Kalendarz

Wrzesień 2014
P W Ś C P S N
« sie   paź »
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
2930  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66075
  • Dzisiaj wizyt: 10

Miesięczne Archiwa: Wrzesień 2014

Scenka rodzajowa, typowa

czas: niedawno;
miejsce: Siedziba emigranta Walczaka na Garden Village;
osoby: emigrant Walczak; współlokator;

Po ostatnich przygodach, emigrant Walczak dostał list ze szkoły potwierdzający zapisanie się na kurs językowy. Zauważył to współlokator i już w pierwszej linijce dostrzegł pewną nieścisłość. Emigrant Walczak zadzwonił, naktną się na mechaniczną sekretarkę.
współlokator: Dzwoniłeś? I co?
emigrant Walczak: Taa… Nagrałem się mechanicznej sekretarce.
współlokator: A numer zostawiłeś?
emigrant Walczak z radością w głosie: Oczywiście! Za drugim razem.
Kurtyna!
Wpis: 1 467.

Dzień w Portlaoise

Za oknem przeleciały balony.
Sąsiad rolnik pole zaorał, albo nawiózł. Nie wiem.
Wpis: 1 466.

Portlaoise College

Emigrant Walczak chciał zapisać się na kurs językowy w Portlaoise College. Wiedział, że nie pójdzie na spotkanie organizacyjne, ale za radą współlokatora wykonał telefon.
— Dzień dobry — powiedział Emigrant Walczak, — jak się macie? Chciałbym zapisać się na kurs, ale dziś nie przyjdę. Moglibyście to jakoś zaznaczyć?
— Tak, tak… ale to nie my organizujemy ten kurs.
— Ale jest na waszej stronie internetowej?
— Owszem, ale to Portlaoise Adult Education Centre się tym zajmuje. Proszę tam zadzwonić.
Walczak zadzwonił.
— Dzień dobry, ja w sprawie tego kursu językowego…
— Dzień dobry, ale to nie my, to Tullamore.
Walczak dzwoni do Tullamore, miasteczka oddalonego od Portlaoise o jakieś 30 / 35 kilometrów.
— Witam, ten kurs językowy, co państwo uruchamiają…
— My? A skąd dzwonisz?
— Portlaoise.
— To dlaczego nie rozmawiasz z naszym oddziałem w Portlaoise?
— Wasz oddział w Portlaoise właśnie skierował mnie do was.
— Aaa! Ok. To ja teraz połączę cię z kimś w twoim mieście.
— Dobrze, dziękuję.
— Tu Adult Education Centre w Portlaoise, czym możemy służyć?
— Chciałbym się na ten kurs językowy zapisać.
— A tak, ale nie wiemy, czy on w ogóle się odbędzie. Dobiero gdy zbierze się dziesięć osób.
— A dadzą mi państwo znać?
— Oczywiście. Twój numer telefonu?
I gdyby nie współlokator i jego podpowiedź o telefonie biegłbym najpierw do Portlaoise College’u, później do Portlaoise Adult Education Centre tylko po to, żeby przekonać się, że żadnego spotkania nie ma albo nie wiadomo gdzie się odbywa.
Wpis: 1 465.

Pogodna irlandzka ulewa

Pogodna irlandzka ulewa. Emigrant Walczak udaje się na kilkudziesięciominutową wyprawę do „miasta”. Wychodzi z domu, idzie posępnym osiedlem na końcu Końca Świata. Nie zdąży wyjść na właściwą ulicę, kiedy zatrzyma się przy nim obce auto.
 — Pada, nie? — Dobiegnie emigranta Walczaka irlandzki głos. — Może podwieźć?
 — Ledwie kropi. — Odpowie Walczak, i doda: — Do miasta? Ja w pół drogi…
 — Wsiadaj.
Emigrant Walczak wsiądzie, porozmawia chwilę, przejedzie pożądany odcinek i wysiądzie.
Załatwi, co miał do załatwienia i powolnym krokiem będzie zmierzać w stronę Garden Village.
Gdy dotrze już na miejsce i wejdzie w osiedle, zobaczy samochód bliźniaczo podobny do tego, który wcześniej zaoferował mu podwiezienie do „miasta”.
Emigrant Walczak, rozpromieniony choć w strugach deszczu, uśmiechnie się od ucha do ucha i wdzięcznie i zamaszyście pomacha kierowcy bliźniaczego auta.
Tyle, że nie będzie to ten sam kierowca ani to samo auto.
Miła pani za kierownicą, odmachała, ale wyglądała na wyjątkowo zaskoczoną.

