Kalendarz

Listopad 2012
P W Ś C P S N
« paź   gru »
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65793
  • Dzisiaj wizyt: 6

Miesięczne Archiwa: Listopad 2012

Przejdź się ze mną po Dublinie

Przejdź się ze mną po Dublinie

Zobaczymy, gdzie w 1941, Niemcy zrzucili na miasto bomby
Wejdziemy do pubu, w którym obowiązywał strój wieczorowy, a mimo to, nie było damskiej toalety i panie musiały biegać na drugą stronę ulicy do pobliskiego parku.
Miniemy stare kino i równie starego chippersa (ryba i fryta albo burger na wynos).
Przejdziemy się North Strandem, dojdziemy do Custom House, a w tym cichym The Pint posłuchamy, jak stały bywalec opowiada historie:
— o tym mężczyźnie, który wróciwszy nie tak dawno do miasta nie mógł się nadziwić, że w sklepie ekspedientem jest mówiący dublińskim akcentem Chińczyk; u fryzjera jest obsługiwany przez Hindusa, który na pytanie skąd jest odpowiada zdziwiony, że przecież stąd, z Ballybough; a dopełnieniem obrazu była rozmowa grupki osób w gaelicu skomentowania przez przechodnia: „Kurwa, wrócilibyście do swoich pieprzonych krajów!”
— o tym vaginosceptyku, który najwyraźniej swoim wyglądem ale także ogólną wiedzą o tym, że mieszka z innym vaginosceptykiem, prowokował sączącego Guinnessa przy barze starszego człowieka, aż ten nie wytrzymał i wycedził: „na miłość boską, byście się wreszcie pobrali!” I otrzymał zupełnie spokojną odpowiedź: „Nie możemy, jesteśmy przecież katolikami”.
— o tym, jak dobrze traktował dublińczyków browar Guinnessa.
— I destylernia Powersa.
Później poszlibyśmy do Parku Świętego Stefana i na Merrion Square zobaczyć pomnik Oscara Wilde’a.
Wracalibyśmy Grafton Streetem, wstąpili na chwilę do Koledżu Św. Trójcy.
Przeszlibyśmy O’Connell Streetem, zobaczyli te ślady po kulach z czasów Powstania w 1916 na budynku Poczty Głównej i mógłbym opowiedzieć, jak IRA w 1966 wysadziła Kolumnę Nelsona (która stała tam, gdzie dziś jest Millennium Spire) tak, że z okolicznych sklepów nawet szyby nie powypadały a kiedy później pojawiła się Gwardia Narodowa wysadzić pozostałości, zrobiła to tak, że nie ocalała żadna wystawa.
Przejechalibyśmy się piętrowym autobusem, ze słynną tabliczką na górze: „Nie ma stania na górnym pokładzie” (No Standing In The Upper Saloon) na sam Clontarf, nad morze przejść się promenadą.
Spacerując byłaby okazja opowiedźeć o tej specyficznej właściwości miasta, niemałego przecież, w którym każdy się zna, a przynajmniej zna kogoś, kto tę osobę zna — niczym arystotelesowska polis.
Albo o zwyczaju odwiedzania siedmiu kościołów w Wielki Czwartek.
Historię budowy kościoła Miss Kelly w Inchicore, która brzmiała tak, że w 1856 pewien proboszcz kupił teren, ale na tym skończyły się jego pomysły. Nie miał środków ani pomysłu, jak wybudować świątynię. Usłyszał to młody stolarz i powiedział księdzu, że jeśli ten zorganizuje materiały, to on gwarantuje, że wybuduje postawi kościół w tydzień. Drewno, gwoździe i szkło pojawiły się na budowie w wtorek, 24-ego czerwca. Tego wieczoru pojawiło się tam również siedmiuset mężczyzn łącznie z młodym stolarzem. Każdego wieczoru, kiedy kończyła im się dniówka, wracali i dalej pracowali. Kościół stanął w sobotę tego samego tygodnia. Mieścił tysiąc wiernych.
Doszlibyśmy do Parku Świętej Anny. Jednego z wielu w Dublinie. Choćby wspomnianych Merrion Square czy Parku Świętego Stefana albo Parku Feniksa znanego z zamieszkujących go jeleni, obszernego Ogrodu Zoologicznego z główną atrakcją — przejażdżką na słoniu; z nieistniejącym już pomnikiem Lorda Gougha i związaną z nim historią wielu prób wysadzenia przez zapalczywych mieszkańców Irlandii, a jedyne, udało im się osiągnąć, to statuetkę konia z rumaka przerobić na klacz; z Magazynem Fort, do którego również zapalczywi mieszkańcy Irlandii wpadli w 1916 z zamiarem podłożenia ładunków wybuchowych ale kiedy nie udało im się do stać do środka, zostawili bombę w przedsionku — wybuch był podobno słyszalny jedynie w najbliższej okolicy i nie wyrządził szkód; z rezydencją prezydencką…
Zostałoby Casino Marino, które wcale kasynem nie jest, a neoklasyczną rezydencją, co zresztą wiąże się z anegdotą mówiącą, że Dublińczycy mają przypadłość nadawania imion budynkom, czy rzeźbom zupełnie niezwiązanych z przeznaczeniem czy wyglądem. I tak: był np. „Dzwonek W Śluzie&rduo; (Chime in the Slime) odnoszący się do „Zegara Tysiąclecia” (Millennium Clock) czyli zegara elektronicznego zatopionego w Rzece w połowie lat dziewięćdziesiątych by odliczał czas do końca wieku. Była &bdque;Rozpustnica w Jacuzzi&rdque; (Floozie in the Jacuzzi) czyli jeden z wielu pomysłów na personifikacje Rzeki, a przedstawiający [LINK]. Czy wreszcie postawiona po środku mostu O’Connella „Misa Światła” (The Bowl of Light). Miała sztucznie podtrzymywane płomienie podświetlane od spodu, które gasły na deszczu lub wietrze, a miały zachęcać emigrantów do powrotu do Irlandii, turystów do odwiedzenia Dublina, oznaczać że na końcu tunelu będzie światło itd. Wytrzymała do 1953, kiedy to została utopiona w Rzece. Do tego czasu, przez dublińczyków zwana była „Grobem Nieznanego Żula” (Tomb of the Unknown Gurrier). Teraz w tym miejscu stoi kwietnik zwany „Tym Czymś” (That Thing)…
Przejdziesz się po Dublinie?
Wpis: 1 379.

