Kalendarz

Grudzień 2010
P W Ś C P S N
« lis   sty »
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65555
  • Dzisiaj wizyt: 1

Miesięczne Archiwa: Grudzień 2010

Ach te powroty!

Otworzyłem drzwi i usłyszałem lejącą się wodę. Rzuciłem walizkę i pobiegłem do kuchni. Ta zamieniła się w basen. Woda ciekła przepięknym strumieniem tworząc na podłodze niemałe rozlewisko. Pobiegłem na górę i zauważyłem, że prysznic przecieka. Leje się z niego ciągle i przesącza przez rozszczelnioną wannę i podłogę na dół niczym w opowieści o Pawle i Gawle. Pozakręcałem wszystkie zawory, ale i to nie pomogło. Poinformowałem landlorda. Przyjechał. Wlazł na strych i stamtąd odciął dopływ wody. Jeden problem z głowy. Pojawił się jednak kolejny. Ogrzewanie szlag trafił i w domu było nie dość, że mokro, to jeszcze zimno. Szczęśliwie nie było mrozów a temperatura na zewnątrz oscylowała w okolicach plus dziesięć.

Dziś od rana landlord razem z zaprzyjaźnionym plumberem dwoją się i troją, żeby wszystko przywrócić do porządku. Jak dotąd uporali się z ogrzewaniem. Jest szansa, że nie będziemy marzli podczas noworocznego ochlaj-party.

annotatio auctoris
Tragicznie pisze się z rozciętymi palcami wskazującym i środkowym lewej ręki.

Wpis: 1 208.

Prezenty

Odpakowuję pierwszy prezent: Cień Wiatru
Odpakowuję kolejny — Przewodnik po Barcelonie.
Nosz kurwa. Teraz to już muszę tam polecieć!

Wpis: 1 207.

Czy leci z nami pilot?

Pogoda była wyśmienita. Lekki mróz. Niebo przejrzyste. Na lotnisku panowała w miarę spokojna atmosfera oczekiwania połączona z pozytywnym nastawieniem i wiarą w to, że lot się odbędzie. Zbliżała się godzina 10.40 i powoli należało kończyć ostatnie pinty Guinnessa i przemieszczać się w stronę bramki numer… No właśnie, który numer?
— 106.
— Nieee… 103.
— Chodźmy najpierw na 106. Zobaczymy.
Bramka numer 106 — Rzym. Czyli jednak nie ta. Bramka nr 103 — Bratysława. Również nie. Należało spojrzeć na tablicę odlotów. Aha! Bramka nr 121.

Nadeszła godzina odlotu a mimo to wciąż nie wpuszczano nas na pokład. Zaczęliśmy się lekko niecierpliwić, kiedy z megafonów dobiegł nas głos obsługi lotniska: „Pasażerów lotu do Frankfurtu-Hahn serdecznie przepraszamy i informujemy uprzejmie, że «boarding» odbędzie się z bramki numer 106”.
Komunikat nie zdążył jeszcze dobrze przebrzmieć, kiedy prawie dwieście osób rzuciło się w szaleńczy bieg po terminalu. Każdy chwycił swoją torbę i używając wszelkich dostępnych środków starał się zająć jak najlepsze miejsce w kolejce przy bramce 106.

Mijały minuty, później godziny i nic się nie działo. Tylko od czasu do czasu słyszeliśmy, że lot jest opóźniony o kolejnych kilkanaście, kilkadziesiąt minut. Aż wreszcie, przed drugą, wpuszczono nas na pokład. Nie podano przyczyny, ale z nieoficjalnych źródeł dowiedzieliśmy się, że zabrakło pilotów i trzeba było ściągać zapasowych z Shannon.

Zajęliśmy swoje miejsca i z trwogą wyjrzeliśmy za okno.
Padał śnieg!
Modliliśmy się w duchu, żebyśmy zdążyli wystartować, zanim całkowicie zapada pas startowy. Na szczęście, po kilku nerwowych chwilach, samolot wzbił się w powietrze, a my odetchnęliśmy z ulgą. Wcale nie wykluczone, że byliśmy ostatnim, który odleciał tego dnia. Szczęśliwie, nie pierwszym, któremu nie pozwolono na start.

Wpis 1 206.

Z cyklu: Co za kraj

U fryzjera.
— I jak? Mogą być takie króciutkie?
— Skąd mam wiedzieć? Nie widzę. Nie mam okularów.

W salonie Orange
— Chce pan wybrać numerek?
— Mam swój wymarzony, ale nie sądzę, żeby pani taki miała.

W banku.
— W czym mogę pomóc?
— Chciałbym dokonać wpłaty.
— A numerek konta pan zna?
— Nie. Mam paszport, na który to konto zakładałem…
— A dowodzik osobisty?[1]

annotatio auctoris: O co chodzi z tymi zdrobnieniami?!

