Kalendarz

Styczeń 2012
P W Ś C P S N
« gru   lut »
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65225
  • Dzisiaj wizyt: 5

Miesięczne Archiwa: Styczeń 2012

Linguistic roztrojenie de la personalidad

W domu podręczniki mam po polsku ale już słowniki po angielsku. Na zajęciach mówię po polsku, angielsku i staram się po hiszpańsku. Na codzień rozmawiam po polsku. Oglądam telewizję anglojęzyczną. Słucham RNE. Czytam po „naszemu” i „tutejszemu”.
Niekiedy mi się gmatwa.
Wpis: 1 307.

Długa droga do domu

Druga w nocy, Garden Village, dosypianie / odsypianie po „parapetówie” u Ewy. Nagła pobudka, szybka piłka, taksówka na przystanek. O trzeciej otwierają się drzwi autobusu:
— Dublin, centrum miasta.
— Dojeżdżam tylko do Ronda Czerwonej Krowy.
Red Cow traffic
Jak wydostać się z Ronda Czerwonej Krowy
— Będzie!
Wsiadamy, przysypiamy, kierowca budzi nas przy rondzie. Chwila zastanowienia. Z ronda na Fariview daleko, autobus dojeżdża na lotnisko, na lotnisku są całodobowe bary…

Czwarta z hakiem jesteśmy na dublińskim lotnisku. Przez bramki bezpieczeństwa nie da się przejść bez karty pokładowej. Szukamy czegoś w sali przylotów i odlotów. Udaje się znaleźć bar z kanapkami i piwem. Z kanapek rezygnujemy. Później drugi. Spokojnie czekamy na pierwszy Dublin Bus do domu.
Dublin Bus
Najczęściej operująca linia Dublin Bus
Jeszcze tylko szybka wizyta w delikatesach, zapiekanki w domu i spokojnie, zanim wstanie słońce, można kłaść się spać.
Wpis: 1 306.

Konkurs ortograficzny

LINK

Od niejakiego czasu trwają w naszej szkole przygotowania do tegorocznej studniówki. Próbą generalną był niedawno miniony sylwester /napisałbym wielką literą/, który urządziliśmy w sali Pracowniczych Ogródków Działkowych /dla odmiany, pewnie małą/ „Orchidea” /nie wiem, czy z wielkiej i czy w cudzysłowie/. Była to impreza, którą dobrze charakteryzują Mickiewiczowskie /ponownie, małą literą i z dwukropkiem na końcu/ słowa „tańce, hulanki, swawole”.
Bawiliśmy się do ósmej rano; /na pewno bez średnika/ potem jeszcze trzeba było posprzątać co nieco. Można by więc powiedzieć, że kondycję mamy nie najgorszą /łącznie/.
Moja klasa złożona pół na pół z dziewcząt i chłopców rozpoczęła przygotowania już we wrześniu. Rodzice sfinansowali nam kurs tańca; /bez średnika, być może z kropką/ zamiast jednej lekcji wf. (WF) (WF-u) mieliśmy godzinę nauki tańca towarzyskiego.
Kuzyn naszej koleżanki Kai, pół Polak, pół Hiszpan /tu zawiesiłbym się, kombinowałbym pewnie z myślnikiem/, europejski wicemistrz juniorów w tańcu towarzyskim, półdarmo uczył nas tańców niezbyt modnych, czyli tradycyjnych, i tych supernowoczesnych. Pół biedy było z polonezem: /bez dwukropka, z kropką/ w nim tylko półukłon sprawiał nam kłopot. Za to jakże trudny okazał się walc wiedeński: /vivat interpunkcja/ te półobroty, ćwierćobroty wte i wewte (w tę i we w tę) przyprawiały nas o zawrót i ból głowy.
Scenariusz studniówki sporządzony przez komitet organizacyjny zakłada, że o brzasku zatańczymy białego mazura /nazwa własna w moim mniemaniu, wielka litera/. Nie wiem, czy to nie są jakieś mrzonki, bo krzesanie hołubców zupełnie nam nie wychodzi, a i półklęk po całonocnym balu może być niewykonalny.
Niemal wszystkie dziewczyny zamierzają się ubrać w arcymodne szerokie minisukienki. Planują poszaleć przy rock and rollu (rock’n'rollu) /Rock N’ Rollu/, jivie /eee…/ i twiście. Na razie zupełną niewiadomą jest muzyka. Do północy może nam zagra nowo powstały /łącznie/ szkolny dżezbend (jazz-band) /jazz band/, a potem didżej wykorzysta zgromadzoną przez nas płytotekę. Każdy z nas bowiem obiecał przynieść jakąś płytę długogrającą z hitami lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Może więc powstać ciekawy miszmasz.
O stronę kulinarną naszego balu zadbają rodzice. Mają być potrawy staropolskie i dalekowschodnie, czyli dla każdego coś smacznego. Oby tylko niektórzy moi koledzy nie przesadzili z napojami wysokoprocentowymi, bo wtedy nauka tańca obróci się wniwecz /„Mądrość tego świata Bóg wniwecz obraca (…)”/.

