Kalendarz

Czerwiec 2012
P W Ś C P S N
« maj   lip »
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66829
  • Dzisiaj wizyt: 17

Miesięczne Archiwa: Czerwiec 2012

33

— W związku z tym, że osiągnąłeś już TEN wiek, powinieneś — napisał BB — uważać na krzyż.
— Dziękuję za troskę. — Odrzekłem i dodałem. — Ale wiesz, Kobaina, Morrisona, Winehouse mam już za sobą. Teraz TEN wiek. Zaczyna brakować mi wyzwań…
Wpis: 1 347.

Walczak 2k12

Wpis: 1 346.

Zagadka Leopolda Blooma

W Ulissesie James Joyce zastanawiał się, czy można przejść z północy (z cmentarza na Glasnevin) na południe (w okolice Grand Canal Docks) idąc ścisłym centrum i jednocześnie nie zahaczając (nie przechodząc obok) żadnego pubu. Zagadka przez lata wydawała się niemożliwa do rozwiązania z prostej przyczyny. Prędzej czy później, nie wychodząc ze śródmieścia, natykało się na jakiś lokal. Dopiero w zeszłym roku, jakiś student-magik-informatyk wytyczył szlak (na podstawie danych znalezionych w Internecie), który gwarantował nienatknięcie się na żaden szynk. Co prawda, już kilka godzin po publikacji wytknięto mu, że zapomniał o restauracjach czy hotelach, a na pytanie, czy przeszedł tę trasę odpowiadał, że oczywiście nie. Tym niemniej, przynajmniej podjęto próbę.
Ja takiej próby nie podejmuję się. Wręcz przeciwnie. Po tym, jak udało mi się odwiedzić wszystkie „public-housy” w Portlaoise i dobrych kilka w jego okolicy, podewziąłem sobie za zadanie zwiedzić jak najwięcej tutaj, w Dublinie. Oczywiście nie mówię o wszystkich. Tych szacuje się na około tysiąca, co powodowałoby, że przez trzy lata dzień w dzień musiałbym odnajdować inny lokal, ale tak czy inaczej, chciałbym wstąpić gdzie tylko się da i przytrafi.
Natomiast, z okazji mającego niedawno miejsce Dnia Leopolda Blooma, postanowiłem przedstawić przewodnik, jak trafić na Fairview będąc pewnym, że nie ominie się żadnego pubu.
I tak. Drogi są dwie. Najczęściej przechadzkę (w normalnych okolicznościach, niezależnie od obranej trasy, z centrum na Fairview jest 20 / 30 min. pieszo) rozpoczyna się bądź z ulicy O’Connella [LINK] bądź z Dworca Autobusowego [LINK].

OD STRONY DWORCA

Zakładamy, że z dworca wychodzimy głównym wyjściem. Po wnikliwszym rozglądnięciu się, dostrzegamy tzw. Pub Z Kulkami. To Robert Reade. Dobre, przyzwoite miejsce. Zdarzało się tam spędzać czas w oczekiwaniu na PKSa. Niestety, oznacza to, że wyszliśmy złym wyjściem. To nie zmienia jednak faktu, że wstąpić na jedno można a nawet trzeba.
Po wyjściu, należy kierować się prosto mijając po lewej ręce posterunek Gardy. Iść kawałek wzdłuż torów tramwajowych (wtedy po prawej ręce będzie drugie, właściwe, choć tajne, wyjście z dworca) i tuż przed skrzyżowaniem obrócić się gwałtownie w lewo. To nominalnie pierwszy pub na naszej drodze.

