Kalendarz

Styczeń 2011
P W Ś C P S N
« gru   lut »
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66559
  • Dzisiaj wizyt: 8

Miesięczne Archiwa: Styczeń 2011

Misja ratunkowa

Wracałem z Dublina wczesnym piątkowym popołudniem. Wykonałem kontrolny telefon i usłyszałem, że potrzebna jest pomoc. Załatwiłem sprawę w banku, podjechałem do Declana kupić bielty na rugby, zahaczyłem o Off-License’a i w okolicach dwunastej stawiłem się na Fair Green.
Zaczęliśmy od dwóch WKDów i dwóch Guinnessów. Przetransportowaliśmy się na moment do przeklętego domu i po szybkim prysznicu wybyliśmy do zaprzyjaźnionego Letheana na kawę i lody. Stamtąd na Black Swana. Po filmie, z powrotem do Letheana, gdzie znajomy zestaw tequilla-sól-guinnes-cytryna-heineken uprzyjemnił nam wieczór. Okazało się, że można otworzyć rachunek i nie trzeba płacić za każdą kolejkę z osobna. To dobra wiadomość.
Później przenieśliśmy się do Welcome Inn, gdzie wytrzymaliśmy kilka piw szykująć się powoli na dicho. Przed wejściem zaatakowaliśmy chippersa i posiliwszy się nieco, wbiliśmy się na parkiet. Kolejne tańce przeplataliśmy tequillą, aż zaskoczyła nas godz. trzecia i należało się ewakuwować. I zdaje się, że tak zrobiliśmy.

Wpis: 1 219.

Szczęśliwy krawat

Miałem w pracy poważną rozmowę. O tyle istotną, że od niej miało zależeć, czy wciąż będę te trzy dni w tygodniu dojeżdżał do Dublina czy być może zostanę permanentnie odpoczywającym przedstawicielem niewykształconej klasy średniej.
O rozmowie wiedziałem od kilku tygodni i na samym początku byłem dość poważnie przejęty. Jednak wraz ze zbliżającym się terminem, stres mijał i ustępował powszechnemu zobojętnieniu. Apogeum nastąpiło wczoraj, kiedy pojawiła się wszystkotłumacząca myśl: „co będzie, to będzie”
Mimo to, rano, szykując się do wyjścia, postanowiłem (choć nie jestem przesądny) założyć szczęśliwy krawat[1].

Do pracy dojechałem spokojnie, odczekałem na swoją kolej i zszedłem do pokoju konferencyjnego, gdzie czekali już na mnie Paulina (kadrowa) i Brendan (jeden z przełożonych).
Zaczęliśmy przeglądać formularz, który wypełniłem parę tygodni wcześniej, a który traktował o osiągnięciach i potknięciach ostatnich miesięcy oraz planach na kolejne. Uskutecznialiśmy typową firmową nowomowę. „Co najbardziej podobało ci się na swoim stanowisku?” pytała kadrowa. „Możliwość kontaktu z nowym otoczeniem i nabierania nowych doświadczeń” odpowiadałem szczerze z wyjątkowym uśmiechem na ustach. „Czy przed przyjściem do nas miałeś doświadczenie w podobnej pracy?” dopytywała się Paulina. „Ależ skądże, robiłem coś zupełnie innego” przyznawałem rozbrajająco. „Musimy przyznać, że niezwykle dobrze sobie radzisz i po raz pierwszy od dłuższego czasu nie mamy problemów z tym, czym się zajmujesz a wcześniej zdarzały się niemal codziennie” podpowiadał Brendan. „Dziękuję za uznanie” mówiłem skromnie. „Jak układa ci się współpraca z Brianem?” „Całkiem nieźle, biorąc pod uwagę, że jest kibicem MU”… I tak dalej, i tak dalej.
Wcześniej obawiałem się, że zostaną mi wytknięte błędy, które popełniłem i niedociągnięcia, których się dopuściłem[2], jednak propaganda sukcesu, jak widać, i tutaj dotarła i koncentrowaliśmy się tylko na dobrych stronach. Zawiesiłem się raz, kiedy zapytano się mnie, co planuję na przyszłość, co mogę swoją osobą wnieść do firmy, jak zracjonalizować produkcję. Musiałem zamilknąć udając, że głęboko się zastanawiam. Wreszcie zdecydowałem się na jakże elkowętną odpowiedź: „pomyślę”. W końcu jestem rzemieślnikiem, który wykona polecenia, a nie artystą, który będzie lał na około ideami.

