Kalendarz

Wrzesień 2010
P W Ś C P S N
« sie   paź »
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65225
  • Dzisiaj wizyt: 5

Miesięczne Archiwa: Wrzesień 2010

Tata nigdy nie nosił krawata, rata-rata-rata-rata

Wróciły czasy chodzenia pod krawatem.

Zupełnie, jak trzy lata temu w banku (nie, nie mam niczego wspólnego z recesją), tak i teraz pracując w środowisku biurowym (w którym zresztą czuję się naturalnie… te wszystkie boksy, komputery, telefony, drukarki… szum faksu i klimatyzacji… rozmowy przy dyspenserze wody, na szybkim papierosie…) jestem niejako zobligowany do zachowania tzw. „dress code’u”.
Nie przeszkadza mi to. Nie pamiętam, żeby wtedy przeszkadzało. Najzwyczajniej na świecie wyrosłem z postawy, że krawata za ch…, za Chiny nie założę. Prawdę mówiąc, nie robi mi to różnicy, a przy okazji nie pozwala wyjść na zewnątrz mojemu gustowi, który zwykle mieścił się w kategoriach niechlujny, a w najlepszym wypadku niedbały (choć podobno nawet do, wydawałoby się, bezwyrazowych, koszul nie mam oka, no ale…).

W każdym razie, chodzi o to, że mimo tego, iż co poranek, jak mam się zawiązać pod szyją, zawsze zdaje mi się to czarną magią. I nieważne, że powtarzam tę czynność dość regularnie i mógłbym właściwie nabrać wprawy. Supłanie ustrojstwa jest wyzwaniem.
Mylą mi się ręcę. Nie jestem pewien, czy mam przeplatać prawą, czy lewą. Będąc rozespanym, trochę czasu zwykle mi schodzi na rozwiązaniu tej zagadki. Gdy mam ją już za sobą, uświadamiam sobie, że kołnierzyk należałoby właściwie podnieść. Więc od nowa… Prawa? Lewa? Prawa. Lewą trzymam podszyjne sznurowadło. Później pojawiają się węzeł. Przypomnienie sobie, co i w jakiej kolejności, też nie jest prostą sprawą. Węższa część krótka, szersza dłuższa, naokoło, dwa razy i w środek. Teraz zaciskamy. Ha! Nie. Jednak nie „ha!” Węższa część była za długa i teraz sterczy spod spodu. Rozwiązujemy i ustalamy proporcje raz jeszcze. Węższa część jeszcze krótsza, ledwie obejmuje szyję, robimy pętlę, zaciskamy… I dupa! Szersza zwisa niczym… Czyli trzeba kolejny raz, tylko ile było za dużo za pierwszym, a za mało za drugim?
Kilka prób wystarcza i o szóstej piętnaście, jak Pan Bóg przykazał, mogę wychodzić.

Tak sobie tylko pomyślałem, że pewnie o wiele łatwiej byłoby z lustrem.

Wpis: 1 171.

Nova Static

Dzień Artura Guinnessa okazał się niewypałem, przynajmniej w Portlaoise… Swoją drogą, przy okazji tego dnia, Guinness organizował masowe kampanie reklamowe. Od mniej więcej miesiąca wcześniej pojawiały się bilboardy, spoty w telewizjach i takie tam. W odpowiedzi na nie, inny koncern, Coca-Cola (producent wody mineralnej RiverRock), okleiła Dublin swoimi plakatami, na których hasło, w przybliżeniu, brzmiało tak: „Prawdziwy irlandzki napój nie musi mieć czarnej barwy”, co było wyraźną aluzją do poczynań Diageo i reklamowania Guinnessa, jako jedynie słusznego prawdziwie irlandzkiego produtku.
W każdym razie… Już w sobotę, dwa dni później, w klubie Kavanagh’s odbywał się wieczór muzyczny, którego główną atrakcją miał być występ zespołu Nova Static.