The Brew Dock. Szczyci się tym, że ma wiele gatunków piwa z różnych stron świata. Szczyci się również tym, że sam warzy niektóre z nich oraz tym, że jest częścią korporacji posiadającej swoje oddziały w wielu miastach. Nie wiem, czy szczyci się także tym, że zanim powstał na jego miejscu była urocza Kate’s Cottage. Miejsce o wiele przyjemniejsze, bardziej klimatyczne i mniej „sformatowane”, bardziej irlandzkie (choć są głosy, że wszystkie puby irlandzkie są „sformatowane”). I miało wspaniałą obsługę. Dla przykładu: Siedzę ze znajomym przy barze i prowadzimy gorącą i ożywioną dyskusję na temat twórczości Zespołu Filmowego Skurcz. Wspominamy niezapomniany Bułgarski Pościkk, parę produkcji krótkometrażowych oraz teledyski. Zastanawiamy się też, jak nazywał się ten drugi projekt ZF Skurcz. Sum, tak zwany… Może… Sum… I wtedy z pomocą przychodzi nam wspaniała obsługa uśmiechając się pobłażliwie i rozwiewając wszelkie wątpliwości mówi Sum, tak zwany olimpijczyk.

Wychodząc z The Brew Dock skręcamy w lewo, na rogu znów w lewo i idziemy w górę ulicy. Drugim barem, który napotykamy, jest Grainger’s. Bardzo cichy i bardzo typowy pub. Z powolną obsługą i powolną klientelą. Nastawiony raczej na tych, którzy przyszli odpocząć, poczytać, obejrzeć wyścigi konne czy wyścigi psów.

Wychodzimy i idąc wciąż tą samą ulicą napotykamy na wiadukt. Od tego momentu zaczyna się Dublin nieturystyczny. Pierwszym jego przykładem jest znajdujący się po lewej ręce przybytek o wdzięcznej nazwie J&M Cleary. Ani lokalizacją, ani pub-fasadą nie zachęca do odwiedzenia, ale żeby przebyć całą drogę, wypadałoby chociaż zajrzeć. Tym bardziej, jeśli fryzura po podróży w rozsypce. Jak widać, drzwi w drzwi mamy od razu fryzjera.

Niewiele dalej, na rogu, mamy czarnego Lloydsa. Jeden z tych barów, które są typowo sportowe. Zawsze jest jakaś transmisja i nieważne jaka byłaby, zwykle jest wiele osób śledzących ją na bieżąco. Tym bardziej, że nieopodal jest kilka zakładów bukmacherskich, a że duch hazardu w narodzie irlandzkim nie ginie, zakładanie się jest jedną z najpopularniejszych czynności na Wyspie.

Kierując się ciągle w tę samą stronę, podziwiając „prawdziwy Dublin”, oczom naszym ukaże się kamienica przecięta w pół, a w niej – oczywiście – bar: Burkes. Pozornie może wyglądać na zamknięty, ale niech to zabite dechą okno nas nie zmyli. Pub bywa otwierany. Muszę jednak przyznać, że jak dotąd nie udało mi się rozgryźć schematu, jakim kieruje się właściciel przy wyborze godzin i dni otwarcia. Być może robi to w ten sam sposób, co właściciel innego pubu, który – jak wieść gminna niesie – otwiera tylko wtedy, kiedy  jest w stanie i na tak długo, na ile jest w stanie. Jeśli przytrafi się okazja, i bar będzie akurat czynny, należy wejść. W innym przypadku, możemy pozwolić sobie na przejście na drugą stronę ulicy, żeby nie ominąć kolejnego na naszej drodze miejsca.

Oto niebieski The Strand House. Następny bar-lokalny. Z lokalną, dobrze znającą się nawzajem, klientelą. Może nie prezentować się najlepiej, ale niewiele irlandzkich pubów różni się od siebie. Czasem wydaje się, że tworzą jeden organizm, jakąś organizację, mającą swoich przedstawicieli w każdym zakątku kraju. Jak głosi staro irlandzkie przysłowie, gdy ma na Wyspie powstać nowa osada, najpierw wznosi się kościół (drugi, potężny organizm), zaraz po nim „public-house”, a kwestia tego, czy w okolicy pobudują się domy jest sprawą drugorzędną i w dużej mierze zależną od jakości pinty w barze.

