Kalendarz

Luty 2011
P W Ś C P S N
« sty   mar »
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66808
  • Dzisiaj wizyt: 1

Miesięczne Archiwa: Luty 2011

I co dalej?

Postanowienie noworoczne jest wciąż aktualne. Wrócę. Wcześniej jednak chcę wybadać, czy czeka mnie jakakolwiek zawodowa przyszłość. Mam trzydzieści lat z okładem i czas myśleć o emeryturze, kredycie na mieszkanie i corocznych wczasach w Tunezji czy innej Libii…
W ramach przygotowywania gruntu, rozglądam się za potencjalnym zajęciem na rodzimej ziemi i jeśli znajdę coś interesującego, zgłaszam się. Jak dotychczas bez skutku, ale nie spodziewałem się, że będzie łatwo. Dopiero dzisiaj dostałem pierwszą odpowiedź.
Irlandzka firma SerCom Solutions szuka osoby do swojego oddziału w Łodzi. Kogoś, na z grubsza podobne stanowisko do tego, które obecne zajmuje. Ucieszyłem się, bo jest to dla mnie znak, że Łódź nie musi byś stracona. Tym bardziej, że w emailu poproszono mnie o przesłanie dodatkowych dokumentów, co odebrałem, jak wstępne zainteresowanie moją kandydaturą. Dobry znak. Poproszono także o deklarację, w jakich godzinach — porannych czy popołudniowych — wolałbym pracować.
Odpowiem. Przyjadę w nocy do domu i odpiszę. Byłbym zadowolony, gdyby sprawa była rozwojowa. Martwią mnie tylko dwie rzeczy. Co, jeśli to jest moja szansa na powrót, a ja przegapię ją, bo zanim zebrałbym się do Łodzi to zszedłby minimum z miesiąc? Dwa — trochę nieroztropnie podałem do korespondencji adres email z ustawionym autoresponderem: „Ten adres email jest martwy! Próbuj innych”.

Wpis: 1 230.

Wiosna na Woodgrove

Wpis: 1 229.

A w domu…

Przeprowadzając eksperyment z pogranicza fizyki, chemii, materiałoznastwa i życia codziennego, przekonałem się, że przy trochę więcej niż odrobinie dobrej woli można zagotować wodę w żelazku.

Wpis: 1 228.

RetSat Chuj!

W lato zeszłego roku, kiedy skończyła się historia Batalionów, skończyła się również przygoda z RetSatem, telewizją i pocztą. Szczęśliwie, jakimś cudem, pominięto pliki, które tam przechowywałem, a które stanowiły ważną część bloga. Wszystkie tła i cała masa starych zdjęć, których prawdopodobnie nigdzie indziej w przestrzeni wirtualnej już nie ma, tam znajdowała się.
Od samego początku próbowałem zrobić kopię zapasową tej zawartości, ale ponieważ wyłączono usługę poczty, wyłączono tym samym dostęp do serwera przez FTPa. Mój dawny login i hasło już nie działały, co zrozumiałe.
Kilka dni temu, napisałem do nich z pytaniem, czy pozwolono by mi po raz ostatni zalogować się i pościągać wszystko by później przenieść to gdzie indziej. Ucieszyłem się, kiedy mi odpisano. Co prawda odpowiedź brzmiała lakonicznie i ograniczała się do zdania: „Proszę o informację jakiego konta www/ftp to dotyczy”, ale przynajmniej nie została bez odzewu. Pomyślałem, że może jestem na dobrej drodze. Liczyłem na współpracę. Przychylność ze strony pracowników RetSatu, którzy przecież niczego na odrobinie uprzejmości nie straciliby.
Ale nie. Chuj! Wchodzę dziś na bloga i co? Wszystkie tła, podstrony na ich serwerze i zdjęcia zostały wykurwione. Bez choćby poinformowania mnie i dania chwili czasu na skopiowanie wszystkiego z palca. Chuj w dupę pracownikom RetSatu! Ich polaczkowemu podejściu do problemu.

I tylko szkoda tych kilku lat, które w ten sposób, przez jakiegoś przechuja przepadły.
Bez pozdrowień!

