Kalendarz

Wrzesień 2013
P W Ś C P S N
« sie   paź »
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66559
  • Dzisiaj wizyt: 8

Miesięczne Archiwa: Wrzesień 2013

Dzień Guinnessa

Już po raz piąty (ale ten czas leci; pierwszy pamiętam jak dzisiaj) świętowaliśmy Dzień Guinnessa.
Idea świętowania wzięła się z pomysłu na obchody 250-ciolecia założenia browaru i po sukcesie pierwszej edycji, specjaliści od Guinnessa ustanowili nową, świecką tradycję. Od 2009-ego roku, w każdy ostatni czwartek (w tym roku czwartek i piątek) września obchodzimy właściwie niewiadomo co. Ale jak mówi staroharcerskie przysłowie: „każda okazja jest dobra”. A zatem…
Zaczęło się od tego, że podjechał po mnie Wijata. Wysadził tuż przed Esker Hills skąd poszedłem przechwycić Krzysia, sam pojechał do domu ogarnąć się. Razem z Krzysiem zaatakowaliśmy bar Cloisters, który okazał się barem de Brún’s (dzięki temu, choć wcześniej zwiedziłem już wszystkie puby w Portlaoise miałem okazję wychylić pintę w nowym barze). Tam, przy akompaniamencie „karaoke 50+”, poczekaliśmy aż dotrze do nas Sebastian.
Oprócz symbolicznych trzech Guinnessów, przetestowaliśmy też jakieś wino domowej roboty i nabrawszy odpowiedniego nastroju postanowiliśmy przenieść się do najlepszego pubu w mieście, do Letheana. Spotkaliśmy Marka i Brygidę oraz zaprzyjaźnionego barmana. Posłuchaliśmy koncertu na trzy gitary akustyczne. Poczęstowaliśmy się kolejnymi trzema symbolicznymi Guinnessami i równie symbolicznym Jamesonem, a kiedy zamknięto nam bar (przeklęta prohibicja) dziarsko ruszyliśmy w drogę powrotną rozejść się po domach.
Wioska Ogrodów (Garden Village), moje obecne miejsce zamieszkania, ma to do siebie, że mogę wszystkich odprowadzić a i tak wciąż będę mieć daleko do domu. M.in dlatego, do ostatniej chwili chciałem złapać taksówkę. Dopiero wchodząc na osiedle zrezygnowałem z tego pomysłu.
Dzień Guinnessa choć skromny, to udany.
Wpis: 1 437.

Widok z okna

widok z okna
Wpis: 1 436.

A gdy rozpakowywałem się…

…w nowym miejscu, znalazłem:
dowód osobisty
Wpis: 1 435.

Opowieść edynburska, odsłona druga

W Edynburgu wylądowaliśmy z Darkiem dość późno. Około jedenastej wieczorem.
Z lotniska przechwycili nas Ola z Shaunem i pojechaliśmy na Waverley Station złapać jeszcze Szymona. Znaleźliśmy, zaparkowaliśmy auto i poszliśmy do pierwszego lepszego baru, ktory okazał się być barem wiedźm, czarownic i smutnych chłopców ubranych na czarno. Wcześniej, jeszcze na ulicach centrum, mogliśmy podziwiać szkockie życie nocne, którego to uczestnikami była młodzież uprawiająca suicidal social drinking (samobójcze wspólne ochlewanie się).
W barze wytrzymaliśmy jedną pintę i by nie drażnić dłużej Shauna, który był naszym kierowcą, zawinęliśmy się i pojechaliśmy do Trenchtown (Tranet). Rozgościliśmy się w domu Oli i Shauna i do przegadaliśmy do późnego poranka. Była chyba ósma a może i nieco później, jak padliśmy.
Wstaliśmy około pierwszej. Zdecydowaliśmy, że do śniadanie dobrze byłoby poleczyć się w myśl staroharcerskiej zasady: „czym się strułeś, tym się lecz” i z Darkiem udaliśmy się na poszukiwania lekarstwa. Pobłądziliśmy nieco po Trenchtown, ale cel osiągnęliśmy. Mogliśmy spokojnie wrócić i rozpocząć konsumpcję.
Po śniadaniu ustaliliśmy plan, który z grubsza wyglądał tak, że przenosimy się z Trenchtown do Edynburga, zostawiamy u Szymona rzeczy i dajemy na miasto. O ile wyjść od Oli i Shauna się udało w miarę bezproblemowo, o tyle wejście do autobusu zajęło nam ze dwie pinty w pubie naprzeciwko przystanku.
Do Edynburga przyjechaliśmy w okolicach zmroku. Zostawiliśmy rzeczy u Szymona, przekąsiliśmy conieco i ruszyliśmy zwiedzać bary. Trafiliśmy do dwóch. To wystarczyło. Darek wsiadł do autobusu do Trenchtown, a ja i Szymon wróciliśmy na Jamaica Street. Pogadaliśmy chwilę i położyliśmy się spać.
Rano Szymon poszedł do pracy. Ja zostałem jeszcze chwilę na Jamajce i dopiero wczesnym popołudniem ruszyłem na miasto. Szwędałem się tu i ówdzie przeżywając déjà vu. W końcu pięć lat temu krążyłem po tych samych uliach, parkach; oglądałem te same kościoły, z których każdy był najstarszy i zwiedzałem zamek, na którym tak wtedy jak i teraz, rozstawione były rusztowania pod budowę trybun. W tym czasie zgadałem się z Olą, Darkiem i Szymonem i wszyscy spotkaliśmy się w jednym z barów. Wypisaliśmy pocztówki (których nie udało sie wysłać, ale jest plan by cofnąć je z powrotem do Edynburga) i ruszyliśmy w tradycyjną krucjatę po pubach.
O dziewiętnastej musieliśmy wyruszyć z miasta na lotnisko. Spóźniliśmy się kilka minut, ale udało się dotrzeć na miejsce na kwadrans przed odlotem. Przebiegliśmy terminal, znaleźliśmy bramkę, stanęliśmy w kolejce i chwilę później opuszczaliśmy Edynburg.
Wpis: 1 434.

Przeprowadzka… kolejna

Dokonało się.
Przeprowadzam się po raz… nie wiem, dwunasty? Po dwóch latach z okładem wracam do Portlaoise. Szkoda mi zostawiać Dublin i to wszystko, co wiązało się z życiem tutaj (mnogość wydarzeń, bliskość morza etc.). Tym niemniej, zadecydowały całkiem prozaiczne względy.
Na pocieszenie, w sobotę frunę sobie do Edynburga.
Wpis: 1 433.