Pozostając po tej stronie ulicy, dotrzemy do czarnego Cusacka. W opinii lokalnej społeczności, wyrażanej na wszelkiego rodzaju forach internetowych to właśnie czary Cusack jest barem, w którym leją najlepszą pintę w okolicy. Trzeba jednak przyznać, że opinia lokalnej społeczności odzwierciedla naprawdę lokalną społeczność, czyli kilka osób mieszkających w zasięgu dwóch, trzech przecznic, które mają dostęp do Internetu, wiedzą czym są fora i potrafią się wyartykułować pisemnie. Co, choć mogłoby wydawać się inaczej, w Irlandii, a szczególnie w tej nieturystycznej części miasta, nie jest sprawą oczywistą. Północne Śródmieście (North Inner City) Dublina, to region dość specyficzny. Ale mniejsza o to. Raczymy się powolnie najlepszą pintą w kręgu dwustu, trzystu metrów i idziemy dalej.

Przechodzimy na drugą stronę ulicy i trafiamy na Annesley House. Przy okazji, spoglądamy na drogowskaz i upewniamy się, że idziemy w dobrym kierunku. W końcu, cały czas zmierzamy na Fairview. W Annesley Housie nie znajdziemy niczego niezwykłego. Możemy tylko po raz kolejny przekonać się, jak „sformatowane” są irlandzkie bary. Praktycznie taki sam wystrój, taka sama oferta, taka sama rozrywka. A mimo to, mają w sobie tę duszę, której nie uświadczy się w Hard Rock Cafe czy innej „sieciówce”. Można sobie wyobrażać, jak jeszcze sto lat temu, w takim barze, który prawdopodobnie wtedy wyglądał niemal dokładnie tak samo, gromadziła się okoliczna ludność i przy pińcie obmawiała najistotniejsze dla niej wtedy sprawy. Do domów zapraszało się jedynie rodzinę. Na spotkania ze znajomymi wychodziło się do pubu. Tego podejścia Irlandczykom zazdroszczę.

Po krótkiej podróży w czasie, wychodzimy, spoglądamy jeszcze raz na drogowskaz i idziemy. Po drodze będziemy mieli most, parę skrzyżowań, ale idziemy tak długo, aż po lewej ręce zobaczymy Smyths. To będzie pierwszy znak, że jesteśmy już blisko. Wchodzimy i koniecznie siadamy przy barze. Choć nie jest to najpiękniejszy lokal i nie jest najczęstszym celem moich wypadów, niekiedy o niego zahaczam. Ma wyrozumiałego barmana, przyjaznych klientów i nigdy nie trafiłem na nachalną muzykę. To, że transmituje wydarzenia sportowe, rozumie się samo przez się. Na Dzień Guinnessa obniżył ceny najbardziej. Tyle tylko, że w prywatnym rankingu na trzy najbliższe lokale jest określany mianem „tego niefajnego”.

Wychodzimy i dla odmiany kierujemy się w stronę, z której przyszliśmy. Po prawej ręce będziemy mieli teoretycznie przedostatni, a praktycznie ostatni bar w długiej drodze na Fairview – Gaffney & Son. Wbijamy się, przebijamy przez labirynt przestrzennych, schludnych i dobrze zadbanych pomieszczeń wewnątrz, przełazimy przez cały i wychodzimy z drugiej strony, do cichego ogródka piwnego (wcześniej zamawiając piwo w odnalezionym w którymś z pomieszczeń barze). W prywatnym rankingu na trzy najbliższe lokale jest określany mianem „tego fajnego”.

Po opuszczeniu już praktycznie ostatniego baru, skręcamy w lewo i idziemy przed siebie. Będziemy mijali kościół, skrzyżowanie, a zaraz za nim już naprawdę ostatni pub. The Player’s Lounge. The Player’s Lounge jet niestety nieczynne od zeszłego roku, kiedy to zostało spłonięte w ramach porachunków pomiędzy republikanami a unionistami. The Player’s Lounge jest… był znany z tego, że była to kwatera główna IRA na Dublin. Tutaj, jeszcze w zeszłym roku, gromadziły się głowy ugrupowania przedyskutować strategie. Tutaj, raz po raz, ktoś wpadał z pistoletem przetłumaczyć komuś innemu swoje racje. To ten bar, na czas przyjazdu Królowej Anglii do Dublina wywiesił transparent – Królowa Wypierdalaj. Z drugiej strony, nie mieszając do niego polityki, był przestronnym, przyzwoitym lokalem, organizującym wspaniałe koncerty i… tak, transmisje sportowe. Był też oficjalnym pubem kibiców Celtic Glasgow.