 

Wpis: 1 464.

Kilkenny 3-22 — Tipperary 1-28

Środek zeszłego tygodnia; pośród różnego rodzaju e-maili trafiających na mojego gmaila przychodzi taki: „Jeśli chcesz obejrzeć finał All-Ireland GAA SHC[1], weź no wejdź na stronę taką-a-taką”. Chciałem obejrzeć, wszedłem, zaanonsowałem się. W niedzielę poszedłem do dumnego kina[2] w Portlaoise.
Wszedłem do środka, zapytałem która sala, miła pani wskazała mi pomieszczenie nr 3. Wszedłem do wskazanej sali, usadowiłem się i zacząłem wpatrywać się w ekran.
Wcześniej nigdy w życiu nie oglądałem w kinie niczego innego niż film. Prosta konotacja kino = film funkcjonowała w mojej głowie od zawsze i czułem się nieco nieswojo siedząc i patrząc jak na ekranie pokazywany jest obraz z telewizji a z głośników dobiega głos komentatorów sportowych.
Rozejrzałem się dookoła. Sala była niewielka, na moje oko coś koło stuosobowa. Zapełnionych było tak z dwie trzecie miejsc: ojcowie z dziećmi, niewiele młodzieży, jedna wielopokoleniowa rodzina w komplecie i ja.
Zgasły światła, na ekranie rozpoczął się mecz, otworzyłem piwo.

Mecz, jak mecz. Zasady Hurlinga znam pobieżnie z kilku wypraw z Dawidem do barów jeszcze w czasach pracy w przemyśle rozrywkowym Xtra-Vision (i jednej wizyty na stadionie O’Moore Park w Portlaoise przy okazji wizyty BB). Pamiętałem, że gra piętnastu zawodników w każdej drużynie, że bramki są dwie i że jeśli piłka przeleci między słupkami ale ponad poprzeczką, to mamy punkt a jeśli pod poprzeczką, to jest gol czyli trzy punkty. Poza tym nie wiedziałem niczego. Nie wiedziałem czy istnieją faule, spalone, auty… Ale nie przeszkadzało mi to w odbiorze gry, którą na samym tylko stadionie oglądało ponad 80 tysięcy osób. A gra była przednia.
Spotkały się drużyny hrabstwa Kilkenny i hrabstwa Tipperary. Ze skromnych informacji, które posiadałem na temat Hurlinga wynikało, że drużyny z tych hrabstw w finale grają zawsze. Albo grają między sobą albo tłuką jakieś inne hrabstwo. W sumie, są najlepsze w Irlandii i jeśli tylko do samego końca uda się dotrzeć innemu hrabstwu uznaje się to za niespodziankę a nawet sensację.
Dwie najlepsze drużyny dały pokaz tego, jak hurling — najszybsza gra zespołowa na świecie — może i powinien wyglądać. Było energetycznie: zawodnicy nie stali na boisku a biegali i to ciągle, wymachiwali hurlingami na lewo i prawo, piłeczki właściwie nie było widać i wpadała między słupki lub do bramki raz za razem, a żadna z drużyn nie uzyskała przewagi większej niż pięciopunktowa. Były rzuty karne (nie do końca pojąłem na jakiej podstawie dyktowane), były rzuty wolne, rzuty z autu i — oczywiście — zawodnicy kilkukrotnie skakali sobie do twarzy wyjaśniać sobie co bardziej sporne kwestie.
W moim przekonaniu (nie popartym wielkim doświadczeniem) ten finał był kwintesencją tego, czym Hurling jest i gdybym miał komuś pokazywać „z czym to się je”, zacząłbym właśnie od takiego meczu.

