Kalendarz

Listopad 2013
P W Ś C P S N
« paź   gru »
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65225
  • Dzisiaj wizyt: 5

Miesięczne Archiwa: Listopad 2013

Majorka metafizyczna

Kupiłem bilet na Mallorkę.
Spojrzałem na stronę Ryanaira, sprawdziłem ceny, skonsultowałem terminy, kupiłem. Pozątek listopada miał upłynąć mi na plażach jednej z tych turystycznych wysp Europy.
Nie musiałem specjalnie przygotowywać się. Leciałem na dwie noce (staje się to, taki wypad na moment, pewną tradycją… Akurat, nie za krótko, żeby nie żałować i nie za długo, żeby nie zanudzić się). Spakowałem potrzebne rzeczy i w sobotę czekałem na godzinę zero, by wyruszyć najpierw na autobus a później na samolot.
Pech chciał, że w sobotę w Portlaoise pogoda była typowo irlandzka: 10 min. ulewnego deszczu, 20 min. słońca, 20 min. ulewnego deszczu, 10 min. słońca i tak od rana. Miałem tylko nadzieję, że droga na przystanek wypadnie mi akurat w tę przerwę, kiedy nie pada. Nie chciałem zabierać ze sobą dodatkowo kurtki. Im mniejszy bagaż, tym poręczniejszy. Niestety.
Te 20 min. które zajmuje mi dotarcie do autobusu urozmaicił mi wyjątkowo obfity deszcz i wsiadałem do pojazdu nasiąknięty zimowym, irlandzkim opadem.
W drodze na lotnisko przejaśniło się, ale po wjeździe do Dublina ponownie lunęło. Na szczęście autobus podjeżdża niemal pod sam terminal i przeskok z jednych drzwi do drugich nie był mokry.

Przeszedłem przez kontrolę bagażu i poszukałem dobrego ducha podróży w postaci pinty Guinnessa. Bez jednej, a najlepiej dwóch, do samolotu nie wsiadam.
Poniekąd byłem zmuszony to zrobić, bo wspaniała linia lotnicza, jaką niewątpliwie jest Ryanair, wymyśliła sobie jakiś czas temu, że dokładną bramkę, z której będzie odlatywać samolot, ogłosi dopiero na godzinę przed planowanym odlotem. I o ile można przypuszczać, że będzie to jedna z bramek między 100 a 121, to pewności nie ma i większość pasażerów, w tym ja, bunkruje się w ostatnim barze przed rozwidleniem korytarzy. Tak na wszelki wypadek.
Wypiłem Guinnessa, wypaliłem ostatniego papierosa i poszedłem do bramki numer 102.
Kiedy zaczęto wpuszczać nas na pokład zorientowałem się, że pasażerów jest wyjątkowo niewielu. Już po wejściu i usadzeniu nas, obsługa nie mogła ukryć rozbawienia. Było nas wszystkiego 14 (słownie: czternaście (sic!)) osób na pokładzie (w tym jeszcze jeden Polak, żeby nie było). Nigdy jeszcze nie leciałem pustym samolotem, który przez te pustki sprawiałby wrażenie prywatnego czarteru. Jeśli doda się jeszcze do tego cenę biletu, która nie przekroczyła €15.00 oraz, oczywiście, miejsce, do którego leciałem, to robi się z tego wymarzony przelot.
Rozwaliłem się na tyle wygodnie, na ile to możliwe w Ryanairze, otworzyłem książkę i zacząłem czytać. Po chwili pilot obwieścił: „Drodzy państwo, właśnie przelatujemy nad Barceloną, za niecałe pół godziny lądujemy”. Ani się obejrzałem, a samolot dotknął ziemi. Po raz pierwszy, z czystym sumieniem i bez łgania, na pytanie o to, jak przebiegł lot, mógłbym odpowiedzieć, że był wyśmienity.
I tylko tej obsługi było trochę szkoda, bo pokaz bezpieczeństwa i pielgrzymki z wózkami z posiłkami i drinkami odbyć się musiały. Na szczęście dużo było przy tym śmiech i zdrowego podejścia.