Oczekiwany prezent z Polski

Kim Nowak - Wilk
Wpis: 1 378.

Dzień Niepodległości

Dzień Niepodległości
Wpis: 1 377.

Próżność

Kiedy się dziś obudziłem, czekała na mnie wiadomość: „A wiesz, że Dr Jan Grzenia w swojej książce pt. Komunikacja językowa w Internecie skorzystał z Twojej strony domowej?”
„Że ke?” — pomyślałem. — „Że kien?” Ale już chwilę później yahoo a następnie google sprawiły, że na ekranie wyświetlił mi się .pdf z tekstem. Zacząłem przeglądać.
Intrygowało mnie nieco hasło „strona domowa”. Tak, dzięki uprzejmości tych fiutów z Retsatu, nie istnieje już od półtora roku… Z drugiej strony, książka wydana sześć lat temu… Szukałem dalej.
I znalazłem.

 

Facet rzeczywiście odnosi się do „strony domowej”. Właściwie jednej z podstron. Do czasów (tuż po pierwszej erze / kryzysie wiosny 2k2 — kiedy to było?), kiedy blog ledwie co startował a pierwsze próby ekshibicjonizmu internetowego uprawiałem pod zupełnie innym adresem i — co zrozumiałe — w zupełnie innych okolicznościach.
Na koniec, umówmy się, wpływ „stopki redakcyjnej” ze strony, której już dawno w Internecie nie ma, nie jest może jakoś wyjątkowo konstruktywny… Tym niemniej zawsze sympatycznie dowiedzieć się, że ktoś zupełnie obcy trafił tam, spojrzał, zrobił zrzut ekranu i na dodatek wydrukował to w PWN-ie.
Ot, próżność.
Wpis: 1 376.

Dzień, jak co dzień

Idę do Tesko. Trasa dziesięciominutowa, nie dłuższa. Po drodze mijam przechodniów. Nie słyszę języka angielskiego.
Przechodzę obok Murzynów mówiących w swoim narzeczu.
Są Cyganie z Rumunii żebrzący przy bankomatach.
Trafiam na Azjatów, których nie da się od siebie odróżnić, bo wszyscy wyglądają tak samo.
W sklepie ekspedientką jest Litwinka.
W drodze powrotnej zdarzają się rodacy. Łysi chłopcy ochoczo rzucają „kurwami” na lewo i prawo. Gdaczące kwoki z wózkami blokują chodnik…
Dzień, jak co dzień w Dublinie.
Wpis: 1 375.