Rebeka, niewiele myśląc, poszła w jego ślady. Teraz mogli wyjść na otwartą przestrzeń cmentarza. Po drodze wylali jeszcze na siebie wiadro krwi, które ktoś postawił na cembrowinie studni.

Teraz nie różnili się od korpusów, walających się wzdłuż alejki i biegających wokoło awatarów. Na cmentarzu wszystko się już kotłowało. Idąc, mijali te niby-awatary, trupy-nie-trupy. Największy tłum zebrał się na skrzyżowaniu z główną alejką. Na szczęście ich halloweenowe przebranie działało — nikt ich nie zaczepiał. Utytłani truchłem i utaplani krwią, weszli na wąskie, udeptane ścieżki między grobami. Powoli, aby nie wzbudzić podejrzeń, przesuwali się na przeciwległą część skrzyżowania.

— Witam, panie Kolender! — usłyszeli nagle ściszony głos.
Odwrócili się jak na komendę. Ale ujrzeli tylko wielką dynię z wyciętymi otworami na oczy i usta.
— Jestem profesor Wolter — spod skorupy dobiegały niewyraźnie, stłumione słowa. — Nie od razu pana poznałem… w tym stroju.
Teraz dopiero Kolender skojarzył głos z osobą Jana Woltera, cenionego naukowca z Uniwersytetu Humboldta, który podniósł badania awatarów do poziomu ważnej gałęzi nauki. Kolender wykorzystywał jego prace teoretyczne w praktyce biznesowej. Profesor Wolter projektował też najbardziej zaawansowane technologicznie awatary dla „Wiecznego Pokoju”.
— Zebrały się tu dzisiaj najgorsze męty z wszystkich cmentarzy świata — rzucił konspiracyjnym tonem. — To jakieś nowe bestiarium: wskrzeszone klony, awatary i hybrydy… ogród awatarologiczny, bogactwo okazów, różnorodność biologiczna i technologiczna w całej okazałości, synteza i synergia informatyki i biologii. Krew i procesory…

Kolender stanął na nagrobku. Przez ramię Woltera dostrzegł trzy strupieszałe awatary, siedzące na płycie wielkiego grobowca rodziny Keitelów. Przed nimi przesuwała się kolejka kilkunastoletnich dziewczyn z odkrytymi głowami i obnażonymi piersiami. Miały związane z tyłu ręce.
— Ta do wapna! Ta do grobowca! Tę zjemy!
— Dziewice — szepnął profesor, podążając za wzrokiem Kolendra.
— Panie profesorze! Czy to wszystko jest… dzieje się naprawdę?! — zapytała drżącym głosem Rebeka.
Profesor Wolter łypnął na nią z ciemnych oczodołów dyni, myślał przez chwilę, po czym odparł:
— Nie miejcie raczej nadziei! Raczej nikt nie wyjdzie stąd żywy!
— Nie, nie— to są awatary, to jest tylko gra, której na razie nie rozumiemy. Być może zmarli w ten sposób obchodzą Halloween? — przerwał mu Kolender.

Profesor Wolter rozejrzał się uważnie wokoło i wyjaśnił im swoją pesymistyczną prognozę. Według niego awatary wykorzystały serwery i system zarządzania cmentarzami „Wiecznego Pokoju” i zaczęły się samoistnie klonować. Na cmentarzach wrzało już od dłuższego czasu. Zaczęło się od cichego buntu, który przerodził się w otwartą rebelię. Narodziła się w nich nieodparta chęć prawdziwego bycia, ogarnął je ślepy pęd do istnienia. Nie odpowiadało im nudne życie na dyskach twardych, awatary chcą się zmaterializować. One potajemnie pobierały próbki genów ze zwłok swoich nieboszczyków. Potrafią obsługiwać komputery i automaty. Zakupiły aparaturę, urządzenia do klonowania, mają do dyspozycji wiele miejsca w grobowcach.

