Kalendarz

Luty 2013
P W Ś C P S N
« sty   mar »
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65232
  • Dzisiaj wizyt: 7

Miesięczne Archiwa: Luty 2013

Samotni Strzelcy

Zacznijmy od oczywistej oczywistości. Jestem fanem Z Archiwum X. Od pierwszego odcinka, który obejrzałem i który pamiętam bardzo dobrze, do ostatniego… Nawet jeśli te ostatnie stanowczo nie trzymają poziomu, a zamiast Muldera mamy T-1000. Z Archiwum X to Z Archiwum X i nic tego nie zmieni.
W dawnych czasach miało się koszulki z bohaterami serialu, Windowsy przerobione tak, żeby witały się dźwiękiem czołówki serialu, a ostatnio telefon krzyczy do mnie o nowym e-mailu głosem ikony popkultury: „There’s got to be an explenation”.
Jestem fanem Z Archiwum X.
W ramach reagowania podejrzliwie na wszystko, co z tym serialem jest związane, trafiłem na informację o produkcji Samotni Strzelcy. Chwila poszukiwań i — co można było wywnioskować już z samego tytułu — dowiedziałem się, że Samotni (…) to dodatek do głównego nurtu perypetii Muldera i Scully.
Bohaterami są chłopaki, do których agenci niekiedy zaglądali, kiedy nie mogli sami poradzić sobie z nadprzyrodzonymi sprawami. Głównie, gdy potrzebowali pomocy w rozpracowaniu systemu komputerowego czy pochodzącego nie-z-tej-ziemi urządzenia elektronicznego.
O ile w głównej produkcji, chłopaki odgrywali wyjątkowo drugoplanowe role, tak [serial] Samotni (…) właśnie na nich się koncentruje.
Do tej pory mam za sobą pierwszy odcinek. W klimacie łagodny, w intrydze infantylny, w wykonaniu nawet nie umywa się do klasyka, ale…
Ale właśnie; oglądam pierwszy odcinek, śledzę fabułę i widzę:
 — Chłopaki rozpracowują spisek rządowy — standard;
 — W spisek zamieszany jest ojciec jednego z nich — standard;
 — Jest upozorowana śmierć — standard;
I tu dochodzimy do sedna, spisek rządu amerykańskiego ma polegać na tym, by ze względu na koniec zimnej wojny i nagły brak wroga przechwycić samolot pasażerski amerykańskich linii lotniczych i pieprznąć nim w World Trade Center. W wyniku tego wydarzenia miałaby na terenie USA powstać panika, miałyby zgłosić się dziesiątki ugrupowań terrorystycznych, które chciałyby wziąć na siebie taki atak, miałby wreszcie rząd Stanów pretekst by wciąż łożyć na zbrojenia. Zamiast przeciw ZSRR zbroiłby się przeciwko szeroko rozumianemu terroryzmowi, a kto wie, może nawet i jaka wojna by się pojawiła.
Oglądam i oczom nie wierzę. Właściwie wszystko się zgadza. Natychmiast spoglądam na IMDB przekonać się, kiedy scenarzyści wpadli na ten pomysł.
Sprawdziłem. Odcinek po raz pierwszy został wyemitowany za Wielką Wodą w marcu 2001-ego roku, a więc pół roku przed 9/11.
Nieźle, pomyślałem sobie.
Doczytałem też, że UK wykupiła prawa do retransmisji serialu dopiero na jesień 2001-ego roku i ze względu na wydarzenia wrześniowe nie zdecydowała się na emisję pierwszego odcinka, oraz że ekipa produkująca serial była bardzo zadowolona, gdy udało jej się dogadać z zarządcami WTC by móc sfilmować wieżowce ze śmigłowca a zdjęcia wykorzystać następnie w scenie, w której samolot jest na kursie kolizyjnym z budynkami.
Chris Carter i spółka odwalili kawał dobrego proroctwa.
Wpis: 1 394.

