Kalendarz

Lipiec 2014
P W Ś C P S N
« cze   sie »
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66248
  • Dzisiaj wizyt: 1

Miesięczne Archiwa: Lipiec 2014

Krótki list motywacyjny a’la walczak

Hej tam!
Aczkolwiek nie mam zielonego pojęcia nt „Cloud Computing” ani tym bardziej nt „Web Hosting”, myślę sobie, że byłoby zabawnie, gdybym mógł dołączyć do Waszej ekipy i podszkolić się nieco. Co Wy na to? Z pozdrowieniami.

Hej Piotrek, spoko. Damy Ci znać. Trzymaj się.
Wpis: 1 460.

Lekarz pierwszego kontaktu

Zestarzałem się już na tyle, że zacząłem przyjmować do wiadomości fakt, że wizyty u lekarzy mogą wkrótce zacząć okazywać się nieuniknione. Jak do tej pory, wystrzegałem się ich, jak ognia, ale nigdy nie wiadomo, co może się zdarzyć (w życiu nie przypuszczałbym, że kiedykolwiek będę tak myślał). To przyjmowanie do wiadomości przyspieszył nieco fakt niedawnej wizyty na pogotowiu i dziś postanowiłem pójść i poszukać sobie lekarza pierwszego kontaktu.
Nie mam pojęcia, jak to wygląda w Polsce, ale tutaj, kiedy coś jest nie tak, idzie się do GP („general practicioner” — lekarz od wszystkiego), i ten daje albo receptę albo skierowanie gdzieś dalej. Dodatkowo, jeśli posiada się takiego lekarza pierwszego kontaktu, część leków i zabiegów jest refundowana (chyba, że coś pokręciłem, ale tak właśnie zrozumiałem irlandzki system służby zdrowia). Dodatkowo, taki lekarz pierwszego kontaktu potrzebny jest, by wyrobić sobie tzw. „Medical Card”, coś w rodzaju podstawowego ubezpieczenia zdrowotnego. W każdym razie, postanowiłem poszukać sobie GP.
Chodziłem ze znajomym, który jest w podobnej sytuacji, od jednego miejsca do drugiego szukając lekarza, który zgodziłby się dopisać nas do swojej listy i podstemplować pewien papier, dzięki czemu większą część formalności mielibyśmy za sobą. Niestety. Nie udało się. Większość tłumaczyła się, że swoje listy pacjentów ma już pełne. Ale najlepsza była pani w pewnej klinice.
Również powiedziała, że wszyscy lekarze są już zajęci i w tej chwili nie są przyjmowani nowi pacjenci, ale dodała, żebyśmy przyszli za kilka tygodni. Wtedy może zwolni się jakieś miejsce. Przy czym powiedziała to tak, jakby miała na myśli: „poczekajcie, aż ktoś nam zejdzie; wskoczycie na miejsce tej osoby”.
Jak na panią pracującą w służbie zdrowia mającej — bądź, co bądź — pomagać pacjentom, jej ton wydał się być wyjątkowo nieprzyjazny.
Wpis: 1 459.