Wpis: 1 227.

A w pracy…

Prawdą jest, że mam problemy z wymową słów, w których występują litery „l” i „r”. Nie wiem, czy miałem tak od zawsze (nie przypuszczam) czy jest to wtórna dysfunkcja językowa, ale przebrnięcie przez takie słowa zawsze przyprawiało mi niemało kłopotów. Najepszym przykładem było angielskie rarely. Za Chiny Ludowe nie dawałem rady i kiedy tylko mogłem zastępowałem swojskim not often. Zwykle działało…

Dzisiejsze telefoniczne poszukiwania Cordless Drill były niezłą przygodą.

Wpis: 1226.

Z cyklu: Wyprawy Walczaka dookoła świata

Potrzebuję kogoś, kto ma metę w Lizbonie i byłby skłonny na początku kwietnia przekimać trzech chłopa przez dwie noce.

Wpis: 1 225.

Chrystus z trupią czachą

Chrystus z trupią czachą w muzeum w Maladze na zamku Giblarfaro
Jeśli ktoś ma pomysł na interpretację…
Propozycje w komentarze.

Wpis: 1 224.

Scenka rodzajowa, typowa

czas: wtorkowe południe
miejsce: przyzakładowa palarnia
osoby: Rory, walczak

Walczak wychodzi z magazynu i kieruje się w stronę biura. Po drodze mija przyzakładową palarnie, gdzie widzi nieznajomą twarz. Zostaje zagadnięty.
Rory z przyjaznym uśmiechem: Peter? I’m Rory. Nice to meet you!
walczak niemal odruchowo: What’s the story, Ro… Nice to meet you, too!
Kurtyna!

Wpis: 1 223.