Ustawiony byłem z Michałem na jakąś dziewiątą z minutami. Przyjechał. Na początek podjechaliśmy do niego, gdzie zrobiliśmy mały bifor. Później przespacerowaliśmy się do lokalu, nabyliśmy bilety (do których dołączone były CD z czterema piosenkami gwiazdy wieczoru) i zajęliśmy miejsca. W pewnej chwili spostrzegliśmy znajomych Michała i przysiedliśmy się do nich. Mniej więcej wtedy na scenę wszedł pierwszy wykonawca.
Chłopak z gitarą, prawdopodobnie z Portlaoise. Mam wrażenie, że widywałem go już wcześniej. Niemal na pewno na koncercie z końca stycznia na rzecz ofiar huraganu w Haiti czy innej okazji. Grał średnio. Trochę zawodził. Nie rozruszał publiczności. Był raczej przyzwoleniem na zamawianie kolejnych drinków i wychodzenie na kolejne papierosy.
Po nim na scenę wlazł jakiś zespół, którego nazwy nie pamiętam. Kilku chłopa, dobre, rockowe instrumentarium i całkiem przyzwoite utwory. Tym razem publiczność zaczęła zwracać uwagę na występ, choć podejrzewam, że w głównej mierze dlatego, iż składała się przede wszystkim z „krewnych i znajomych królika” (wśród nich ja; w końcu Daniel, śpiewający gitarzysta Nova Static, jest moim znajomym jeszcze z czasów pracy w branży rozrywkowej). Zespół zagrał całkiem przyzwoicie (czyt. głośno i szybko) i nie za długo. Zszedł ze sceny nagrodzony oklaskami.
Na koniec zagrała ekipa, na której koncert właściwie przyszliśmy. I muszę powiedzieć, że jestem zadowolony. Same utwory nie były zaskoczeniem. Po części dlatego, że obserwuję chłopaków już cztery lata i gdy tylko nadarza się okazja, korzystam z niej, by zobaczyć ich na żywo. Po części też, że wreszcie nagrali demo, które przysłali mi któregoś razu pocztą (to samo demo, zresztą, które dodawali na wejściu do biletów). Zagrali zestaw standardowy. Włączyli do repertuaru moje ulubione kawałki (Tape It Off The Radio i jeden, którego tytułu nie pamiętam, ale był z dedykacją, a fragment refrenu brzmi tak: „We’ve got nothing to talk about, always something to fight about (…)”). I zagrali technicznie o niebo lepiej, niż na perwszych koncertach jeszcze w 2006-tym roku. Przez ani chwilę nie wątpiłem, że zasłużyli na występ na Electric Picnicu. Publiczność dobrze się bawiła (ostatni zespół, większość znajomi, wszyscy „ciachnięci”). Po północy się skończyło.
Wtedy, z Michałem i nowopoznanym Włochem Alessio, postanowiliśmy wbić się na disko, coby nie kończyć wcześnie wieczoru.

Próbowaliśmy najpierw zaatakować Coppersa, ale odmówiono nam wstępu. Udało się w Egan’sie.
Przy głośnej muzyce, nie słysząc się prawie wcale, paląc papierosa za papierosem wytrwaliśmy do końca, kiedy to wyrzucono wszystkich na ulice Portaloise (wszystkie trzy kluby nocne, inaczej diska, zamykają się o tej samej godzinie i tak mniej więcej między drugą trzydzieści a czwartą rano w centrum panuje ruch większy niż za dnia). Starym, harcerskim zwyczajem, przetrąciliśmy jeszcze coś przed snem i skierowaliśmy się do swoich siedzib.

Sobota była udana.

Wpis: 1 170.

Dzień Artura Guinnessa

Niecały tydzień temu mieliśmy drugi, coroczny — mam nadzieję — Dzień Artura Guinnessa. Pamiętając sukces imprezy, jaka miała miejsce rok temu — LINK — wiele sobie obiecywaliśmy.

Przede wszystkim mieliśmy nadzieję, że podobnie, jak wtedy, „na mieście będzie się działo”. W zeszłym roku ludzie dość tłumnie stawili się skosztować „Black Stuffu”. Poza tym, liczyliśmy, że i cena w tym roku będzie promocyjna. Niestety… Rzeczywistość okazała się zupełnie inna.

W zaprzyjaźnionym barze była cisza. Nic. Zero. Właściwie było tylko nas troje (i może kilkoro przypadkowych klientów).
Gdy poszła plotka, że w barze obok serwują pierwszą pintę za darmo, pognaliśmy tam, choć nie jest to nasze ulubione miejsce, ale okazało się, że i owszem, nalewano pierwszego Guinnessa za darmo, ale o 17:59, a nie o 21:15, kiedy nastąpił nasz atak.
Wróciliśmy do naszego pubu i kontynuowaliśmy wieczór, który, gdyby nie data, nie różniłby się bardzo od innych wieczorów spędzanych na Main Street pod numerem 65.
Miłą odmianą było, kiedy Dona zafundowała kolejkę na koszt firmy, ale to wyłącznie jej zasługa (za co wielkie dzięki), a nie decyzja działu marketingu koncernu Diageo.
Jednym zdaniem, Dzień Artura Guinnessa w Portlaoise okazał się zupełnym niewypałem. Następnym razem koniecznie należy spędzić go w większym mieście — Limericku, Galway, Corku czy Dublinie.

   komentarz odautorski:
Te fiuty z blog.pl wywaliły mi akapity. Wycinają wszystkie „twarde spacje”.

Wpis: 1 169.

Bogurodzica i podróż dwunastką

Jestem uczestnikiem jakiejś wycieczki. Idziemy leśną ścieżką. Drzewa dookoła są zmurszałe, porośnięte mchem. Przez konary ponad nami z trudem przebija się słońce. Poza ścieżką są bagna.

   Ktoś z wycieczki wyjmuje telefon. Słucha z niego operowej wersji Bogurodzicy. BB jest oburzony. Mówi, że Bogurodzicy nie wolno przerabiać.

   Wychodzimy z lasu. Otaczają nas już tylko mokradła. Raz po raz ktoś się zapada. Ktoś inny mówi: „Tylko niewinne dzieci idą prosto do nieba, one nie muszą trzymać się szlaku”.

   Mijamy bagna i wspinamy się na wzniesienie, którego wierzchołek jest oblodzony. Ponownie otaczają nas drzewa.

