Kalendarz

Wrzesień 2011
P W Ś C P S N
« sie   paź »
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65555
  • Dzisiaj wizyt: 1

Miesięczne Archiwa: Wrzesień 2011

Scenka rodzajowa, typowa

czas: środa, słoneczne popołudnie;
miejsce: Fairview Strand, przed pubem The Players Lounge;
osoby: Emigrant Walczak, pani w aucie.

Emigrant Walczak właśnie odebrał pierwszy telefon w związku z adverts.ie, umówił się z miłą panią za chwilę, przed Players Lounge’m i dowiedział, że miła pani będzie czekać w samochodzie marki Toyota.
Emigrant Walczak ochoczo wybiegł, przed Players Lounge’m rozpoznał samochód marki Toyota i dumny z siebie i swojej wiedzy na temat aut, zapukał radośnie w okno.

pani w aucie z nieukrywanym wyrazem zaskoczenia na twarzy: ???

To nie była ta pani.
Kurtyna!

Wpis: 1 273.

Cichosza

Mam coś do zrobienia, załatwienia dzisiaj — wstaję wcześniej. Współlokator beztrosko śpi, ja szczerze zazdroszczę. Nie będąc złośliwym, staram się zachować poranną ciszę nocną i pomiędzy skrzydłami apartamentu poruszam się z największą uwagą. Przypominają mi się czasy, jak naście lat temu z podobnie największą uwagą i w podobnym celu nierozbudzenia wszystkich wkoło, poruszałem się po domu wracając o różnych porach z różnych spotkań towarzyskich.
Niestety, im większa uwaga, tym większe sanse, że coś pieprznie.

 
Prysznic? Gdy dookoła cisza, niczym Niagara. Czajnik? Nagle odkrywa w sobie nowe pokłady enegrii i donioślej gotuje wodę. Żelazko? Przecież wtyczka nie mogła nie wyrżnąć z całej siły o podłogę. Drzwi, które uchylam, żeby sprawdzić, skąd dziś el cartero przyniósł mi pocztówkę [Poznań, dzięki Ewa]? Bez trzaśnięcia się nie da. Itd. itd. Teraz przydałby się jeszcze jakiś wyjący telefon.

Wpis: 1 271.

Dzień Guinnessa 2011

Po pierwszym, bardzo udanym Dniu Guinnessa i drugim, uratowanym dzięki gestowi zaprzyjaźnionej właścicielki Letheana Dony, w tym roku święto Guinnessa postanowiłem celebrować pub crawlingiem. Jako wymówkę — tak, jakbym potrzebował jakiejś — potraktowałem informację, że Guinness za każde facebookowe zameldowanie się w pubie będzie przeznaczał pińć juro na jakiś tam cel.
Jak postanowiłem, tak zrobiłem i zaraz po zajęciach zdzwoniłem Artura i zaatakowaliśmy Smyth’s Of Fairview.
Po cichu liczyliśmy, że powtórzy się sytuacja, której Artur był bohaterem rok wcześniej, polegająca na tym, że pewien pub serwował Arturom Guinnessa darmo, z czego, Artur, skrzętnie korzystał. Tak skrzętnie, że — niestety — nie zapamiętał, który to był pub. Tymniemniej… Wleźliśmy do Smyth’sa, zamówiliśmy po kolejce i mile zaskoczyliśmy się tym, że cena na tę okazję została obniżona do €3.00. To, a także leniwa atmosfera typowego, irlandzkiego old’s men[1] pubu, zdecydowało, że zmodyfikowaliśmy pierwotny program „jeden pub = jeden Guinness” i zostaliśmy na kolejne dwa.
W tym czasie zanawigował i niedługo później dołączył Daruś, a pół Guinnessa później Karolina.
Następnie, już zwartą grupą, przetransportowaliśmy się do kolejnego pubu — Gaffney & Sons[2]. Tam zajęliśmy stolik w palarnii i zaczęliśmy zamawiać kolejkę za kolejką. W trakcie wieczoru zdążyliśmy poznać Niemców robiących dla Google, porozmawiać z jakimś Irlandczykiem z Cavan o angielskiej piłce nożnej oraz zaprzyjaźnić z barmanem, z którym obgadaliśmy Couch Surfing, plany na przyszłość i wszystkie inne ważne w dzień Guinnessa sprawy. Naszedł jednak koniec wieczoru i słynne „Ostatnie zamówienia!”, z których skorzystaliśmy i dobrze po północy opuściliśmy lokal. Plan zwiedzenia każdego lokalu w drodze ze szkoły do domu został zrealizowany. Tymniemniej, noc była jeszcze młoda i ani w smak było nam kończyć święto. Raźnym krokiem udaliśmy się na Fairview, gdzie dokończyliśmy dzieła umilając sobie czas do wszesnych godzin porannych bitwą na miecze, wyścigami na rowerze treningowym czy domorosłą didżejką. Zabawa skończyła się po trzeciej, kiedy to Karolna z Darusiem wrócili na Glasnevin, Artur udał się do swojego skrzydła apartamentu, a ja — posiliwszy się jeszcze przed snem — zasnąłem w swojej części kompleksu mieszkalnego.