Na koniec podziękowaliśmy sobie za spotkanie, wyraziliśmy nadzieję dalszej jeszcze bardziej udanej współpracy i każdy wrócił do swoich zajęć
Zadowolony z takiego obrotu sprawy — czy to dzięki szczęśliwemu krawatowi czy bez jego pomocy — postanowiłem nie wracać po pracy bezpośrednio do Portlaoise, a zaszyć się w dostojnym lokalu o nazwie Brian Boru.

—— — — — — —
[1] Szczęśliwy krawat ubrałem po raz pierwszy, tak dla ścisłości.
[2] Wiem, jak było i wiem, że mogło było być inaczej (lepiej).

Wpis: 1 218.

W poszukiwaniu świętego spokoju

W Szkole Podstawowej rok w klasie E, później trzy lata w A i ostatnie cztery ponownie w E.
W Liceum 4 lata formalnie w jednym a częściej w drugim.
2 lata PSZtu poniekąd równocześnie z różnymi kierunkami studiów.
Cztery i pół roku filozofii z przerwą na wyjazd do Finlandii
Rezygnacja na egzamin i zaliczenie przed obroną.
W Irlandii cztery zajęcia, najdłuższe przez trzy lata i osiem adresów, góra półtora roku.
Mam wrażenie, że zbliża się czas na kolejną zmianę.

Wpis: 1 217.

U Sebastiana na imieninach…

Wróciłem do domu przed ósmą. Oporządziłem się, przygotowałem sobie kolację i zasiadłem przed komputerem. Ledwie uruchomiło się GG a magicznym słowem „Guinness” zaatakowała mnie Karolajna. Okazało się, że Sebastian ma imieniny i można by mu zorganizować niezapowiedzianą imprezę.
Rozważyliśmy wszystkie możliwości, pozmienialiśmy plany z milion razy, ale ostatecznie ustaliliśmy, że Marcin z Patrykiem przyjadą po mnie. Pojedziemy na Fair Green, gdzie Marcin nas zostawi, a my przechwycimy Sebastiana i wywieziemy go do zaprzyjaźnionego pubu. Jak postanowiliśmy tak zrobiliśmy i kilkanaście minut później robiliśmy wiśniowy bifor u Sebastiana w domu.
Lekko po dziewiątej podjechała taksówka i zabrała nas do centrum. Zaatakowaliśmy Letheana. Znajomy barman nalał nam po Guinnessie i rozpoczęliśmy właściwą część wieczoru.
Po jakimś czasie zjawił się Michał. Później dotarła Karolajna. Na chwilę przyszła Sylwia. A wszystko to było podsączane kolejnymi pintami „Black Stuffu”.
  Wieczór trwał w najlepsze, rozmowy poruszały kolejne tematy, planowaliśmy następne spotkania, wspominaliśmy poprzednie i zbliżał się moment, w którym jasne stawało się, że sam Guinness nie wystarczy i trzeba będzie go czymś utrwalić. W tej roli najlepiej zawsze spisuje się święta trójca pod postacią sól-tequilla-cytryna (właściwie limonka tym razem) i wczoraj było podobnie. Z początku spokojnie, tylko niegdysiejszy Wild West w mojej osobie i East Coast zmaterializowany w Sebastianie, ale później już kolektywnie. Jak szaleć, to szaleć.
Dawno już minęła pora ewakuacji, czyli znienawidzona jedenasta trzydzieści, na szczęście znajomy barman lał nam Guinnessa śmiało. Jako stali (często jedyni) bywalcy, cieszymy się pewnymi przywilejami. Niestety, wszystko, co dobre, się kończy i musieliśmy opuścić placówkę gdzieś w okolicach godziny pierwszej. Poszliśmy na tradycyjne żarło a później zapakowaliśmy się w taksówkę. Ewa, Sebastian i Michał pojechali na Fair Green robić after, a mnie wysadzili po drodze pod przeklętym domem, gdzie dokonawszy dzieła konsumpcji, zadowolony z wieczoru, położyłem się grzecznie i spokojnie spać.
I tylko zdziwił mnie rano SMS od Ewy: „wrócił?”. Musi, dziewczyna nie pamiętała, że jechaliśmy tą samą taryfą.

Wpis: 1 216.