   Gdy docieramy na górę, okazuje się, że jedyną drogą w dół jest wyschnięte, ale oblodzone koryto rzeki. Pielgrzymi, jeden po drugim, próbują zejść. Tuż obok, równolegle, potępieni kopią rów, z którego piachem posypują trasę. Ta kończy się na boisku na Retkini.

   Jest już ciemno, ale zanim wrócę do domu, przechodzę się jeszcze po okolicy. Dostrzegam, że w wielu mieszkaniach płoną kuchenki gazowe, urządzenia elektryczne, lodówki… Zewsząd wydobywają się płomienie. Zalarmowany idę na komendę. Jestem uspokajany, że ze względu na wielki mróz, postanowiono odciąć gaz i ludzie wykorzystują ostatnie momenty, żeby się ogrzać.

   Biegnę do domu, żeby poinformować rodzinę, ale gazu już nie ma. Jest piekielnie zimno. Gromadzimy się wszyscy w kuchni, żeby nie zamarznąć.

   Dzwoni budzik. Spoglądam na zegarek. Jest szósta czterdzieści cztery. Zaspałem!

   Wstaję, w pośpiechu ubieram się. Przeklinam. Zauważam BB. Wychodzimy. Razem biegniemy na tramwaj. Po drodze wściekam się, bo niczego nie zabrałem z domu. Nie miałem nawet czasu chwycić książek na Book Club.

   Jedziemy dwunastką na dworzec. Stamtąd będę miał pociąg do Dublina. Po przystanku, dwóch wysiadam jednak. Przecież nie mam biletu.

   Krążę między blokami na Retkini. Wszystko się roztapia i na dodatek leje deszcz. Mijam jakąś szkołę, place zabaw. Tracę orientację. Gubię się i po jakimś czasie docieram w okolice torów tramwajowych. Wsiadam w dwunastkę. To ta sama, którą jechałem wcześniej.

   Tramwaj zatrzymuje się. Chwilę później pierwszy wagon oddala się tak, jakby drugi odczepił się i tylko pierwszy miał jechać dalej. Złoszczę się.

   Odjechawszy kilka metrów, pierwszy wagon zaczyna cofać się. Uderza w drugi i pcha w stronę Retkini. Dość szybko. Ryzykownie. Pasażerowie zastanawiają się, co się dzieje.

   W wielkim pędzie, kołysząc się na boki, mijamy Piaski, Retkińską, McDonald’sa… Tramwaj zatrzymuje się dopiero przy Armii Krajowej. Wybiegamy z niego.

   W ostatniej chwili. Zaraz za nami przyjeżdża czternastka, która wyskakuje z torów tuż obok przebiegających ludzi.

   Mam postrzępione nerwy, jestem bardzo zdenerwowany. Przeklinam. Dzwonię do Pauliny z działu kadr, że spóźnię się, a może w ogóle nie przyjadę.

   Zaraz, zaraz… Ja dzwonię?

   Nie. To dzwoni Drużyna A. Jest piąta trzydzieści. Otwieram oczy.

Wpis: 1 168.

Winna ruletka.

Kiedy idę do znajomych, którzy częstują winem, nie ma problemu. Ktoś dokonał wyboru za mnie. Raczę się tym, co jest. Prosta piłka.

Kiedy lezę do jadłodajni, wyboru dokonuje za mnie szef kuchni skracając menu do kilku pozycji. Decyduję się wtedy którekolwiek białe albo czerwone, w zależności od tego, co akurat żrę.

Ale kiedy idę do sklepu i sam mam się określić, zaczyna się koszmar. Oferta jest zawsze szeroka. Moja wiedza o winach nikła. Doświadczenie prawie żadne. Podobnie pamięć do nazw. A już kojarzenie nazw ze smakiem, to zupełnie czarna magia.
Staję wtedy przed półkami z wyborem win i patrzę się tępo. Patrzę na etykiety, które mi nic nie mówią, na nazwy, regiony, państwa… Prawdopodobnie patrzę też na gatunki, ale nie wiem, bo jedyny, który zapamiętałem, to „semi-dry”, a akurat takiego tu nie mogę znaleźć.
I eliminuję wtedy. Te z najniższej półki odpadają. Te z najwyższej zresztą też. Nie lubię mocnych i słodkich. Za białymi również nie przepadam. Na wermuty muszę mieć ochotę (miewam rzadko i najczęściej pod postacią osławionych drinków — ostatnia wzmianka). Pozostaje czerwone, którego też jest od… cała masa, w każdym razie.
Tu zaczyna się ruletka.

Któregoś razu trafiłem na jakieś waniliowawe, innego na całkiem przyjemne, do którego mółbym chcieć wrócić, gdybym tylko zrobił zdjęcie etykiecie. Wczoraj padło na jakieś – chyba – hiszpańskie, które też jest niczego sobie.

A pomyśleć, że kiedyś wybierało się nieśmiertelne wino filozofów o swojsko brzmiącej nazwie „Sofia”, a w skrajnych przypadkach patrzyło się wyłącznie na dolną półkę.

Wpis: 1 167.

Duma i uprzedzenie i zombie.

