Kalendarz

Wrzesień 2012
P W Ś C P S N
« sie   paź »
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65793
  • Dzisiaj wizyt: 6

Miesięczne Archiwa: Wrzesień 2012

Biblioteka, jak się patrzy!

Trinity College library

Wpis: 1 366.

Sieć Trzy

Kończy mi się umowa z operatorem telefonii komórkowej Trzy. Nadszedł moment, żeby skontaktować się z nimi i dowiedzieć, czy mogą zaoferować mi coś ekstra bądź choć to, czego oczekuję, wziąwszy pod uwagę, że już od ponad pięciu lat płacę im, raz wyższy, raz niższy, haracz. Zanim chwyciłem za telefon, spojrzałem jeszcze na stronę zorientować się, co proponują nowym klientom, których jeszcze nie złapali w swoją — nomen-omen — sieć. Rozeznawszy się, wykręciłem numer.

Z premedytacją kręciłem na numer irlandzki. Chciałem za wszelką cenę uniknąć przepychania się z uprzejmymi, ale nieposługującymi się językiem angielskim, konsultantami z Pakistanu albo innych Indii. Niestety, kiedy miła Irlandka usłyszała o co mi chodzi, powiedziała tylko: „Poczekaj chwilę, przełączę”. Wiedziałem, że teraz się zacznie.
O ile sam mam jakie-takie doświadczenie w Dziale Obsługi Klienta i wiem, że od osoby siedzącej po drugiej stronie słuchawki niewiele zależy, tak za każdym razem gdy łączę się z Hindusami, krew mnie zalewa. Nie mogę zdzierżyć ich maniery maszyny. „Tak, proszę pana”, „Nie, proszę pana”, „Nasza oferta zawiera…, proszę pana” i tak w koło Macieju. Nie wykazują się żadną inwencją. Klepią tylko to, co mają napisane w podręczniku. Zupełnie, jakby mieli instrukcję obsługi klienta. Zwykle szlag mnie trafia i — co nie często się zdarza — skacze mi ciśnienie. Podobnie było i tym razem.
Sprawę mam prostą. Kończy się kontrakt. Nie chcę go rozwiązywać, chciałbym jednak zmienić abonament. Ten, który posiadam obecnie, jest nieco wygórowany i sprawdzał się w czasach, kiedy potrafiłem nawijać półtorej godziny dziennie w drodze powrotnej z Dublina. Teraz, kiedy dzwonię sporadycznie, jest mi zupełnie niepotrzebny. Nie chcę nowego telefonu. Nie chcę rozwiązywać umowy. Nie chcę nowego numeru czy nowej karty SIM. Chcę zmienić abonament. I to mówię uprzejmej, choć za grosz nierozumiejącej mnie, hinduskiej konsultantce. Powtarzam raz po raz. Tłumaczę. Wyjaśniam. Staram się opanowywać narastającą we mnie frustrację. Na koniec słyszę: „Musi pan rozwiązać umowę (sic!), podpisać nową (sic!), wziąć nowy telefon (sic!) i dzięki temu będzie miał pan inny abonament, proszę pana, oraz inny numer (sic!)”. Proszę pana, kurwa twoja mać! Rozłączyłem się.

Na szczęście pozostały mi jeszcze dwie opcje. Mogłem pójść do salonu bądź napisać na forum użytkowników. Zdecydowałem się, ze względu na staroharcerską zasadę zachowania energii, na to drugie rozwiązanie. Napisałem. Wyjaśniłem, o co mi chodzi i przy okazji poczytałem opinie innych klientów sieci Trzy. Wszyscy unisono pisali, że nie wytrzymują nerwowo z Działem Obsługi Klienta w Indiach. Że za żadne skarby nie mogą się dogadać i powtarzają, że gdyby to od nich zależało, już dawno zlikwidowaliby ten dział. Każdy zgadzał się, że w obecnym kształcie taki twór nie ma racji bytu. Pisali, że działa na szkodę firmy i spekulowali, że mógł zniechęcić niejednego potencjalnego klienta.
Nie zdążyłem przeczytać więcej niż kilka wątków, kiedy zauważyłem, że przyszła odpowiedź na moje zapytanie.

„Dobrze, Piotrek. Nie ma sprawy. Wyślij mi” — pisała miła Irlandka z Trzy odpowiedzialna za forum — „swoje dane, a zaznaczę w systemie, żeby od 7-mego listopada przenieśli Cię na inny abonament. Sorry za tych z Indii” — dodała — „ale sam wiesz, to nie od nas zależy. Miłego weekendu! Patrycja”.

Można? Można!
Wpis: 1 365.

Scenka rodzajowa, typowa

czas: czwartkowe popołudnie;
miejsce: pobliski sklep wielobranżowy;
osoby: emigrant Walczak, ekspedientka;

Emigrant Walczak, dokonawszy niezbędnych zakupów, ustawił się w kolejce. Wywołany, podszedł do kasy.
ekspedientka: A coś ty taki opalony?
emigrant Walczak w myślach: bo nie nakładam na siebie tyle tapety, co ty!: Dużo przebywam na powietrzu…
Kurtyna!
Wpis: 1 364.