Wpis: 1 305.

Tak było

Na Orkiestrę wyruszyłem przed szóstą wieczorem. Razem z Art. uderzyliśmy z buta w kierunku Fibbersa. Na miejscu umówieni byliśmy z Ewą i Sebastianem. Zanim zjawili się, zupełnie niespodziewanie trafiliśmy na Agnieszkę i kolegę Pająka. Nie widziałem ich już ze dwa lata. Paradoksalnie, częściej ich widywałem, gdy jeszcze mieszkałem w Portlaoise a oni już w Dublinie. Mniejsza… W międzyczasie zjawiła się Karolina (dzięki temu, że była wolontariuszką udało mi się wysępić serducho), na koniec dotarł Daruś. Pająki poszły w swoją stronę, a my, silną, sześcioosobową grupą zaczęliśmy zastanawiać się, co dalej.
Na początek Guinness.

 

Dygresja:
W Fibbersie mieli złego Guinnessa. W Living Roomie nieco lepszego, ale też nie był to Guinness-Guinness. Pamiętam, jak dawno temu zwracano mi uwagę na to, że w różnych pubach można trafić na różne Guinnessy. Że jende lokale znane są z dobrego Guinnessa a inne należy omijać szerokim łukiem. Z początku wydawało mi się to nieco dziwne, ale w ostatnią niedzielę przekonałem się, że tak właśnie jest. Są różne Guinnessy (i nie mam na myśli różnicy pomiędzy Draughtami a Extra Stoutami czy tymi na eksport).

Ze szklankami w dłoniach zwiedziliśmy knajpę, podwórko, kolejną knajpę i wróciliśmy na dziedziniec. Dziedziniec, który jest charakterystycznym punktem łączącym trzy przybytki. Dzięki niemu można się pomiędzy nimi przemieszczać swobodnie. Co dziwne jednak, w każdym klubie są inne ceny. Dlatego np., Fibbers był z początku bardziej okupowany i dopiero koncerty zmieniły orientację ludzką i przyciągnęły ludzi do Living Roomu. Murray’s się wyłamał i postawił na żarcie.
Zaczerpywanie świeżego powietrza powoli stawało się nieciekawe i postanowiliśmy, polskim zwyczajem, znaleźć jakieś miejsce do klapnięcia.

 

Dygresja:
— Słuchaj, Piotrek. — Zaczepił mnie któregoś razu znajomy barman. — Jak to z wami, Polakami, jest? Co przyjdziecie do pubu, to zamiast, jak pan Bóg przykazał, stanąć przy ladzie, porozmawiać, zaszywacie się w najdalszym kącie przy jakimś stoliku? Nie tak się spędza czas w barze! Kto chciałby siedzieć gdzieś w izolacji, skoro przyszedł do miejsca publicznego?

Znaleźliśmy stolik i resztę wieczoru spędziliśmy już praktycznie na siedząco. Z małą przerwą na wypady na zaimprowizowany kiermasz książki, z przerwą na Światełko do nieba, z przerwą na podchodzenie do baru po następne niedobre Guinnessy.
Gdybyśmy chcieli, w podziemiach jednego baru był koncert. W podziemiach drugiego baru była tzw. scena klubowa. W trzecim barze też był koncert i właśnie o ten koncert zahaczyłem, kiedy nadeszła pora by powoli szykować się do powrotu na Fairview. Sprawdziwszy rozgkład jazdy autobusów i stwierdziwszy, że mamy jeszcze pół godz., wróciliśmy z Art. na moment do Living Roomu, gdzie jakiś zespół grał covery. Wieczór był już zaawansowany. Guinnessy robiły swoje. Koncert wyjątkowo się podobał. Do tego stopnia, że przez moment pojawił się pomysł, by olać ostatni autobus i wykosztować się na taryfę albo uderzyć ponownie z buta (15 min., to nie koniec świata) a zostać do końca koncertu. Tym bardziej, że nie tylko my bawilibyśmy się wtedy. Towarzystwo, widać było, się rozkręca.

