Kalendarz

Maj 2013
P W Ś C P S N
« kwi   cze »
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65225
  • Dzisiaj wizyt: 5

Miesięczne Archiwa: Maj 2013

Irlandzka żegluga śródlądowa

A w tle — Croke Park.
Wpis: 1 422.

Dublin bookspotting*

dublin bookspotting
—————
* — bookspotting [za Wikipedią], podobnie jak trainspotting czy planespotting, hobby polegające na wypatrywaniu, w tym wypadku, przypadkowo pojawiających się na ulicy książek.
Wpis: 1 421.

Długie łodzie Wikingów

Jedną z atrakcji turystycznych Dublina jest przejażdżka (i rejs) amfibią stylizowaną na łódź Wikingów. Ta stylizacja, powiedzmy sobie, jest nieco na wyrost, ale turystów nie brakuje. Generalnie idea jest taka: Się wsiada, się jedzie dookoła centrum miasta, zanurza się na moment w dokach, wynurza się i wysiada się. W trakcie kierowca, który jednocześnie jest przewodnikiem opowiada o mijanych miejscach popisując się niekiedy mniej lub bardziej śmieszną anegdotą. Oprócz tego, zachęca swoich pasażerów by od czasu do czasu ryknęli niczym Wikingowie w bojowym okrzyku zwycięzców. Raz po raz udaje się w ten sposób nastraszyć przechodniów. Oprócz okrzyków, przewiduje też inne atrakcje.
Jeśli na pokładzie swojej amfibii Wikingów, kierowca ma liczną grupę podchmielonej młodzieży, często z pełnymi plastykowymi kubkami piwa w rękach, zachęca, by na znak panowania nad miastem wybrali sobie z tłumu ofiarę i przemoczyli ją do suchej nitki. Mając na uwadze ogólne rozochocenie młodzieży, dwa razy takiej zachęty powtarzać nie musi i zdarza się, że niczego niespodziewający się przechodzień, spieszący do pracy czy na zakupy, nagle staje po środku ulicy cały mokry. Ku uciesze Wikingów, ma się rozumieć. Zjawisko szczególnie nasila się w sezonie letnim.
Pamiętając o tym, za każdym razem, jak widzę nadjeżdżającą amfibię Wikingów zachowuję wzmożoną czujność. Szczególnie, jak akurat jestem w drodze na zlecenie. Nietęgo wyglądałoby, gdybym pojawił się na takim po interwencji Wikingów.

A skoro mowa o Wikingach… Od jakiegoś czasu w TV pokazywany jest serial Wikingowie. Serial taki sobie. Ni ziębi ni grzeje. Na uwagę zasługuje z tego względu, że w szczególnych sytuacjach aktorzy starają się mówić po staroangielsku czy staronordycku. To bardzo mi się podoba. Na uwagę zasługuje także z tego powodu, że niemal w całości kręcony jest tutaj, dwa rzuty beretem od Fairview, w górach (wzniesieniach; okej) Wicklow. I prawie wszyscy aktorzy, a już wszyscy statyści pochodzą z Irlandii, a w prasie czy serwisach internetowych można znaleźć ogłoszenia, że poszukiwani są kolejni.
Raz, drugi zignorowałem taką informację, ale powoli zaczynam się wahać. Czemu by nie iść na nabór? Co prawda nie do końca przekonany jestem, czy posiadam nordycki wygląd i czy Wikingowie tysiąc lat temu nosili okulary, ale spróbować warto. Niewykluczone, że zbiorę się któregoś razu i zgłoszę się. Może namówię jeszcze kogoś i razem zaatakujemy. Nie zaszkodzi.
Wpis: 1 420.