Mijamy go i jesteśmy właściwie na miejscu. Jeszcze tylko musimy podnieść na chwilę wzrok i zlokalizować wielki błękitny neon The Strand Off Licence i ta brama tuż obok, to tu.

Wchodzimy na ulicę O’Connella i od razu trafiamy na drugą najruchliwszą, najbardziej zatłoczoną i z pozoru najbardziej chaotyczną ulicę Dublina. Musimy upewnić się, że idziemy po jej prawej stronie. Pierwszym będzie, wyjątkowo ekskluzywny (czyt. drogi) The Grand Central. Warto zajrzeć ze względu na to, żeby zobaczyć jak wyglądają luksusowe, choć wciąż tradycyjne puby irlandzkie. Jakim rodzajem gości się charakteryzują (głównie turyści) i jaką obsługą (głównie obcokrajowcy).

Po wyjściu możemy przejść w poprzek ulicy z tramwajami i po przekątnej trafimy do The Oval. Choć usytuowany vis-a-vis, jest zupełnie inny, raczej mniej zatłoczony za to bardziej przyjazny i przy okazji jest miejscem biforów i afterów w pobliskiej salce koncertowej. Tutaj pinta jest obowiązkowa. Zawsze zastanawiało mnie skąd nazwa, bo wierzyć mi się nie chce, żeby pochodziła jedynie od kształtu fasady. To byłoby zbyt oczywiste.

Wychodzimy, wracamy na O’Connella, przekraczamy go, by z powrotem znaleźć się na jego wschodniej stronie. Rozglądamy się uważnie i jeśli znajdziemy się na wysokości sklepu Penney’s (Penis), skręcamy w prawo, w boczą uliczkę. Trafiamy na uroczy, cichy i spokojny, kameralny i niezwykle przyjazny bar The Sackville. The Sackville ożywia się w weekendy, kiedy staje się miejscem biforów. Jeśli nie przyjdzie się wystarczająco wcześnie, nie ma szans wetknąć nawet szpilki. Jeśli jednak akurat jest południe i środek tygodnia, grzechem byłoby przepuścić.

Gdy wyjdziemy i wrócimy na O’Connella, skręcamy w prawo, w stronę Szpicy („dzidy”) Tysiąclecia. Mijamy ją i musimy zacząć uważnie się rozglądać, po naszej prawej ręce zaczną pojawiać się kolejne lokale. Na początek Madigans. Mniej turystyczny, niż pierwszy The Grand Central, ale wciąż bardziej nastawiony na zwiedzających. Mający, oczywiście, swoją stałą klientelę, ale tak jest z każdym pubem w Irlandii. Człowiek chodzi do swojego ulubionego i kilku innych, ale tylko przez jeden jest charakteryzowany. Słynne: „Powiedz mi do jakiego pubu chodzisz, a powiem ci, kim jesteś”.

Jak już opuścimy Madigansa musimy być ostrożni potrójnie, bowiem zbliżamy się do bermudzkiego trójkąta pubów dubliński – The Living Room (wejście od bocznej uliczki), Murrays (wejście od O’Connella) i Fibber Magees (wejście od Parnella). Do którego z nich nie wejdziemy, może okazać się, że wyjdziemy w którymś innym. Wielu straciło już w nich orientację gubiąc się i próbując sobie przypomnieć, jak w harcerzach ustalało się kierunki świata. A to wszystko z powodu tego, że te trzy puby mają wspólny ogródek piwny, który jest jednak nieco labiryntowaty i naprawdę można nie wiedzieć, z której strony się przyszło. Z tych trzech pubów, pierwszy – The Living Room –  jest bardziej diskowaty. Dość nowocześnie urządzony i przygotowany raczej na osoby, które poszukują densfloru.