Wysiadłem (przez korytarz, nie po schodach… bodajże trzeci raz w życiu), wszedłem do hali przylotów i zacząłem rozglądać się dookoła. Znalazłem wyjście, ale pomyślałem sobie, że skoro jest tak blisko, to zrobię rekonesans. W końcu do umówionego spotkania miałem jeszcze ponad godzinę i liczyłem, że spokojnie wyrobię się.
Później okazało się, że wyjście, to jeszcze nie wyjście, a do wyjścia są kilometry korytarzy niczym na lotnisku w Dublinie i kiedy szedłem do sprawdzenia paszportów zacząłem nerwowo spoglądać na zegarek.
Przyspieszyłem kroku, zdążyłem na autobus, dojechałem do centrum, wysiadłem i z małą pomocą GPSa ponawigowałem na umówione miejsce — jakieś pół godziny z buta. Dotarłem.
Magda już czekała. Byliśmy umówieni pod Media Marktem, gdzie właściwa przygoda z Palmą się zaczyna.

Stamtąd przetransportowaliśmy się do centrum, gdzie Magda umówiła nas w knajpie La Tapa Andaluza.
Tam spotkaliśmy jej współlokatorkę ze swoim znajomym oraz ich znajomą parę. Wtedy też przekonałem się, że język hiszpański, który na co dzień słyszę w radiu nijak ma się do tego, który można usłyszeć, kiedy rozmawia ze sobą banda podpitych Hiszpanów (bardzo rozbawiło ich to, że przylazłem w podkoszulce z krótkim rękawkiem; było 18 stopni i wg nich było zimno, każde z nich siedziało minimum w swetrze albo kurtce). Mimo skupienia całej uwagi, próby wychwytywania kontekstu, tej wiedzy, którą udało mi się zgromadzić od czasu Life-Changing-Experience, nie rozumiałem za dużo. Gdy od czasu do czasu, dostrzegali moją obecność, próbowali mówić nieco wyraźniej, ale to niewiele pomagało.
Nie ma też sensu pisać, czy byłem w stanie odpowiedzieć na jakiekolwiek pytania. Owszem, na piśmie odpowiedziałbym, ale w mowie, zanim ułożyłem sobie w myśli odpowiednie zdanie łącząc to, czego nauczyłem się po polsku z tym, czego nauczyłem się po angielsku, zanim dobrałem odpowiednie czasy, słowa i zastanowiłem się nad wymową, najczęściej towarzystwo było już dwa tematy dalej.
Myślę, że Magda, widząc moje rosnące przerażenie, a gasnącą pewność siebie (przed przylotem myślałem sobie, że choć trochę sobie porozmawiam), wybawiła mnie z pułapki nawijających szybko i beztrosko, a przyprawiających o depresję Hiszpanów i zaproponowała, żebyśmy przetransportowali się do niej zahaczając po drodze o tzw. Brazylijczyka, czyli sklep z piwem.
Poszliśmy, ale okazało się, że choć nie było jeszcze północy, sklep był już zamknięty. Niezrażeni, poszliśmy szukać innego zaczepiając napotkanych ludzi i pytając, gdzieby tu można jakiś alkohol w okolicy zorganizować.
Miły diler spod kebaba poradził, żeby spróbować w piekarni. Podobno otwarci są 24 godz. na dobę a oprócz wypiekania ciastek i chleba zajmują się dystrybucją alkoholu. Piekarni nie znaleźliśmy, ale trafiliśmy za to na chiński rodzinny sklepik osiedlowy. Tam kupiliśmy sześć litrowych butelek piwa. Ja płaciłem. Pieniądze wypadły mi z ręki, gdy usłyszałem cenę. Najpierw zapytałem sprzedawcy, czy naprawdę powiedział to, co powiedział, później zapytałem Magdy — potwierdziła. €8.40 za sześć litrów piwa. Nie mogłem uwierzyć. W drodze do mieszkania jeszcze kilkukrotnie upewniałem się, czy na pewno tak tanio. To było niesamowite. Za 6 litrów piwa w Irlandii, i to byle jakiego, zapłaciłbym ze dwa razy więcej.
Dotarliśmy do domu, rozstawili się na tarasie, otworzyli butelki i zaczęli rozmawiać.
Po jakimś czasie dołączyli do nas współlokatorka ze swoim znajomym.
Dziewczyna przeżywała rozbicie dzielnicowe, bo jej obecny facet dzień wcześniej puścił się i jej o tym powiedział. Zalała się więc w trzy pizdy, nie kontaktowała i tylko planowała, jakby się zemścić. Zrobiła to w oczywisty sposób ze znajomym, który ją przyprowadził. Tak zaczęło się coś, co przez Magdę i mnie natychmiast zostało okrzyknięte mianem telenoweli, a skończył się Magdy i mój wieczór. Rozeszliśmy się i padli spać.
Gdy tylko położyłem się uderzyła mnie pewna rzecz.
Pokój, w którym nocowałem, był szczelnie odizolowany od jakiegokolwiek światła. Po zamknięciu drzwi, okiennic i okien, do środka nie wpadało żadne, żadne światło. Niczego nie było widać. Absolutnie niczego. Z taką całkowitą ciemnością spotkałem się wcześniej tylko raz.
Zasnąłem.