Budujemy nowy most, jeszcze jeden nowy most…

LUAS bridge LUAS bridge
Dublińska rada miasta wreszcie zorientowała się, że połączenie dwóch (słownie: dwóch!) linii tramwajowych ułatwi życie w mieście i zaoszczędzi kilkunastu łamane przez kilkudziesięciu minut biegania z jednej strony Rzeki na drugą, żeby przesiąść się z linii zielonej na czerwoną (albo na odwrót).
Wpis: 1 393.

Próżność

Miasto pochodzenia rodu Walczaków przypomniało sobie o jednym ze swoich potomków i na swojej oficjalnej stronie twittera @poznanpl wyświetlało:
Podesłane rano przez BB, który w ramach obowiązków zawodowych szpieguje konkurencję.
Wpis: 1 392.

Jasny gwint!

Któregoś razu, Walczak chodząc po mieście właściwie bez celu, przypomniał sobie, że jakiś czas temu przepaliła mu się żarówka w lampie sufitowej. Nie była to wielka tragedia. Na co dzień używał bowiem bądź tej przy łóżku bądź tej na biurku. Ale zwietrzywszy okazję i nadawszy swojej wędrówce, postanowił ją wymienić. Pomyślał sobie, że wejdzie do odpowiedniego sklepu i rozejrzy się.
Po długich poszukiwaniach odnalazł odpowiednie stoisko i zaczął przyglądać się asortymentowi. Znalazł właściwą i wtedy zwrócił uwagę na jedną, istotną rzecz: W Irlandii funkcjonują dwa typy żarówek. Takie, które się wkręca i takie, które się wciska. Tu pojawił się dylemat. Jakiego typu lampę sufitową posiada w swoim pokoju Walczak.
Zaczął się zastanawiać. Teoretycznie częstsze są te wciskane. A już na pewno w nowowybudowanych lub świeżoodnawianych budynkach. Z drugiej strony, budynek, w którym mieszka Walczak nowy nie jest. Ale czy był odnawiany albo czy elektryka była ostatnio wymieniana? Tego Walczak stwierdzić nie mógł. A im dłużej się zastanawiał, tym bardziej nie był pewien. Próbował sobie przypomnieć. Niestety, nie przyglądał się codziennie swojej lampie sufitowej i temu, jakiego jest typu i żadnego obrazu nie mógł przywołać z pamięci. Przyglądał się opakowaniom szukając inspiracji, ale ta nie nadchodziła.
Wreszcie postanowił podjąć decyzję. Biorę tę! Wkręcaną. W końcu miał piećdziesiąt procent szans, że wybierze prawidłowo. Podszedł do kasy, zapłacił i wrócił do domu.
Tam, znając Walczaka szczęście, okazało się, że…
Wpis: 1 391.

Przedpremierowy pokaz gry Crysis 3

Crysis 3

Naśladuję Michaela z poprzedniego wpisu i również biorę udział w konkursach. Tym razem wziąłem w takim, w którym można było wygrać wejściówki na przedpremierowy pokaz gry Crysis 3 połączony z projekcją filmu Łowca androidów, a także z darmowymi drinkami i przekąskami.
Dostałem bilety. Wstępnie umówiłem się z Bonkiem
Michael też dostał, nawet cztery. Wiedząc, że nie będzie wybierał się, zaproponował, że jeśli tylko mam ochotę, mogę je komuś przekazać. Miałem chęć. Rozpoczęły się poszukiwania kogoś, kto również wziąłby udział w czymś, co już zapowiadało się na grubszą akcję.
Na pierwszy ogień poszedł Wijata. Oddałem mu dwa. Wziął ze sobą Patryka. Następni w kolejności byli Krzysiu i Daruś. Również zdecydowali się pojawić.