Drugi – Murrays – jest bardzo podobny do Madigansa. Często można spotkać więcej osób spożywających posiłki niż napoje. Co zresztą jest bardzo charakterystyczne dla irlandzkich pubów. Niemal wszystkie serwują obiady, często też kolacje i nie jest niczym niezwykłym wejść i zamówić sobie posiłek. Na początku było to dla mnie nie do pomyślenia. Jeść w pubie? To tak, jakby kawę zamawiać albo wodę mineralną. Ale z czasem można przywyknąć i muszę przyznać, że raz czy drugi posiłkowałem się barach. Stąd też często naprzemiennie używam określenia pub, bar, lokal, knajpa – wszystkie te słowa oznaczają miejsce, które ma jedzenie, serwuje alkohol i gdzie można posłuchać muzyki na żywo oraz pooglądać transmisje sportowe.

Natomiast trzeci – Fibber Magees – to zwyczajowo polski pub. Kiedyś w okolicy był typowo polski, prowadzony przez Polaków, pub podający polskie potrawy i nalewający polskie piwo, ale wyniósł się razem z dobrobytem. Tymczasem jego bywalcy zostali i przenieśli się do najbliższego, którego znaleźli. Był nim właśnie Fibber Magees. Dlatego nie należy być zdziwionym, kiedy okaże się, że jedynymi przesiadującymi w nim osobami będą rodacy. Jest to też najbardziej rockowy z tych trzech. W podziemnej sali koncertowej często organizowane są koncerty (także kapel sprowadzanych z Polski). Na dodatek, bermudzki trójkąt pubów dubliński jest co roku siedzibą główną Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

Ponieważ zmierzamy na Fairview, zalecane jest opuszczenie bermudzkiego trójkąta pubów dublińskich poprzez Fibbera Mageesa i przejście na drugą stronę Parnella. Tam kolejno znajdziemy The Shakespeare’a, The Metro, jednego z wielu w Dublinie O’Reilly’sa, The Deer’s Heada. Do którego z nich nie wejdziemy, zobaczymy to samo, tzw. Północne Śródmieście (North Inner City) Dublina. To znaczy, że zbliżamy się, a właściwie weszliśmy do tych nieturystycznych obszarów miasta.

Każde nieturystyczne obszary każdego miasta mają swoją tkankę ludzką składającą się z okolicznych mieszkańców, którzy doskonale wiedzą co, gdzie, kiedy i kto z kim. Ale co jest wspaniałe w tym mieście, nie wchodzą w interakcje z nieswoimi. Toteż, do którego z tych pubów nie weszłoby się, można byłoby spokojnie skosztować niezbyt smacznej (za to taniej) pinty i poprzysłuchiwać się temu lokalnemu dialektowi brzmiącemu tak zupełnie inaczej od tego, czego jeszcze chwilę wcześniej można było doświadczyć na O’Connellu.

Północne Śródmieście Dublina wykształciło swój własny sposób porozumiewania się i ktoś nieprzyzwyczajony do tego, że to jednak jest angielski, nie połapie się w nim. Należy zapamiętać, że najczęściej powtarzanym słowem, przez samych północnośródmiejskich dublińczyków jest: „Co”? albo: „Czego?” ewentualnie: „Jeszcze raz”. Nie rozumieją siebie nawzajem i jak nie rozumieją obcych, to mogą co najwyżej pomyśleć, że z innej ulicy się jest.

Z ciekawości, można wstąpić do znajdującego się naprzeciwko Baru Kibiców Dublina. Nie byłem. Nie wiem, czego się spodziewać. Przypuszczałbym jedynie, że Bar Kibiców Dublina niewiele różni się od zwykłego pubu. Nie sądzę, żeby trzeba było legitymować się przy wejściu, wykazywać znajomość graczy dublińskiej drużyny futbolu gaelickiego czy hurlingu. Domyślałbym się także, że zastani wewnątrz kibice na widok obcej osoby ucieszyliby się z tego, że ktoś nowy wyraża zainteresowanie ich klubem i być może będzie chciał do nich dołączyć. I to byłoby na tyle, jeśli chodzi o kibicowanie w Irlandii. Resztę widać było na Euro 2012.

