Kalendarz

Marzec 2012
P W Ś C P S N
« lut   kwi »
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65793
  • Dzisiaj wizyt: 6

Miesięczne Archiwa: Marzec 2012

Happy Dublin Speakerless Boombox Style

Wpis: 1 315.

Jednego dnia w roku, wszyscy jesteśmy Irlandczykami

Od soboty minęło już kilka dni. Emocje opadły, wspomnienia wróciły, można pisać.
1) Parada.
Rację mieli ludzie z Dublin Event Guide: „Chcesz obejrzeć paradę? Zostań w domu i włącz TV”. Ludzi była cała masa. Bez porównania więcej, niż w maleńkim Portlaoise. Większość przystrojona na zielono. Większość niemówiąca po angielsku. Większość chcąca poznać Prawdziwą Irlandię. Dubliński akcent można było usłyszeć u osób bez zielonych dodatków narzekających na utrudnienia w poruszaniu się po mieście. A te, po zamknięciu całego centrum, były znaczne.
Kto nie został w domu przed TV, nie przyszedł na O’Connella dzień wcześniej, zająć dobre miejsce, albo nie miał miejsca VIP na specjalnie przygotowanych trybunach, przemarszu raczej nie widział. Raczej, bo były miejsca, na które dało się wspiąć i nie zostać ściągniętym przez Gardę albo, co okazało się dość popularne, można było przynieść własną drabinę, ustawić w strategicznej odległości i obserwować paradę we w miarę komfortowych warunkach.
Ponieważ nie spełniałem żadnego z tych warunków, już po kilkudziesięciu minutach oglądania pleców gawiedzi stojącej przede mną, postanowiłem zmienić perspektywę.
2) Puby.
Na sam początek poszedłem do baru Q. W inny dzień nie wszedłbym do niego. Wydaje się niesamowicie posh i absolutnie nie jest moim miejscem. Ale w sobotę okazał się tzw. najbliższym i — nolens-volens — zamówiłem pierwszą pintę Black Stuffu. Ustawiłem się przed lokalem i spokojnie podziwiałem przelewające się masy idących na paradę, z niej wracających i tych, którzy moim śladem, już rozpoczynali poszukiwania miejsc, gdzie mogliby się zabunkrować.
Po raz kolejny podobało mi się to, że mieszkam w mieście turystycznym. Zostałem poproszony o zrobienie kilkunastu zdjęć. Usłyszałem dziesiątki rozmów w różnych językach i — przy pewnej pomocy drugiej pinty — zaczynałem odczuwać atmosferę radości i święta.
W tym czasie, w Q zjawił się Daruś i razem z nim i Arturem przenieśliśmy się do O’Reilly’sa w poszukiwaniu zielonego piwa. Znaleźliśmy. Usiedliśmy w ogródku. A na widok trzech zielonych pint zostaliśmy zagadnięci: „Ke de fek łas dat?”. Ponownie usłyszałem historię o tym, że zielonego piwa się nie tyka. Żaden szanujący się Irlandczyk ani osoba pochodzenia irlandzkiego, nie wzięłaby tego do ust. I zaproponowano nam, żebyśmy może jednak po normalnym Guinnessie sobie wzieli, bo to przecież aż ból patrzeć.
Z propozycji skorzystaliśmy i przenieśliśmy się na Fairview z myślą, że załapiemy się na powtórki w TV i obejrzymy przemarsz.
3) Fairview.
Na Fairview zaatakowały nasz sześciopaki Guinnessów oraz SMSy od Michaela z Book Clubu, że posiada on dwa wolne bilety na wieczór na koncert i czy nie poszedłbym i nie wziął ze sobą jeszcze kogoś. Ponieważ nie widziałem żadnych przeszkód, odpisałem, że uczynię to z wielką chęcią i że możemy się wstępnie umówić na po siódmej (było po piątej), po czym, postanowiłem się zdrzemnąć, żeby nabrać nieco sił na wysiłek związany z wyjściem z domu i pojawieniem się na koncercie. W moje ślady poszedł Daruś, który po przeprowadzeniu skomplikowanej operacji logistycznej: „Mój koncert jest o północy. Twój, Walczak, o ósmej. Pewnie skończą o jedenastej. Jadę z tobą” zdecydował się towarzyszyć mi na mieście.
4) The Presidents Of the United States
Obudziłem się o dziewiątej. Szybko napisałem Michaelowi, że raczej nie dam rady. Zauważyłem też, że miałem milion nieodebranych połączeń i SMSów. Michael nieustannie próbował skontaktować się.
Rozejrzałem się po domu i znalazłem Darusia. Właśnie wstawał. „Nie jedziemy” — powiedziałem. „Co ty, Walczak, gadasz?” — usłyszałem. „Sprawdzaj autobus!” Był za pięć minut.
Wsiedliśmy, dojechaliśmy na miasto, znaleźliśmy salę koncertową, odebraliśmy bilety i weszliśmy.
The Presidents Of the United States znałem wcześniej z jednej piosenki. Pamiętałem, że grają żwawy i zdrowy choć typowo amerykański, rock lat dziewięćdziesiątych. I to usłyszałem. Żwawe i zdrowe, bezpretensjonalne i beztroskie, na wskroś amerykańskie i nie pierwszej młodości, brzmienie rockowe. Idealne na koncert. Podobało mi się. Nie wprowadzało zbędnych komplikacji. A dodatkowo, raz że bawiła się cała sala, dwa że chłopaki — dwóch gitarzystów i perkusista — trzymali dobry kontakt z widownią, trzy że w pewnym momencie przerwali na moment grę i wydudnili po Guinnessie na raz; później powtórzyli to jeszcze dwukrotnie.
Koncert się skończył, odnalazłem Michaela i Rachael. Pogadaliśmy dłuższą chwilę. Wyszliśmy na zewnątrz, Daruś poszedł na swój koncert, Michael i Rachael rozpoczęli żmudny powrót do Portlaoise a ja powędrowałem z powrotem na Fairview.
5) Dublin nocą.
Natomiast powrót z centrum na Fairview w apogeum obchodów dnia św. Patryka, to było coś!
Dublin był cały i całkiem pijany. Po tym, jak poruszały się taksówki, autobusy i patrole Gardy, miałem wrażenie, że i kierowcy tych pojazdów byli nawaleni. Ci, co się nie poruszali, przysypiali sobie spokojnie na ulicach w otoczeniu rozsypanych frytek, rozlanych napojów czy przewróconych koszy na śmieci. Ci, co się poruszali, przemieszczali się właśnie z barów (z których część była już zamykana) do innych, w nadzei, że i ochroniarze będą napruci i nie będą zwracać uwagi na to, w jakim stanie próbuje się dostać do środka. Wszechobecna wcześniej żwawa zieleń ustępowała powoli podgniłemu nie-wiadomo-czemu. Po drodze, byłem świadkiem tego, jak w jednym autobusie padła szyba, z taksówek ale i z okien budynkó leciały kufle i ogólnie rzecz ujmując, wyglądało to wszystko nieco zatrważająco… Irlandzkie afterparty, znaczy armageddon (jako żywo przypominające moje wspomnienia o pierwszym spędzonym w Irlandi Św. Patryku).
Natomiast, muszę przyznać, że pomimo tego, że mijałem setki ludzi nieprzytomnych bądź trochę jeszcze kojarzących, to nie spotkałem się z jakąkolwiek agresją, o którą tak bardzo obawiałbym się w Łodzi. Bądź co bądź, historię mam. Jedyne zaczepki, z jakimi się spotkałem miały postać uprzejmych i wyjątkowo bełkotliwych próśb o pomoc w znalezieniu jakiegoś monopolowego (było grubo po dziesiątej, nie było szans) i zawsze odpowiadałem: „Idźcie do pubu, poproście o puszki / butelki na wynos. Trochę drożej, ale to wasza ostatnia nadzieja.”
Po pierwszej, po bardzo udanym dniu, byłem z powrotem na Fairview.
Wpis: 1 314.