———————
Z bankiem nie będzie lekko. Poproszono mnie, bym – korzystając z okazji – uaktualnił dane teleadresowe. Pierwsze pytanie: adres zameldowania. Nie posiadam. I system zawieszony. Drugie pytanie: adres do korespondencji i polski numer telefonu. Nie posiadam. I system zawieszony. Na moją sugestię, czy prawo jazdy jest dokumentem potwierdzającym adres? Nie w świetle polskiego prawa. Na pytanie, czy wysłano mi nową kartę (poprzednia skończyła się w maju) odpowiedziano: tak, na adres zameldowania (Stradbrook (SIC!), gdzie nie mieszkam od 1.5 roku). Na pytanie, czy mogę anulować / zastrzec kartę, dowiedziałem się, że owszem, ale nowa zostanie wysłana na adres zameldowania! Ale czy mogę zmienić adres zameldowania? Nie. Muszę mieć meldunek w dowodzie albo paszporcie. I kółko się zamknęło. Ot, co. I pomyśleć, że Fortis był kiedyś taki bezproblemowy.

Wpis: 1 205.

Lokal z kominkiem

Byliśmy z Book N’ Booze Clubem w naszym zaprzyjaźnionym barze. Posiedzieliśmy chwilę, pogadaliśmy i wtedy Brian zapragnął przenieść się do lokalu, w którym byłby kominek. Ot, poczuć świąteczną atmosferę irlandzkiego pubu. Wyszliśmy przed Letheana.
— Może Ramsbottom’s? — Zaproponowałem.
— Ale to przecież na samym końcu Main Street! — Wykrzyknął Michael z przerażeniem.
Parsknęliśmy śmiechem.
Main Street w Portlaoise można przejść w 3 minuty.

Wpis: 1 204.

Prawo moralne

Wiem o czymś, o czym nie mogę powiedzieć. Chujowo się z tym czuję.

Wpis: 1 203.

Serwis, przegląd, pre-NCT, pre-DOE, NCT, DOE, chuj

Jednym z moich obowiązków w pracy jest opieka nad flotą służbowych samochodów. Regularnie mam dowiadywać się od współpracowników, czy z ich pojazdami jest wszystko w porządku, dbać o to, by były wysyłane do serwisu, miały wszystkie wymagane certyfikaty. Już samo to jest ironią, bo do tej pory miałem tyle wspólnego z samochodami, co… No właśnie, z samochodami.
Ale okej. Nie boimy się nowych wyzwań to i to podjęliśmy i od kilku miesięcy staramy się nad nim zapanować. A nie jest lekko.

Na samym początku bawiło mnie to, jak dowiadywałem się, że w jednym z aut zepsuły się „cv joints”, w innym jest problem z „clutch”, w kolejnym trzeba wymienić „wishbone brushes” a w jeszcze innym nie działa lewy-przedni „indicator”. Podobnie rozbawiony byłem, jak dzwonił mechanik i opowiadał mi o tym, co naprawił. Wszystko to brzmiało, jak jakiś tajemniczy język, którego nie znam. Nie miałem przecież pojęcia, do czego wszystko to, co wymieniają, służy, jak działa i gdzie się znajduje. Dla mnie były to jedynie puste słowa, pojęcia bez odniesienia w rzeczywistości i tak je traktując przekazywałem te informacje dalej. A zatem słyszałem od Micka, że „blablabla… blabla, ale już jest okej” szedłem do Brendana i mówiłem „blablabla… blabal, ale Mick naprawił”, kiwaliśmy z udawanym zrozumieniem głowami i myśleliśmy sobie w duchu „co mnie to wszystko; ważne, że działa”. Bo ostatecznie do tego się to sprowadza. Nieistotne jak, byle funkcjonowało, a cały pośredni proces jest nieważny. Mniejsza.

Pod koniec roku zaczął się sezon na NCT / DOE.
Miałem kilkanaście samochodów do przeprowadzenia i powoli ułożyłem je w kolejkę. Nie było lekko, bo zaprzyjaźniony mechanik nie użycza samochodów zastępczych, a firma zdecydowała, że zapasowe auto jej nie potrzebne i trzeba było ostro kombinować, ale powoli, powoli dawało radę. Niestety, zgodnie z prawem Murphy’ego – skoro coś może się jebnąć, jebnie się. I tak, raz po raz, któryś [kierowca] mi się wbija bez kolejki. Nie dość, że nie informuje mnie o tym, to przy okazji rujnuje mi wcześniej ustalony porządek. Do tego, gdy spadł śnieg, samochody zaczęły tańczyć na ulicach i jeden [z kierowców] — że posłużę się cytatem — „zahaczył światłem o słupek i wyrżnął bokiem w płot”. Znów, na gwałt, trzeba było przeorganizowywać wszystko. Ale dobrze, dam radę. Zadzwonię po raz tysięczny do Micka, powiem, że trzeba poprzestawiać kolejność, podzwonię po reszcie, na pewno ucieszą się, że mając poplanowane serwisy swoich aut, teraz będą musieli przestawiać wszystko do góry nogami. Nic to. Jedziemy dalej.
Powydzwaniałem do NCT, pozmieniałem terminy, poinformowałem kierowców i wydawało się, że tym razem powinno być w porządku. Ale nie. Dwóch nie przyjechało, jeden nie przeszedł przeglądu. I dawaj „zaczynamy, kawalerka, od nowa”.