Argentyńska lekcja

Argentyńska lekcja

Od czasu tego przeżycia, które obróciło mój świat do góry nogami i sprawiło, że po latach zapatrywania się w język Cervanteza w końcu zacząłem się zagłębiać w jego tajniki, słucham praktycznie dzień w dzień pewnego radia. Ot tak, by obyć się… osłuchać.
Nieważne, dzień, noc… radio włączone jest prawie cały czas.
Kilka dni wstecz trafiłem na audycję, gdzie opowiadano pewnym polskim dokumencie (Argentyńska lekcja), w którym Wojtek Staroń pokazuje (wedle opisów / recenzji; sam filmu / dokumentu jeszcze nie oglądałem) jak rzecz się dzieje między emigrantami a już zasiedziałymi od pokoleń mieszkańcami Argentyny.
Ale nie o to chodzi.
Rzecz w tym, że w trakcie tej audycji, prowadząca dzwoni do Wojtka by udzielił wywiadu i ten zaczyna opowiadać:
„Przeprowadziłem się, wychowuję tu moje dzieci, pomysł na film / dokument pojawił się, tyle a tyle czasu zajęło mi znalezienie środków, później zdjęcia i montaż, film / dokument pokazywany był…” itd.
Co mi się w tym wszystkim podobało, to to, że Wojtek choć mówił po hiszpańsku to zupełnie, zupełnie (w moim odczuciu) bez akcentu a mimo to był rozumiany. Mając na uwadze mój brak akcentu, pomyślałem sobie wtedy, że być może i mnie kiedyś zrozumie ktoś, kto włada kastyliańskim.

PS:
Przypomina mi się sytuacja z początków pobytu w IE. Zawsze łatwiej było mi zrozumieć kogoś, dla kogo język angielski nie był ojczystym językiem, a wyuczonym. Podobnie było z Wojtkiem. O ile często prowadzący audycje w radiu, którego słucham, rozpędzają się i ciężko za nimi nadążyć, tak Wojtka rozumiałem całkowicie.
Wpis: 1 419.

U Neda z ulicy Townsend

u neda

W pewien poniedziałkowy poranek, po przygodach z powrotem z Portlaoise i pomiędzy jednym tłumaczeniem a drugim, miałem ponad godzinną przerwę, podczas której postanowiłem odwiedzić jakieś miejsce, gdzie mógłbym ten czas spędzić w spokoju i przygotować się do następnego zlecenia.
Restauracje, kawiarnie, kanapkarnie, bary szybkiej obsługi i wszystkie im podobne przybytki są mi nadzwyczaj obce i w nich nie czułbym się spokojnie. Poszedłem w to jedyne miejsce, gdzie czuję się swobodnie: do pubu. Pora była wczesna, więc mój wybór padł na pub U Neda z ulicy Townsend.
W wielu innych miejscach Irlandii, o godzinie dziesiątej z hakiem na próżno szukałbym otwartego lokalu ale nie w Dublinie. Tutaj — na moje szczęście — funkcjonują tzw. „Early House’y”. Instytucja zacna i mająca swoje społeczne zadanie. Historia głosi, że by zapobiec niezadowoleniu rybaków, żeglarzy, marynarzy i całej reszty ludzi morza, którzy mogliby przypływać do portu o świcie i mieć ochotę zrelaksować się nad pintą, zaczęto udzielać nielicznym wyszynkom licencji na serwowanie napojów już od wczesnych godzin porannych. Taką licencję posiada pub U Neda. Z tej właśnie licencji skorzystałem w poniedziałkowy poranek.

PS:
Wszedłem, podszedłem do lady, zamówiłem. Czekając, rozejrzałem się. W drugim rogu lady trwała ożywiona dyskusja. Kilka osób, przekrzykując się nawzajem, rozprawiało o ostatniej partii domina. Tak, domina. Muszę przyznać, że pierwszy raz widziałem w pubie ludzi grających, i to bardzo żwawo, w domino.
Wpis: 1 418.

Dwa lata w Dublinie

Wpis: 1 417.

Brama na Fairview

brama na Fairview
Wpis: 1 416.