———————
[1] Old’s Men pub w tym wypadku prezentował się całkiem przyzwoicie. Pierwsza sala urządzona w tradycyjne kanapy, niskie stoliki i długi bar, dalsze sale stylizowane na dancefloory z parkietem z ciemnego drewna. Do tego specyficzny zapach nienajmłodszego już pubu.
[2] Gaffney & Sons, dla odmiany, pachniał świeżością. Był przestrzenny, wysoki, podzielony na kilka sal z miłą obsługą i klientelom. Ze zwiedzonych dotychczas w okolicy lokali, ma największe szanse na pozostanie moim ulubionym. 

Wpis: 1 270.

Marino College

Poszedłem.

Pomimo tego, że odwołali mi kurs dla więcej niż początkujących a mniej niż zaawansowanych i zaproponowano kurs dla średnio- i bardziej zaawansowanych, postanowiłem nie rezygnować i polazłem. Pomyślałem sobie, że w razie czego podgonię. Nie miałem ochoty po raz wtóry przerabiać: Ja jestem, ty jesteś, on jest; my mamy, wy macie, oni mają etc.

Na sam początek, jak już miałem wejść do szkoły, zapomniałem pewnego papieru i musiałem niemal biegiem wracać się do domu i również biegiem wracać do Marino College. Na szczęście, szybkim krokiem mam, może, 8 minut, więc tragedii nie ma, tymniemniej nie udało się uniknąć, na pierwszym spotkaniu, „efektu spóźnienia”. W każdym razie…
Zasiadłem w ławce [w ławce(sic!), po raz pierwszy /nie licząc epizodu z Historią Sztuki w Portlaoise/ od… pomyślmy… sześciu lat?] i czekałem, co się wydarzy.
Jako pierwszy zaskoczył mnie dzwonek. Tego urządzenia nie słyszałem od jeszcze dawniej. Później pojawił się Antonio i się zaczęło.

Mogłem spodziewać się, że w grupie dla zaawansowanych, będzie nawijał bez przerwy we własnym języku [z tego powodu robiłem sobie językowy bifor oglądając tv, czy słuchając radia], ale nie spodziewałem się, że będzie nawijał tak szybko i w zupełnie innym dialekcie niż prezenterzy czy — pożal-się-Boże — lektorzy z SuperMemo [tu uwaga, im dale w las z tym programem, tym gorszy!]. Byłem przygotowany na to, że zapyta się kim jestem, co robię i takie tam [standard], ale zaskoczył mnie pytaniami o przeszłość. Nie poszło mi i facet dał mi spokój przenosząc swoją uwagę na resztę grupy.
Reszta grupy składa się z kilkoro Irlandczyków, Francuzki, Włocha i — nie mogło być inaczej — Polki. Wszyscy oni albo mieszkali wcześniej w Hiszpanii albo przynajmniej uczyli się przez kilka lat i przyszli na kurs by „odświeżyć” sobie [znajomość języka].
Po wstępie, Antonio rozrzucił nam testy, by — jak mówił — mógł ocenić, na jakim poziomie jest każdy z nas i by później wiedzieć od czego zacząć. Tym razem poszło mi lepiej i test, który pokrywał się z tym, co wcześniej robiłem w domu, rozpykałem raz-dwa-trzy i prawie bez błędnie. Byłemm z siebie zadowolony do tego stopnia, że jak przyszło do sprawdzania, to wręcz, z wrodzoną sobie właściwością, poprawiałem innych. ;-) [Nie wystarcza mi „tę” na co dzień; nie wystarcza busuu.com]
Na koniec, Antonio przepytał nas z hobby (me gusta) i rozdał testy do domu, do zrobienia na następne zajęcia… I tu zaczynają się schody.

