Kalendarz

Październik 2010
P W Ś C P S N
« wrz   lis »
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65569
  • Dzisiaj wizyt: 2

Miesięczne Archiwa: Październik 2010

Robert Miles – Children

Wpis: 1 190.

Offline

Od kilku tygodni mieliśmy problem z Internetem. Łącze wydawało się nie być stabilne i raz po raz traciliśmy sygnał. Niekiedy pojawiał się ponownie chwilę później. Czasem trzeba było czekać kilka chwil. Było to irytujące, ale nie uciążliwe. Aż pewnego dnia zupełnie nas rozłączyło. Brak Internetu spowodował, że zdecydowaliśmy się zadzwonić do dostawcy z prośbą o interwencję.

Zadzwoniliśmy w poniedziałek, ustawiliśmy się na piątkowe przedpołudnie, a internetowy nałóg karmiliśmy w tym czasie zapasowym, przenośnym modemem 3G.

Fachman stawił się zgodnie z umową. Spojrzał na modem. Powykręcał kable. Poszedł zobaczyć coś na zewnątrz. Przyniósł urządzenie do mierzenia siły sygnału. Popodłączał. Posprawdzał. Na twarzy miał dość niewyraźną minę. Gdy zapytałem, czy już wie, co jest nie tak, pełen powagi odparł, że domyśla się, ale musi jeszcze coś sprawdzić.
Zniknął na moment. Wrócił i powiedział:
— Powinniście iść do rzeźnika…
Zobaczywszy moje zdziwienie, wręcz niedowierzanie, kontynuował:
— Pan pozwoli ze mną.
Wyszliśmy na ogród.
— Państwa psa muszą bardzo boleć zęby. — Mówił idąc w stronę skrzynki rozdzielczej. — Dlatego radzę pójść do rzeźnika i przynieść mu jakieś kości. Najlepiej przynosić regularnie. — Ciągnął wskazując na poprzegryzane wcześniej, już pozalepiane kable. — Innym wyjściem byłoby zakryć tę skrzynkę jakimiś drzwiczkami albo czymś, tymczasem zastawmy ją koszem na śmieci.
Co powiedziawszy, przysunął jeden ze śmietników i rozwiązał problem Elvisa odłączającego nas od Internetu.

Jak się później śmialiśmy, psisko pewnie chciało założyć konto na FB albo zacząć pisać bloga.

Wpis: 1 189.

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce…

— Ale gdzie mam tego szukać? — Zapytał murzyn Sebastiana.
— No tam, na górnej półce, obok stroju Vadera. Poznasz po kasku. — Odpowiedział uczynnie Sebastian.
— A kto to jest Vader i jak wygląda jego kask? — kontynuował murzyn…
I cała firma na moment stanęła.
Wszyscy obrócili się w kierunku rozmowy. Zewsząd posypały się okrzyki: „Jak to?”, „To niemożliwe!”, „Niesamowite!”…

W życiu nie przypuszczałbym, że są na tym świecie, a przynajmiej w kręgu osób, wśród których się obracam, takie, które nie oglądały Gwiezdnych Wojen.

Wpis: 1 188.

Recesja

Już nie tylko pensje czy zatrudnienie maleją. Także ceny papierosów (sic!).

Wpis: 1 187.

Hard working class pipl

Po tym, jak nie udało się w zeszłym roku[1], wczoraj dołączyłem do zespołu The Costume Shop. Mam pojawiać się w wolnych chwilach i pomagać ekipie w szalonym okresie halloweenowym. W moim przypadku, wolne chwile, to parę godzin nocami, kiedy wracam z Dublina i dni, kiedy nie jeżdżę do pracy. A zatem, od ósmej do dziesiątej wieczorem od wtorku do czwartku oraz ile dam radę w pozostałe dni.