Zbliża się Book & Booze Club. Jak co miesiąc, w ostatni wtorek, zabunkrujemy się w zaprzyjaźnionym pubie by podyskutować o książkach[1]. Na nadchodzący, Michał wymyślił, że mamy przeczytać Dumę i uprzedzenię i zombie.

Nie będę ukrywał, że poznawszy tytuł, z początku pomyślałem sobie, że to jakiś żart. Duma i uprzedzenie obiła mi się o uszy, ale żeby mieszać w to zombie[2]? Nie spodziewałem się. Niemniej jednak postanowiłem podjąć próbę zmierzenia się z uwspółcześnionym klasykiem.

Mam mieszane uczucia. Jeszcze nie skończyłem, nie powinienem oceniać, ale pierwsze wrażenie nie było pozytywne. Uderzyła mnie staroświeckość języka. Nie posługuję się angielskim na tyle swobodnie, żeby poruszać się płynnie w składni sprzed ponad dwustu lat. Szyk zdań zupełnie nie odpowiada temu, co mogę znaleźć w gazetach, czasopismach czy współcześnie napisanych powieściach. Podobnie słownictwo. Niby kontekst podpowiada znaczenie danego wyrazu, ale niejednokrotnie łapałem się na tym, że zupełnie nie mogłem domyśleć się, o co biega. Może wypadałoby zacząć sięgać do słownika?
Oprócz formy, i treść nie powaliła mnie na kolana. Duma i uprzedzenie, to salonowe romansidło. Bohaterki, pięć córek, chadzają na bale i jeżdżą w odwiedziny rozglądając się za kawalerami. Kawalerowie czynią awanse. Wszyscy są jacyś tacy niewyraźni pomimo tego, że wątek główny zdaje się koncentrować na Pannie Elizie i Panu Darcym. Właśnie…
Za rozwojem akcji też nie mogłem nadążyć. Na początku wydawało mi się, że każdy kocha się w każdym i z rozdziału na rozdział czułem się coraz bardziej zagubiony. Ktoś wcześniej przystawiał się do kogoś, by później wzdychać do kogoś innego. To wszystko było bardzo pogmatwane. Dopiero teraz, w dwóch trzecich powieści, sprawy zaczynają się klaryfikować.
Co do samego wątku zombie, muszę przyznać, że niewątpliwie ubarwia Dumę i uprzedzenie. Jest wpleciony dość umiejętnie. Nie razi. Oto, w przerwach między jednym balem a drugim, jedną wizytą a drugą, panny Bennet rozprawiają się z hordami „nieumarłych” w dość niewybredny (opisany za to z kronikarską dokładnością) sposób. Elementów zombie jest na tyle niewiele i dawkowane są w takich odstępach, że umilają przyswajanie intryg i powodują, że czytelnik nie zastanawia skąd w ogóle w osiemnastowiecznej Anglii „żywe trupy”.

Przypuszczam, że przez Dumę i uprzedzenie nie przebrnąłbym. Odrzuciłbym oryginał po kilku rozdziałach[3]. Dumę i uprzedzenie i zombie trawię (pomimo momentów zwątpienia) coraz bardziej.

Mam wrażenie, że mieszanie wątków zombie w klasykach literatury może być sposobem na powrót tychże na półki sklepowe a może i pod strzechy. Ciekawe, czy ta moda przyjdzie do Polski? Już wyobrażam sobie Pana Tadeusza, w którym Telimena z Zosią rozcinają łby rosyjskim zombie-żołdakom…

———————
[1] — Dyskusje, to dużo powiedziane. Zwykle wyglądają one następująco:
— Czytałeś?
— No.
— Podobało się?
— No.
— To co, Guinnessa?
— No.
Chociaż zdarzają się wyjątki. Szczególnie, kiedy pojawiają się nowe osoby. Takie zwykle mają więcej do powiedzenia i próbują podtrzymywać rozmowę na temat. Niestety, zwykle wykruszają się po pierwszym spotkaniu.
[2] — Podobno zapanowała moda i książki z wplecionymi elementami opowieści o „żywych trupach” sprzedają się wyśmienicie. Na okładce mojego egzemplarza widnieje dumne: „Bestseller” i same pochlebne recenzje.
[3] — Ostatnio zrobiono eksperyment przynosząć rękopis Dumy i uprzedzenia (drugiej, ulubionej książki Anglików) do kilku oficyn z zapytaniem, czy te zgodziłyby się wydrukować powieść. Wszystkie nie rozpoznały książki Austen, część odrzuciła z miejsca, reszta chciała znacznie ingerować w treść.

Wpis: 1 166.

Integracja fa(i)rmowa.

Od rana panowała w biurze lżejsza atmosfera. Pomimo tego, że każdy wykonywał swoje rutynowe zajęcia, czuć było oczekiwanie na godzinę pierwszą i zaplanowaną „Tajemniczą Wycieczkę Integracyjną”.

Będąc ciekawym, czego mogłem się spodziewać, rozmawiałem wcześniej z kilkoma osobami i dowiedziałem się, że w lepszych czasach wyjazdy firmowe były organizowane dość regularnie. Zdarzały się zwykle kilka razy do roku (nie wliczając spotkań świątecznych). Zawsze były z góry rozpisane i pracownicy wiedzieli, co ich czeka. Raz pojechali do stadniny. Przy innej okazji do oceanarium. Każdy wyjazd kończył się poczęstunkiem, a na afterparty chodzono do McGowan’sa.
Tym razem, cel wycieczki i jej przebieg był trzymany do samego końca w ścisłej tajemnicy.