Test dotyczy przeszłości i przyszłości. A to jest problem.
O ile czas teraźniejszy mam opanowany. Włącznie z teraźniejszym ciągłym. Tak przeszłość czy przyszłość (poza podstawowym ir+a+infinitivo jest jeszcze dla mnie czarną magią. Aleale… Ta czarna magia mnie nie zniechęci.
Po pierwsze, najnowszy plan jest taki, żeby teraz pół roku ponawiedzać Marino College, by móc w przyszłym roku zapisać się do Instytutu Cervanteza, przerobić rok i — kto wie? — może nawet skończyć z jakimś papierem.
Po drugie, przecież nadgonię, nie? Jak nadejdzie poweekend, przysiądę i posiądę podstawy, a później już będzie z górki.

Wpis: 1 269.

Kolejna internetowa Wiosna Ludów

blog.pl — był, jest… jeszcze jakiś czas zostanie
myspace.com, grono.net, bebo.com — dawno są passé
nasza-klasa.pl — szkoda gadać
facebook.com, twitter.com — oswojone, straciły na świeżości

nowa zabawka:
google +

Wpis: 1 268.

Niecałkiem chronologicznie

Zaczęło się od tego, że padł mi zegarek Al-Kaidy. Rozpadł się pasek. Zegarka nie chciałem wyrzucać. Postanowiłem spróbować zreperować. Obszedłem okolicznych zegarmistrzów, ale ze względu na pamięć o nine-eleven [a pamiętasz, co robiłeś/aś tego dnia o tej godz? a pamiętam!], żaden nie podjął się naprawy patrząc na mnie nieco podejrzliwie (a może kwestią była też moja aparycja? Zdjęcie poniżej). Przejrzałem polskie serwisy aukcyjne, ale w większości produkt był niedostępny. I tak się zastanawiam. Czy ktoś może ma taki zegarek albo przynajmniej jedną część paska? Tę bez klamerki (może być bez „teleskopu”). Sprawiłby mi niemały prezent.

A skoro o prezentach… W tych samych okolicach czasowych zostałem zaatakowany na FB prośbą o nietypową przysługę. Otóż poproszono mnie o dostarczenie z samego Dublina, jedynego, ostatniego w Irlandii, Hi-tech DeLuxe HD 2011 szpadla.
Ochoczym krokiem podążyłem w kierunku St. Stephen’s Green i odebrałem unikatowy produkt. Następnie skierowałem się w stronę przystanku autobusowego, z którego miałem ruszyć na Portlaoise. Po drodze maszerowałem dumnie Grafton Streetem dzierżąc ze sobą nietypowy, jak na high-street przedmiot [zero komentarzy dot. szpadla]. Pozwoliłem sobie zahaczyć o bar [pierwsze komentarze] a następnie, złapawszy odpowiedni transport [kolejne komentarze], dotarłem do Midlands [ostatnie komentarze w odwiedzonym awaryjnie Tesko].

Pobyt w Portlaoise udany, powrót do Letheana bardzo udany. Bardzo miło zaskoczyło mnie towarzystwo, które zjawiło się w całości a jeszcze milej Dona (właścicielka Letheana), która po raz pierwszy chyba, zwracała się do mnie po imieniu. Niby nic, a jednak.

Wciąż na tej samej przestrzeni czasowej ostatnich kilku tygodni, znalazłem w skrzynce pocztowej bardzo ważny list, który umożliwił mi przylot do Polski na koncert. Bilety na samolot już mam, na samą imprezę jeszcze nie ale jestem dobrej myśli i mam nadzieję, że w najgorszym wypadku pod halą się znajdą.
Do koncertu w Łodzi, doszedł kurs hiszpańskiego. Języka, który początkową, trwającą od dawien dawna, fascynację objawiającą się adoracją zamienił na aktywną, sukcesywną, systematyczną i sumienną drogę poznawczą. Zamiana realizowała się od jakiegoś czasu samodzielnym studiowaniem ale nadszła pora na nauczyciela i zapisałem się do koledżu. Niestety, dziś dowiedziałem się, że jestem jednym z dwojga chętnych na ten stopień [nie]zaawansowania, w związku z czym mam do wyboru cofnąć się do „początkujący-początkujący” albo zacząć od grupy dla średnio i zaawansowanych. Wybrałem tę drugą [i tu przypomina mi się Lin, z którą pracowałem, a która chciała uczyć się włoskiego. Zastanawiała się nad wyborem poziomu. Zasugerowałem jej i przekonałem, by nie zaczynała od „początkujący-początkujący”, bo tylko straci pół roku. A tak? Zacznie od średniej grupy. Sama nadrobi podstawy i wszyscy będą zadowoleni… Jak mnie później przeklinała…].
Kolejną konsekwencją bardzo ważnego listu jest fakt, że dałem się namówić na niezobowiązujący weekend w Paryżu. Tym samym, rok 2011 zapowiada się całkiem przyzwoicie, jeśli chodzi o weekendowe wypady. Paryż może być ok. Co prawda, mam pewne bardzo-bardzo poważne „issues” z językiem francuskim, ale postaram się zdzierżyć. Pewne jest, że nie grozi mi nim fascynacja i zapisywanie na kursy.
Ostatnim efektem, choć na razie jeszcze potencjalnym, bardzo ważnego listu, będzie zakup sprzętu rowerowego w postaci roweru i przemieszczanie się po Dublinie na dwóch kółkach [w przeciwieństwie do przemieszczania się na dwóch nogach, jak to ma miejsce na chwilę obecną].