Pierwszy wieczór minął dość szybko. Muszę przyznać, że rzeczywiście jest zapieprz i ostatnie tygodnie października, to dla sklepu ze strojami istne eldorado. Zamówienia sypią się nieprzerwanym strumieniem. Klienci wydają ile się da i na co się da, część pracowników biega między regałami, jak opętana, reszta taśmowo pakuje kostiumy i przygotowuje je do wysyłki. Nie ma nawet chwili przerwy. Wszystko robione jest na piątym biegu. To odmiana od tego, co działo się w AC[2] czy tego, co dzieje się teraz, w DG, gdzie skupienie i natychmiastowość wymagane są od okazji do okazji.
Nie da się uniknąć porównań. I już po pierwszych godzinach rzuca się w oczy organizacja. Każdy produkt ma swój kod zawierający regał w magazynie, gdzie należy się tego produktu spodziewać (w przeciwieństwie do tego, co mieliśmy w AC, gdzie lokalizację produktów znał jedynie Peter, który co rusz przekładał je z miejsca na miejsce i nie można było za nim nadążyć). Dzięki temu, nawet średnio rozgarnięta osoba musi dać sobie radę. Ponadto, dość prosty sposób segregacji, podziału na stroje dla dzieci, dodatki i całą resztę a także rozróżnienia rozmiarów. Z tego, co mogłem się zorientować, zamiar był taki, by każdy rozmiar miał oddzielne pudełko (różnie z tym bywa). A wszystkie rozmiary tego samego kostiumu były obok siebie, na jednej półce (w AC mieliśmy tak, że różne wykończenia tego samego produktu znajdowały się w często odległych od siebie i niezrozumiałych miejscach). Do tego dochodzi jeszcze system fakturowania i wysyłania zamówień. W TCS na fakturze od razu zawarta jest samoprzylepna etykieta z imieniem, nazwiskiem i adresem klienta. Wystarczy oderwać i nakleić na torbę czy pudło i voilà. Podobnie, większość opakowań ma gotowe kody z numerem przesyłki (nie wspominając o wcześniej nadrukowanej nazwie sklepu) i praca osoby pakującej, polega głównie na poprzeklejaniu odpowiednich naklejek (w AC wszystko było drukowane osobno, co zabierało dodatkowy czas /nie to, żeby nam go wtedy brakowało/) i wypełnieniu książki kurierskiej. Innymi słowy, jest efektywniej.

Co prawda, wymęcza mnie to trochę. Wstawanie o piątej trzydzieści, powrót do Portlaoise po siódmej tylko po to, żeby za mniej niż godzinę znowu wyjść z domu i wrócić po dziesiątej, odbija się na moim wypoczęciu, ale dam radę. Kilka tygodni wzmożonej aktywności na pewno mi nie zaszkodzi.

— — — — — — —
[1] — Byłem już po słowie i ustalone było, że trzy dni będę w Dublinie a trzy w Portlaoise. Niestety, w tygodniu, w którym miałem zacząć w Portlaoise, Lin Lin (Chinka, z którą pracowałem w AC) zdecydowała się odejść pozostawiając mnie samego. Nie mogłem wtedy pracować dla Ronana.
[2] — Nawet u szczytu popularności, w AC wysyłaliśmy góra kilkadziesiąt zamówień dziennie. W TCS liczba ta idzie w setki, jak nie w tysiące.

Wpis: 1 186.

Walczak tłumacz

Z domu wyszedłem po dziesiątej. Od dłuższego już czasu nie jestem zmotoryzowany. Ostatnio jeżdżę sporadycznie. Nie mam potrzeby ani czasu. Poza tym, spacery są w porządku i można do nich podejść ideologicznie. Tzn., ja podchodzę odkąd naczytałem się kryminałów Świetlickiego. W każdym razie…