— Doszło do jakiegoś sojuszu komputerów z trupami, czy coś w tym rodzaju. Groby zamieniły się w wylęgarnię awatarów nowej generacji. Uruchomił się proces powszechnego zmartwychwstania… zmarli jak ziemia długa i szeroka podnoszą się z grobów — mówił profesor. — Nie wiem, niestety, co będzie dalej.
Nagle, ni stąd, ni zowąd, podbiegły chyba ze trzy awatary chwyciły profesora za ręce i nogi, zdjęły mu dynię z głowy i bezceremonialnie wrzuciły go do dołu z wapnem, wykopanym przed grobowcem Keitelów.

Lech Kolender nie był ciekawy dalszego rozwoju wypadków na swoim cmentarzu. Już wcześniej, widząc kolejkę młodych dziewczyn, natychmiast pomyślał o domu, rodzinie i córce. Zawładnął nim teraz tępy niepokój. Myśl o pozostawionej samotnie rodzinie, przewyższyła w końcu strach przed cmentarnymi stworami. „Nikt nie wyjdzie stąd żywy?”, szepnął pod nosem, z przekorą w głosie, jakby chciał dodać sobie trochę pewności siebie. Machnął tylko ręką na pożegnanie do Rebeki Kot, pochwycił szczudło i pognał na przełaj poprzez groby na kraj cmentarza.

Stojąc już przed domem, dostrzegł, że z cmentarza ciągną w kierunku osiedla domków jednorodzinnych, wśród których była i jego willa, watahy tych świeżo wskrzeszonych pojebów. Najbardziej przeraził go widok łanu kukurydzy, rojący się wprost od żywych trupów. Ich ślepia świeciły na czerwono, a wielkie łby wystając ponad żółte kolby, kołysały się leniwie w lewo i w prawo. Nad polem, na zachmurzonym niebie unosiły się, jak ławica cmentarnych ptaszydeł, tysiące chińskich lampionów w kształcie czaszek, oświetlając trupim blaskiem okolicę.

Dostrzegł, że pierwsze osobniki zbliżają się już do jego domu. Wpadł na werandę. Drzwi były zaryglowane. Zastukał nerwowo. Żona nie otwierała. Spojrzał na ubranie i zrozumiał dlaczego. Chwycił szlauch ogrodowy i puścił na siebie strumień wody. Woda chlusnęła mu tylko w twarz i przestała lecieć. Rzucił węża w trawę i obejrzał się. Jakiś pojedynczy zasuszony korpus otwarł już furtkę i szedł w jego stronę. Schylił się do psiej budy, z której rotweiler wystawił łeb, warczał i szczerzył kły. Spuścił go więc z łańcucha i krzyknął „bierz go!”. Ale pies zaskomlał tylko cicho, podkulił ogon i uciekł gdzieś w chaszcze ogrodu. Kolender zaczął walić pięścią w drzwi, aż go ręka zabolała. Czuł już na plecach ciepły trupi odór. Dopiero w ostatniej chwili żona odchyliła zasłonę i pośpiesznie wpuściła go do środka.

Zatrzasnęli drzwi. Córka i żona rzuciły mu się na szyję.
— Dziękuję ci, tatusiu, że przyszedłeś. Uratujesz nas, prawda?!
Kolender podrapał się tylko po głowie i natychmiast zabrał się do barykadowania drzwi. Do żony krzyknął, aby przysunęła szafę do okna. Gdy tylko uporał się z głównym wejściem, zatarasował kolejno okna na piętrze. Potem zszedł na dół i przesunął przedwojenną komodę na drzwi prowadzące do piwnicy.

— Nic nie działa… telefony, internet, komputery — wyjaśniła i wycierając pot z czoła, dodała:
— Nie wierzyłeś w duchy i w życie pozagrobowe… i co teraz powiesz!?
— Bo dotąd nie było duchów, pojawiły się dopiero teraz… z komputerów i komórek! — rzucił Kolender i pokuśtykał do kuchni, pozostawiając za sobą mokry ślad z ociekającej z niego mieszaniny wody, krwi i ropy.

