Kalendarz

Marzec 2013
P W Ś C P S N
« lut   kwi »
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65225
  • Dzisiaj wizyt: 5

Miesięczne Archiwa: Marzec 2013

Irlandia — Austria

Landsdowne Road

Gdy wróciłem kilka dni temu spotkała mnie w skrzynce pocztowej miła niespodzianka. Dowiedziałem się, że wygrałem bilety na mecz kwalifikacji Mistrzostw Świata: Irlandia – Austria. Biorę udział w konkursach i niekiedy coś się trafi. Zdecydowałem, że biorę Art.
W dniu meczu spotkała mnie kolejna niespodzianka. Okazało się, że każdy posiadacz biletu może liczyć na darmową pintę Calsberga w klubie The Mercantile. Wiedziałem, jak zaplanuję sobie podróż na stadion. Tak, by zahaczyć pub.
Na miejscu zostałem zaskoczony po raz kolejny. Miałem obiekcje, co do Calsberga, którego nie pijam z przyczyn ideowych, ale miły barman stwierdził, że pinta jest pinta i mogę wybrać cokolwiek. Wziąłem Guinnessa.
W barze dostałem SMSa od Michaela z Book Clubu. Tak. Ponownie wygrał zaproszenie i też wybiera się na mecz. Zaczęliśmy wstępnie się ustawiać, ale podobnie, jak w przypadku meczu Irlandia – Polska, na SMSasch i telefonach się skończyło. Dogadać się, a przede wszystkim odnaleźć w tłumie tysięcy osób potrafię tylko z Feith.

Dotarłem z Art. na stadion. Byliśmy późno, ledwie minuty przed rozpoczęciem spotkania. Po drodze, jeszcze w centrum, mijaliśmy jedynie Austriaków. Dopiero im bliżej stadionu, tym robiło się bardziej zielono-biało-pomarańczowo. Zajęliśmy miejsca i zaczęliśmy oglądać widowisko.
Zaczęło się od tego, że Austriakom jakby bardziej zależało i udało im się wbić bramkę. Później cofnęli się i Boys In Green wzięli się do odrabiania strat. Jeszcze przed przerwą prowadzili dwa do jednego. Kibice cieszyli się i zaklinali, żeby tylko nie zmarnować okazji.
Druga połowa, to Austriacy próbujący i Irlandczycy broniący się. Kilkukrotnie na tyle ryzykownie, że stadion musiał oddychać z ulgą. Aż nadeszła ostatnia minuta meczu.
Na trybunach gwizdy, piski, wrzaski i sugestie w stronę sędziego, by kończył mecz. Nie zrobił tego. Austriacy wyrównali. Dopiero wtedy usłyszeliśmy końcowy gwizdek. Zawód był wielki. Kibice austriaccy cieszyli się, kibice Irlandii wychodzili ze stadionu kiwając z niedowierzaniem głową. Jak można było stracić zwycięstwo w ostatniej minucie.

Wróciłem do domu.

PS
W trakcie meczu ktoś rzucił butelką napoju w austriackiego piłkarza. Siedzieliśmy blisko tej sytuacji, którą zresztą było widać na telebimach. Stadion zaczął gwizdać, a kibice, w ramach samopomocy obywatelskiej przypilnowali, żeby odpowiednie służby wyprowadziły odpowiednią osobę. Stało się to niewięcej niż minutę później. Nikt, nikt! nie pomyślał, żeby krzyknąć: „Zostaw kibica, hej (…), zostaw kibica”.
PS2
Krótki pobyt w Polsce udany. Pierwszego dnia chwila na Wileńskiej. Drugiego, chwila na batalionach i wieczór z AZ w LaGrandzie. Trzeciego, spotkanie z SK w kinie Charlie, Kilina i Białostocka. Ostatni dzień, to ostatnie zakupy i pełna obawy podróż na lotnisku.
Tradycyjnie pomyliłem się wpisując swoje imię na bilet i zamiast Piotr podałem Peter. W Dublinie nie robili problemów: Piotr? Peter? Jedno i to samo. W Łodzi tak nie było. Celniczka z panią z Ryanaira cofnęły mnie do kasy. Na szczęście tam wystarczyło jedynie metodą analogową (przekreślamy niepoprawne imię; wyżej piszemy poprawne; dajemy stępel, datę i podpis) zmienić dane na karcie pokładowej i mogłem wrócić do Irlandii.
Wrócić do Irlandii, którą zaatakowała zima. Pada śnieg, jest zimno, a w radiu parafrazując śpiewają: „I’m dreaming of a white Easter”. Jakby mało było mi mrozu i śniegu przez te kilka dni w Polsce.
Wpis: 1 404.