Zrobiłem sobie spacer ulicami Portlaoise i do hotelu Killeshin dotarłem kilka minut przed jedenastą.
Wszedłem. Podszedłem do pani w recepcji i zapytałem o Johna Deegana. Miał być na miejscu moim kontaktem. To, a także to, że tłumaczenie ma dotyczyć „czegoś związanego z zasiłkami czyzapomogami” napisała mi wcześniej Natalia.
Niestety, pani w recepcji nie miała zielonego pojęcia, o kogo chodzi i poradziła sprawdzić ludzi siedzących w holu. Na chybił trafił podszedłem do kilku facetów z tekstem: „E? John Deegan?” i usłyszawszy same odmowne odpowiedzi postanowiłem zadzwonić do biura [tłumaczeń]. Powiedziano mi, że mam pytac o salę konferencyjną zarezerwowaną dla Departamentu ds. Społeczeństwa i Spraw Rodzinnych.
Wróciłem do recepcji. Pokierowano mnie. Nie bez trudu odnalazłem poszukiwane pomieszczenie. Wszedłem.

W sali, za wielkim stołem, z jednej strony siedział — jak się później okazało — John, a z drugiej pan Hackett z Biura Doradztwa Cywilnego, Murzyn, którego znam z widzenia (czyt. pojawiał się na tych samych, co ja, imprezach; imienia nie pamiętam, bo nie) i facet, którego cała sprawa dotyczyła.
Ekipa zdziwiła się na mój widok. Ani Polak ani Murzyn (który miał występować w roli nieoficjalnego tłumacza) ani pan Hackett nie spodziewali się mnie. Jedynie John wiedział. Widać nie podzielił się tą informacją.
Usiadłem. Byłem ciekawy, jak to wszystko będzie wyglądać. Niby wcześniej, na samym początku pobytu w IE, pomagałem znajomym załatwiać biznesy w różnych instytucjach, ale nigdy nie robiłem tego oficjalnie. Niby jeszcze wcześniej, w połowie studiów, myślałem o tym, by zostać tłumaczem, choć wtedy marzyły mi się tajne archiwa Watykanu i manuskrypty, które nigdy wcześniej nie były tłumaczone na polski czy angielski. Przypuszczam, że mając to w pamięci zgłosiłem się w ogóle do biura. Nieważne…
Zaczął John. Przestawił sprawę. Zdanie po zdaniu, dając mi czas na tłumaczenie. Polak słuchał mnie uważnie, po czym odwracał się do Murzyna, by ten potwierdził, czy prawidłowo przekładam. Ten milczał i tylko kiwał głową. Chodziło o to, że facet wystąpił z prośbą o przyznanie zasiłku dla osób o niskich dochodach.