Malaga experience

Wylądowałem przed jedenastą. Przy czym, oczywiście, pomyliły mi się godziny i nie pomyślałem, że będzie to przed moją jedenastą, a nie czasu lokalnego, ale mniejsza. Sam lot przebiegł spokojnie. Odsypiałem noc i posiliłem się.
Na lotnisku zostałem przechwycony i od razu wzięty do autobusu do centrum. Pół godziny drogi minęło na podziwianiu budującego się miasta. Malaga, na pierwszy rzut oka, wyglądała, jak duże, rozwijające się miasto. Masa prac ulicznych, dźwigów, robót. Istny boom. Poza tym, pogoda. Wszechobecne słońce i ani jednej chmury na niebie. Robiło wrażenie.
W centrum przesiedliśmy się na kolejny autobus, którym podjechaliśmy w stronę Alei Juana Sebastiana Elcano. Po drodze jednak, wysiedliśmy i poszliśmy na pierwsze piwo nad Morzem Śródziemnym. Zamówiliśmy po butelce, oczywiście małej, nie uświadczyłem w Maladze piwa w dużej. Usiedliśmy nad brzegiem i kontemplowaliśmy piękne okoliczności przyrody.
Zachwycałem się. Przed sobą miałem przestrzeń morza, ciągnące się wzdłóż wybrzeża plaże, po prawej ręce wznoszące się na pobliski wzgórzach budynki miasta, a to wszystko poprzeplatane śródziemnomorską florą. Było świetnie. O ile wcześniej wydawało mi się, że będę dążył do tego, żeby celować w życie w północnych rejonach Europy, docelowo na Islandii, tak teraz nie jestem już tego taki pewien. Przypuszczam, że będę musiał poważnie zastanowić się nad tym, który kierunek obrać, tym niemniej…
Piwo się skończyło i ruszyliśmy dalej, zostawić rzeczy i koniecznie udać się jeszcze raz na plażę z butelką wina. To był jeden z punktów wycieczki, którego nie chciałem darować.
Wstąpiliśmy do sklepu, nabyliśmy wino w półtoralitrowych butelkach (różowe, lekko gazowane), zostawiliśmy w domu rzeczy i poszliśmy na plażę. Dwie minuty drogi. Przespacerowaliśmy się trochę, znaleźliśmy miejscówkę i w popołudniowym słońcu, siedząc na piasku, z widokiem na Afrykę (której nie było widać, ale kierunek był dobry), mijał czas. Czułem się świetnie.
Podobał mi się dom, w którym wczesniej zostawiliśmy rzeczy. Zbudowany w sposób, który do tej pory widziałem jedynie na zdjęciach. Składał się z kilku kondygnacji, nierównomiernie ułożonych, patia z fontanną, słonecznych tarasów i mnóstwa pokoi. Klatka schodowa była dekorowana mozaiką, schody robiły wrażenie marmurowatych, a w pomieszczeniach nie było kaloryferów, bo i po co je komu, jeśli w lutym(!) temperatura oscylowała w okolicach 20 stopni celsjusza.
Wino się kończyło, zbliżał się wczesny wieczór, postanowiliśmy coś przetrącić, może trzepnąć jeszcze jedno, i zdrzemnąć się nieco przed nocą.
W kuchni, poznając przy okazji współlokatorów, spożyliśmy posiłek, w pokoju trunek i po zmroku, jako że oboje poprzednie noce mieliśmy ciężkie, położyliśmy się odpocząć.
Odpoczywaliśmy do północy. Wstaliśmy i by nie zaprzepaszczać tak wspaniałej okazji wyszliśmy na poszukiwanie przygód w nadmorskich knajpach. Przygodę w postaci Pina Colady i Guinnessa znaleźliśmy niedaleko. Posiedzieliśmy trochę, a kiedy lokal zamknięto poszliśmy na nocny i przetransportowaliśmy się do centrum.
Odwiedzaliśmy klub po klubie (nazw nie pomnę). Każdy z nich charakteryzował się tym, że był dość niewielki, przyciemniony, z głośno grającą muzyką. Do tego, oczywiście, wypełniony ludźmi i wszyscy mówili po hiszpańsku, w tym pięknie brzmiącym języku, do którego słabość mam tylko trochę, odrobnię mniejszą niż do ukochanej łaciny. W jednym z tych klubów miałem możliwość spróbować zrealizować zamówienie, ale koniec końców, próba werbalna spełzła na niczym i zmuszony byłem dokoać próby machanej. Pijacki język migowy okazał się zrozumiały i w Maladze i mogłem triumfalnie wrócić z dwiema butelkami (małymi, a jakże) browara.
Przypuszczam, że od klubu do klubu chodziliśmy do jakiejś czwartej nad ranem. Wtedy zrobiło się ciężko i siłą rzeczy, obraliśmy azymut dom, a wcześniej przystanek nocnego. Ponieważ żaden autobus nie przyjeżdżał, wzięliśmy taryfę i po krótkiej drodze i konwersacji (to nie ja, ja się tylko przysłuchiwałem rozumiejąc piąte przez dziesiąte: np. Malaga, Sevilla) dotarliśmy do domu, gdzie padliśmy na łóżko, jak pan Bóg przykazał zasypiając snem spokojnym i zasłużonym.