Święty Patryk nadchodzi

Ulice systematycznie zaczynają zapełniać się turystami wszelkich narodowości w tych ich zabawnych kapeluszach…

turyści

Budynki w mieście zielenieją wieczorami…

Koledż Świętej Trójcy na zielono

A w rozgłośniach radiowych puszczany jest żartobliwy przebój będący kwintesencją „tradycyjnej piosenki irlandzkiej”:

Wpis: 1 403.

Aviador DRO, Bretón Armada, Oviformia y RADAR — Blue Monday

Klasyk przerobiony przez ekipy z Półwyspu Iberyjskiego.

Wpis: 1 402.

Irlandzka myśl techniczna

Będzie ze trzy tygodnie temu, jak w rezydencji na Fairview pieprznął boiler. Objawiało się to tym, że za każdym razem, gdy był włączany, wysiadały korki i nie było prądu w każdym gniazdku w domu.
Awaria niezwłocznie została zgłoszona landlordowi, który już następnego dnia przysłał dwóch [swoich] ziomków-fachowców.
Ziomkowie-fachowcy przyszli, popatrzyli, włączyli boiler kilka razy wywalając kilka razy korki po czym z poważną miną stwierdzili: „To musi być wiatraczek… albo pompa” i radośnie obwieścili, że zamówią części, które powinny pojawić się za dwa, góra cztery dni. Wtedy przyjdą ponownie i naprawią. Wychodząc dodali jeszcze, że nie ma się czym przejmować, przecież nadchodzi fala upałów.
Rezydenci na Fairview czekali cierpliwie kolejne dwa tygodnie nękając landlorda, który wyłgiwał się tradycyjnym: „Dzwoniłem, nie odbierają”.
Gdy fala upałów nie nadeszła, a wyziębiona rezydencja wprawiała w coraz większą frustrację, mieszkańcy udali się do landlorda z ultimatum: „Jeśli twoi ziomkowie-fachowcy nie mogą, to załatwimy kogoś z oficjalnych źródeł i przedstawimy ci rachunek”.
Podziałało. Na drugi dzień ziomkowie-fachowcy przyszli.
Włączyli boiler kilka razy wysadzając korki kiklukrotnie i orzekli: „Na pewno wiatraczek”. Tyle ich widziano przez następnych kilka dni.
Po upływie tego czasu zjawili się z nowym boilerem mówiąc, że naprawa starego nie ma sensu, zamontują nówkę-sztukę. Przystąpili do działania.
Zdjęli stary, przyłożyli w to miejsce nowy i zorientowali się, że przywieźli niewłaściwy i nie mieści się on w miejsce poprzedniego. Nie przeraziwszy się tym za bardzo, rozkręcili szafkę, gdzie znajdował się dotychczasowy boiler i postanowili mimo wszystko jakoś wcisnąć tam ten nowy. Operacja wymagała jednak kucia w ścianie kolejnego otworu na wentylację i paru kosmetycznych poprawek.
Dziurę w ścianie wykuli, ale zaczęło się robić późno i miały zaczynać się mecze Ligi Mistrzów, więc ulotnili się zostawiając rezydencję na Fairview w stanie, jakby dopiero co skończyła się w okolicy jakaś porządna potyczka miejska — jednym słowem: gruzowisko.
Przyszli kolejnego dnia w południe. Mocowali się z nowym boilerem. Sztukowali go częściami ze starego, wycinali pożądany kształt, dopasowywali, zdejmowali, kuli w ścianach, wiercili, rozłupywali… Widać było, że znają się na rzeczy.
Nastał wieczór i ponownie zbliżała się Liga Mistrzów. Wtedy obwieścili triumfalnie: „Gotowe!” i zamknęli za sobą drzwi.
Oczom rezydentów Fairview ukazał się taki widok:
Irlandzka myśl techniczna
Irlandzka myśl techniczna!
Wpis: 1 401.