Po dwunastej przyniesiono kanapki. To był znak, sygnał, że praca skończona. Wśród niezobowiązujących rozmów, próbowaliśmy domyśleć się, dokąd zostaniemy zabrani i co dla nas przygotowano.

Godzinę później zjawił się autokar. Staraliśmy się przepytać kierowcę, w nadziei, że on może więcej wiedzieć, ale każde nasze pytanie zbywał: „na pierwszym skrzyżowaniu w lewo, dalej się zobaczy”. Ucieszyliśmy się na widok zapasów zgromadzonych w luku bagażowym. Pokaźna liczba Bulmersów, Heinekenów i innych przysmaków zwiastowała miłe zakończenie popołudnia.
Rozsiedliśmy się wygodnie i ruszyliśmy w trasę.

Podobało mi się przede wszystkim to, że pojechała niemal cała ekipa. Zostali praktycznie tylko ci, którzy, ze względu na interesy nie mogli się zabrać. Podobało mi się to, że jechało z nami szefostwo, że sam szef wszystkich szefów, dosiadał się do prawie każdego zamieniając kilka słów. O ile na co dzień, zauważa się podział na szeregowych pracowników i kierownictwo, tak w autokarze wydawało się, że wszyscy jesteśmy na równi.
Wiem. To nie powinno być zaskoczeniem. Przypuszczalnie podręczniki prowadzenia udanego interesu zalecają integrację zespołu. Prawdopodobnie piszą, że pracownik lepiej będzie traktował szefa, kiedy nie będzie dzielił ich dystans oddzielnych biur, na ten przykład. Mimo wszystko byłem zadowolony. Miałem wrażenie, że uczestniczę w pewnej „normalności”. „Normalności”, której ciężko byłoby szukać w poprzednim zakładzie pracy. Tak czy inaczej…

Jechaliśmy na północny-zachód. Trochę ponad godzinę drogi od biura. Mniej więcej tyle, ile zajmuje mi dojazd z Portlaoise. Mijaliśmy znane i mniej znane (przynajmniej ze słyszenia) miejscowości, wciąż próbując odgadnąć, co wymyśliła dla nas Paulina z działu kadr.
Wreszcie zatrzymaliśmy się na jakiejś farmie. Była to porządna niespodzianka. Mało kto (żeby nie powiedzieć, że nikt) spodziewał się, że by zintegrować się, będziemy wspólnie przeżywać „rolnicze doświadczenia”. Tym niemniej, większość (z wyjątkiem jednej osoby) natychmiast się zrelaksowała i była gotowa przystąpić do uczestnictwa w programie: „jeden dzień w gospodarstwie rolniczym”.

Przywitali nas gospodarze i poprosili do przystąpienia do pierwszej zabawy. Dla naszego komfortu zaproponowano, byśmy nałożyli na siebie fartuchy kuchenne (część osób wyglądała komicznie; było dużo śmiechu) i opowiedziano nam o zadaniu – będziemy piekli chleb.
Podzielono nas na dwuosobowe zespoły. Przeprowadzono krótką prezentację. Rozdano półprodukty (jajkami, dla przykładu, rzucano… Jedna osoba dwukrotnie nie złapała). Wyrobiliśmy ciasto. Ułożyliśmy w foremkach. Podpisaliśmy się. Zastanawialiśmy się, co można zepsuć piekąc chleb.

Następnie poproszono nas na zewnątrz. Podzielono na cztery siedmioosobowe zespoły i zaprowadzono na pastwisko. Tu poproszono każdy zespół, by przepędził grupę niesfornych owiec przez trzy bramki znajdujące się na polu. Ot, mogliśmy poczuć się niczym pasterze.
Każdy zespół miał siedem minut. Pierwszy miał najtrudniejsze zadanie. Nie dość, że bez doświadczenia, to jeszcze zwierzęta nie były skore do współpracy. Zdaje się, że udało im się kilka przegonić przez jedną z bramek, ale koniec końców, upłynął im czas. Reszta, w tym mój zespół, śmiała się robiąc żarty a w przerwach między jedną a drugą salwą radości, próbowała opracować plan, który sprawdziłby się lepiej, niż bieganie w kierunku zdezorientowanych owiec i straszenia rozpostartymi ramionami czy bojowymi okrzykami.
Drugi zespół dostał inną grupę owiec. Ta zdawała się być bardziej wytrenowana. Sama z siebie przebiegła wszystkie bramki. Nie było już tyle zabawy.
My mieliśmy tę samą grupę. Zachowała się podobnie. Tyle tylko, że mieliśmy gorszy czas.
Ostatnia ekipa trafiła ponownie na pierwszą grupę owiec. Postanowiliśmy wystraszyć je, gdy tylko wejdą na pastwisko, ale gwizdy i okrzyki zamiast rozproszyć zwierzęta, zbiły je tylko w stado, które niczym jeden organizm natychmiast pokonało wszystkie przeszkody.
Zabawa z owcami się skończyła.