Obudziłem się około dziesiątej, co daje około siedmiogodzinny sen. Tak długo nie spałem już od dawna. Oporządziłem się i koło południa wyszyliśmy z Magdą do pobliskiego baru Es Jardí (sieć salonów do gier na automatach połączona z barami) na śniadanie.
Usiedliśmy na zewnątrz, zamówiliśmy sobie po podgrzewanej kanapce i piwie. Podobało mi się to, że do kanapki dodali marynowane(?): ogórek, papryka, oliwka, cebulka plus normalne oliwki plus tę niemiłosiernie ostrą paprykę jalapeño. Świetnie tym wszystkim przegryzało się posiłek. Zjadłszy, ruszyliśmy na starówkę.
Nie przyjechałem do Palmy zwiedzać per se. Bardziej interesowało mnie pochodzenie sobie po mieście, poszwędanie się, spotkanie takie, jak dzień wcześniej, z ludźmi, którzy żyją tam na co dzień. Poobserwowanie turystów i mieszkańców wyspy, którzy muszą znosić ich u siebie przez pół roku.
Dowiedziałem się, że mieszkańcy Majorki jako takiej są bardzo dumnym narodem. Posługują się własnym językiem i obrażają się, gdy ktoś nazwie ich Hiszpanami (jeśli już, bliżej im do Katalończyków). Dowiedziałem się, że są raczej gburowaci i niechętnie nawiązują znajomości, że daleko im do otwartości ludzi z półwyspu nie wspominając o Andaluzyjczykach. Popatrzyłem sobie na zabudowę centrum i choć była całkiem przyjemna nie miała, wg mnie tego efektu wow, który znalazłem w Máladze. Mniej było wpływów arabskich. Za to każde, każde okno było wyposażone w okiennice z takimi drewnianymi, nieruchomymi lamelami zacieniające wnętrze pomieszczeń. I wszędzie było czysto. W porównaniu z tym, co widzi się w Dublinie, czy w — pożal się Boże — Portlaoise, ulice są zadbane. Nie ma gum do żucia, papierów, resztek jedzenia (inna sprawa, że byłem poza sezonem; cholera wie, jak wygląda to kiedy tymi samymi uliczkami przetaczają się tłumy Anglików, Irlandczyków, Niemców, Skandynawów itd.).
Połaziliśmy, połaziliśmy, zobaczyłem Katedrę i spojrzałem na Morze Śródziemne.
Następnie postanowiliśmy przetransportować się do pobliskiej Santa Ponçy do zaprzyjaźnionego Tom’s Pubu. Ale zanim wsiedliśmy w autobus podmiejski, w przydworcowej restauracji zamówiliśmy sobie po piwie. Okazało się, że stoliki ustawione są na peronie działającej kolejki wąskotorowej i w trakcie jednego piwa pociąg podjechał chyba dwa razy. Stare, drewniane wagony, bez szyb w oknach. Aż szkoda, że nie bardzo był czas, żeby się tym przejechać. Mogłoby być sympatycznie. W każdym razie…
Dojechaliśmy do Santa Ponçy i to miasteczko, w przeciwieństwie do Palmy, wywoływało efekt wow. Mała, położona malowniczo, typowo wypoczynkowa miejscowość, opustoszała po sezonie. Dzięki wyludnieniu, niedzielne popołudnie wydawało się wyjątkowo spokojne.
Dotarliśmy do zaprzyjaźnionego baru Toma z równie zaprzyjaźnionym barmanem Miguelem. Spędziliśmy tam dwa Guinnessy. W zamian za to, Miguel, który już kilka godzin później miał zamknąć lokal na dobre, przynajmniej do początku następnego sezonu, wręczył nam po koszulce Guinnessa. W ten sposób moją pamiątką z pobytu na Majorce została koszulka irlandzkiego napoju narodowego.
Na koniec pobytu w Santa Ponçie, kupiliśmy po małym winie by obalić je nad Morzem Śródziemnym — dla mnie miał to być clue programu.
Wróciliśmy do Palmy, kupiliśmy jedzenie, wróciliśmy do domu i posililiśmy się. Magda poszła na sjestę a mnie zaczepiła jej współlokatorka.
Łamaną angielszczyzną, połączoną z wstawkami z hiszpańskiego i francuskiego, przegadaliśmy cały wieczór. O życiu, o planach na przyszłość, o tym, co działo się przez ostatnie kilka dni i ogólnie rzecz biorąc, o wszystkim. W ten sposób skończyły się kupione dzień wcześniej piwa. Przyszedł za to niewierny chłopak współlokatorki (pretensjonalny artysta dżezowy) i zaczęła się zabawa w prawienie sobie wyrzutów, zakończona kolejnym odcinkiem telenoweli. W takiej sytuacji cieszyłem się, że nie mam szans na to, żeby zrozumieć wszystkiego. Wystarczająco wiele razy byłem już świadkiem tego typu sytuacji tutaj, w Portlaoise. Tego mam dość.
Na szczęście obudziła się Magda i zeszliśmy na dół napić się czegoś.
Okazało się, że knajpa, w której rano jedliśmy śniadanie, ma drugie wejście, drzwi w drzwi z wejściem na jej klatkę schodową. Wychodząc, wystarczy skręcić dwa razy w lewo i już jest się wewnątrz lokalu.
Posiedzieliśmy chwilę, wróciliśmy, porozmawialiśmy i padliśmy spać.

