Kalendarz

Październik 2012
P W Ś C P S N
« wrz   lis »
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65555
  • Dzisiaj wizyt: 1

Miesięczne Archiwa: Październik 2012

Wesołego Halloween!

wesołego halloween
Wpis: 1 374.

A z Glasnevin łatwo się nie wraca

Jest pierwsza albo druga w nocy. Wracamy ze znajomym z Glasnevin na Fairview. Ponieważ wydawało się, że pieszo tych kliku kilometrów, to raczej nie pokonamy, wzięliśmy rowery.
Jest ciemno, zimno, mokro i pełno śliskich liści. Zaczyna się od tego, że złapanie równowagi w takich warunkach nie jest proste. Szczególnie na rowerze z wyjątkowo wąskimi oponami. W efekcie, zaatakował mnie chodnik. Podniosłem się i spokojnie jechałem w kierunku domu. Przede mną jechał znajomy. Kiedy wjechaliśmy na Griffith Avenue, powiedzmy w połowie drogi, zauważyłem, że chłopak jedzie wprost na zaparkowane na ulicy auto. Pomyślałem, że pewnie zrobi myk w ostatnim momencie. Jego sprawa. Myliłem się. Zamiast tego, będąc tuż przed samochodem obejrzał się za siebie sprawdzić, czy jadę. Kiedy z powrotem odwrócił głowę, było już za późno, żeby zrobić cokolwiek. Przypieprzył w auto.
Jemu nic się nie stało. Samochód także był w całości. Nie można było tego powiedzieć o rowerze. Przednie widełki wygięły się w tył i właściwie nie można było dalej jechać. Nie zniechęciło to nas. Znajomy przekręcił kierownicę o jakieś 180 stopni i dziarsko ruszył przed siebie. Niestety, kilkaset metrów później, kiedy próbował podjechać pod krawężnik, widełki zupełnie się złamały. Rower przestał być zdatny do użytku, a stał się balastem na pozostałe dwa kilometry.
Było późno, byliśmy zmęczeni i perspektywa niesienia sprzętu na ramieniu nie odpowiadała nam. Zdecydowaliśmy się wziąć taksówkę. Zatrzymaliśmy pierwszą lepszą. Kierowca, kiedy ujrzał nas i nasz bagaż w postaci dwóch rowerów, w tym jednego zmasakrowanego, przeraził się nie na żarty. Po krótkiej rozmowie uzgodniliśmy, że znajomy ze swoim rowerem jedzie taryfą, a ja nadążam za nimi. Dojechaliśmy na Fairview.
Wprowadziliśmy rowery do domu, przeraziliśmy się nieco stanem jednego z nich i już mieliśmy padać, kiedy zorientowaliśmy się, że torba z ubraniami i jedzeniem została w taksówce. Jakby mało było rozwalonego pojazdu, zgubiliśmy jeszcze rzeczy, po które — między innymi — byliśmy na Glasnevin.
Znajomy czym prędzej wybiegł z rezydencji zobaczyć, czy kierowca nie będzie przypadkiem na tyle miły, żeby wrócić i przekazać zgubę. Nie był. Nadomiar złego, kurs był nieliczony (nie był włączony taksometr; nie było rachunku), a nazwy korporacji taksówkowej nie mogliśmy sobie przypomnieć. Rzeczy przepadły bezpowrotnie.
Bank Holiday, poniedziałek, zaczął się źle. Mogliśmy tylko powiedzieć: „Poniedziałek, ty chuju”.
Wpis: 1 373.

Wymiana językowa

Przemogłem się i poszedłem. Po kilku nieudanych podejściach wreszcie zdecydowałem się ustawić i spróbować. Półtora roku po tym, jak nauczyłem się podstawowych zwrotów („trzy piwa poproszę”) stwierdziłem, że mogę je wykorzystać na żywo.
Umówiłem się w barze John Doyle’s. Byłem nieco wcześniej, zamówiłem Guinnessa i czekałem. O wyznaczonej godzinie odebrałem telefon, że Alvaro dopiero się zbiera. O ile Irlandczycy nie są natychmiastowi, o tyle wydaje się, że towarzystwo z Hiszpanii jest jeszcze bardziej swobodnie podchodzące do terminów. W każdym razie…
Chłopak zjawił się, wziął piwo i zaczęliśmy gadać.
Skąd jesteś? Co robisz? Jak długo w Irlandii? Lubisz piłkę nożną? Atletico de Madrid, nie Real? A widziałeś taki film? A słyszałeś Héroes Del Silencio? I tak bez końca. Przy czym Alvaro, im więcej swojego Fostera w siebie wlewał, tym mniej posługiwał się angielskim. Podobnie z mojej strony. Im więcej Guinnessa, tym mniej oporów przed próbami mówienia w języku Cervatesa.
Po kilku godzinach zaprzyjaźniliśmy się na tyle, że zaczęliśmy umawiać się na wspólne imprezy i zapewniać o tym, że jeśli ja wyląduję w Madrycie, albo chłopak wróci do Irlandii, to na pewno, na pewno się zobaczymy.
Pierwsze spotkanie z Conversation Exchange udało się. Niepewność przełamana. Może uda się ustawiać częściej.
Wpis: 1 372.