Po wyjściu z ostatniego baru, obracamy się w prawo i idziemy pod górkę. Czeka nas teraz kilku minutowy spacer bez żadnej knajpy w okolicy. Taka posucha rzadko się zdarza. Myślę, że ten odcinek mógłby Bloom wykorzystać przy rozwiązywaniu swojej zagadki. Pytanie tylko, czy dotarłby do niego nienapotkawszy żadnego lokalu. Eee… Nie dotarłby. My natomiast, kontynuując w stronę Fairview znajdujemy Dom Zachodzącego Słońca (The Sunset House). Ponieważ znajdujemy się w okolicy Croke Parku, bary stają się jeszcze bardziej sportowe. Transmisje zaczynają przeważać nad muzyką na żywo.

Następnym przybytkiem na naszej drodze będzie The Bridge Tavern. Z zewnątrz niepozorna. Po wejściu, pierwsza sala, z ladą, nie różni się niczym od każdej innej sali z ladą w Irlandii. Jest kilka nalewaków, na półkach za ladą jest mnóstwo alkoholi. Między jednym i drugim porusza się łagodny barman, a przed ladą jest rząd okupowanych krzeseł i jeśli barman jest zapobiegliwy, to do kontuaru przybije specjalne wieszaki, na których można zaczepić kurtkę czy torbę. Po jej minięciu trafiamy do obszernego i dość wysokiego pomieszczenia. Można chwilę odpocząć.

Wychodzimy i zbliżamy się do Lowrysa. Ten może uchodzić za tanc-budę. Reklamuje się nocami karaoke i koncertami na żywo wyłamując ze sportowego charakteru dwóch poprzednich. Niekiedy pubu można też spotkać informację o specjalnych promocjach cen piw, które to ceny wydają się na tyle atrakcyjne, że aż mało prawdopodobne.

Dalej mamy The Ref Pub. Podobnie, jak wyżej, reklamujący się nocami karaoke, ale przebijający Lowrysa darmową grą w bingo co czwartek! Zarówno Lowrys i The Ref Pub zaliczają się to tej kategorii pubów pobliskich. Mają swoich stałych bywalców, niewielu obcych i niekoniecznie przestrzegają godzin otwarcia. Któregoś razu, w innej części Irlandii zdarzyło mi się rozmawiać narzekając, że pewien konkretny pub nie był otwarty, kiedy akurat byłem w jego okolicy. Odpowiedziała mi osoba mieszkająca blisko tego miejsca: „Ty się nie przejmuj, Piotrek. Jego właścicielem jest nasz Gardzista, a on pełni służbę do dziesiątej w nocy, zanim się ogarnie, zje będzie jedenasta i przy dobrych wiatrach wtedy otwiera. Ale za to do rana!”.

Wychodzimy i trafiamy na przedostatni już w naszej podróży pub Clonliffe House. W drodze z miasta ten bar zwiastuje, że jest już się blisko. Następnym i zarazem końcowym przystankiem podróży będzie pub, który w prywatnym rankingu na trzy najbliższe lokale jest określany mianem: „ten najbliższy”.

Aż wreszcie, naszym oczom ukazuje się już ostatni pub w tej drodze na Fairview – Meaghers. Wchodzimy i siadamy przy ladzie. Zwyczajowo, w Irlandii nie siada się przy stolikach (chyba, żeby zjeść). Po wejściu do knajpy, swoje kroki kieruje się do baru. Nie ma wyjątku. To znaczy jest, my Polacy. Znajomy barman w znajomym barze jeszcze w Portlaoise kilka razy zadawał mi pytanie: „Piotrek, słuchaj, co z wami jest, co? Jak wchodzicie do pubu, to od razu rozglądacie się za stolikiem a później nie zamawiacie niczego do jedzenia, tylko gnijecie w koncie pijąc i kłócąc się (wnioskuję z waszej gestykulacji), narzekając na życie, żonę, szefa, dzieci, pogodę… Przecież to jest pub! Się umawia ze znajomymi, się zbiera przy barze, się bawi!” Po spożyciu ostatniej pinty, wychodzimy i skręcamy w lewo.