Obudziłem się ponownie około dziesiątej. Magda poszła pobiegać, ja ogarnąłem się a kiedy wróciła, poczekaliśmy jeszcze moment i mniej więcej w południe Magda poszła do pracy, a ja do centrum. Umówiliśmy się jeszcze, że zobaczymy się o piątej na kebaba i ona wróci do swoich zajęć a ja przetransportuję się na lotnisko.
W centrum chciałem zrobić trzy rzeczy. Pierwszą z nich było posilenie się.
Chodziłem po uliczkach, które żyły już życiem dnia codziennego i szukałem miejsca, gdzie mógłbym kupić sobie jakieś niezobowiązujące śniadanie. Niestety, niemal wszędzie byli ludzie, a mnie dopadł wstyd związany z moim inwalidztwem językowym. Niby wiem, jak jest kanapka i to, chciałbym, by znalazło się na niej, ale już dzień wcześniej, jak Magda zamawiała nam śniadanie, usłyszałem, że kanapka, to nie kanapka, tylko coś innego. Podobnie ze szklanką piwa. Szklanka piwa, to nie szklanka piwa, ale jakieś inne słowo. Że też, joder, w podręcznikach nie uczą języka takiego, jakiego używa się na ulicy! No nic.
W końcu znalazłem pustą knajpkę, wszedłem i wypowiedziałem sakramentalne: „Hola, buenos días”, po czym usłyszałem pytanie, że skoro nie jestem stąd (po jednym zdaniu!), to skąd jestem i co chciałbym przetrącić. Porozmawiałem chwilę z miłym właścicielem, okazał się Włochem. Chwilę później przyszli jego znajomi i cała grupa zaczęła planować, jak się domyśliłem, imprezę z okazji chrztu ich nowonarodzonego dziecka. Zjadłem, wyszedłem.
Punktem drugim było znalezienie konkretnych pocztówek, być może paru pamiątek, i zabunkrowanie się w celu wypisania ich. Zeszło mi sporo czasu, zanim znalazłem tę, której szukałem. Dzień wcześniej, z Magdą, widzieliśmy jedną, która była specjalna i to na poszukiwaniu jej właśnie spędziłem dobrą godzinę chodząc w tę i we w tę próbując przypomnieć sobie którędy szedłem w niedzielę. W labiryncie staromiejskich uliczek nie było to takie proste, ale jakimś cudem, pewnie przypadkiem, udało mi się i mogłem szukać baru, w którym będę mógł usiąść, zamówić piwo i spokojnie wypisać kartki pocztowe.
Powoli zaczynałem mieć dość (choć to za mocne słowo; kwestia braku przyzwyczajenia) hiszpańskiej kultury restauracyjnej.
Przez cały pobyt na Majorce nie uświadczyłem baru, do którego można byłoby wejść, usiąść przy ladzie i zamówić zdrową pintę. Wszędzie sytuacja przedstawiała się następująco: wchodzę, siadam, przychodzi obsługa, bierze zamówienie, przynosi piwo (piwo to małe piwo, o duże należy specjalnie poprosić), gdy pierwsze kończy się, obsługa pyta się o następne bądź daje rachunek. Praktycznie nie istnieje płatność z góry, a post-płatność pociąga za sobą napiwek. Nie chcę powiedzieć, że nie można byłoby przyzwyczaić się do takiego stylu, ale dla mnie, osoby, która szwęda się po irlandzkich barach, taki styl był swego rodzaju egzotyką, ale…
Chodziłem od baru do restauracji, od restauracji do kawiarni aż w końcu zauważyłem obiecujący napis Cervecería (w wolnym tłumaczeniu: Piwiarnia). Uśmiechnąłem się, podążyłem w tym kierunku, wszedłem ale nie, Cervecería również funkcjonowała na zasadzie zamówienia i rachunku z post-płatnością. Nic. Usiadłem, wypisałem pocztówki, skończyłem piwo i wyszedłem.
Miałem jeszcze niecałe dwie godziny do umówionego spotkania (w tym te pół godz. z buta, żeby w ogóle tam dotrzeć) i pomyślałem sobie, że to idealny moment, żeby zaszyć się gdzieś i poczytać tę książkę, którą ze sobą przytaszczyłem do Palmy.
Kierując się już w stronę, w którą później miałem iść, znalazłem bardzo miłą kawiarnię z bardzo miłą obsługą. Zamówiłem piwo (znaczy się małe piwo… na szczęście, inaczej niż w Irlandii, cena małego piwa wynosi połowę ceny dużego piwa, straty nie ma. Tutaj mały Guinness potrafi kosztować trzy-czwarte ceny dużego), otworzyłem książkę i zacząłem czytać spoglądając od czasu do czasu za okno.
Tak się złożyło, że poniedziałek był pochmurny i niekiedy kropiło. Nie powiedziałbym, że padało. Jak na irlandzkie warunki, ot, podkapywało sobie. Tym niemniej Hiszpanie najwidoczniej bali się takiego ciepłego, zimowego deszczu, bo chowali się po bramach albo pod parasolami, ewentualnie ukrywali się w pobliskich knajpkach. I tak sobie patrzyłem przez okno, kiedy z zamyślenia wyrwała mnie miła dziewczyna z obsługi przynosząc przekąskę. Kolejna rzecz, która jest dla mnie swego rodzaju nowością.
Niemal do każdego zamówionego piwa dostaje się przekąskę. Pierwszego dnia, w tej knajpie z współlokatorką Magdy i jej znajomymi dostaliśmy kałamarnicę podaną na dwa sposoby. Tym razem dostałem zwykłe orzeszki ale i tak, sympatyczny zwyczaj.
Nadeszła godzina, że musiałem się zwijać. Podziękowałem uprzejmie miłej barmance i ruszyłem na spotkanie z Magdą i kebabem. Dotarłem, poczekałem chwilę i poszliśmy na jedzenie. Zjedliśmy, porozmawialiśmy jeszcze chwilę i Magda wróciła do pracy, a ja spod Media Markt, gdzie właściwa przygoda z Palmą kończy się, ruszyłem do centrum transportować się na lotnisko.