O darze z niebios

Piszę o tym raz po raz. Nie mogę spać. Cierpię na permanentną bezsenność. Kładę się o normalnej godzinie tylko po to, żeby przez kolejnych sześć przewracać się z boku na bok i frustrować. Gdybym chociaż spał do południa, bilans byłby zachowany, ale nie. Trzy, cztery godziny, to maksimum, jakie udaje mi się wyciągnąć. Następnego dnia czuję, wyglądam i zachowuję się jak zombie. Nie podoba mi się to i jestem coraz bliżej tego, żeby zacząć brać jakieś prochy.
Pierwszym sposobem na zaburzenia snu miały być książki i filmy. Niestety, nie bardzo daję radę czytać czegoś, czym nie byłbym zainteresowany. Podobnie z filmami. Jeśli jakieś mam, to w większości te, które chcę obejrzeć (no dobra, wczoraj trafił mi się: Larry Crowne). Te, których nie chcę przerywać w połowie. W związku z tym, puszczam jeden za drugim, aż nastaje świt. Urządzam sobie własne maratony filmowe. Kończy się jak zawsze. Na następny dzień jestem niewyspany. Na szczęście…
Na szczęście siła wyższa, w swej genialności, zesłała mi niedawno stronę: Pirlo TV. Z pozoru niepozorna strona ma jednak wielką siłę. Przez całe noce transmituje mecze piłkarskie (a te, jak wiemy, uspokajają mnie, relaksują i wprowadzają w błogi nastrój beztroski, zarówno poprzez sam fakt biegania piłkarzy po boisku jak i komentarz, który działa kojąco). Przez całe noce (sic!) Od wczesnych godzin wieczornych do wczesnych godzin porannych. Lekką ręką, osiem do dwunastu godzin nieprzerwanej transmisji sportowej. Niebo na ziemi. Jakby tego było mało, transmituje je z hiszpańskim (południowoamerykańskim) komentarzem! Dwie pieczenie na jednym ogniu. Oglądam mecze i słucham komentatorów. Połowy nie rozumiem. Jednak dają faceci czadu i słowotok często nie przypomina pojedynczych wyrazów, ale nie każdy posługuje się kastylijskim. Szkoła jest niezła. Spędzam noce wpatrując się w monitor i wsłuchując w głośniki. I to jest dobre.
Problem bezsenności jednak pozostał. Bo jak mógłbym zasnąć na meczu Boca Juniors z São Paulo albo Fluminense z Colo Colo?

A jutro Święty Patryk!
Wpis: 1 313.

Odchamianiesię, wersja kinowa

Wpis: 1 312.

David Lynch – Diuna

dune
Nóż na podłodze. Wyrwana „zaślepka”. Wczoraj KONIECZNIE musiałem obejrzeć Diunę. Raz: ekranizacja jednej z ulubionych książek. Dwa: muzyka Toto. Trzy: jednak David Lynch. Cztery: Sting i nieśmiertelny agent Cooper z miasteczka Twin Peaks
A ten głupi fiut w postaci DVD nie chciał się otworzyć!
Wpis: 1 311.