Kolejnym wyzwaniem było graficzne przedstawienie tego, jak poszczególne zespoły widzą firmę w 2020. Dano nam pędzle, farby, ściany i zaproszono do dania upustu swoim wizjom artystycznym.
Zgodnie z przewidywaniami, każda ekipa namalowała kulę ziemską (lub coś, co miało ją przedstawiać), oznaczoną logo firmy, udekorowaną elektrowniami wiatrowymi, z wyraźnym naciskiem na zieloną energię. Banał. Więcej zabawy było, kiedy należało opowiedzieć, co dane malowidło naścienne przedstawia (nie zawsze było to oczywiste). Darrenowi z naszej ekipy prezentacja poszła najlepiej, czym wygrał dla nas konkurencję.

Zostawiliśmy za sobą farby i zebraliśmy się na podwórku. Podzieliliśmy się na dwie grupy. Zespół, który wygrywał, miał mieć na koniec popołudnia kontrolę nad zapasami alkoholu. Stawka była wysoka.
Nasi gospodarze zamknęli zapasy w lodówce. Lodówki chroniła kłódka. Do kłódki były dwa klucze. Każdy został włożony do małej, plastykowej butelki. Butelkę wrzucono do dwumetrowej, poprzedziurawianej w wielu miejscach, rury. Cały trik miał polegać na tym, żeby zatykając te dziury i nalewając jednocześnie wodę, skorzystać z pomysłu Archimedesa i wyprzeć butelkę na powierzchnię. Zadanie z pozoru łatwe. W praktyce okazało się nie lada problemem.
Po pierwsze, wodę należało donosić z pobliskej beczki. Sęk w tym, że naczynia, którymi mogliśmy się posługiwać, nie miały denek. Trzeba więc było zatykać je własnoręcznie. Wiele rozlewało się przy próbach przelania do rury.
Po drugie, dziury w rurze były porozmieszczane wyjątkowo nieregularnie. Nie było łatwo zatkać. Na dodatek, z każdą chwilą rosło ciśnienie i raz po raz komuś puszczały palce.
Zmokliśmy niemiłosiernie. Byłem prawie cały przemoczony (byłem jednym z tych, co próbowali zatykać otwory). Nie wygraliśmy. Stanęliśmy oko w oko z perspektywą, że drugi zespół zagarnie dla siebie całą nagrodę.

By nas trochę osuszyć, zaproponowano nam skakanie przez (bądź przechodzenie pod) skakanką. Po kolei, każda osoba przechodzi albo przeskakuje. Skakanka nie może dotknąć delikwenta. Jeśli tak się stanie, wszyscy wracają i zaczynamy od nowa.
Trochę nam zeszło na próbach. Gdy już byliśmy blisko końca, kiedy już prawie każda osoba znajdowała się na drugiej stronie, zawsze ktoś zahaczał. I trzeba było powtarzać ćwiczenie.
Jak już się udało, przebiegaliśmy w grupach. Po trzy, cztery osoby. Na koniec zapytano się nas, na ile prób oceniamy swoje możliwości. W ile razy, trzydzieści prawie osób, może znaleźć się po drugiej stronie. Rzuciłem, że możemy spróbować wszyscy za jednym zamachem, ale ostatecznie stanęło na czterech przebiegach. Udało się. Zadanie spełniło swój cel. Trochę aktywności fizycznej rozgrzało nas i podsuszyło.

Przedostatnim pomysłem na zintegrowanie grupy było dojenie krowy. Wywołało dużo emocji. Mało kto „z miasta” miał ochotę zbliżać się do stworzenia pomimo zapewnień gospodarzy, że to wyjątkowo uprzejma krowa.
Ze względu na nikłą liczbę ochotników, postanowiono ich wyznaczyć. Każda grupa nominowała dwie osoby z innej grupy w ten sposób podejmując decyzję. Do tego wytypowano jeszcze szczęśliwców, którzy będą mieli okazję napić się „mleka prosto od krowy”.

Na sam koniec wywieziono nas na bagna. Gdybyśmy byli przygotowani, prawdopodobnie nie obyłoby się bez bitwy błotnej (mijaliśmy grupę dzieciaków, które właśnie wracały… Wyglądały, jak najlepsi Woodstockowicze). Ale ponieważ od początku nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać, nie mieliśmy ze sobą niczego na zmianę i kolektywnie postanowiliśmy, że „pozostaniemy czyści”.
Na bagnach przechodziliśmy nad „rzeką” po linach (w sensie stopy na jednej linie, dłonie na drugiej). Nie było lekko. Mnie porządnie zachwiało i do tej pory nie wiem, jakim cudem utrzymałem równowagę. Niektórzy mieli podobne problemy, inni popisywali się „akrobacjami”. Nikt nie spadł.
Późnej dziewczęta próbowały wdrapać się na siatkę ze sznurku. Porządnie się poplątały i niewiele brakowało, a trzeba byłoby rozcinać.
A ostatnią próbą, było zespołowe przechodzenie po zawieszonych nad bagnem oponach. Były cztery osoby (dwie na każdą stronę przeszkody). Cztery opony. Wygrywał zespół z najlepszym czasem. Ponownie było śmiesznie. Znów nikt nie spadł.