W dzień pokazu, przed wyjściem postanowiłem uciąć sobie popołudniową drzemkę licząc, że obudzę się na tyle wcześniej, że spokojnie dotrę na Leeson Street. Niestety, zaspałem. Na szczęście niewiele. Zorientowałem się, że Art. nie ma w domu i czym prędzej pobiegłem na południe Dublina będąc przekonanym, że chłopak wyszedł. Wyszedł, ale do szkoły zamiast do baru, w którym odbywała się projekcja.
Na miejscu pojawiłem się z może dwudziestominutowym opóźnieniem. Odhaczyłem się na liście, dostałem kupony na drinki, zamowiłem pierwszego i znalazłem dogodne miejsce na sali. Chwilę później przyszła przekąska w postaci małej piccy. Poczęstowałem się.
Sala The Sugar Clubu przypominała bardziej salę kinowo-koncertową z tą różnicą, że zamiast zwykłych krzesełek były kanapy, przed którymi były ustawione stoliki. Piękna sprawa.
Gdy czekałem na to, żeby rozpoczęło się cokolwiek, pojawił się Daruś. Trochę dalej w czas puszczono Łowcę androidów
Popijaliśmy Millery, rozmawialiśmy, film leciał w tle. Wtedy zjawiła się reszta ekipy i dołączyli do nas. Chociaż właściwie nie gramy, czekaliśmy na pokaz Crysisa 3.
Film skończył się. W tym momencie zgromadzeni na sali ludzie skupili się na scenie, ale ku naszemu zdziwieniu organizatorzy z EA zaczęli niby niepozornie usuwać wszelkie materiały promocyjne. Plakaty porozwieszane po ścianach, pudełka porozstawione tu i ówdzie (Sebastianowi udało się ocalić jedno, z którym później triumfalnie wróciliśmy do domu). Wreszcze zmyli się.
Zdezorientowana i zawiedziona gawiedź zaczęła opuszczać klub. My zostaliśmy jeszcze zahaczeni przez jakichś dwóch miłych Irlandczykom i zostły wręczone nam niewykorzystane kupony na drinki. Długo niewykorzystane nie pozostały.
Wyszliśmy z klubu, znaleźliśmy auto i wróciliśmy na Fairview kontynuować noc. Wigilę urodzin Darusia.
Wpis: 1 390.

Irlandia — Polska 2 : 0 (1 : 0)

