Kalendarz

Lipiec 2012
P W Ś C P S N
« cze   sie »
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66561
  • Dzisiaj wizyt: 2

Miesięczne Archiwa: Lipiec 2012

Mania otrzymywania

Wpis: 1 353.

James Plunkett – Collected Short Stories

Historia sięga zamierzchłych czasów poprzedniej ery czyli lata roku pańskiego 2006-ego. Wtedy to, mając za sobą pierwsze przygody na Zielonej Wyspie, podjąłem decyzję o zaznajomieniu się z literaturą irlandzką.
Pamiętam, jak poszedłem do niewielkiej, wtedy jeszcze istniejącej, księgarni w Portlaoise i zagaiłem:
— Coś irlandzkiego poproszę, jakąś klasykę. Coś, co każdy musi znać.
Miałem na myśli Ulissesa i na uwadze te dwa lata zajęć z niego w szkole, które mnie ominęły, a o których słyszałem tyle, że niekiedy zdawało mi się, że też w nich uczestniczyłem.
Miła pani w księgarni starała się sprecyzować moje oczekiwania i po kilku zdaniach, uświadomiwszy sobie do czego zmierzam odpowiedziała:
— Tylko nie bierz Joyce’a. Nie przeczytasz.
Odezwała się we mnie polska przekora: „ja nie przeczytam? ja?!” i wziąłem Ulissesa.
Zdesperowania miła pani w księgarni dorzuciła mi gratis Jamesa Plunketta i dodała:
— Zacznij od tego, chłopcze.
Pamiętam, że z tej księgarni poszedłem prosto do Xtra-Vision, gdzie moja przełożona na widok książek stwierdziła:
— Ulisses? Nie dasz rady. Nawet nie zaczynaj… A to co? Plunkett? O! Dobry wybór.
Gdy tamtego dnia wróciłem do domu, natychmiast otworzyłem Ulissesa i zamknąłem po kilku pierwszych akapitach. Stało się jasne, że zarówno miła pani z księgarni jak i moja przełożona miały rację — nie przeczytam.

W oczekiwaniu na zarekomendowane Szkice piórkiem postanowiłem rozejrzeć się po półce z książkami w poszukiwaniu czegoś, co pozwoliłoby mi zająć się przez najbliższy tydzień. Wzrok utkwiłem w dawno już zapomnianym Plunkecie.

Ze zbioru kilkunastu wybranych, mam za sobą trzy krótkie opowiadania.
W pierwszym, Plunkett przedstawia finał romansu między młodym urzędnikiem a młodą dziewczyną. Choć bez ślubu, spodziewają się dziecka i próbują pogodzić to z wszechobecnym w Irlandii ortodoksyjnym katolicyzmem.
W drugim opisane jest przyjęcie, na którym spotykają się różne sfery społeczeństwa irlandzkiego. Mamy małżeństwo pragnące osiągnąć sukces w biznesie i zaproszoną przez nich parę, która już taki sukces osiągnęła. Mam podstarzałego profesora filozofii z mózgiem tak przeżartym ideami, że tylko whiskey pozwala mu jeszcze jakoś funkcjonować w rzeczywistości, mamy ślepego poetę, który na przyjęciu zjawia się przypadkiem i wreszcie dwóch młodych urzędników, z których jeden ma romans z panią domu.
W trzecim, historia ma się następująco. Podczas przerwy na lunch, do baru wchodzi urzędnik. Widzi znajomego, otoczonego grupą aktorów, rozmawiającego z kimś obcym. Podchodzi i dowiaduje się, że ten obcy, to angielski dziennikarz pragnący napisać artykuł o szkoleniach I.R.A. Aktorzy, wyczuwszy dobrą zabawę, podpuszczają dziennikarza ile tylko mogą, a kiedy zjawia się bohater przedstawiają go, jako kogoś ważnego. Murphy przystępuje do gry. Konsekwencje są zabawne.
Opowieści właściwie o niczym. Przypuszczam, że jest masa podobnych ale…
Ale w Plunkecie urzeka mnie to, w jaki sposób pisze o Irlandii. Wspomina te stereotypy, o których słyszy się tutaj często. Że kraj był pod niewyobrażalną wręcz kontrolą Kościła Katolickiego, że Anglików traktowało się w taki, a nie inny sposób, że public-house’y nigdy nie pełniły roli jedynie knajp czy podłych wyszynków, a zawsze były czymś więcej (tak; to jeden z tych powodów, dla których Irlandia mnie zafascynowała i czuję się tutaj dobrze), że jak odjedzie ostatni Dublin Bus, to z Howth nie ma powrotu etc., etc., etc…

Nie jest to może odkrywcze, ale mieszkając w Irlandii, opowiadania o Irlandii (filmy również) stają się o wiele bardziej bliższe. Łatwiej je odnieść do tego, co za oknem. Gdy Plunket pisze: „Get that inside the pair of you now, youse must be soaked to the bone”, to od razu słyszy się ten specyficzny dubliński akcent ze swoim oryginalnym słownictwem (majstersztykiem wykazał się Roddy Doyle w swojej The Barrytown Trilogy). Podobnie było, gdy po raz drugi obejrzałem Veronikę Guerin. Oglądając film w Łodzi? Ot, zwykły-sensacyjny. Oglądając tutaj, przejeżdżając dzień w dzień obok miejsca, w którym została zastrzelona? Zupełnie inny odbiór…

Nic to, jutro kolejny Plunkett, później Bobkowski… A Ulisses czeka.
Wpis: 1 352.