Po czterech godzinach z hakiem, wróciliśmy do gospodarstwa. Mogliśmy spróbować wypieków z początku wizyty. Odbył się tez poczęstunek. Szef wszystkich szefów wygłosił zwyczajowe przemówienie z podziękowaniami. Mieliśmy okazję wznieść kilka toastów.

Dalej autokar zawiózł nas do Dublina. Część wróciła do domów, część zabunkrowała się we wspomnianym McGowan’sie. Trochę żałowałem, że nie mogłem zostać, ale już wcześniej byłem ustawiony w centrum. Zaatakowaliśmy Czech Inna.
Przed dziesiątą musiałem się zbierać, żeby zdążyć na ostatni pociąg. W domu była „parapetówa” i wypadało się pojawić.

W piątek, wstałem, jak zwykle. 18 godzin i 250 mil później wróciłem do domu.

Wpis: 1 165.

Nowy, rewelacyjny system informatyczny.

     Firma postanowiła przerzucić się z Excela na RedSky IT. Jeszcze do niedawna korzystano z produktu Microsoftu, którego obsługę zna prawie każdy. Tworzono mniej i bardziej skomplikowane tabele, wykresy, wyliczenia, zestawienia… Kolorowano kolumny, rzędy, a wszystko wydawało się przejrzyste i czytelne.
W pewnej chwili zdecydowano, że należy iść do przodu i zainwestowano w kompleksowe rozwiązanie pod kryptonimem RedSky IT.

     System miał zapewnić ujednoliconą kontrolę nad wszystkim. Nad każdym aspektem działania przedsiębiorstwa. Miał usprawnić komunikację między pracownikami, wprowadzić jeden standard opracowywania projektów. Miał generować raporty i pozwalać na śledzenie poszczególnych kontraktów w najmniejszych nawet detalach. Pomysł, wydawałoby się, idealny. Przynajmniej w teorii.

     Gdy zatrudniano mnie, na rozmowie kwalifikacyjniej zostałem poinformowany, że będę musiał stawić czoła RedSky IT i upewniano się wielokrotnie, czy nie przeraża mnie ta perspektywa. Z tonu kadrowej i Darrena mogłem domyślić się, że są pełni obaw. Prawdopodobnie na podstawie własnych doświadczeń.
Postanowiłem podjąć wyzwanie. Byłem ciekawy czy system może mnie zaskoczyć.

     I zaskoczył. Całkowitą nieintuicyjnością rozwiązań. Zupełnym nieprzystosowaniem do potrzeb. Jednym wielkim niedopasowaniem. Niemal tak, jak system Nokii w moim przeklętym telefonie (który Nokią nie jest i być nie mógł, ale jacyś dysydenci zdecydowali, że na siłę wcisną Symbiana, na dodatek niestworzonego do pracy z telefonami dotykowymi, w produkt Sony-Ericssona). Mniejsza…

     Na szkoleniu nie mogłem wyjść z podziwu, że szefostwo postanowiło wydać grube dziesiątki tysięcy funtów na coś, co całkowicie się nie sprawdza.
Prawie cały dzień słuchałem jakiegoś Andrzeja z UKeju, który przyleciał specjalnie zaprezentować mi możliwości RedSky IT. Facet dwoił się i troił, ale widać było, że jest mu nieco nieswojo, kiedy widział, że mam (mamy, my, jako firma) inne wymagania w stosunku do RedSky’a i nawet jeśli będzie mówił siedem dni i siedem nocy, nie zmieni głównego założenia. System nie oferuje – w moim przypadku – kontroli nad sprzętem i pojazdami. Dla mnie jest nieprzydatny i zamiast ułatwiać życie, będzie prawdopodobnie utrudniał.
Następnego dnia, próbując użyć nabytej wiedzy, udało mi się kilkukrotnie zawiesić RedSky’a i kilkunastokrotnie siarczyście przekląć. Zapowiada się, że moja cierpliwość będzie przechodziła ciężkie próby.

     Z tego wszystkiego jednak podobało mi się, jak wczoraj Andrzej, zdając sobie sprawę, że gada bzdury, starał się prawić z powagą. Z drugiej strony, usiłowałem z całej mocy, nie mówić mu, że marnuje czas. Kiwałem głową ze zrozumieniem, a on starał się nie zauważać mojego coraz mniejszego zainteresowania tematem.
Pod koniec dnia, z wyraźną ulgą, mogliśmy powiedzieć sobie: „To do zobaczenia”, myśląc jednocześnie: „Oby na pincie Guinnessa, a nie tracąc kolejny dzień nad RedSky’em”.

Wpis: 1 164.

Safe Pass.

     Firma zarezerwowała mi w piątek miejsce na kursie Safe Passa[1]. Cztery lata z okładem udawało mi się unikać draństwa, ale przyszła pora, że bez zaświadczenia ani rusz. Chcąc nie chcąc, musiałem wziąć udział.
Pojechałem z rana z nastawieniem, że wynudzę się za wszystkie czasy. Słyszałem od znajomych, że kurs jest wyjątkowo nieatrakcyjny i ciężko dotrwać do końca w pełni skupionym.

