Kalendarz

Listopad 2011
P W Ś C P S N
« paź   gru »
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
282930  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65232
  • Dzisiaj wizyt: 7

Miesięczne Archiwa: Listopad 2011

Audiobook

Zastanawiam się, czy nie spróbować jakiegoś audiobooka.
Martwię się jednak tym, że jedzenie w trakcie słuchania może już nie być tak przyjemne, jak w trakcie czytania. Przecież, nad dobrą książką to i jedenaście kanapek można wchłonąć za jednym zamachem, nie wspominając o tonach ciastek i cukierków!

Wpis: 1 291.

Beavis & Butt-Head — the saga continues

Chłopaki wrócili i zaczęli od własnego spojrzenia na Zmierzch Werewolves In Highland (umieszczanie filmu na stronach zostało wyłączone na żądanie – trzeba kliknąć). Ich podejście nie zmieniło się wiele od tego, co zapamiętałem sprzed te naście lat temu. Teraz, po obejrzeniu kilku pierwszych odcinków, mam wrażenie, że zachowują poziom (specyficzny, trzeba przyznać) i nie stali się kolejną zepsutą legendą z dzieciństwa. Oby tak dalej. W końcu, to dzięki nim, w szkole podstawowej zdecydowałem się na język angielski a nie niemiecki. Kto wie, nie wykluczone, że gdyby nie Beavis & Butt-Head siedziałbym teraz gdzieś nieopodal Karl-Marx-Stadtu i szprechał w języku germańskiego oprawcy.

Wpis: 1 290.

Tak na szybko

W szkole: Toño miał[1] jakiś wylew czy coś i nieco sparaliżowało mu twarz. Wyglądał okropnie. Przykro było patrzeć. I jak zwykle w takiej sytuacji, nie bardzo było wiadomo, jak się zachować. Poza słowami: „Trzymaj się!” i: „Mam nadzieję, że niedługo będzie lepiej”, nie miałem pojęcia co powiedzieć. Szit.
W sklepie: Jakaś cipa przede mną w kolejce, koniecznie chciała zapłacić zmasakrowaną kartą, której nie dało się odczytać, za batonik. Swoim uporem sprawiła, że szybki wypad po jedną rzecz, nie okazał się tak błyskawiczny.

———————
[1] O ile dobrze zrozumiałem, bo terminologii medycznej jeszcze nie przerabiałem.

Wpis: 1 289.

0100 lata

W tym miesiącu, mój obecny laptop kończy cztery lata. Staje się tym samym elektronicznym zabytkiem. Chociaż wciąż potrafi otworzyć przeglądarkę, a nawet odtworzyć film, liczba zadań, które jest w stanie wykonać maleje w zastraszającym tempie. Ale czegóż innego się spodziewać?
Trzeba przyznać, że przeżył wiele. Sześć przeprowadzek (a wiemy, że te sprzętom nie służą), trochę podróży i kilka zachowań agresywnych. Doświadczył paru reinstalacji systemu i całej masy instalowanych, odinstalowywanych i usuwanych programów, plików. Bateria też już ledwie zipie.
Należy wspomnieć, jaki doskonały jest z niego towarzysz posiłków. Również kompan do spożywania płynow i nie mam tu na myśli jedynie herbaty czy kawy. Jadł i pił ze mną równo (klawiatura i ekran są najlepszymi dowodami). Ponadto, przez te cztery lata ani razu nie był otwierany. To słychać. A ostatnio nawet dość intensywnie.
To, że wiatraczek nie działa (tzn. działa, jak chce i kiedy mu się chce) od dwóch lat już mnie nie zaskakuje. To, że obudowa rozgrzewa się do temperatury pozwalającej smażyć na niej omlety też już mnie nie zaskakuje. Dopiero ostatnio jednak przekonałem się, że laptop ożył i zaczął wydawać z początku niezidentyfikowane dźwięki.
Usłyszałem je, gdy wspaniałomyślnie postanowiłem dać mu od czasu do czasu osapnąć i wyłączałem go na noc (wcześniej nie było to oczywiste). Objawiały się monotonnym, choć zanikającym po czasie stukaniem, skrzeczeniem i skrzypieniem i wyraźnie dochodziły z wnętrza obudowy. Że jest to Fornit niczym z Ballady o celnym strzale Stephena Kinga, wykluczyłem. Olśniło mnie wczoraj.
AMD, niedziałający wiatraczek, obudowa gorąca jak wrzątek — po wyłączeniu się bydle kurczy i raczy mnie swoimi jękami, ot co. Mam tylko nadzieję, że pociągnie jeszcze trochę. Jestem na tyle uzależniony od Internetu, że nie wyobrażam sobie, co mógłbym robić, gdyby nagle zabrakło mi okna na świat. Ba! Nie przypominam sobie, co robiłem, kiedy nie było Sieci.