Nowe czytadło

Gra o tron

Wiedziony ogólnym poruszeniem, jakie wywołał serial ale także entuzjazmem przejawianym przez współlokatora, postanowiłem sięgnąć po źródło i spojrzeć o co tyle szumu. Jakiś czas temu zabrałem się za czytanie i powoli zmierzam do końca pierwszego tomu.
Jak dotąd nie mogę powiedzieć złego słowa.
Książka napisana jest bardzo zgrabnie i bezwzględnie należy do kategorii tych z gatunku: „jeszcze tylko jeden rozdział i już biorę się za coś innego”. Czyta się ją bardzo przyjemnie, gładko i szybko.
Skomponowana przemyślnie tak, że każdy rozdział rozwija opowieść lecz z punktu widzenia poszczególnych bohaterów. Raz patrzymy na świat oczami jednej postaci; kilkanaście stron dalej wcielamy się w inną postać, i tak przez cały czas. Zabieg wybitnie uatrakcyjniający treść. Sama zaś treś bowiem, nie odbiega niczym od standarowych historii lekkiej fantazy (lekkiej, czyli bez czarów; czarnoksiężników; elfów i czego tam jeszcze). W końcu walka o władzę, panowanie nad światem czy królestwem pojawia się zawsze i podszyta jest masą to mniej, to bardziej zaawansowanych intryg. Pod tym względem to, co napisał Martin nie odbiega od kanonu.
I właściwie jeśli można by mieć o coś żal, to tylko o to, że bohaterowie (jak dotąd) są wyjątkowo prostolinijni, jednowymiarowi — zli są źli a dobrzy są dobrzy… tacy, jakimi ich autor stworzył. W pierwszej części sagi nie ma rozwoju charakterów.
Dawno temu próbowałem oglądać serial, ale wytrzymałem jeden odcinek bądź dwa. Być może gdybym dał produkcji więcej czasu akcja rozwinęłaby się. Podobnie, jak w książce. Zaczyna się dziać, że tak powiem, dopiero w połowie pierwszego tomu.
Plus tego jest taki, że zupełnie nie pamiętam, jak wyglądali aktorzy wcielający się w poszczególne role i mogę samemu tworzyć sobie wizerunki osób, o których czytam.
Wpis: 1 415.

Dublin czterysta lat wstecz

Wpis: 1 414.

Odchamianiesię, wersja kinowa

Tym razem w tym hipsterowsko-snobistycznym kinie Irlandzkiego Instytutu Filmowego (IFI) na Los Amantes Pasajeros (Przelotni kochankowie).

I teraz tak… Założenie pierwsze brzmi: nie lubię komedii. Są wyjątki, ale generalnie nie lubię. Założenie drugie: Los Amantes Pasajeros jest komedią.
Przed pójściem na seans nastawiałem się, że wyjdę z niego zażenowany. Właściwie staram się nie nastawiać, ale wiadomo, jak jest. Pewnych nawyków uniknąć się nie da. Z kina wyszedłem wyjątkowo mile zaskoczony.

Fabuła komedii banalna. Samolot ma leciec do Meksyku. Podczas startu coś idzie nie tak. Będzie potrzebne awaryjne lądowanie, ale do czasu, kiedy znajdzie się zapasowe lotnisko, samolot ma pozostać w powietrzu.
Jak można się spodziewać, mała przestrzeń, skupieni na niej pasażerowie, piloci, obsługa, są mieszanką na tyle różnorodną, że musi dochodzić do zabawnych sytuacji i dialogów. I tak było. Reżyser i scenarzysta w jednym dał sobie całkowicie radę. Było wesoło.
Na całe szczęście nie była to komedia głupia, czy głupkowata.

Na koniec: Dawno już nie uśmiałem się tak w kinie. Normalnie, szczerze, pełną piersią śmiałem się na głos. Fajna sprawa.
Wpis: 1 413.