A skoro przy Dublinie jesteśmy. Pierwszych kilka tygodni, to aklimatyzjacja. Oswajanie się z miejscem. Wcześniej Dublin traktowałem, jak fabrykę, do której przyjeżdżałem do pracy i z której wracałem do Portlaoise. Bardzo rzadko miałem okazję zostać na dłużej i „pożyć” nim trochę. Teraz to się zmieniło.
Następnych kilka tygodni, to zachłyśnięcie się wolnością związaną z brakiem ograniczeń czasowych oraz mnogością wyboru. Wyboru, którego brakowało mi w Midlands. Tutaj mogę: pójść na Temple Bar, zawsze trafi się jakiś koncert; pójść na wystawę / wieczorek poetycki / pokaz filmowy / prelekcję… Pójść do kina / muzeum / teatru / na koncert [THE SISTERS OF MERCY!!! na ten przykład]… Podjechać do Dún Laoghaire i przejść się po porcie, podjechać do Howth i połazić po półwyspie / podjechać do Johnnego Foxa, najwyższego pubu w Irlandii / czy nawet przejść się na Sea Front i podziwiać wystającą z morza elektrociepłownię… „Stolyca, panie. No stolyca”.
Podoba mi się to, że mam wszędzie blisko. Wszystko [co najważniejsze], jest w zasięgu spaceru niedłuższego niż godzina, półtorej [a, że natychmiastowość, pośpiech nigdy nie były moją mocną stroną…]. Podoba mi się to, że po raz pierwszy w życiu mieszkam w mieście turystycznym! Nigdy wcześniej: Łódź? Phi! Jyvaskyla? Gdzie tam! Portlaoise? …! A w Dublinie, pośród mieszkańców (nie napiszę Irlandczyków) krążą tabuny turystów. Z mapami w rękach, fotoaparatami przy oczach, wskazujący palcami Szpilę czy pytający się o to, jak trafić do Auld Dublinera.
Złe strony życia w mieście [po pięciu latach na, bądź co bądź, prowincji]? Nie wiem. Hałas nie robi na mnie wrażenia. Płonący 200 metrów obok The Players Lounge również nie. Tłumy? Nie. Nic nie zaskakuje mnie in minus.

Dublin, to także więcej okazji do zabawy w tłumacza. Dostaję zlecenia. Część przyjmuję. Mam radość. A najbardziej cieszy mnie fakt, że obie strony patrzą na mnie podejrzliwie. Polak, bo rozumiem, co mówią do niego: oficer, prawnik, doradca itd. i jest przekonany, że trzymam ich stronę; Irlandczyk, bo widzi gestykulację, wychwytuje ton rozmowy i jest przekonany, że nie tłumaczę „całej prawdy”. Obustronny rasizm! Ha!

Wpis: 1 267.

Paryż

Tam mnie jeszcze nie było…
Ale to zmieni się ósmego października!

Wpis: 1 266.

Nie dla mnie przyjaźń polsko-niemiecka…

Wpis: 1 265.

El estudiante de español.

Siedem miesięcy po wylądowaniu w Maladze, po ośmiu unitach z SuperMemo… Fascynacja nie minęła i poskutkowała zapisaniem się na kurs.

Wpis: 1 264.

Horyzont Zdarzeń

event horizon
Nie mogło być inaczej!

Wpis: 1 263.