Napisy na murach

napisy na murach
Wpis: 1 371.

Malarstwo

Kilka tygodni temu Declan, landlord, poprosił Art. i mnie o pomalowanie mieszkania na górze. Po chwili negocjacji dogadaliśmy się, że za przysługę odliczy nam conieco z czynszu. To było wystarczającą motywacją.
Dostaliśmy farby, pędzle i wbiliśmy się piętro wyżej produkować się w nowej roli malarzy pokojowych.
Malowanie szło tak sobie. Przekonałem się, że nie jestem stworzony do tej profesji. Mniejsza…
Tak się złożyło, że w tym czasie pomieszkiwał w naszej rezydencji Darek z Magdą. I któregoś dnia chłopak wpadł na genialny pomysł. Chcąc umilić Art. i mnie malowanie, chwycił za napój pobudzający i pobiegł na górę podzielić się nim z nami. Zapukał swobodnie w drzwi. Otworzyła mu lokatorka. Jedna z czterech, które wprowadziły się piętro wyżej. Tego chłopak nie spodziewał się.
Szybkim ruchem ukrył flaszkę Krupniku za plecami. Na twarz rzucił uśmiech. Wolną ręką sięgnął w bok i wychwycił leżącą na pobliskim parapecie szczotkę do czyszczenia ubrań. Tak uzbrojony powiedział tylko: „Przyszedłem pomóc chłopakom”.
Dla dziewczęcia wydało się to wystarczającym pretekstem i bez mrugnięcia okiem wpuściła Darka do mieszkania.
Mieliśmy niezły ubaw, kiedy pokazał się ze sprzętem „pomagać”.
Wpis: 1 370.

Tłumaczenia

Zabawa w tłumaczenia polega na tym, że nie jest to stałe zajęcie. Biuro dzwoni i informuje: „Jesteś potrzebny tu i tu, o tej i o tej, a twoim kontaktem będzie ten i ten”. Proste.
Z początku bardzo mi się to podobało. Myślałem sobie: „Super sprawa! Nienormowany czas pracy. Żadnego od dziewiątej do piątej”. Dzwoniono do mnie mówiąc, żebym zjawił się za dwie godziny w jakiejś instytucji, albo następnego dnia rano gdzieś indziej. Ale kiedy zaczęli wydzwaniać w nocy, bo jakiś rodak coś nabroił i potrzebny jestem na Gardzie, zaczęło mi się to nie podobać. Dotarło do mnie, że może nie jest to normowany czas pracy, ale de facto, jest to zabawa 24/7. Teoretycznie, jeśli chciałbym być w pełni oddany, nie mógłbym niczego sobie zaplanować, nigdzie wyjść etc. I kiedy zadzwonili do mnie jakiś czas temu, powiedziałem im: „Ej, wszystko ładnie-pięknie, ale… Dajcie mi co najmniej dzień a najlepiej dwa uprzedzenia, co?”

Ostatni telefon brzmiał: „Jesteś wolny siódmego listopada?”

Musi — podziałało.
Wpis: 1 369.

U Cervantesa

Ekipa w Cervantesie cyklicznie coś organizuje. Wystawy, prezentacje i pokazy filmów. Najbardziej interesują mnie te ostatnie i na kilku miałem już okazję pojawić się. Tym razem, oprócz pokazu, Cervantes proponował degustację win z Argentyny. Takiej możliwości nie można było przepuścić. Wszak w czasach późnolicelanych specjalnie przeglądało się gazety w poszukiwaniu wzmianki o degustacjach (najczęściej połączonych z jakimiś wernisażami czy wieczorkami poetyckimi choć wiadomo, że nie o obrazy i poezję wtedy nam chodziło). W każdym razie…