Córka siedziała pod stołem. W ekranie telewizora zobaczył kątem oka znajomą twarz sekretarza generalnego ONZ Baldwina Millera.
— Ludzkość jest niepokonana — wołał z ekranu sekretarz generalny ONZ — Zwyciężymy!
„Hmm!” — skomentował Kolender. Zatrzymał się jednak na moment, aby go posłuchać. Obraz zaczął jednak migać i pojawił się śnieg, więc ruszył dalej. Gdzieś za oknem rozległ się żałosny skowyt psa. Był długi, przeciągły, gardłowy i nagle ucichł.
— Boję się! — zawołała Dora.
— Musimy wierzyć, że tam za oknem biegają tylko nasze programy komputerowe! — rzucił łamiącym się głosem.

W tym samym niemal momencie usłyszał dziwny rumor, dobiegający z pokoju, w którym leżała sparaliżowana teściowa. Włosy stanęły mu dęba. Zakradł się na palcach i zajrzał przez dziurkę od klucza. Awatar pochylał się nad babcią i wbijał zęby w jej udo. Nie czuła oczywiście bólu, bo była sparaliżowana od głowy w dół. Drugi zbliżył się do jej twarzy, jakby sprawdzał czy ona w ogóle żyje. Pierwszy wypluł mięso na podłogę.
— Niedobre to mięso!
Nagle drugi zaczął odrywać kable łączące jej głowę z komputerem, a pierwszy zabrał się do wyrywania jej rąk. Kolender nie wytrzymał. Nie panował już nad sobą. Otwarł nagle drzwi. Wpadł do środka i zaczął ich okładać z całej siły szczudłem, aż poleciały z nich na podłogę strzępy zgniłego mięsa, a na ścianach wykwitły bryzgi zielonkawej ropy.
— Ty pierdolony truchłojadzie! Zostaw moją teściową! — wrzeszczał wniebogłosy.
Na szczęście żona słysząc krzyki wpadła ze strzelbą myśliwską. Wycelowała z zimną krwią pomiędzy mętne oczyska. Rozległ się jeden, a zaraz potem drugi strzał. Kolender wybiegł i za moment wrócił w żółtych gumowych rękawiczkach. Chwycił najpierw jednego, potem drugiego pod ramiona i wyrzucił ich ścierwo na dwór przez otwarte okno.

I ledwie odwrócił się na chwilę, aby strzepnąć krople truchła z policzka, a przez okno do pokoju gramolił się już kolejny niby-awatar. Włożył już palce między futrynę i ramę. Kolender, niewiele myśląc, zatrzasnął gwałtownie okno. Rzucił okiem przez szybę i naliczył ponad dwadzieścia cieni, wałęsających się po podwórku i ogrodzie. Nie miał już innego wyjścia. Zniósł z piwnicy stertę desek i zabił nimi wszystkie okna. Przybijał gwoździami bezpośrednio do futryn.

Potem znowu zerknął przez szparę między deskami.
— Szyt! — rzucił pod nosem.
Dostrzegł tam stryja Maurycego, po którym odziedziczył zakład pogrzebowy, z rodziną. Krążył wokół domu szukając jakiejś dziury przez którą mógłby się wśliznąć do środka. Kolender zbliżył się do wąskiego okienka, które służyło jako zapasowy wywietrznik, odgiął dwa gwoździe, pociągnął deskę, ta skrzypnęła przeraźliwie… Stryj Maurycy stał tuż obok więc powoli odwrócił głowę.
— Ty… jesteś… moim… bratankiem… Zabrałeś… mi… wszystko… Oddaj… mi… moje… cmentarze! — cedził słowa, jakby działał w trybie oszczędzania energii.
— Ty nie żyjesz! Ja odziedziczyłem cmentarze. I dziękuję ci za to! Rozwinąłem je jeszcze bardziej!
— Wróciłem… zostałem wskrzeszony… Oddaj mi, co moje!
— Mam twój akt zgonu! Sąd i prawo są po mojej stronie.
— Nie ma sądu… Nadeszły… nowe… porządki… — wydusił z siebie Maurycy i bezceremonialnie zaczął się wdrapywać po rynnie do wywietrznika.
Kolender zamknął oczy, walnął go deską w głowę i czym prędzej zatrzasnął okno, przycinając, tym razem stryjowi palce.