Nieważne, że za oknem deszcz…

… a w kieszeni:

no tengo dinero
Nie przejmując się tym wszystkim:

vamos a la playa

Kto wie? Gdyby nie chłopaki z Righeiry, nie mielibyśmy Kamikaze wróć.
Wpis: 1 351.

Pen-friendo-amigi

W nawiązaniu do: [LINK], na tę chwilę wychodzi na to, że obrałem wersję z conversationexchange.com.
Nie muszę stawać twarzą w twarz i przedstawiać sobą „poziomu elokwencji dwuletniego dziecka, choć z umysłem dorosłego”. Nie muszę udawać, że wszystko rozumiem i przytakiwać głową szczerząc idiotycznie zęby, a kiedy rozmówca spowalnia, żeby dać mi się zastanowić, odpowiadać: „Nienienie, nie ma potrzeby”.
Mogę za to ukryć się za monitorem, rozłożyć przed sobą wszystkie posiadane materiały ze słownikiem w pierwszej kolejności i ważyć każde słowo w każdym zdaniu. Mogę odpowiadać po dniu, trzech, siedmiu, kiedy pewien jestem, że błędów zbyt wielu już nie ma, a przeklęte subjuntivo jest na swoim miejscu.
Tak się jakoś złożyło, że jak do tej pory odzywa się głównie Am. Południowa. Pełna egzotyka. Pisze, że u nich zima i pyta, czy „nie za ciepło wam, tam, w tej Europie?”. :D W każdym razie, czuję się podobie do tego, kiedy zaczynając pracę w „klamkach”, do moich obowiązków należał kontakt z caaałym światem. Do mnie, sfrustrowanego, niechętnego łodzianina, w którego żyłach płynęła krew przepełniona ksenofobią wyniesioną z tego upadającego miasta! Z początku nie mogłem w to uwierzyć.
Tak teraz dziwię się, że po drugiej stronie świata, w ojczyźnie Maradony…


Diego Armando, estamos esperando que vuelvas
…w ojczyźnie Maradony, znalazła się osoba, która chce uczyć się języka polskiego (!). Odpada dylemat: fluency in English łamane przez native speaker (rzecz jasna, preferuje się native), a akurat w tym wypadku jestem nativem.
Na chwilę obecną wiem, że ma przodków z Polski, że jej matka wyemigrowała, gdy była jeszcze dzieckiem i że, żeby nauczyć się polskiego, zaopatrzyła się w podręcznik: Język polski w cztery tygodnie![1]
Ok. Znikam podpytywać dalej…

——-
[1] — Natychmiast przypomina się dowcip o studencie i nauce języka chińskiego.
Wpis: 1 350.

Brama elektroniczna

Żeby wejść do mojego mieszkania, trzeba otworzyć bramę, przejść przez plac / parking dla mieszkańców, otworzyć drzwi do domu, później już do samego mieszkania. Proste, prawda?
Brama jest elektroniczna, czyli wystarczy wpisać na specjalnym ustrojstwie z cyframi odpowiedni kod [znają go już chyba wszyscy moi znajomi, a i pewnie wszyscy znajomi osób mieszkających w sąsiednich apartamentach, a i pewnie wszyscy znajomi osób, które kiedykolwiek tu mieszkały; mniejsza o to…], Proste, prawda?
Nie potrzeba klucza przed przejściem przez bramę, nie? Nie potrzeba.
I co?
I za każdym razem, jak podchodzę do bramy, mam w ręku klucze. Odruch jakiś, czy co.
Wpis: 1 349.

A tego się nie spodziewałem

budź mnie

Przekaz wydaje się jasny. ;-)Weekendowa wizyta w Portlaoise bardzo udana. Pora na powrót do szarej rzeczywistości Dublina, nad którym właśnie przeszła burza (sic!) z, uwagauwaga: dwoma grzmotami! Deszczu mają tu w cholerę, ale na porządną burzę ciężko się załapać.
Dodam jeszcze, że właśnie stuknęło mi tutaj 10 lat! Zaczynając, w życiu nie spodziewałbym się. Założenie było: góra rok i kasujemy. Tymczasem proszę. Drugie założenie było, że po roku miał zostać osiągnięty pewien konretny cel… Nie został. W każdym razie, zabawnie jest spojrzeć sobie na to, co napisałem na samym początku: [LINK]…
Wpis: 1 348.