W drodze koniecznie chciałem kupić sobie jeszcze parę paczek papierosów spodziewając się, że na lotnisku mogą sprzedawać jedynie kartony. Problem polegał na tym, że nie funkcjonowały w Palmie kioski ruchu jako takie. Były podobno sklepy specjalizujące się w sprzedaży wyrobów tytoniowych, ale albo były zamknięte, albo nie mogłem ich znaleźć. Żeby wypełnić tę lukę, Hiszpanie wpadli na pomysł wszechobecnych (najczęściej w restauracjach, barach, kawiarniach itd.) maszyn sprzedających papierosy. Sęk w tym, że takie maszyny przyjmowały bilon, a ja miałem przy sobie właściwie tylko banknoty. Postanowiłem jednak spróbować szczęścia i do pierwszej lepszej kawiarenki wszedłem entuzjastycznie otwierając wcześniej drzwi z szerokim uśmiechem na ustach i pytaniem skierowanym do starszego, łysiejącego, miłego z wyglądu barmana: „Speak English?”. Ujrzałem w jego oczach przerażenie i usłyszałem strachliwą odpowiedź: „No, no señor”. Pomyślałem sobie wtedy, że raz się żyje. W końcu nie na darmo ostatnie dwa i pół roku trzaskałem ten hiszpański, Magdy obok nie ma, spróbuję sam! I spróbowałem!
Powiedziałem, jąkając się: „Necesito que comprar dos paquetes de cigarrillos, pero no tengo monedas…”. Miły z wyglądu barman uśmiechnął się i wyglądał tak, jakby zrozumiał i docenił, że spróbowałem. Powiedział coś o „cambio” (wymienić? rozmienić?) i ochoczo wręczył mi dziesięć jednoeurówek. Podszedłem do automatu, nawrzucałem się, nawciskałem i nic się nie stało. Poprosiłem o pomoc. Miły z wyglądu barman wyskoczył zza lady, spojrzał, powiedział coś o „exactamente” (dokładna kwota?), wrócił za ladę, poszperał w kasie, przyszedł z drobnymi i miałem swoje dwie paczki papierosów.