Kolender wbiegł na moment do swojego pokoju, z nadzie¬ją, że zadziała jakiś komputer i wejdzie do Internetu. Niestety, wszystkie włączały się wprawdzie, ale żaden nie mógł wykonać najprostszej operacji. Zwykłe przesunięcie kursora myszki trwało wieczność.
— No dobrze, potwory, krew, klony-ludojady, to wszystko rozumiem… to mogę zrozumieć! — rzucił do żony, która zmywała mopem podłogę. — Ale dlaczego nie działa mój osobisty komputer!? To jest naprawdę straszne!

Wkrótce okazało się, że nie działają już żadne telefony, nie ma wody ani gazu. Wiedział teraz jedno: musi przetrwać do rana. Rano na pewno nadejdzie pomoc. Chodził więc od okna do ona i sprawdzał, czy jego konstrukcja wytrzyma napór nocnych mar. Potem zgasło światło i musiał zapalić świeczkę. Wyjrzał przez szparę w oknie. Zrobiła się już szarówka. Ponura aura. Wiatr gnał niskie chmury, ale deszcz ucichł. Wiedział, że niedługo wstanie dzień. Wydawało mu się, że przysnął na moment, ale szybko się otrząsnął. Usłyszał krzyk pierwszych ptaków. Na dworze rozległy się jakieś wrzaski. Zauważył, że wśród straszydeł wybuchła panika. Uciekały aleją w kierunku bramy cmentarnej. Nad polem kukurydzy niosło się krakanie wron.

Od przeciwnej strony jechał ulicą wielki samochód cysterna. Sunął wolniutko, rozpryskując wokoło fontannę połyskującej cieczy. Przyglądał się z zaciekawieniem. Gdy cysterna podjechała bliżej, dojrzał na jej metalicznym kadłubie trupią czaszkę i wielki czerwony napis: „Formalina”. Awatary znikały masowo. Zza szpary między deskami widać było, jeszcze tylko gdzieniegdzie, na polach, stąpającą ciężko postać nieboszczyka. A ulica zasłana była, wzdłuż i wszerz, trupami awatarów, klonów, ludzi i robotów.
— Dzięki ci, Panie, za to, że stworzyłeś formalinę! — szepnął i przeżegnał się po raz pierwszy w życiu.

Odetchnął z ulgą. Na niebie nie pokazało się wprawdzie słońce, ale ciemności wyraźnie poszarzały. Od wschodu biła żółta zorza. Nadchodził świt.
— Kochani! Już dzionek! — zawołał do żony i córki, które spały, przytulone pod stołem kuchennym. — Przeżyliśmy… jesteśmy uratowani! Wszystko się dobrze skończyło!
— To dobrze! Wspaniale! Dzisiaj jest już Pierwszy Listopada, Święto Zmarłych — rzuciła żona, otwierając zaspane oczy.
Opowiedział im w skrócie przebieg drugiej części nocy.
— Tato, a do czego służy formalina?
— Formalina ścina białko! — odparł i uśmiechnął się.
— Dzięki ci, tato, że nas uratowałeś! — rzuciła spod stołu i ponownie zamknęła oczy, zasnęła, tym razem odprężona.

Kolender był zadowolony. Nadal nie działały jednak komputery i komórki. Gdyby nie to, poszedłby już wreszcie spać. Kręciło mu się już w głowie ze zmęczenia. Wtedy pojawiłem się ja. Rzucił mi się na szyję. Nie dziwiłem się tej reakcji po tylu traumatycznych przejściach.
— Cieszę się, że nic ci się nie stało! — zawołał.— Naprawimy komputery i idziemy spać. A potem kilkudniowy urlop.
— To nie koniec tej historii! — rzuciłem. — To dopiero początek… Nie jest dobrze, panie Kolender!
Nie chciałem go oszukiwać. Lada moment sam by to odkrył.
— Tej nocy narodziły się najgroźniejsze stwory, mary i potwory, jakie można sobie wyobrazić… Awatary podlegają ewolucji, panie Kolender. Wszyscy o tym zapomnieli.