 

Dygresja:
Jak można się spodziewać, gros publiczności stanowiła polska społeczność w Dublinie, czy w ogóle w Irlandii. Śmiesznie, trochę dziwnie, nieswojo, było słyszeć w irlandzkim barze jedynie polski język. Niby nie powinno to być nic nadzwyczajnego. W końcu, jest nas tu dość sporo, ale polski zwyczaj nakazuje, by nie pokazywać się w miejscach publicznych (bo drogo; bo nie zna się języka, bo i po co, jak można flaszkę w domu z kumplami opędzlować). Koniec końców, miło było widzieć tylu rockowych rodaków. Okazało się, że jest potencjał.

Niemniej jednak zwyciężył zdrowy rozsądek i kiedy nadjechał autobus, ewakuowaliśmy się w stronę domu. Już za rok następna Orkiestra.

Wpis: 1 304.

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy

WOŚP
Widzę siebie w Fibber Magees, ale i do Living Roomu prez ścianę zajrzę.

Wpis: 1 303.

Live Dublin. Die Young.

Wpis: 1 302.

Piękni i młodzi bo zabalsamowani

Na jeden wieczór wraca legendarny pan Pomorski. Historie, które działy się w jego obecności, do dziś powtarzane są w towarzystwie i zawsze z uśmiechem na twarzy. Jak choćby ta, sprzed dwóch lat, kiedy to dwóch ze Słonecznego Wzgórza, spotkawszy się z Pomorskim, postanowiła przespacerować się bezmała dziesięć kilometrów, do baru Pod Truposzem. I pewnie nie dotarliby, gdyby nie pomocny samochód, który akurat ich mijał. I pewnie nie wróciliby, gdyby nie inny pomocny samochód, który odważył się przebrnąć przez zaspy śnieżne odebrać tę dwójkę i przywieźć z powrotem. I wspominają teraz, jak było sentymentalnie i jakie nieszczególne konsekwencje miały przynieść kolejne tygodnie. Mimo wszystko, warto było.
Historie starsze, bo ponad siedmioletnie, są do odnalezienia.
Zapowiada się porządna podróż w czasie.
Wpis: 1 301.

W poszukiwaniu straconego USB

Nie mogę znaleźć USB (pendrive’a, sticka — zwał, jak zwał).
Przyznaję się do dwóch, właściwie trzech miejsc, gdzie zwykle bywa. Raz jest wpięty w laptopa, raz w małego laptopa a czasem luźno uśmiecha się do mnie z biurka.
Przeszukałem podejrzane miejsca, ale bez pozytywnego rezultatu. Przeszukałem na tę okoliczność również podłogę. Mogło się USB zawieruszyć gdzieś poziom niżej, ale nie. Nadal bezskutecznie.
Przypomniałem sobie, że chciałem zabrać je ze sobą do PL. Tak na wszelki wypadek. Skoro chciałem, to pewnie wziąłem. Przeszukałem torbę, kurtkę. Wciąż nic.
I tu pojawia się przypuszczenie graniczące z pewnością, że pewnie wepchnąłem USB do kieszeni a później zmuszony byłem je wyjąć podczas kontroli granicznej…

Nie byłaby to pierwsza rzecz, która stała się własnością któregoś z lotnisk.

Jest jeszcze jedna możliwość: Mieszkanie na Fairview kradnie rzeczy… Pożycza i oddaje po kilku tygodniach, miesiącach czasem wcale. Może i tym razem ono jest winne?
Wpis: 1 300.

Stan klęski żywiołowej

Gdy rok temu spadło kilka centymetrów śniegu — Irlandię sparaliżowało.
Kiedy nie tak dawno przez dwa dni lało deszczem — Irlandię sparaliżowało.
Po ostatnich wichurach… — tak, Irlandię sparaliżowało.

Co stanie się, gdy dłużej będzie świecić słońce?
Wpis: 1 299.