Podobnie jak w przypadku pierwszej trasy, musimy znaleźć The Strand Off Licence, dalej bramę obok i ta brama obok to już tu.

PODSUMOWANIE

Łatwo zauważyć, że droga zarówno od strony Dworca Autobusowego, jak i od strony O’Connella nie jest łatwa ani krótka. Gdyby przyjrzeć się uważniej, można dostrzec, że wybierając drogę od strony O’Connella i chcąc zahaczyć każdy z przystanków, będziemy mieli ich siedemnaście. Jedynie dwa mniej, niż w całym Portlaoise. Należy też pamiętać, że poza małym wyjątkiem nie uwzględnialiśmy uliczek pobocznych.

W każdym razie, teraz już nie powinno być problemów z trafieniem. Na podleczenie wątroby specyfiki są w pobliskim offlicensie. Serdecznie zapraszam!
Wpis: 1 345.

Z cyklu: Dylematy emigranta

Po sześciu latach pobytu w Irlandi, słowo „penis” oznacza jedynie to, jak wymawia się nazwę sklepu Penney’s, czynsz już zawsze będzie rentem, a kasować [kogoś na coś] będzie czardżować. Spędzam, a nie wydaję pieniądzę; płacę bile, a nie rachunki i oczywiście jem role zamiast bułek.
Wpis: 1 344.

Przeglądam rano twittera

Widzę:
Zaczynam. Cazorla, nazwisko piłkarza; participa, po naszemu jest partycypować; znam słowo el pase, semifinales wyglądajo zdumiewająco podobnie do angielskiego: semi finals. Dobra, ten rozszyfrowałem. Jedziemy dalej:
los juveniles
Los juveniles, coś jak juwenalia, juwenalia — święto młodzieży, czyli tu chodzi o drużynę młodzieżową. caen 3. os. l.m. od caer, caer to upaść, ale jak znam życie, to ma i milion innych znaczeń, w tym kontekście obstawiam przerżnąć. mínima wyjątowo podejrzanie bliskie naszemu minimum. final rozumie się sam przez się. Patrzę na następny wpis:
[Nicklas] Bendtner rozważający możliwości — Agent Bendtnera twierdzi, że ten rozmawia z wieloma… Hola, hola! Przecież tu nie ma się nad czym zastanawiać! Aaa…

Dopiero po chwili się orientuję. I przychodzi refleksja: Cholera, mózg mi się lasuje. Nie rozróżniam, co czytam. I druga: Kurwa, wciąż nie mogę otrząsnąć się z tego, jakie to wszystko proste się wydaje. Trochę z łaciny, trochę podobnych do tego, co w angielskim, trochę ze słownika i voilà!
Wpis: 1 343.

„A mnie piło dwóch studentów filozofii (…)”

Najpierw przyjechała AT
Teraz zjawia się Szalony Basista.

Wpis: 1 342.