Później została mi już tylko podróż na lotnisko, przejście przez kontrolę celną, oczekiwanie na samolot (tak, jak w Dublinie, trzeba czekać, aż Ryanair łaskawie powie, z której bramki jest odlot) i voilà. Ale nie voilà.
Dwa San Miguele umilały mi oczekiwanie. Lot miałem mieć o 21:50. Wstępne wnioskowanie podpowiadało, że o 20:50 pojawi się informacja o bramce. Dalsze wnioskowanie podpowiadało, że do 21:50 samolot i tak nie odleci, więc nie trzeba się spieszyć i można być ok. 21:30 / 21:40 przed bramką. Ale coś mnie podkusiło i o 21:00 sprawdziłem. Bramka taka i taka. Skończyłem z San Miguelami, ruszyłem. Korytarze kilometrowe. Dotarłem o 21:10. Właśnie wsiadali ostatni pasażerowie? „Que de fak!”, pomyślałem sobie. Nigdy nie było tak, żeby Ryanair wpuszczał ludzi na pokład tak wcześnie. Wszedłem, usiadłem, wystartowaliśmy mocno przed czasem a pilot powiedział. „Drodzy pasażerowie, ze względu na przeciwny wiatr, lot będzie trwał dłużej”.
Nie było mi to na rękę, bo lot miałem zgrany idealnie z autobusem do Portlaoise. Kilka minut obsuwy i czeka mnie noc na lotnisku, a przynajmniej ze dwie godziny czekania na następny autobus.
Na szczęście, dzięki wcześniejszemu startowi, samolot przyleciał tylko kilka minut później i szybki bieg korytarzami terminalu lotniska w Dublinie, przepychanie się w kolejce do kontroli paszportowej pozwoliły mi nadrobić zwłokę i na autobus zdążyłem w ostatniej chwili.
Około godziny 2:30 byłem w domu.

Metafizyczny lot na Majorkę zakończył się po pięćdziesięciu dwóch godzinach. Zadowolony jestem. Ale i wściekły, bo wniosek jest taki, że muszę, MUSZĘ zacząć mówić. Co z tego, że piszę, czytam, rozumiem radio ze słuchu.
Potrzebuję mówić!

Wpis: 1 439.