Kalendarz

Styczeń 2014
P W Ś C P S N
« gru   mar »
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66559
  • Dzisiaj wizyt: 8

Miesięczne Archiwa: Styczeń 2014

Pożar

Kiedy mieszkałem na Fairview, po trzech miesiącach od wprowadzenia się, spalił się pobliski pub. Pub Irlandzkiej Armii Republikańskiej. Wiadomo było, że nie spalił się bez powodu. Nieistotne…

Po kilku miesiącach po powrocie na koniec końca świata spalił się dom. Dwa numery obok. Przyjechała Garda, Straż Pożarna i zebrało się milion sąsiadów. W Portlaoise coś się działo.

Kolejna klątwa?

Wpis: 1 449.

Biegun zimna

Zdarza się to już po raz drugi.

Najpierw na Fairview. Pokój, który okupowałem (bez względu na panującą na zewnątrz temperaturę) był najzimniejszym miejscem w całym mieszkaniu. Wtedy próbowałem sobie to tłumaczyć tym, że mieszkam na parterze, że od północnej strony, że może przeciąg albo inna żyła wodna. Faktem było, że piździło niemiłosiernie – gorzej niż w Kieleckiem. Nie do wytrzymania.

Teraz tutaj, na Garden Village. Sytuacja ma się podobnie. Znów mój pokój jest najchłodniejszym pomieszczeniem w całym domu. Wystarczy przekroczyć próg i czuć różnicę. Pół biedy, kiedy mam przymknięte drzwi. Wtedy idzie wytrzymać, ale jeśli tylko je otworzę, natychmiast całe zimno gromadzi się u mnie. W tym wypadku, nie może być mowy o północnej stronie (po prawdzie, to znowu od niej mieszkam), ani o parterze (od ziemi dzieli mnie jeden poziom) czy przeciągu (gdybym otworzył okno, czułbym się jak na Syberii). W grę nie wchodzi też żyła wodna. Jak powszechnie wiadomo, koniec końca świata tego typu ewenementy omijają szerokim łukiem.
Myślę, że sam jestem przyczyną. Najzwyczajniej na świecie, przyciągam, absorbuję, skupiam na sobie, prowokuję i ogniskuję cały okoliczny mróz, ¡joder!

Jeśli sytuacja powtórzy się w kolejnym miejscu, będę pewien.
Wpis: 1 448.

Bankowość telefoniczna

A po co mi przeliterowywanie wyrazów? pomyślałem sobie na pierwszej lekcji języka angielskiego gdzieś w odmętach lat dziewięćdziesiątych, kiedy to poszedłem na pierwszą lekcję. Przebrnąłem jednak przez te kilka spotkań, śpiewałem: „ej, bi, si, di, i, ef, dżi (…)” i, najradośniej i najprędzej, jak tylko mogłem, zapomniałem. Przypomniało mi się dopiero tutaj, kiedy przyjechałem do Irlandii.
Okazało się, że przeliterowywanie nazwisk, imion, nazw i wszystkiego, co tylko się da, jest na porządku dziennym. Przypomniałem sobie piosenkę i od tamtej pory nie mam z tym większych problemów.
Przynajmniej na Zielonej Wyspie.

Dzisiaj wczesnym popołudniem dzwonię do polskiego banku. Kończy mi się ważność karty i chciałem telefonicznie zmienić adres, na który ma być wysłana następna.

DYGRESJA:
Gdy poprzednim razem zmieniałem adres korespondencyjny (będąc przekonanym, że to wystarczy tak, jak ma to miejsce w Éire), natknąłem się na wiele problemów. Pamiętałem, że adres korespondencyjny i owszem, służy do korespondencji, ale… Ale kartę, PIN do niej i inną bardzo ważną korespondencję bank może wysyłać jedynie na adres zameldowania. Adres zameldowania, który nie funkcjonuje w Irlandii. Musiałem w swoim oddziale pisać specjalne oświadczenie w obecności dwóch świadków, że: „ja, niżej podpisany, będąc w pełni władz umysłowych… bla, bla, bla… oświadczam, że zamieszkuję tu-i-tu”.
Poszło o to, że skończyła mi się data ważności jeszcze poprzedniej karty i bank przysłał mi kolejną na adres, pod którym już dawno nie mieszkałem. Szczęśliwie nikt z tego nie skorzystał. Mniejsza…

W każdym razie…
Dzwonię i słyszę miły głos w słuchawce. Przedstawiam się, podaję powód rozmowy, słyszę, że nie będzie problemu.
Po krótkiej weryfikacji moich danych przystępuję do zmiany adresu. Dyktuję: „55” itd. Poszło nieźle, choć pani w Biurze Obsługi Klienta albo nie znała angielskiego albo nie znała irlandzkiego ponglish. Gorzej było, gdy musiałem podyktować nazwę ulicy. Tu zaczęły się schody.
Mówię: „Mountmellick” itd. Słyszę: „A jak to się pisze?” To ja na to: „eM, O, U, eN…”. A miła pani do mnie: „To może pan imionami przeliteruje?” I wtedy się zawiesiłem.
Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek w swoim życiu przeliterowywał coś w ojczystym języku. Nie znam zasad. Nie wiem, jakich imion się używa. I o ile Maria i Olaf jeszcze jakoś zmyśliłem, tak przy U nie dałem rady.
Z miłą panią po drugiej stronie telefonu kombinowaliśmy wspólnie. Mam nadzieję, że skutecznie.
Przekonam się w lutym.
Wpis: 1 447.

Obsesja

Odkąd przeniosłem się z powrotem koniec końca świata, mieszkam na niewielkim osiedlu; góra sześćdziesiąt domów. Osiedle podzielone jest, tak z grubsza, na część frontową i część tylną. Obie wyglądają podobnie. Po środku trawiasta przestrzeń, dookoła budynki (wszystkie niemal jednakowe); nic szczególnego.
Jak łatwo się domyślić, żeby dostać się do części tylnej trzeba przejść przez tę przednią. Do mojego domu jest jakieś dwieście metrów od głównej ulicy.
Od samego początku, tzn. od chwili, kiedy wróciłem do Portlaoise, mam obsesję liczenia ile aut na tak krótkim odcinku i przy tak niewielkiej liczbie domów minę wychodząc, np. do sklepu, i z niego wracając. Ot, mania liczenia.
Spodziewałem się, że może czasem jedno, może dwa. Ale nie…
Niezależnie od pory dnia, pogody, dnia tygodnia i innych okoliczności, zawsze tych samochodów jest przynajmniej pięć. Dziś było siedem. Osiem, to jak do tej pory rekord. Osiem samochodów na przestrzeni dwustu metrów, na małym osiedlu na końcu końca świata (sic!).
Paranoja.
Nikt na moim osiedlu nie porusza się pieszo! Nikt w Portlaoise nie porusza się pieszo!
Niekiedy ma się wrażenie, że aut jest więcej niż mieszkańców. Jeździ się dosłownie wszędzie: do najbliższego kiosku ruchu, do znajomych po drugiej stronie osiedla itd.
Całkowite zaprzeczenie tego, jak było w Dublinie.
Wpis: 1 446.