Kiedy mam ochotę obejrzeć film w towarzystwie, idę do kina

Kiedy mam ochotę obejrzeć film w towarzystwie, idę do kina. W przeciwnym razie, włączam TV. Kiedy mam ochotę posłuchać głośno muzyki w towarzystwie, idę na koncert. Kiedy chcę głośno posłuchać muzyki w domu, zakładam słuchawki. Absolutnie nie widzę i nie rozumiem tej ogólnej potrzeby dzielenia się swoimi zainteresowaniami ze wszystkimi osobami w koło, które nie są nimi zainteresowane.
Kiedy chcę porozmawiać ze znajomymi, idę do baru bądź gdziekolwiek, publicznie. Mój dom, to moja twierdza. Goście mile widzianie jedynie w wyjątkowych sytuacjach. Kiedy nie chcę z nikim rozmawiać, nie reaguję na dźwięk GG i nie odbieram telefeonu. To chyba jasny znak, że nie jest odpowiednia chwila, żeby się ze mną kontaktować. A już na pewno żeby zawracać głowę mało istotnymi pierdołami.
Na SMS-y i emaile odpisuję tak prędko, jak uznam to za stosowne, w zależności od ważności danego komunikatu. Ignoruję (ale nie potępiam) co bardziej irytujące zmiany statusu na FB.
Działa to również w drugą stronę. Nie mam z tym żadnego problemu. Nie odpisujesz? Nie reagujesz? W porządku, przekaz jest jasny. Doskonale rozumiem potrzebę izolacji.
Wpis: 1 341.

Gramatyka w dużym (i niewyraźnym) skrócie

Wpis: 1 340.

Ogień olimpijski

Od dłuższego czasu wiadomo było, że na pół dnia przybędzie do Dublina ogień olimpijski. Od dłuższego czasu myślałem, żeby wyjść i zobaczyć. Choć to zwykły ogień, nie sądzę żebym szybko miał okazję ponownie oglądać „na żywo”. Od dłuższego czasu sprawdzałem informacje nt przebiegu trasy. Dowiedziałem się, że zaczyna się w Howth, że ma zahaczyć o Croke Park, że ma pojawić się w Garden Of Remembrance, przy katedrze św. Patryka, że ma podbiec pod parlament i skończyć w St. Stephen’s Green. Ale dokładnego spisu ulic nie było. Nigdzie nie można było znaleźć. Za to pod każdą informacją dotyczącą ognia olimpijskiego w Dublinie pojawiała się cała masa komentarzy. Nacjonalistycznych komentarzy, że tak napiszę…
Podobno do tej pory gdy ogień olimpijski wyruszał z Grecji, docierał bezpośrednio do państwa-organizatora gdzie później pokazywany był we wszystkich co ważniejszych miastach czy prowincjach. Nie zdarzyło się, podobno, tak, by ogień olimpijski opuszczał terytorium państwa-organizatora. Ot, nowożytna tradycja. Aż do dziś, kiedy to — w oparciu o komentarze pod informacjami o ogniu olimpijskim w Dublinie — Korona pokazała całemu światu, że Dublin wciąż jest jej.
To temat drażliwy. Dość wspomnieć, jak rok temu przyjeżdżała angielska królowa i też nie obyło się bez sprzeciwów. Dość wspomnieć, że jeszcze kilka lat temu, ówczesna pani prezydent Irlandii zaklinała się, że nie dojdzie do oficjalnej wizyty monarchy brytyjskiego w Republice tak długo, jak długo „Północ nie będzie nasza”.
I tak sobie wykoncypowałem, że to pewnie dlatego nigdzie nie podano trasy biegu ze zniczem olimpijskim a później, na samym końcu, już kiedy pochód dotarł do St. Stephen’s Green, wszędzie było pełno Gardy a nad głowami krążyły helikoptery wojskowe.
Wpis: 1 339.

Charytatywny bieg kobiet w Dublinie

Women's Run Start Women's Run Finish

Zdążyliśmy na start. Liczba dziewcząt przytłoczyła nas. Niesamowita solidarność jajników. Byliśmy pod wrażeniem tego, jak kobiety potrafią się zorganizować. Wydawało się, że gyby tylko chciały, mogłyby rozpocząć rewolucję.
Nie doczekaliśmy, aż wszystkie uczestniczki przekroczą linię startu. Przenieśliśmy się na linię mety, gdzie przybiegały już pierwsze dziewczęta. Wypatrywaliśmy znajomej twarzy, ale w tym natłoku nie było szans.
Stelefonowaliśmy się i umówiliśmy w Porter Housie. Spokojnie dokończyliśmy wieczór.
Wpis: 1 338.