Później wtrącił się pan Hackett i przedstawił decyzję odmowną oraz jej uzasadnienie. W skrócie, Polak pracował rok legalnie, a dalej, poczuwszy większe pieniądze w pracy na czarno, zdecydował się zrezygnować z płacenia jakichkolwiek świadczeń na rzecz państwa i chował wszystko do kieszeni. W oparciu o to, Departament rozpatrzył sprawę w ten, a nie inny sposób. Podstawą był przepis, który mówił, że aby otrzymać taki zasiłek, należy przebywać na terenie Irlandii i odprowadzać składki przez przynajmniej 52 tygodnie. Problem w tym, że pracując nielegalnie, facet nie dostawał żadnych „Pay Slipów”, przez co nie mógł udowodnić, że przez ten cały czas mieszkał w Irlandii (nie wziął rachunków na gaz czy prądna swoje nazwisko ani nie miał konta w banku, z obawy przed wykryciem; jedyne, co to fakt, że w tym czasie urodziła mu się dwójka dzieci i te dzieci są w Systemie i mają obywatelstwo irlandzkie poświadczając niejako, choć bardzo wątpliwie, że ich ojciec był ciągle na Zielonej Wyspie). Rok przepracowany miał (przy czym, w systemie widniało, że rozpoczął pracę w styczniu 2k6 mimo, iż przyjechał do Irlandii w kwietniu 2k6, ale kto zwracałby uwagę na taki drobny szczegół).
John z panem Hackettem zaczęli zadawać Polakowi pytania o to, co teraz robi i jakie ma plany. Okazało się, że z pracy na czarno wywalili go jakiś czas temu. Później rozpoczął robić w niepełnym wymiarze godzin dla Caroline Bergin (O Karolinie, jako pracodawcy, krążą w Portlaoise legendy i nie są one bynajmniej przychylne i z happy endem). Na pytanie, czy dostaje Pay Slipy od obecnego pracodawcy, zrobił wielkie oczy i powiedział, że Karolina zapewniła go, że cotygodniowy przelew bankowy wystarcza za zaświadczenie o zatrudnieniu. Wtedy John i pan Hackett spojrzeli po sobie i pokręciwszy z niedowierzaniem głowami powiedzieli, że w żadnym wypadku. I dodali, że skoro pracuje w niepełnym wymiarze godzin, to może ubiegać się kolejne zapomogi — dodatek rodzinny, na dzieci i dla osób pracujących trzy, lub mniej, dni w tygodniu. Tyle tylko, że absolutnie koniecznym warunkiem jest przedstawienie państwu irlandzkiemu dokumentów, które będą potwierdzały, że jest zatrudniony legalnie a pracodawca odprowadza za niego składki. Bez tego ani rusz. Polak się przestraszył i powiedział, że nie wie, czy Karolina da mu coś takiego a boi się zapytać, żeby nie zwolniła go. Urzędnicy wzruszyli rękoma i stwierdzili, że to jest obowiązek pracodawcy i jeśli go nie wypełnia, to coś nie tak z pracodawcą.
Po przesłuchaniu przyszła pora na wnioski. Stanęło na tym, że facet ma skołować te Pay Slipy i iść z nimi do Socjala. Pan Hackett jeszcze raz spojrzy w podanie i uwierzywszy, że Polak nie opuszczał Irlandii, ponownie rozpatrzy całą sprawę — decyzja będzie podjęta w ciągu 6-ciu do 8-miu tygodni. John, natomiast, sprawdzi dlaczego wsystemie widnieje nieprawdopodobna data styczniowa.
Spotkanie trwało godzinę. Na koniec dostałem podpis na papierze, który miałem odesłać do biura i wszyscy rozeszliśmy się w swoje strony.

annotatio auctoris:
Po pierwsze, fajna sprawa, takie tłumaczenie. Fajna o tyle, że nowe doświadczenie oraz punkt w CV. Podobało mi się i mógłbym częściej. Słownictwo nie było jakieś wyjątkowo wydumane (problemy miałem jedynie z nazwami tych wszystkich zasiłków; jest ich cała masa, a nie słyszałem wcześniej, jak tłumacy się je na polski).
Po drugie, niefajna sprawa, to tłumaczenie. Polak, którego tłumaczyłem, raz miał prawie łzy w oczach, jak słyszał, że mu odmówiono. Innym razem krzyczał, że to skandal, że on „własnymi ręcyma tą wyspę” budował i teraz nikt nie chce mu pomóc. Jeszcze wtrącał w każdym zdaniu żonę i dzieci tak, jakby dla systemu, w którym jest jedynie numerem ewidencyjnym niepłacącym składek ubezpieczeniowych, miało to jakiekolwiek znaczenie. To mnie drażniło (od samego przyjazdu do Irlandii drażnili mnie polacy-cwaniacy; nigdy nie mogłem ich znieść i szczęśliwie udawało się nie mieć z takimi kontaktu). Ale nie komentowałem i nie dyskutowałem. Na ile mogłem, starałem się nie podchodzić do tego emocjonalnie.

Wpis: 1 185.

Z cyklu: Co za kraj.

Wysłałem Big Brotherowi płytę. Zaadresowałem, jak pan Bóg przykazał, „Anna i Tomasz, ulica, kod, miasto etc.”. Później dostałem informację, że Poczta Polska nie rozpoznaje takiego adresowania. Nie można odebrać takiej przesyłki. Ma być albo Anna albo Tomasz, ale nie wspólnie.

Co za kraj.

Wpis: 1 184.