Żeby u Cervantesa niezdegustowano nam wszystkiego, z rezydencji na Fairview wybiegliśmy około piątej. Na mieście przechwyciliśmy jeszcze jedną osobę. Wbiliśmy się do Instytutu.
Uderzyła nas mnogość „krawatów”. Zdezorientowani staraliśmy się zachować jakoś. Szybkim rzutem oka oceniliśmy sytuację i wywnioskowaliśmy, że ta degustacja, to coś więcej. Rozejrzeliśmy się i znaleźliśmy przyinstytutową galerię a w niej znaleźliśmy wystawę pocztówek, które wysyłał i otrzymywał, García Lorca. Pocztówki były z całego świata. Przy każdej był tekst, który został napisany na odwrocie. Mnie najbardziej przypadła do gustu ta, na której widać było wnętrze baru, a której treść brzmiała: „Kiedy patrzę na tych wszystkich marynarzy tutaj, przypominasz mi się, mój drogi Pablo. Bo nie ma marynarza nad Pabla! Przy okazji oświadczam, że jesteśmy kompletnie nawaleni. Z uściskami”.
W trakcie przeglądania wystawy dostrzegliśmy poruszenie. Zaczęto podawać wino. Przepchnęliśmy się, wzięliśmy, co nam się należało i pogadaliśmy chwilę.
Dowiedzieliśmy się, że projekcja, to dopiero za jakiś czas, więc spokojnymi łykami wykończyliśmy kieliszki i jeszcze spokojniejszymi krokami podążyliśmy na salę zająć strategiczne miejsca. Niestety, przed nami na ten sam pomysł wpadła wcale niezła grupa osób.

Przysiedliśmy z tyłu, ale po chwili okazało się, że miłe panie z Instytutu, nie posiadając więcej krzesełek, postanowiły przearanżować salę i nagle pojawiły się dwie kanapy. Skorzystaliśmy z nich i przez cały seans byliśmy wygodnie rozsiądnięci.
Tuż przed projekcją dowiedzieliśmy się skąd wcześniej, w galerii, było tyle &brquo;krawatów”. Okazało się, że cała ta degustacja, to dni Argentyny i w ogóle Ameryki Południowej, przez co pełno było ambasadorów, konsulów etc. Rozpoczął się pokaz.

Sam film (po naszemu Sąsiad) był śmieszny. Fajnie pokazywał zderzenie dwóch, powiedzmy, klas społecznych. Było wiele zabawnych sytuacji i dialogów. Ale najlepsze było zakończenie. Było na tyle zaskakujące, że jeszcze kilka minut po napisach końcowych dyskutowaliśmy skąd ono mogło się tam wziąć.

Po opuszczeniu Cervantesa udaliśmy się wolnym krokiem przez centrum miasta (gdzie uprawialiśmy tzw. „Taniec uliczny”, kiedy to człowiek, widząc idącą z naprzeciwka osobę, próbuje usunąć jej się z drogi, a ta osoba robi to samo i tak kilka razy) do domów. Ot, kolejny udany dzień.
Wpis: 1 368.

¡Madrid!

Wpis: 1 368.

Nieznani blondyni pod kasami naszych kin

Daruś zauważył, że wyświetlają w tutejszym kinie Jesteś bogiem. Polski film. To nie zdarza się często. Żeby nie napisać, że niemal w ogóle.
Wyczailiśmy godzinę seansu i kiedy okazało się, że pokaz rozpoczyna się za pół godziny, prężnie wyruszyliśmy. Kupiliśmy bilety i wbiliśmy się na seans.
Sam film dobry. Pomimo tego, że nie jestem hip-popowcem i musiałem w trakcie upewniać się „kto zginie”, fabuła była okej. Jak przy każdym obejrzanym do tej pory filmie fabularno-biograficzym. I nie ważne, czy muzyk rapuje czy rymuje. Wychodzi na to samo. Mam poczucie dobrze spędzonej półtorej godziny.
Kiedy się skończyło wpadliśmy z Darusiem na szatański ale i genialny pomysł. W Cineworld, kinie do którego poszliśmy, bilety sprawdza się zaraz po odejściu od kasy. Nie trzeba ich okazywać na kolejnych piętrach wbijając się na kolejne sale projekcyjne. A zatem, itd…
Sprawdziliśmy tylko, co następnie będzie puszczane i poszliśmy na następny film. Później na następny. Właściwie moglibyli byśmy spędzić w ten sposób cały dzień. Ograniczyliśmy się do jedynie trzech filmów. Pomysł pozostał. Jest praktycznie przesądzone, że powtórzymy go jeszcze nie raz.
Wpis: 1 367.