Wpis: 1 288.

Kto rano wstaje

Budzik dzwoni o siódmej. Kilka minut później jestem w stanie zwlec się z łóżka. W półśnie zrobić kawę, śniadanie. Wypić, zjeść, przejrzeć prasę. Godzina ósma nadchodzi w mgnieniu oka. Następnie łazienka, garderoba i jest prawie dziewiąta. Papieros, resztka kawy i za niedługo będę gotowy. Dwie godziny po tym, jak ze snu wyrwał mnie budzik, wychodzę z domu.

Jestem pełen podziwu dla tych, co potrafią wstać i wyjść.

Wpis: 1 287.

Scenka rodzajowa, typowa

czas: czwartkowy wieczór;
miejsce: Marino College;
osoby: Toño; emigrant Walczak.

Ogarnięty brakiem ogłady językowej, wygadania, płynności czy też przebywając w typowym dla swojego pokolenia i kręgu kulturowego stanie obawy przed odezwaniem się lub popełnieniem błędu, emigrant Walczak siedzi na zajęciach i starając się wychwycić jak najwięcej przysłuchuje się prowadzącemu zajęcia. Wtem.
Toño: Dlaczego się w ogóle nie odzywasz? Przecież z twoich emaili wynika, że nie jest tak źle, że mógłbyś.
emigrant Walczak: Ale w domu mam więcej czasu. Pracuję ze słownikiem. Mogę trzy razy sprawdzić i poprawić.
Toño: Ale przecież o to chodzi na zajęciach! Mów! Będziemy się wszyscy poprawiać.
emigrant Walczak: Eee… Nieee…
Kurtyna!

wpis: 1 286.

O porannej przesyłce

Wstęp:
W księgarni Book Depository (której niezaprzeczalną zaletą jest to, że rozysyła książki po całym świecie nie licząc za to ani centa ekstra) kilka dni temu zamówiłem pewną powieść.

Rozwinięcie:
Już następnego dnia, choć wielce naiwnie, sprawdziłem skrzynkę pocztową. Podobnie było przez następne kilka dni, ale za każdym razem z jednakowym skutkiem. Musiałem obchodzić się ze smakiem. Zdawałem sobie sprawę, że darmowa wysyłka wiąże się z dłuższym czasem oczekiwania, ale mimo to liczyłem, że może tym razem książka przyjdzie wcześniej niż po siedmiu / dziesięciu dniach, jak to zwykle miewało miejsce. Aż wreszcie nadszedł wtorkowy poranek.
Ze snu wyrwał mnie dzwonek do drzwi. Dzisiąta rano to nie jest moja pora (tak, jak nie jest pora listonoszy; zazwyczaj pojawiają się o ósmej). Zaspany odebrałem domofon i usłyszałem: „Przesyłka dla mieszkania nr 2”. Otworzyłem drzwi i zobaczyłem kuriera z całym naręczem tekturowych pudeł. Mogło ich być ze siedem, osiem. Na wierzchu znajdowało się to, na które czekałem. Reszta przeznaczona była dla lokatorów pozostałych mieszkań.

Zakończenie:
Jakie było moje zdziwienie, gdy zauważyłem, że pozostałe tekturowe pudła pochodzą z tej samej księgarni Book Depository.

Wpis: 1 285.