Obudziliśmy się koło pierwszej. Ogarnęliśmy się zleksza i prędko pobiegliśmy szukać jakiegoś śniadania, bowiem gdy w niedziele po południu zamkną się sklepy, to już niczego nie znajdzie się do poniedziałku rano, a podkład trzeba było zrobić.
Znaleźliśmy bagietki, pomidory sałatę i zostałem poczęstowany typowym śniadaniem z regionu. Oliwa z oliwek na talerzu, posolona, doprawiona, jeśli ktoś sobie życzy, bagietka pokrojona na kromki. Kromki maczane w oliwie, a do tego sałatka warzywna. Palce lizać! Dodać trzeba, że śniadanie pochłanialiśmy na słonecznym tarasie, rozkoszując się kolejnym dniem pięknej pogody. Lepiej wakacji nie mogłem sobie wymarzyć.
Obgadaliśmy też plany na dalszą część dnia. Postanowiliśmy zaatakować Zamek Gibralfaro, przejść się ogrodami botanicznymi, sprawdzić czy da się wejść do katedry i na koniec zrobić krótką rundkę po tawernach, knajpach, klubach, lokalach, kawiarniach, wyszynkach i wszelkiego rodzaju miejscach rozrywki.
Koło trzeciej albo czwartej wyszliśmy z domu, wsiedliśmy w autobus i podjechaliśmy do centrum. Tam skierowaliśmy swoje kroki w stronę pierwszej atrakcji turystycznej, jaką miałem mieć sposobność zobaczyć w Maladze.
Sam zamek — poarabski, tak na pierwsze wrażenie. Wzniesiony na szczycie najwyższej w mieście góry. Podejście wymagało co nie co wysiłku (szczególnie dla palacza), ale na szczycie była knajpa i mogliśmy odświeżyć się Magnersem (vel. Bulmersem) w małej butelce, a co. Pochodziliśmy chwilę po terenie zamku, spróbowaliśmy skorzystać z widokowych teleskopów, ale świnie odmawiały posłuszeństwa, odwiedziliśmy muzeum przedstawiające krótką historię Malagi od czasów rekonkwisty (zobaczyliśmy świetny krzyż z Chrystusem, mam nadzieję na zdjęcie) i zeszliśmy do ogrodów botanicznych.
Ogrody to raczej nieszeroki pas ziemi pomiędzy dwiema głównymi alejami Malagi. Wypełnione drzewami i krzewami z każdego miejsca ziemi (wszystko opisane, tyle, że po hiszpańsku, więc średnio przydatne) ale także wyjątkowo miłymi i fajnie zdobionymi mozaikami pomnikami przeróżnych nimf.
Po ogrodach przyszedł czas na katedrę. Idąc wciąż wolnym krokiem, znaleźliśmy ją, obeszliśmy — wielka i zdaje się nadbudowana na wcześniejszym meczecie, trzeba będzie poczytać — ale zamknięta. Za to tuż obok był stragan z kiczowatymi magnesami na lodówkę i — co ważniejsze — straganiarz słuchał relacji z meczu Sevilla v Malaga. Zagadnięty, czy nie wie, gdzie można obejrzeć go w TV, wskazał nam pub o swojsko brzmiącej nazwie O’Neil’s. Nazwa nie pozostawiała złudzenia, pub powinien był być irlandzki. I był. W środku, zamawiawszy pintę Guinnessa (wreszcie duże piwo), poczułem się przez chwilę, jak na Wyspie. Ale ponieważ nie po to byłem w Maladze, by rozbijać się po ilrandzkawych lokalach, postanowiliśmy, że dokończymy mecz (niestety, nie Sevilla v Malaga, a Chelsea v Liverpool z sensacyjną wygraną The Reds) i ruszamy dalej.
Poszliśmy do jednego miejsca — piwo, rozmowa. Poszliśmy do drugiego, o tyle fajnego, że praktycznie na cały lokal składały się wystawione na zewnątrz kanapy, schowane pod parasolami, dogrzewane specjalnymi grzejnikami. Ale co było w nim najfajniejsze to to, że na każdej kanapie było kilka kocy, którymi można było się okryć. Tak zrobiliśmy. Pod kocem przesiedzieliśmy kolejne chwile i ruszyliśmy do ostatniego tego wieczoru lokalu. Przystrojonej beczkami po winie najbardziej hiszpańskie z hiszpańskich winiarnio-restauracji.
Ze względu na obowiązki dnia następnego, nie chcieliśmy zarywać nocy i grzecznie, około dziesiątej byliśmy w domu.
Pooglądaliśmy youtube’a, posłuchaliśmy muzyki i właczywszy na noc hiszpańskie radio na sen, oddaliśmy się w objęcia Morfeusza.

Wstaliśmy o dziesiątej. Zjedliśmy szybkie śniadanie (na tarasie, ha!) i ruszyliśmy do centrum, gdzie zostałem poinstruuowany, jak trafić na lotnisko i pożegnany.
Wsiadłem w odpowiedni autobus, później w odpowiedni samolot i po czwartej wylądawałem w Dublinie.

Z przygody w Maladze jestem wyjątkowo zadowolony.

Wpis: 1 222.

Będzie zwiedzanie


No a lokali nie poznaznaczali…

Wpis: 1 221.