Kalendarz

Listopad 2010
P W Ś C P S N
« paź   gru »
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
2930  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66561
  • Dzisiaj wizyt: 2

Miesięczne Archiwa: Listopad 2010

Wojna Światów

W The O2 pojawiliśmy się w okolicach siódmej. Bez problemu odebraliśmy bilety i weszliśmy do środka. Zachwyciliśmy się ogromem. Po prawej stronie, wzdłuż zewnętrznych ścian budynku była cała masa punktów gastronomicznych i stoisk z pamiątkami. Wokół nich kręciło się sporo ludzi, mimo to nie było tłoku. Po lewej, jak się spodziewaliśmy, znajdowała się właściwa sala koncertowa. Rozejrzeliśmy się chwilę i skerowaliśmy swoje kroki do pierwszego baru, który rzucił się nam w oczy. Podeszliśmy do drzwi i zostaliśmy zatrzymani przez obsługę.
— Jesteście w klubie użytkowników telefonii O2?
— Nie.
— Macie telefony w O2?
— Nie.
— Zamierzacie zmienić sieć?
— Nie. Przyszliśmy na piwo.
— W drodze wyjątku… Proszę bardzo.
Dostaliśmy specjalne opaski i wbiliśmy się.
Bar, jak bar. Na początku nic szczególnego. Dopiero później zauważyliśmy, że w tyle pomieszczenia są schody, po których można wejść na podwieszony pod sufitem podest, do którego przymocowane było sześć kulistych kabin. Niestety. Były zajęte.
Szybko strzeliliśmy po pincie i poszliśmy zwiedzać dalej.
Znaleźliśmy inne miejsca, gdzie można było trzasnąć Guinnessa (co natychmiast zrobiliśmy). Upewniliśmy się, czy można wnieść kufel na salę (ku naszej uciesze nie było zakazu wnoszenia alkoholu na teren koncertu). Poszliśmy jeszcze zapalić i tuż przed ósmą, ze plastikowym kubiem w ręku (Guinness lany na raz(!) z dystrybutora(!)) weszliśmy do środka.
Sama sala koncertowa była wielka. Na oko było z kilkanaście tysięcy osób a i tak nie wszystkie sektory były wykorzystane. Siedzenia ustawione pod odpowiednim kątem. Nikt nikomu nie zasłaniał. Przed sceną dostawione kilka rzędów. W miarę szerokie przejścia między sektorami. Krzesła numerowane. Pełen wypas.
Zajęliśmy nasze i się zaczęło.

Sama Wojna Światów, to coś w rodzaju „rock opery”. Pod koniec lat siedemdziesiątych, w okresie rozkwitu rocka progresywnego, Jeff Wayne wpadł na pomysł, że stworzy koncept album oparty na powieści H.G. Wellsa pod tym samym tytułem. Dobrał muzyków, aktorów-piosenkarzy wcielających się w rolę bohaterów opowieści i przedstawił swoją wizję.
Swego czasu album cieszył się popularnością. Stworzono wersje radiowe kilku fragmentów. Nagrano w innych językach.
Kilka lat temu, Jeff Wayne stwierdził, że można zrobić z tego przedstawienie i od 2006-ego roku objeżdża Anglię i Irlandię ze swoim show.

W warstwie muzycznej i tekstowej nie było dla mnie zaskoczenia. Muzycy odegrali dokładnie cały album. Od początku do końca. Atrakcją była postać artlerzysty grana przez Jasona Donovana i Justin Hayward z oryginalnej ekipy. Mnie bardziej interesowało to, jak wszystko będzie przedstawiać się od strony wizualnej. I było świetnie.
Na scenie, po prawej stronie była mini orkiestra symfoniczna. Po lewej instrumentarium rockowe. Obiema częściami dyrygował Jeff. W tle, za sceną, był wielki ekran, na którym przedstawiane były poszczególne sceny najpierw inwazji marsjan, ich zwycięstwa aż wreszcie upadku. Powiedzmy, że CGI nie były najwyższych lotów, ale nie były tez tragiczne. Oprócz tego, po lewej stronie, nad sceną zawieszony był półprzezroczysty ekran, na którym wyświetlono twarz Richarda Burtona, narratora opowieści. Na przedzie sceny znajdowały się dysze ziejące w odpowiednich momentach ogniem. Nad sceną wisiała i od czasu do czasu była opuszczana gigantyczna replika maszyny bojowej marsjan (dla uatrakcyjnienia przedstawienia, od czasu do czasu pluła ogniem w publiczność). W scenie, w której artylerzysta wyśpiewuje swój plan, scenografię wzbogacono o most. A całe przedstawienie zamknął ktoś na kształt rzecznika prasowego NASA w odpowiednio spreparowanym stanowisku. Wszystko, oczywiście, było ubarwiane niesamowitą grą świateł, reflektorów i stroboskopów.