Nie będę ukrywał, że powoli mnie to wszystko wścieka. Pocieszam się, że jeszcze trzy dni i będę miał wakacje, które wypadają akurat w czasie świąt. Przez prawie dwa tyg. będę miał spokój. Małą odskocznię od tej codziennej „stabilizacji

—————
annotatio auctoris: Odnośnie tych wszystkich aut, przeglądów i chuj — byłoby o wiele łatwiej, gdyby Darren od samego początku zgodził się na opodatkowanie i ubezpieczenie zapasowego auta, a Gary powiedział mi, że zwykle, to Mick-Mechanik zajmuje się szczegółami a do nas należy jedynie dostarczenie i odbiór samochodu.

Wpis: 1 202.

Nie bez powodu nigdy nie wróciliśmy na Księżyc

Wpis: 1 201.

Coraz bliżej święta

Dostałem pierwszą w tym roku kartkę świąteczną… od firmy paliwowej.

Wpis: 1 200.

Acid Drinkers

Decyzję o wyjeździe na Acid Drinkers odkładałem do ostatniej chwili, tj. do piątku. W sobotę rano kupiłem bilety i umówiliśmy się z Krzysiem, że następnego dnia ruszymy w podróż do The Academy posłuchać — jakby nie było — weteranów polskiego mocnego grania.
W niedzielę zdecydowała się dołączyć do nas Ewa. Skołowałem wejściówkę i o czwartej (z minutami) ruszyliśmy.

Drogę umilił nam niewielki Absolwent skrzętnie rozlewany do kieliszków tak, że dojechawszy na miejsce byliśmy niemal w nastroju na zabawę. Brakowało tylko Guinnessa.

Tego znaleźliśmy w zaprzyjaźnionym pubie The Oval (zahaczając po drodzę o sklep z Conversami, który — niestety — zamknął się tuż przed naszymi nosami), gdzie spiwszy po pincie, spotkaliśmy Karolinę z Darusiem i Jacusia. Tego ostatniego musieliśmy namawiać (niedługo) i całą szóstką wbiliśmy się do środka.

Zostawiwszy kurtki udaliśmy się na poszukiwanie baru. Ku naszemu rozczarowaniu, nie serwowano Black Stuff’u. Nie zraziło nas to za bardzo. Wzięliśmy Lagera, ale nie tylko. Tak było do samego końca.
Na początku grał support (nazwy nie pomnę). Na plakatach reklamowany, jako grupa z Irlandii, ale wyraźnie zdawało nam się, że śpiewają w ojczystym języku. Może to nasze chłopaki robiące karierę na Zielonej Wyspie? Nie wiem. W każdym razie po dwóch może wyprawach do baru, na scenę weszła gwiazda wieczoru.
Zaczęli energicznie i tak było już do samego końca. Mocne, zdrowe, gitarowe granie. Z powerem. Bez dwóch zdań. Z każdą piosenką Acid Drinkers rzedniał tłum przy barze a gęstniał pod sceną (co, w pewnym sensie, było mnie i Jacusiowi na rękę). Niemal od razu zgubiliśmy Ewę, później Darusia i tylko od czasu do czasu zdawało nam się, że widzimy ich gdzieś tam przy barierkach. W pewnej chwili dołączyłem na moment do nich, ale okazało się, że rozbijanie się łokciami, uważanie na to, by nie dostać glanem w łeb i wymachiwanie głowami, to już nie moja para kaloszy. Wycofałem się i do końca okupowałem strategiczną pozycję.

Po wszystkim rozstaliśmy się z Karoliną i Darusiem, zaatakowaliśmy pierwszy lepszy sklep z czymś na drogę (udało się sprzedawcy wyperswadować, że 8 min. po czasie wciąż może nam coś sprzedać) i razem z Jacusiem zapakowaliśmy się do auta. To coś na drogę okazało się nielada wyzwaniem. Mnie dopadło zmęczenie i właściwie obudziłem się dopiero w Portlaoise.
Mogę powiedzieć, że w sumie podobało mi się, a podobałoby pewnie jeszcze bardziej, gdybym znał choć jedną piosenkę zespołu. W związku z tym, niestety, nawet nie potrafię powiedzieć, czy zagrali swoje największe i najpopularniejsze przeboje.

Wpis: 1 199.