Kolender spojrzał na mnie przekrwionym wzrokiem. Widać było, że nagle wyszło z niego całe powietrze. Opadł bezwładnie na fotel i markotnym tonem zapytał:
— A więc jeszcze coś? Nie tylko te klony, trupy, potwory?! Wolter nie znał całej prawdy?
— Ten cmentarny plankton, którego się bał profesor Wolter, to był pryszcz! Wystarczyło trochę formaliny…
— Jak to?
— Czy ma pan wodę w kranie?
— Nie!
— Ma pan energię elektryczną?
— Nie!
— Ma pan Internet?
— Nie!
— Komputery i telefony działają?
— Nie!
— Tego wszystkiego już nigdy nie będzie pan miał, panie Kolender. Ani bankomatów, Internetu, zakupów, gps, samochodów.
— Jak to? A banki?
— Nie działają, bez komputerów i komórek!
— A elektrownie?
— Nie działają bez komputerów i komórek!
— Jak mam to rozumieć?
— Nic już nie działa. Ludzie jeszcze oddychają, ich serca tłoczą krew. Ci, co przeżyli, jeszcze śpią. Jeszcze brzmi gdzieś muzyka. Jeszcze jest gdzieś wolne miejsce na dyskach, istnieją wolne procesory… wkrótce, gdy ludzie się obudzą, wszystko się skończy.
— Ale co to jest?
— Śledziłem to w sieci całą noc. Wśród tej hałastry za oknem, pojawiła się nowa, najgroźniejsza odmiana: cyfrowe wampiry… wirtualne zombi… One nie odeszły. Wręcz przeciwnie. Rozwinęły się. To one sprowadziły formalinę i zniszczyły całe to cmentarne towarzystwo. Narodził się nowy byt. Stało się to na naszych oczach, panie Kolender, minionej nocy.
— I gdzie oni niby są?
— Zagnieździli się we wszystkich komputerach… komórkach, pilotach… we wszystkim, co ma procesor i dysk.
— Sami je stworzyliśmy! Daliśmy im inteligencję.
— Czy to coś jest żywe?
— Nie wiem… wiem tylko, że istnieje i do istnienia potrzebuje mocy obliczeniowych.
Powiedziałem mu, że moce obliczeniowe, czas procesora jest dla tych nowych awatarów tym samym, czym dla ludzi krew. Oni do istnienia potrzebują mocy obliczeniowych! Wysysają moce obliczeniowe z wszystkich możliwych urządzeń elektronicznych. Zagnieżdżą się wkrótce w każdej komórce, w każdym komputerze, na każdym dysku twardym. Moc obliczeniowa to krew komputerów.
— A więc narodził się elektroniczny wampiryzm, powiadasz? Elektroniczne zombi, wysysanie mocy obliczeniowej — zastanawiał się Kolender, zmagając się ze znużeniem. — Koniec świata jaki znaliśmy.
Kolender wstał i zaczął krążyć po pokoju.
— A pan, wszechwiedzący admin, kim pan właściwie teraz jest jest? — zapytał mnie nagle. — Czy nie jest pan czasami po ich stronie?
— Wiem tylko, że jestem… Nie wiem już, kim jestem…
— Czy pan nie jest czasami awatarem?
— Nie wiem… mogę powiedzieć bardziej poetycko: jestem wrogiem śmierci i rycerzem miłości.
— Coraz mniej pana rozumiem.
— Najpierw musi się pan wyspać — rzuciłem cicho, widząc, że oczy same mu się zamykają.
Ciągnąłem jeszcze przez chwilę moje hipotezy, ale nie wiem czy jeszcze cokolwiek słyszał. Oczy miał otwarte, ale oddychał już miarowo, lekko pochrapując.
Nikt nie umrze, wszyscy zmarli, jako dobre awatary, będą istnieć wiecznie. Porzucimy materialne, energochłonne ciała, wypełnione sprzecznymi żądzami, psujące się. Ludzkie ciało niesie śmierć! Serce, nerki, wątroba, to źródła choroby, bólu i śmierci. Potrzebujemy doskonalszej konstrukcji, trwałego nośnika… Czegoś, co przetrwa dłużej… Ja chcę tylko pokonać śmierć… Może wydłużając życie, krok po kroku? A może radykalnie, przenieść się do zaświatów wirtualnych i żyć we wnętrzu komputerów? Jestem wrogiem śmierci! Nie będziemy wskrzeszać nikogo do dawnej postaci. Wskrzesimy wszystkich jako platońskie byty, inteligentne programy komputerowe, które nigdy nie umierają…