Koncert się skończył (efekt NASA był super!). Wyleźliśmy. Zamówiliśmy jeszcze po browarze i poszliśmy polować na taksówki.

Wpis: 1 197.

A w pracy…

Zacząłem chodzić po biurze wykonując telefony.
Jutro będę mógł podjechać pod każdy krawężnik.

Wpis: 1 196.

Crystal Castles, ft. Robert Smith – Not In Love

Wpis: 1 195.

Plan tygodnia

Poniedziałek: Dzień gospodarczy. Pranie, prasowanie, sprzątanie i eksperymenty kuchenne.
Wtorek: Dom, praca, The Devil’s Graveyard, dom.
Środa: Dom, praca, The Devil’s Graveyard, dom, Vina Arazu.
Czwartek: Dom, praca, Dublin Pub Crawl, dom.
Piątek: Dom, wycieczka do Sligo, spacer po barach.
Sobota: Zwiedzanie okolic Sligo, dom.
Niedziela: Przerwa w tym wszystkim.

Wpis: 1 194.

A w latach osiemdziesiątych…


…sądziłem, że będę fotografem.

Wpis: 1 193.

Udany początek środka tygodnia

Na autobus czekałem od 6:30. Zwykle przyjeżdża papierosa później. Tym razem nie pojawił się. I nie pojawiał przez następne 40 minut. To oznaczało, że do pracy nie dotrę na po ósmej.
Odkąd nie wozi nas mój kierowca, jego rolę przejęło dwóch innych. Młody, mniej więcej w moim wieku i stary. Młody jest okej. Dobrze jeździ. Nie spóźnia się. Daleko mu do Brendana, ale daje radę. Stary natomiast, to zupełnie inna bajka. Ciągle jest z nim coś nie tak. Najczęściej przyjeżdża po czasie. Niesamowicie wlecze się w drodze powrotnej i na dodatek jeździ zrywami tak, że jesteśmy wciskani albo w fotel, na którym siedzimy albo w ten przed nami. Nawet wyspać się porządnie nie można. Dzisiaj prowadził stary.
Kiedy już podjechał po mnie, powiedział tylko: „przepraszam”. Dobre i to, choć nie zmieniło to w niczym faktu, że i tak będę spóźniony (nie to, żebym miał jakieś ostre godziny pracy — przychodzę po ósmej, wychodzę po czwartej bez presji czy podbijania karty). Zrezygnowany ale i podenerwowany, wsiadłem, rozsiadłem się i zasnąłem.
Obudziłem się w Dublinie. Mijaliśmy właśnie Inchicore, kiedy autobus odmówił posłuszeństwa. Jakby mało było tego, że i tak porządnie byliśmy spóźnieni. Musiałem pieszo zasuwać do Heuston. Stamtąd 90-tką do O’Connella skąd 140-tką (której popsuł się wyświetlacz i zamiast zatrzymywać się na żądanie, stawała na każdym przystanku, a kierowca krzyczał: „Linia 140. Do Ikei”) na Dublin Industrial Estate. Na szczęście miałem numer do Darrena, który wysłał mi numer Pauliny (kadrowej), którą poinformowałem o moich przygodach. Nie powiem, żebym od rana był zadowolony.
Z tego wszystkiego podobało mi się jednak podejście Irlandczyków. W autobusie do Dublina, nikt się nie denerwował. Każdy spokojnie drzemał. Panowała atmosfera, jakby nic się nie wydarzyło. Gdy autobus się zepsuł, wysiedli i rozeszli się w swoich kierunkach. Bez słowa wyzywania czy złorzeczenia. Ot, sytuacja, na którą i tak nie mają wpływu. Nie ma sensu bezcelowo się unosić. Podobnie było w 140-tce. Żadnych przekleństw, nic. I tak samo w pracy. Tylko uśmiechy zrozumienia. Zero wymówek. Lubię to nastawienie. Czasem żałuję, że w takich wypadkach wychodzi ze mnie łodzianin.

Wpis: 1 192.

Zmiana czasu

Zagrała Drużyna A.

Zerwałem się z łóżka, wyłączyłem budzik. Ubrałem się. W półśnie poszedłem zaparzyć herbatę. Poszedłem do łazienki. Zęby, twarz, poranny standard… Wróciłem do pokoju. Usiadłem za biurkiem. Spojrzałem na zegarek.

Budzik zadzwonił o godzinę za wcześnie.

Wpis: 1 191.