     W Ballydavis[2] byłem o czasie, tuż po ósmej. Znalazłem swoją grupę. Weszliśmy do salki (bardzo przypominała osławiony i nieodżałowany barak filozoficzny), zajęliśmy miejsca, wypełniliśmy formularze zgłoszeniowe. Kurs się rozpoczął.

     Prowadzącym był jakiś kolo z Longford. Gruby i ze śmiesznym akcentem. Zawsze zachwyca mnie to, że Irlandczycy mieszkający ledwie kilkadziesiąt kilometrów od siebie potrafią mówić na zupełnie inne sposoby. Różnica między takim Portlaoise a Dublinem jest wielka. Nie wspominając o mieszkańcach Kerry, którzy mówią, jakby śpiewali, ale mniejsza…
Koleś na wstępie zaznaczył, że nowością dla niego jest prowadzenie kursu w języku angielskim. Zwykle robił to po irlandzku (!), a także… po polsku (sic!). Gdy zorientował się, że mówię w jednym z tych języków, przez dalszą część szkolenia wielokrotnie pytał się o agnielskie odpowieniki polskich słów. Bawiło mnie to w przeciwieństwie do innych uczestników kursu. Irlandczycy, muszący podobnie, jak ja, odbębnić szkolenie, niekoniecznie mieli ochotę na niezrozumiałe dla nich żarty.

     Sam kurs był dokładnie tak nudny, jak mnie uprzedzono. Kolo nawijał o tym, że należy nosić kaski, buty ochronne, że nie należy łapać przewodów wysokiego napięcia i o tym wszystkim, co mnie zupełnie nie interesuje i jest całkowicie nieprzydatne w mojej – koniec końców – biurowej pracy.
Urozmaiceniami były przerwy na papierosa (mniej więcej, co godzinę – chłop palił, jak smok, a z nim uczestnicy… dawno już nie wypaliłem tylu fajek w ciągu jednego dnia), poranna przerwa na kawę i ciastko i przerwa na obiad (miałem zamiar spędzić ją w Rock Inn, pubie po drugiej stronie drogi, który niestety był zamknięty… Dwie pinty w południe na pewno pomogłyby mi przebrnąć przez resztę szkolenia).

     W trakcie robiliśmy zmyślone „case studies”. Niektóre tak głupie, że nie mogłem powstrzymać się od komentarzy. Dostaliśmy np. kwestionariusz w sprawie wypadku wywrotki, która jadąc zbyt blisko wykopu wpadła do niego. W kwestionariuszu mieliśmy pola, w których mieliśmy wpisać odpowiedzi na pytania zadane… kierowcy ciężarówki, jego koledze, kierownikowi zmiany, ale też… wywrotce i wykopowi. Tego było za wiele. Podobnie, gdy mieliśmy rozsądzić, czy jeśli przechodzień dostał cegłą w łeb, to była jego wina, że był zbyt blisko placu budowy i nie zachował ostrożności, czy może budowlańców, którzy rzucali cegły na lewo i prawo… W każdym razie…

     Kiedy przyszło do egzaminu, koleś rozdał nam kartki z pytaniami, certyfikat potwierdzający ukończenie kursu. Następnie polecił podpisać się na obu papierach i zabierając wcześniej rozdane długopisy powiedział: „wszyscy zdaliście”.
Pomyślałem sobie, że to byłoby na tyle i dostaniemy Safe Passa. Przez chwilę wyobrażałem sobie, że zabierze nam kartki z pytaniami i od szablonu wypełni bezbłędnie, kiedy my spokojnie będziemy rozchodzić się po domach. Ale nie… Musieliśmy wypełnić test.
Na tablicy pojawiały się pytania i odpowiedzi do wyboru. Zaznaczaliśmy właściwą, jedną z trzech, i przechodziliśmy dalej. Kilkukrotnie zdarzyło się facetowi zasugerować w danym pytaniu dwie błędne. Raz podpowiedział po polsku.
Po dwudziestu, góra, minutach było po sprawdzianie.

     Na koniec jeszcze sprawdził, podpisał pamiątkowe dyplomy i podziękował za udział. Zgodnie z przewidywaniami, nie było osoby, która nie zdałaby.

     ———————
     [1] — Safe Pass — Szkolenie BHP wymagane w branży budowlanej bez względu na zajmowane stanowisko.
     [2] — Ballydavis — Nawet nie wioska… Zespół kontenerów, baraków produkcyjnych nieopodal Portloaise z pubem po drugiej stronie drogi.

Wpis: 1 163.

Wycieczka intergracyjna.

All,

This is the final update for the afternoon of Friday 17th September.

  • The dress code for the day will be casual and for those of you who may be heading out later on in the evening, you may wish to bring a change of clothes, but this is entirely optional.
  • Everyone must be in the office for 12.30pm at the latest, and the bus will depart at 1.00pm. It will take just under an hour to reach our destination.
  • The afternoon will involve both indoor and outdoor activities and I would suggest wearing comfortable outdoor shoes/boots
  • The afternoon will conclude with a BBQ and some beverages (non alcoholic and alcoholic) with the bus bringing us back to the office or a venue nearby.

Wpis: 1 162.