Nowe czytadło

Neal Stephenson - Zamieć
Po wyśmienitym Bobkowskim, co do którego mam żal, że nie wpadł mi w ręce wcześniej, pora na zgoła inną zabawę — a mianowicie coś cyberpunkowego. Na warsztat poszedł Neal Stephenson i jego Zamieć. Za pierwszym zamachem trzasnąłem połowę. Przy dobrych wiatrach, powinienem skończyć dziś wieczorem. Zobaczymy. W każdym razie…
Książka jest z gatunku tych łatwych i przyjemnych i napisanych tak, że za każdym razem ma się ochotę tzw. „jeszcze tylko jeden rozdział i już kładę się spać”. Poza tym, napisana ze 20 lat temu jest nieco, hmm… archaincznawa. Śmiesznie łamane przez zabawnie się czyta przewidywania autorów fantastyki naukowej próbujących przewidzieć przyszłość taką, w której właściwie dziś się żyje.
A co oprócz tego?
Tydzień po tym, jak wyjechały dziewczyny mieliśmy Festiwal Żaglowców. Na pierwszy dzień poszedł koncert Duke’a Speciala, chłopaka, którego koncertów staram się nie opuszczać. Podobnie, jak staram się nie przegapiać jego wydawnictw czy projektów. Tym razem udało mi się wrócić z trofeum:
Duke Special's signature
Następnego dnia zjawili się Ewa z Wijatą i przygotowywaliśmy się, żeby w sobotę pójść na właściwą część festiwalu. Z przygotowań skorzystali Ewa z Bonkiem, którzy rzeczywiście poszli oglądać statki. Ja z Wijatą wybrałem opcję mniej żeglarską i wybraliśmy się w drogę poszukać wilków morskich Jamesona czy kogoś w tym stylu.
Festiwal skończył się dzień później. Wjata wrócił do siebie.
Kolejne tygodnie mijały raczej spokojnie. Założyłem sobie, że będę łaził i łaziłem. Po 10km dziennie. Dobrze zrobiło mi to na spanie. O ile wcześniej miewałem niemałe problemy, tak — przynajmniej tak sobie wmówiłem — dzięki temu łażeniu, gdy kładłem się o północy niemal natychmiast padałem. To było dobre. Aż nastał zeszły tydzień, kiedy to rezydencja na Fairview przerodziła się w istny dom noclegowy.
Zaczęło się od tego, że jeszcze jakoś w tygodniu poprzedzającym zeszły tydzień zjawił się Krzyś, który miał pojawiać się i znikać aż do ostatniej soboty. Podobnie było w przypadku Karoliny, która również odwiedzała Fairview. W międzyczasie przewijał się Daruś, który również raz był, a raz go nie było by zjawić się na stałe w ostatni czwartek wraz z przybyłą z PL Magdą. Daruś z Magdą zabunkrowali się permanentnie do niedzieli. Krzyś zmył się w sobotę. Karolina w piątek. Jak podliczyłem z Bonkiem, przez ostatnie osiem, dziesięć dni nie było sytuacji, żeby ktoś tu nie nocował.
Można się domyślić, że było raczej rozrywkowo. Raz bardziej, raz mniej poważnie. Raz bardziej, raz mniej aktywnie. Innymi słowy, przypomniały mi się czasy ul. Świątecznej, gdzie dom również ciągle był otwarty i dobry kolega K. wracając z pracy czy zajęć właściwie nigdy nie wiedział kogo zastanie.
Na koniec, w niedzielę, dla odprężenia i spokojnego dojścia do siebie, postanowiliśmy z Darusiem i Magdą pójść na dubliński Wyścig Kaczek. Impreza polegała na tym, że należało (można było) wykupić gumową kaczkę (bądź kaczki), które następnie o określonej godzinie zostały wypuszczone na Rzekę. Były niesione prądem pod dwoma czy trzema mostami, by przy Moście O’Connella być wyłowionymi przez strażaków. Właściciel tej, która była pierwsza wygrywał jakąś tam nagrodę. Choć, to nie nagroda była najważniejsza, a jakiś szczytny cel charytatywny. Właściwie, to dotarliśmy na sam koniec zabawy. Widzieliśmy metę w postaci liny rozciągniętej po Rzece i strażaków wyławiających gumowe kaczki. Część z nich powędrowała w publiczność. Nam nie udało się żadnej przechwycić. Następnie poszwędaliśmy się po centrum, zahaczyliśmy dwa puby (w drugim — Cassidy’s, do użytku gości jest cała masa gier planszowych i logicznych; można rozerwać się popijając leniwie pintę Black Stuffu) i wróciliśmy na Fairview by Daruś z Magdą mogli się zawinąć na Glasnevin a ja pieprznąć się snem spokojnym po kilku dobry, dobrych dniach snu niespokojnego i wielce nieregularnego.
Wpis: 1 363.

Najnowsza fascynacja muzyczna

Wpis: 1 362.

Drogowskaz

drogowskaz
W jeden bok do centrum, w drugi do domu.
Wpis: 1 361.

Filozofia w praktyce

Kilka dni temu. Dzwoni telefon. Patrzę: Ojciec. Odbieram.
— Piotr, Piotr… Który ze średniowiecznych filozofów mówił o predestynacji i o tym, że już od samego początku jesteśmy zbawieni albo potępieni, bo się tutaj posprzeczałem.
Odpowiedziałem.
Kilka minut temu. Dzwoni telefon. Patrzę: Big Brother. Odbieram.
— Eee… Brat. W którym wieku żył Heidegger, bo się tutaj posprzeczałem.
Odpowiedziałem.
Filozofia w praktyce.
Wpis: 1 360.