Odchamianiesię, wersja kinowa

Welcome To the Punch

Zachowując zasadę, że z Facebookiem, jak z lodówką: należy zaglądać co pięć minut, Art. dokonywał inspekcji piątkowych wpisów. Za pośrednictwem dodatku do the Irish Timesa the Ticket, wynalazł informację, że tenże the Irish Times wraz z kinem Cineworld organizują w poniedziałek przedpremierowy pokaz filmu pt. Welcome To the Punch. Warunkiem dostania się na taką projekcję było zakupienie piątkowego wydania gazety i udanie się z nim do kasy kina po odbiór zaproszenia. To wziąłem na siebie.
Seans przewidziany był na wieczór. O właściwej porze zebraliśmy się i poszliśmy do kina. Spokojnie dostaliśmy się do środka, później na salę sprawdziwszy jeszcze wcześniej (i mając w pamięci mój wypad z Darusiem jakoś z jesieni zeszłego roku) czy w innych salach nie ma ciekawszych obrazów. Nie było.
Rozsiedliśmy się w małym pomieszczeniu, ale w przeciwieństwie do innych sal w Cineworld dość stromym. Widzowie, których zebrało się dość sporo choć sali nie wypełnili, siedzący przed nami nie zasłaniali widoku. My nie zasłanialiśmy tym za nami. Zaczęliśmy oglądać film.
Wiadomo, że przeczytaliśmy opis i wiedzieliśmy czego się spodziewać. Dobry policjant, zły przestępca, pościgi i strzelaniny, trochę przekleństw i bijatyk. Typowy mózgotrzep sensacyjny. Na dobrą sprawę można puszczać bez napisów. Wątku nie dało się zgubić. Film nie zaskakuje absolutnie niczym.
Tym niemniej, skoro nadarzyła się okazja, czemu z niej nie skorzystać. Nie mogę napisać, żebym stracił półtorej godziny.
Na koniec — tak wygląda irlandzkie zaproszenie na pokaz specjalny filmu:
Aaa… I jeszcze jedno, najbardziej specjalne w tym pokazie specjalnym było to, że zaczął się równo o czasie. Czyli nie dość, że prawie darmo, to jeszcze bez zbędnego reklamowego śmiecia.
Wpis: 1 400.

Polszczyzna na obczyźnie

polska źywność
Wpis: 1 399.

Scenka rodzajowa, typowa

czas: piątek wczesnym popołudniem;
miejsce: kino Cineworld;
osoby: emigrant Walczak, miła dziewczyna-bileterka;

Emigrant Walczak dowiedział się, że w irlandzkim kinie będzie pokazywany polski film (Być jak Kazimierz Dejna) z angielskimi napisami. Sprawdził w którym kinie, o jakiej porze, a jak już znalazł odpowiadający mu termin, zdecydował, że wybierze się. Gdy nadszedł czas, wyruszył do miasta.

emigrant Walczak z uśmiechem na twarzy: Cześć! Jak się masz? Bilet na ten polski film, co za chwilę będzie, poproszę.
miła dziewczyna-bileterka irlandzkim zwyczajem odwzajemniając uśmiech: Hej! U mnie wszystko bardzo dobrze, a u ciebie? Ten polski film… Słuchaj, no nie wyświetlamy go teraz. Dopiero później, po szóstej.
emigrant Walczak nieco zaskoczony: Sprawdzałem na stronie i było napisane…
miła dziewczyna-bileterka lekko zakłopotana: Aaa… Tak, strona internetowa. Sam wiesz, jak to jest…
Kurtyna!