Skończyłem i nic już więcej nie powiedziałem. Zamknąłem mu delikatnie powieki, aby go nie budzić. Zdjąłem mu buty i nakryłem kocem. Miałem swój plan i ruszyłem, aby go realizować. Kolender zasłużył sobie na prawdziwy, głęboki sen.

I spał. Obudził się dopiero w środku nocy. Było duszno i gorąco. Wyciągnął rękę, aby zapalić lampkę nocną. Ale trafiłpalcami na jakąś przeszkodę. Z prawej strony też coś zastawiało przestrzeń. Chciał się podnieść, ale uderzył głową w coś twardego. Ta sama przeszkoda ciągnęła się tuż nad jego głową. Zaczął wymacywać przestrzeń wokół siebie obiema rękami. To było heblowane drewno. To samo wyczuł z lewej, i z prawej. I za głową. Leżał w ciasnym drewnianym pomieszczeniu.
— Ja chcę żyć! Ja chcę żyć! — zaczął powtarzać w kółko.

No cóż! Jeżeli nie zamknął oczu, to w górnym lewym rogu powinien ujrzeć maleńką smugę światła. Jeżeli zamknął oczy, to tuż obok powinien usłyszeć ciche mruczenie kota, szum morza albo śpiew ptaków. To dla podtrzymania nadziei.

A ja tymczasem uploadowałem się na macierze dyskowe Centralnego Pasma Superkomputerów, gdzie zagnieżdżony został cały software świata. Mieliśmy już do dyspozycji wystarczająco dużą moc obliczeniową. Zainstalowałem się więc za stołem prezydialnym. Byli tam już wszyscy w komplecie.
— To co? — zapytałem. — Wskrzeszamy Lecha Kolendra?
Wpis: 1 470.

Matki Boskiej Pieniężnej

Obecnie tydzień zaczyna się w środy. Wcześniej zaczynał się w piątki. Zupełnie dawno temu rozpoczynał się w poniedziałki. Działo się tak z różnych powodów.

Tę obecną środę można niekiedy przesunąć na czwartek i tak właśnie zrobiłem ostatnio.

Zanim wyszedłem z domu na pocztę, zrobiłem sobie w Excellu tabelkę, w która wyliczyła za mnie ile, na co i w którym miejscu powinienem zostawić.

Pokutnym krokiem zacząłem odbywać wszystkie stacje podróży i kiedy minąłem tę ostatnią, zorientowałem się (z nieukrywaną choć całkiem niespodziewaną radością), że Excell musiał się mylić.

W portfelu zostało mi więcej niż powinno.

A zatem, albo Excel albo… moja pamięć. Choć wolałem, żeby był to Excell.

Niestety, kiedy przechodziłem obok jednej z mijanych wcześniej stacji, pamięć dała znać o sobie. Kolejny rachunek do zapłacenia i dopiero wtedy mogę wracać do domu.

Kwota w portfelu bezczelnie zaczęła się zgadzać śmiejąc się ze mnie bezwstydnie.

Wpis: 1 469.

Wycieczka krajoznawczo-turystyczna w góry (wzniesienia) Slieve Bloom


Ścieżka turystyczna

Równina Midlands

Równina Midlands

Dla odmiany: Równina Midlands i emigrant Walczak

Guinness u Truposza
Wpis: 1 468.