Zabawa w szukanie pracy

Raz na jakiś czas bawię się w szukanie pracy.
Wraz z upływem czasu, moje wymagania zmalały niemal do zera i teraz ograniczają się do czegoś nieistotnego, jakiejś machinalnej czynności nie pociągającej za sobą żadnej odpowiedzialności.
Do tej pory wspominam te kilka tygodni Haloweenu kilka lat temu, kiedy to nic, ale to absolutnie nic ode mnie nie zależało. Odpoczywałem wtedy psychicznie od obowiązków, jak nigdy przez poprzednie kilka lat i kilka miejsc pracy.
Skoncentrowałem się na przeglądaniu ofert dla tzw. „Data Entry”. W skrócie: przepisywanie z kartki papieru na komputer. Zadanie wręcz idealne. Byle klepać w klawiaturę przez osiem godzin i popełniać jak najmniej błędów. Zajęcie na miarę moich obecnych ambicji.
I znalazłem coś takiego.
Pech chciał, że firma, która dała to ogłoszenie zastrzegła sobie, że będzie brała pod uwagę jedynie kandydatów, którzy mają rozległą, a przy okazji szczegółową wiedzę na temat szeroko rozumianej motoryzacji.
Zupełnie nie moja działka. Jak wiadomo, ja „z samochodami miałem tyle wspólnego…”
Wysłałem jednak zgłoszenie. Co się będę.
Jednocześnie w tym samym czasie napisałem o tym na FB. Chwilę później odezwał się do mnie znajomy, którego dodałem chyba z pięć lat temu i nie za bardzo pamiętam w jakich okolicznościach i dlaczego.
Facet z Irlandii. Mieszka w Polsce (mam wrażenie, że w Łodzi). Ma żonę Polkę. W Polsce prowadzi jakąś tam działalność (mam wrażenie, że biuro pośrednictwa obrotu nieruchomościami, czy coś takiego). I ten facet do mnie pisze: „Widzę, że szukasz czegoś. Może coś będę miał. Zainteresowany?”
Oczywiście, że byłem zainteresowany.
W kilku zdaniach umówiliśmy się na następny dzień na telefon omówić szczegóły.
Zanim nadszedł następny dzień, już wyobrażałem sobie, że jego polska firma ma w Irlandii przedstawicielstwo, szukają biurwy, ja się w to miejsce wciskam i kto wie, może z czasem będę przylatywać do kraju na delegacje albo coś. Wyobrażałem sobie dużo. Niestety.
Kiedy zadzwonił następnego dnia, dowiedziałem się, że chodzi o najpodlejszą na świecie piramidę finansową i gość szuka frajerów, którzy będą naganiać kolejnych frajerów itd., itd. Byłem zmuszony podziękować stanowczo.
Tym niemniej, przez jeden dzień byłem bardzo miło zaskoczony, że byle wpis na FB może spowodować, że ktoś w ogóle zareaguje.
Wpis: 1 458.

Zapaść poalkoholowa

No dobra…
Wcześniej kilka dni było intensywnych. Złożył się na to powrót chłopaków, koniec tymczasowej abstynencji i takie tam. Nadszedł jednak dzień, kiedy należało przestać. I tak, tego dnia od rana, właściwie na samej wodzie trwałem.
Żołądek miałem rozwalony, przełyk także, w głowie robaki po dżonie barlejkornie robiły spustoszenie. Ot, nic nadzwyczajnego. Godziny mijały spokojnie.
Na ekranie serial Fargo, przede mną szklanka mineralnej. Oczekiwanie na wieczór, sen i następny, już normalny dzień. Aż nagle budzę się w szpitalu.
Chłopaki opowiadali mi później, że w okolicach północy całkowicie zdrętwiałem i wyrżnałem sprzed biurka. Przestraszyli się, zadzwonili po karetkę i w ten sposób wylądowałem na pogotowiu.
Na pogotowiu, gdzie po kilkunastu minutach doszedłem do siebie. Nie czułem się ani gorzej, ani lepiej niż wcześniej. Na pogotowiu, gdzie nie zrobiono ze mną absolutnie niczego; nie domineralizowano mnie, nie podłączono pod żadną kroplówkę czy coś. Położono na kozetce i tyle. Czas stracony.
Jak się później nad tym zastanawialiśmy, gdyby nie wywieźli mnie wtedy ambulansem, nie zauważyłbym nawet, że coś było nie tak. Chwilowy „blackout” i po sprawie. Obrażeń brak.
I tylko, gdy wychodziłem, pani, która wyjmowała ze mnie jakąś rurę do pobierania krwi zapytała: „Piłeś wcześniej?” Nie skłamałem. „To następnym razem nie odstawiać tak drastycznie, spokojnie proszę… Przysłowiowe piwo na rano, albo coś. To był po prostu szok dla organizmu. To się zdarza. Proszę się nie przejmować”.
Wpis: 1 457.

Dachowanie

Sytuacja może mieć miejsce dzień, czy dwa dni temu. Mniejsza.
Jest wieczór, do zachodu [słońca] jakaś godzina czy coś. Namawiam towarzystwo na wyjście na zewnątrz. Na dach.
Wychodzimy.
Pode mną koc, w ręce szklanka, przed oczami zachodzące nad Midlands / Flatlands / Końcem Końców Świata słońce. Narzekać nie można.
Sę leżę. Się relaksuję.

W pewnym momencie sąsiad nr 1 krzyczy:
— Hej, what you’re having?
Odkrzykuję, zgodnie z prawdą:
— Rum, man!

Na tym urywa się pogawędka. Błogość chwili zostaje zachowana.

Kilka minut później, sąsiadka nr 2 krzyczy (być może widok kogoś wylegującego się na dachu robi takie wrażenie, nie wiem):
— Hej man, you’re Spanish?
I to zbiło mnie z tropu.
Ja wiem, mam fetysz. Część osób z mojego otoczenia wie: mam fetysz.
Ale obca sąsiadka nr 2?
Wpis: 1 456.