The Sisters Of Mercy

The Sisters of Mercy, to zespół z wielkiej trójki. Od kilkunastu lat, niezmiennie, utrzymuje wysoką pozycję w moim osobistym rankingu ulubionych grup i wykonawców. Pierwsze trzy miejsca, a właściwie jedno miejsce zajmowane przez dwa zespoły i jedną wykonawczynię, są zamknięte i na dobrą sprawę nie ma szans, żeby to się zmieniło. Otwara jest sytuacja na dalszych pozycjach, ale mniejsza o to…
Kiedy dowiedziałem się, że The Sisters of Mercy mają grać w Dublinie, a było to pod koniec czerwca, postanowiłem sprawić sobie urodzinowy prezent i natychmiast zaklepałem bilet. Nie darowałbym sobie odpuszczając ten koncert tak, jak odpuściłem w zeszłym roku GN’R (nie w pierwszej trójce) czy Slasha (nie w pierwszej trójce).
Bilet przyszedł pocztą kilka dni później. Następnie o nim zapomniałem, przypominając sobie dopiero na kilka dni przed koncertem. Tym razem nie zrobiłem sobie tradycyjnej powtórki z rozrywki i nie odświeżałem sobie utworów TSOM. Postanowiłem przypomnieć sobie wszystko dopiero na koncercie.
Nadszedł 11-ty listopada, zbliżyła się godzina siódma z hakiem, poszedłem do Olympia Theatre.
Pierwsze wrażenie to to, że nie ma szatni. A niby teatr. Drugie, że koncert w teatrze — znaczy się, jedynie miejsca siedzące. Nie zraziłem się tym. Znalazłem taras, obejrzałem sobie go, wypróbowałem skąd będzie najlepiej widać (a nie było widać dobrze, bo daleko i wysoko), znalazłem bar, zamówiłem piwo i zacząłem czekać na koncert. Na początku zagrał jakiś suport. Ale grali wyjątkowo przeciętnie i dobrze stało się, że szybko skończyli. Rozpoczęła się przerwa i oczekiwanie na gwiazdę wieczoru. Dopiero teraz teatr zaczął się zapełniać, podobnie bar, gdzie w kolejce można było usłyszeć: „Mam nadzieję, że nie będzie kolejnego supportu”.
Krótko po dziewiątej scenę spowił gęsty koncertowy dym i zniknęła mi całkowicie z oczu. Później dym zabarwił się na czerwono, zielono i zaczęły z niego dobiegać dźwięki utworów. Tak miało być już do końca koncertu. Z tarasu było widać tylko dym podświetlany na różne kolory i słychać było, w dodatku nienajlepiej, muzykę. Za cholerę nie było widać muzyków. Niestety.
Z mojego punktu widzenia — wielki, wielki minus, który przekreślił mi odbiór koncertu. Z punktu widzenia marketingowców TSOM — nie ma nieautoryzowanych fotografii. W takich warunkach, w gęstym koncertowym dymie, nie widziałem, żeby ktokolwiek robił zdjęcia.
Koncert skończył się. Z wspomnianych względów, nie mogę nazwać go udanym. Na dodatek, aranżacje na żywo piosenek, które na pamięć znam z albumów, nie przypadły mi do gustu. Jestem prawie zawiedziony.
Prawie, bo to jednak TSOM, zespól z wielkiej trójki i musiałaby wydarzyć się o wiele większa tragedia, niż gęsty dym koncertowy, żebym zawiódł się na tej grupie.

Wpis: 1 284.

Marszałek może być dumny


11 Listopada 2k11

Wpis: 1 283.

Ta cholerna bezsenność

Była szósta. Właśnie dobiegał końca kolejny odcinek Z Archiwum X. Wyłączyłem TV. Włączyłem radio. Położyłem się. Sen nie przychodził. Na zegarek spoglądałem jeszcze o siódmej zero trzy. Wreszcie zamknęły mi się oczy.
Kiedy je otworzyłem z nadzieją, że pospałem, zegarek wskazywał siódmą trzydzieści dziewięć.
Odkąd przeprowadziłem się do Dublina nie sypiam regularnie. Kilka nocy nieprzespanych przeplata się z jedną, dwiema, które przesypiam będąc po prostu padniętym. Tylko skrajne zmęczenie gwarantuje kilka godzin snu. Zwykłe, sprawdzające sie wcześniej sposoby w postaci nudnej książki czy nudnego filmu, nie wspominając o np. godzinie, która sama z siebie powinna determinować senność, absolutnie nie zdają egzaminu.
Dopadła mnie patologiczna insomnia.

Wpis: 1 282.