I teraz tak. Wyobrażam sobie podobną sytuację w Polsce. Wyobrażam sobie, że stojący przy kasie niedoszły widz zaczyna wydzierać się na Bogu ducha winną bileterkę. Wyobrażam sobie, jak wyzywa od najgorszych, jak zrzuca na nią odpowiedzialność za nieaktualną stronę internetową, jak obwinia za wprowadzenie go w błąd aż w końcu, jak będąc u kresu wytrzymałości, żąda rozmowy z przełożonym (co w korporacjach, w farmach, gdzie pracownicy podzieleni są na kasty, zawsze oznacza nieprzyjemności). Przynajmniej takie wspomnienia mam z ojczyzny, w szczególności z rodzinnego miasta pełnego frustratów, desperatów a w najlepszym wypadku osób do reszty wycieńczonych przez codzienność łódzkiej wegetacji. Zresztą, prawdę mówiąc, jeszcze w porzedniej erze, przed rokiem 2002-gim, i mnie zdarzały się niekontrolowane wybuchy w niemal dokładnie takich samych sytuacjach. Pamiętam, jak wściekałem się, kiedy poszedłwszy do kina na pewien seans dowiedziałem się, że został on przełożony na któryś kolejny dzień z jakiegoś nieistotnego powodu. Ale na szczęście, te czasy są wyjątkowo przeszłe. Mniejsza…
W każdym razie, z miłą dziewczyną-bileterką wymieniliśmy jeszcze kilka uprzejmości i zapewnień, że nic się nie stało i powiedzieliśmy sobie: „Do zobaczenia po weekendzie”, kiedy to film już będzie wyświetlany w godzinach przedpołudniowych.
Wpis: 1 398.

Dorian — Los Amigos Que Perdí

Smętny pop w języku Cervantesa.

Salí en busca del tiempo perdido
siguiendo el rastro de un amanecer,
y me junté con gente sin medida
de la que nadie quiere conocer.

Un loco me dio clases de estricnina,
un escritor me habló de Maldonor,
un juez me absolvió de mi rutina
y una flor me extirpó el dolor.

Si quieres verme, vas a tener que explorar
esos desiertos que no puedo abandonar,
abrí una puerta que se cerró tras de mí,
y no me duelen los amigos que perdí.

Me especialicé en noches suicidas
justo el día en que la conocí,
y confundí molinos con gigantes
después de una semana sin dormir.

Si quieres verme, vas a tener que explorar
esos desiertos que no puedo abandonar,
abrí una puerta que se cerró tras de mi,
y no me duelen los amigos que perdí.

El miedo es un cuchillo afilado.
La venganza, una flecha clavada.
No hay nada más inútil que el odio.
No hay nada más doloroso que el rencor.
Trato de salir de mi mente,
me esfuerzo por desaprender.
Recorro el camino inverso,
busco el origen, busco algo ahí afuera.

Si quieres verme, vas a tener que venir
a unos lugares que no puedo describir,
abrí una puerta que se cerró tras de mí,
y no me duelen los amigos que perdí.

Si quieres verme, vas a tener que asumir
que hay ciertas cosas que me alejarán de ti,
abrí una puerta que se cerró cuando huí,
y he olvidado a los amigos que perdí.

Wpis: 1 397.

Scenka rodzajowa, typowa

czas: Wczesne, czwartkowe popołudnie;
miejsce: Rezydencja Fairview;
osoby: emigrant Walczak, miły łowca głów;

Dzwoni telefon. Emigrant Walczak spogląda na wyświetlacz. Widzi: „numer nieznany”. Mimo to odbiera.

miły łowca głów głosem typowego przedstawiciela swojego gatunku: Dzień dobry, co słychać? Nazywam się (…), dzwonię z firmy (…).
emigrant Walczak właściwie spodziewając się tego telefonu:  Witam. W porządku, a u ciebie?
miły łowca głów kontynuując swoim tonem: Bardzo dobrze. Słuchaj, na początek kilka pytań. Możesz u nas pracować?
emigrant Walczak zgodnie z prawdą: Jasne! Byłoby świetnie!
miły łowca głów wyraźnie uradowany: Świetnie! I kolejna sprawa. Masz zaplanowany jakiś wyjazd w najbliższym czasie?
emigrant Walczak pełen pewności siebie: Tak, za dwa tygodnie na kilka dni lecę do Polski.
miły łowca głów wyraźnie zrezygnowany: Ooo… To nam nie odpowiada. Potrzebujemy cię od zaraz i nie przewidujemy możliwości puszczenia cię choćby na kilka dni.
emigrant Walczak nieco kurtuazyjnie: W takim razie, bardzo mi przykro.
miły łowca głów dalej z odcieniem zawiedzenia w głosie: Nam również…
Kurtyna!

Nie ma możliwości, żebym zrezygnował z wizyty w PL po ponad roku nieobecności. Jak wrócę, trafi się jeszcze pewnie niejeden łowca głów.
Wpis: 1 396.

Zachód słońca na wschodzie Irlandii na zachodzie Europy

Zachód słońca na wschodzie Irlandii na zachodzie Europy
Wpis: 1 395.