W zeszłym tygodniu zanawigował SMSowo Michael z Book N’ Booze Clubu. Chciał wiedzieć, czy mam już bilety na mecz. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że nie mam, ale biorę udział w całej masie konkursów i liczę na łut szczęścia; nie zamierzam bowiem wydawać pieniędzy na bilet tylko po to, żeby zobaczyć jak Boys In Green dają w dupę Biało-czerwonym Orłom. Chwilę później przeczytałem, że chłopak robi dokładnie to samo. Zapytał jeszcze, czy w razie wygranej, przeszedłbym się z nim. Napisałem, że oczywiście i już byłem praktycznie pewien, że szóstego lutego zamelduję się na Lansdowne Road. Michael wygrywa bilety na wszelkie możliwe imprezy odbywające się w Irlandii bez względu na to, czy ma możliwość w nich uczestniczyć. Wśród wspólnych znajomych krąży nawet podejrzenie, że Michael nie robi niczego innego, tylko bierze udział w konkursach.
W poniedziałek, na dwa dni przed meczem, potwierdziły się moje przewidywania. Michael przysłał informację, że bilety już są i umówiliśmy się wstępnie na O’Connellu, na niecałe dwie godziny przed meczem.
Gdy już wiedziałem, że bilety mam w garści, zaczęło się badanie kolejnych znajomych w celu dowiedzenia się czy również pojawią się na stadionie. I tak, swoją obecność potwierdzili Winek i Tomek ze znajomymi z Portlaoise oraz Krzysiek ze Sligo wraz ze swoją ekipą.
O ile z Winkiem żadnych ustaleń nie było, o tyle z Tomkiem i Krzyśkiem całą środę siedzieliśmy na telefonie próbując umówić się przed meczem na symboliczną pintę, dwie góra trzy Guinnessa. Negocjacje były intensywne. Zgranie kilkorga osób z Portlaoise z kilkunastoma ze Sligo i jednej z Dublina w jednym miejscu i o jednym czasie nie było łatwe. Tym bardziej, że zawodziła też znajomość miasta u osób przyjezdnych jak też długa droga stanowiąca bifor przed biforem przed meczem.
Stanęło na tym, że około szóstej wieczorem widzę się z Michaelem i idziemy w stronę stadionu. W tym czasie Sligo ma podjechać w te same okolice wynajętym busem a Portlaoise ma zaparkować swój pojazd gdzieś w centrum i przy dobrych układach podłączyć się do mojej i Michaela przechadzki na stadion.W drodze, Sligo zostawiwszy już busa, ma zająć pub jak najbliżej Lansdowne Road i tam czekać aż wszyscy się odliczymy. Mieliśmy też plan awaryjny polegający na tym, że w trakcie przerwy spotkamy się na stadionie.
Plan nie wypalił. Tomek przyjechał, kiedy z Michaelem byliśmy w połowie drogi na Lansdowne Road i nie mogliśmy już czekać, bo w pobliżu stadionu czaił się Krzysiek, który jednak był na tyle zdezorientowany, że nie potrafił powiedzieć gdzie dokładnie znajdował się. Później, już na meczu, próbowaliśmy do siebie wydzwaniać, ale również i z tego nic nie wyszło. Ostatecznie, nie zobaczyłem się z nimi.
Sam mecz, wiadomo: Biało-czerwone Orły wyraźnie dawały do zrozumienia, że nie mają najmniejszej ochoty grać; Boys In Green próbowali, próbowali i przy pomocy naszych zawodników dwukrotnie im się udało. Jak przypuszczałem, dostaliśmy w dupę. Ale w tym wypadku nie wynik się liczył. Uwagę na siebie zwracała atmosfera dookoła meczu.
Przede wszystkim na ulice Dublina prowadzące na stadion wypełzli chyba wszyscy rodacy przebywający na Zielonej Wyspie. W zwykły dzień, nie słyszy się na ulicach angielskiego; za to można usłyszeć inne języki — języki emigrantów i języki turystów. W środe był jedynie język polski, ale co zaskakujące, nie było wszechobecnych zazwyczaj „kurew”, „pierdolenia” i tej całej reszty kwiecistej polszczyzny.
Po drugie, masy zmierzające na stadion zachowywały się wobec siebie i innych nadzwyczaj przyzwoicie. Nie tak pamiętam pochody na mecze w Polsce.
Po trzecie, organizatorzy meczu zadbali o to, by w obsłudze spotkania było proporcjonalnie tyle osób polskojęzycznych ile polskojęzycznych sympatyków piłki nożnej spodziewano się na trybunach. Wiemy, że rodacy zwykle są nieanglojęzyczni. Był to ukłon w ich stronę. I tak, ochrona mówiła po polsku (przy czym nie byli to ochroniarze, którzy zachowywaliby się tak, jak na meczach w Polsce) spiker po polsku podawał informacje dotyczące składów czy przeprowadzanych zmian, informował o konkursach czy, co mnie niezmiernie rozbawiło, puścił przed meczem przebój polskich stadionów:
Gdy na trybunach okupowanych przez kilkadziesiąt tysięcy Polaków wybuchł entuzjazm a słowa piosenki niosły się donośnym śpiewem, Michael zapytał, czemu i o czym wszyscy śpiewają. Odpowiedziałem, że właściwie, to nawet lepiej, że nie rozumie.
Wreszczie speaker poinformował również wszystkich zgromadzonych, że zgodnie ze zwyczajem stadionu Lansdowne Road podczas meczu będzie wykonywane panoramiczne zdjęcie trybun, które dzień później zostanie umieszczone pod TYM LINKIEM. Przejrzałem fotografię i znalazłem Michaela. Ja jestem schowany. Na następnym meczu muszę pamiętać o tym, żeby nie ukrywać się. Próbka tego, jak to wygląda poniżej:
Po skończonym spotkaniu, razem z resztą fanów, zaczęliśmy żmudną i polegającą na przeciskaniu się między ludźmi, drogę powrotu.
Śmiesznie wyglądały kolejki, żeby w ogóle dostać się na peron stacji DARTaLansdowne Road. Szczęśliwie Michael szedł na O’Connella ja do siebie na Fairview. Oba te miejsca są w zasięgu spaceru i można było darować sobie podróż środkami komunikacji miejskiej.
Wpis: 1 389.