A w okolicy…

Jedździmy sobie spokojnie po okolicy. Nieco zagubieni. Drogowskazy w Irlandii mają to do siebie, że są notorycznie przekręcane dla zmylenia przeciwnika, czyli kierowcy. Wjeżdżamy w polną drogę, którą GPS wskazywał jako dojazdową do wodospadu. Trafiamy na czyjąś farmę, a tam… Polska myśl techniczna! Pod postacią Fiata 126p! To dopiero niespodzianka.

Wpis: 1 183.

The Temper Trap – Sweet Disposition

Musi bowiem istnieć jakaś pozycja, jak właśnie wskazuje wyraz ‚dyspozycja’.

Wpis: 1 182.

Zbiorowe szaleństwo

Najwyższa wygrana we wczorajszym losowaniu lotto przekraczała €12,000,000.00. Nagroda była reklamowana wszelkimi dostępnymi kanałami, a część osób ogarniała masowa histeria. Także mnie. Dwanaście milionów, to moment, w którym wkraczam do gry. Grałem kilka razy, gdy była niższa, ale zwykle bez rezultatu.

Po pracy poszedłem do salonu prasowego po los. Zobaczyłem kolejkę namiętnie skreślających szczęśliwe numery osobników przeróżnej maści — Hindus, Irlandczyk, Chinka… Ledwo tłoczyli się w pomieszczeniu, każdy licząc na fortunę. Rozbawił mnie ten widok i z uśmiechem na twarzy poprosiłem o „chybił trafił”.

Przypuszczam, że kiedyś miałem swoje szczęśliwe liczby. Nie wykluczam sytuacji, że znów będę je miał. Na chwilę obecną zdaję się na to, że maszyna losująca porozumie się telepatycznie z kolekturą i wydmucha z bębna akurat te numery, które mam wydrukowane na kartce.

Rano sprawdziłem i okazało się, że nie tym razem. Za to w sobotę gramy o €13,000,000.00.

Przy okazji przypomniało mi się, jak na przestrzeni lat zmieniała mi się odpowiedź na to trywialne pytanie: „co byś zrobił [gdybyś wygrał]?”.
I tak, w czasach LO, kiedy na angielskim kazano przygotować nam krótki „speach”, a będąc świeżo po obejrzeniu Zostawić Las Vegas, odpowiedź wydawała mi się oczywista aczkolwiek stojąca w całkowitej sprzeczności z tym, czego oczekiwała ode mnie pani profesor.
Później pojawiały się drobne modyfikacje. Ustalałem miejsce, w którym… Albo czym… Główny zamysł nie zmieniał się aż do niedawna.
Dopiero tutaj, w IE, zarzuciłem tamtą odpowiedź. Zmieniłem ją i jeszcze niedawno brzmiała: Dla Matki działka, dla Ojca Volkswagen Garbus, dla Młodego mieszkanie. Dla siebie spokojne dożywocie na Islandii.

Ponieważ okoliczności znów się pozmieniały i niektóre punkty z listy nie są już pilne, odpowiedź na pytanie o to, co zrobię w sobotę wieczorem jest jeszcze nieukształtowana. Propozycje i podpowiedzi mile widziane.

de aliis
Tuż przed godziną piątą po południu, kiedy rozpoczynam swoją drogę do domu, jakiś zbytnio zaangażowany kierowca ciężarówki postanowił wywinąć na ręcznym na moście na „Czerwonej Krowie” i zarzuciło go na tyle, że przywalił w barierki i rozsypał, co wiózł zarówno na „N7 outbound” (czyli drogę poza miasto) jaki i na „M50 southbound” (obwodnicę Dublina w kierunku południowym). Chwilę później pojawiła się Garda, zorganizowała ruch i najlepsze, co mogła zrobić, to ograniczyć go do jednego pasa N7 i jednego M50. Zakorowało to wyjazd w moim kierunku na kilkadziesiąt minut i kilka kilometrów. Zakorkowoało także ruch w drugą stronę — do miasta. Pojawia się pytanie dlaczego? Skoro ciężarówka i to, co się z niej wysypało, blokowało jedynie mój kierunek.

Wpis: 1 181.