Jak wspomniałem, widownia była obsadzona głównie przez dzieciarnię, która z początku trochę nieśmiało, ale z czasem pozwalała sobie na coraz to głośniejsze okrzyki entuzjazmu i rozczarowania. Oprócz dziecięco brzmiących: „Idziesz, idziesz!” albo: „Podaj, podaj no!” mogłem usłyszeć coś, co rozbroiło mnie najbardziej. Otóż po nieudanej akcji jednej z drużyn, zawiedziony młody, bardzo młody kibic wykrzyknął pełne żalu: „Oh no!”. I wyobraziłem sobie, że oglądam z rówieśnikami ten sam mecz, że przejmuję się wynikiem mojej drużyny, że „nasz” zawodnik przepięknie partoli zagranie i jednego, czego nie mogłem sobie wyobrazić to to, że również krzyknęlibyśmy: „Oh no!”. Przypuszczam, że krzyknęlibyśmy coś zupełnie innego i z akcentowaną literą „r” w środku.
Sympatycznie było też spojrzeć na wielopokoleniową rodzinę, która odwiedziła kino. Było kilkoro dzieci, rodzice oraz babcia. Dzieciaki i rodzice wyraźnie sprzyjali hrabstwu Tipperary natomiast babcia zdawała się sprawiać wrażenie, że w Kilkenny spędziła młodość i ilekroć drużyna Kilkenny zdobywała punkt, babia – choć dyskretnie, by nie robić przykrości reszcie rodziny – zaciskała pięść w geście tryumfu.

Sam mecz skończył się remisem, co oznacza, że za jakiś czas zostanie powtórzony. Kibice będą zadowoleni, obejrzą widowisko raz jeszcze; telewizja będzie zadowolona, kibice obejrzą reklamy raz jeszcze. Natomiast o tym, że był remis przesądziła technologia „hawk-eye” (bez niej byłby remis albo i nie i jedna z drużyn mogłaby czuć się pokrzywdzona a inna niesłusznie nagrodzona).
GAA nie miało najmniejszych problemów, żeby wprowadzić kamery na boisko. Kiedy tylko okazało się to wykonalne, natychmiast zdecydowano się. Chodziło o to, by wyeliminować — na ile to możliwe — kontrowersje; rzecz, wydawałoby się, oczywista.
I tak, w ostatniej sekundzie ostatniej minuty zawodnik jednej z drużyn ma do wykonania rzut wolny. Odległość spora (97m), ale, jak mówił komentator, do wykorzystania. Zawodnik podchodzi do piłeczki, podbija ją sobie, uderza. Ta leci i leci sekundę i przelatuje w okolicach słupka. Połowa stadionu wyje ze szczęścia: piłeczka przeleciała między słupkami. Druga połowa wstrzymuje oddech: przecież piłeczka przeleciała obok. Po kilku sekundach sędzia bramkowy, niemogąc podjąć decyzji, odwołuje się do „hawk-eye”. Cieszący się powoli przycichają, wstrzymującym oddech zaczyna brakować powietrza. Kilkanaście sekund później na telebimach na stadionie i na ekranie kina pokazuje się komputerowo przetworzony tor lotu piłeczki i widać, że ta minęła słupek po zewnętrznej o cale. O cale!!! Z odległości 97-miu metrów chłopak chybił jedynie o cale. Ale chybił.
Ostatni gwizdek. Remis. Mecz do powtórzenia.

Gra się skończyła, skończyło się piwo, wstałem, wyszedłem, poszedłem do domu zobaczyć jak Polacy dadzą sobie radę z Giblartarem.

[1] GAA SHC – Gaelic Athletic Association Senior Hurling Championship; na temat tego, jak wyglądają rozgrywki w Hurlinga czy w Gaelic Futbol można by pisać (przynajmniej z mojej, laickiej perspektywy) długo, a i tak nie napisano by wszystkiego. Po ośmiu latach pobytu nie ogarnąłem tego, czy istnieją tu jakieś ligi, puchary itd. Wiem jedynie, że raz do roku, pod koniec wakacji są finały rozgrywek All-Ireland (tj. hrabstwo na hrabstwo).
[2] W Portlaoise dumne jest kino i centrum handlowe. Kino, które szczyci się tym, że premiery filmowe ma nie później niż trzy miesiące po tym, jak dystrybutor przyśle kopię do Irlandii. Centrum handlowe dumne jest z tego, że wszystkie okoliczne wioski się tu zjeżdżają na zakupy i generalnie handel się kręci.
Wpis: 1 463.