Na początku było słowo

Wyczytałem w pewnej książce[1] tezę tyleż naiwną, co zabawną. Otóż mówi ona, że każde miasto i jego mieszkańców da się zdefiniować jednym słowem. Będzie to słowo, o którym mieszkańcy myślą w każdej sytuacji i o każdej porze. Koncentrują się na nim i tylko ono im w głowach. Przez to powodują, że miasto przesiąka ich myślami i staje się ich odzwierciedleniem. Banalne.
Idąc dalej tym tropem, osoba przyjezdna chcąca zacząć utożsamiać się z mieszkańcami, pragnąca stać się częścią tkanki miejskiej musi wpierw odkryć takie słowo, później nim przesiąknąć a na koniec ograniczyć swoje myśli tylko do niego. Jeśli tego nie dokona, jakkolwiek długo przebywałaby w danym miejscu, nigdy nie scali się z nim[2]. A nie może tego dokonać, jeśli sama w sobie już takiego słowa nie nosiła. Proste.
I tu — zupełnie mimowolnie — pojawiło mi się pytanie o Łódź.

Agonia? Agresja? Frustracja? Niechęć? Nienawiść? Rezygnacja? Złość? Czy może zmieniło się coś przez te pięć lat?

— — — — — — —
[1] — Jedz, módl się, kochaj. Jej treść litościwie pozostawię bez komentarza. Dodam tylko, że sięgnąłem po nią jedynie ze względu na comiesięczne spotkania Book & Booze Clubu dlatego, że Rachael postanowiła się zemścić za to, że poprzednim razem naciągnąłem ich na Księgę bez tytułu.
[2] — W książce przytacza się przykłady Rzymu: seks; Watykanu: władza; Neapolu: walka; Sztokcholmu: wygoda; Nowego Jorku: dążyć; Los Angeles: osiągać.

Wpis: 1 215.

Irlandia V Anglia, 19-ty marca 2011

Aviva Stadium
Biletów jeszcze nie mam, ale wstępnie są zarezerwowane. Obejrzmymy, jak Irlandczycy dokopują Anglikom, że aż miło. Tymczasem, trzeba będzie zaopatrzyć się w jakieś okolicznościowe koszulki albo inne emblematy.

Wpis: 1 214.

Z cyklu: Wyprawy walczaka dookoła świata

Mam bilet do Malagi!
5 – 7 lutego.

Następnym celem Lizbona.

Wpis: 1 213.

Radio z budzikiem

Od zawsze chciałem mieć radio z budzikiem i zegarkiem. Będzie ze trzy lata, jak zrealizowałem swoją zachciankę. Z początku, urządzenie sprawiało się przyzwoicie. Wyświetlało godzinę na tyle wyraźnie, że nie musiałem specjalnie zakładać okularów w nocy i sprytnie wyłapywało stacje radiowe. Ale któregoś razu postanowiłem przekonać się, jak działa budzik. Ustawiłem na dwunastą (północ).
I zadziałało.
O godzinie duchów włączył się alarm. Ustrojstwo zaczęło wyć, mrugać na czerwono, a po chwili włączył się uspakajający głos spikera. Wyłączyłem bydlę i usnąłem dalej.
Trochę zdziwiłem się, że następnej nocy sytuacja powtórzyła się. Ale pomyślałem sobie: „No tak, Walczak. Przecież nie przestawiłeś godziny!” Zmieniłem i liczyłem [na to], że kolejnego wieczora mój sen nie zostanie przerwany.
Przeliczyłem się. Budzik wył i mrugał, jak opętany. Wyłączyłem i zdecydowałem, że popróbuję okiełznać cholerę rano.
Próbowałem na wszystkie sposoby (czyt. przyciskając losowo każdy możliwy guzik ewentualnie kombinację guzików — kto zachowywałby instrukcję?) i to kilka dni z rzędu. Niestety, za każdym razem skurczybyk odzywał się w środku nocy. Zdecydowałem uśmiercić świnę i odłączyłem od prądu. Poskutkowało. Nic to, że przy okazji pozbawiło dwóch pozostałych funkcji. Ważne, że mogłem zaznać spokojnego spoczynku.
Po dobrych kilku latach hibernacji uruchomiłem urządzenie ponownie. Podłączyłem w kuchni. I co? I teraz, co dwadzieściacztery godziny, równo o północy, słyszę z dołu głosy.

Wpis: 1 212.

Z opowieści mojego brata…

Na Big Brothera czekał przed klatką znajomy. Gdy Młody wyszedł, usłyszał:
— Stary, słuchaj, co widziałem. Stoję tu sobie i czekam na ciebie, gdy nagle z klatki wychodzi jakiś kolo! Ma czerwone spodnie, czerwoną bluzę, na głowie nieład i do tego w okularach. No mówię ci. Masakara. I żebyś widział jakiego miał psa! Cały biały. Trochę jak bokser. Tylko jedno oko na czarno. Tragedia!
— …

Wpis: 1 211.

Straty muszą być

Ktokolwiek rozbił lustro w salone ma następne siedem lat stracone. :D

Wpis: 1 210.