Kalendarz

Sierpień 2010
P W Ś C P S N
« lip   wrz »
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66047
  • Dzisiaj wizyt: 1

Miesięczne Archiwa: Sierpień 2010

Zwierzę barowe.

     Przygodę z książkami zaczynałem wcześnie. Stawiałbym na początek lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Nie pamiętam początków, ale pamiętam, jak w piątej klasie zaczytywałem się wszystkim, co wpadło mi w ręce. Najwięcej pochłaniałem literatury młodzieżowej. Przeżywałem przygody z bohaterami Bahdaja, Niziurskiego czy Nienackiego. Wciąż pamiętam zdanie ropoczynające Tańczącego słonia. To jedno z trzech zdań rozpoczynających książki, które pamiętam (pozostałe dwa, to: „Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię (…)” oraz „Litwo, ojczyzno moja”).
Następnym etapem były książki fantasy i science fiction. To końcówka szkoły podstawowej. Nieprześcigniony Tolkien, opowiadania z Fantastyki… Diuna. W liceum przyszła pora na literaturę klasyczną i współczesną. Mogłem mieć problemy z lekturami obowiązkowymi, ale tych nieobowiązkowych czytałem wiele. Nie podobało się to mojej pani profesor, która wymagała trzymania się kanonu, a próby wplecenia przemyśleń opartych na Gronach gniewu czy 100 latach samotności zawsze udupiała oceną mierną (pamiętam, mieliśmy napisać wypracowanie nt. podróży; zacząłem Marquezem, nie zaliczyłem, w drugim podejściu sięgnąłem własnie po Steinbecka – przeszło).
Liceum, to także, a może przede wszystkim, Lalka. Najlepsza polska powieść. Przed wakacjami w 1996-tym roku, podszedł do mnie Ojciec i powiedział: „Jesteś już na tyle duży, że musisz przeczytać inaczej nie będziemy rozmawiać’”. I nie odzywał się, dopóki nie skończyłem.
Wreszcie, liceum to okres, w którym chłonie się wzorce. W tym przypadku, literackie.

     Jedną z najważniejszych książek z tamtej pory jest Pora deszczów braci Strugackich.

     Nie pamiętam dokładnie treści. Piętnaście lat nie miałem jej w ręku. Doskonale przypominam sobie jednak klimat. Nastrój, który w niej panował. Atmosferę, którą przesiąknąłem i która fascynuje mnie do tej pory.
Przede wszystkim deszcz. W tej książce ciągle padało. Czasem lało, niekiedy mżyło albo kropiło. Z każdej strony wylewała się woda. Było wilgotno i duszno. I ciemno. Nie kojarzę, żeby akcja działa się w dzień. Podobało mi się. Pamiętam, że czytałem jesienią. Pamiętam, że właśnie wtedy, w 1995 przestał mnie ruszać deszcz. Nie uciekałem, gdy zaczynał padać. Nie chowałem się po klatkach, sklepach czy gdziekolwiek. Nie nosiłem kaptura nie mówiąc o parasolu. Nadal tego nie robię. Deszcz nie przeraża mnie. W mokrej Irlandii odnajduję się.
Po drugie, Wiktor, główny bohater, był sam. Miał byłą żonę, miał nawet córkę, ale obie były przeszłością. Nie musiał i nie przejmował się kobietami. Miał w tym względzie święty spokój.
Po trzecie, Wiktor był literatem. Tolerowanym przez państwo, sławnym poetą. Dokładnie nie pamiętam, mogę konfabulować, ale mam wrażenie, że nie był z tego zadowolony. Że wcześniej chciał zmieniać świat, ale po tym, jak państwo zgodziło sie na niego, padły mu ideały.
Po czwarte, mieszkał w hotelu, stołował się w restauracjach i żłopał wódę w ilościach przemysłowych rozrabiając od czasu do czasu, za co wyrzucano go z lokali. Rachunki regulował na następny dzień. W knajpach spędzał życie. Zazdrościłem mu wtedy. Był moim typem bohatera.

     Właśnie po Porze deszczów został mi sentyment do barów. Lokale, knajpy albo inne wyszynki są moim naturalnym środowiskiem. Zawsze lubiłem wstąpić na chwilę. Byłem bardzo zadowolony, kiedy mogłem pozwolić sobie na jedno albo dwa po wyjściu z Filmoteki. Wciąż marzy mi się móc pójść na Guinnessa po pracy. Podróże autobusem nie sprzyjają temu, dlatego tym chętniej chodzę na spotkania Book & Booze klubu. Tak, jak i dzisiaj się wybieram.

Wpis: 1 154.

A w Stradbally bawimy się tak:


Lokal.


Niech formalnościom stanie się zadość.


Byśmy mogli chwycić za Guinnessa.



I Smirnoffa.


Oraz tort.


A kiedy odjechały stoły…


Rozpoczęły się tańce.


Niektórzy zmuszali.


Inni nie dawali rady.


Poranek wyglądał tradycyjnie.

więcej zdjęć

Wpis: 1 153.

Jedenaście tysięcy trzysta osiemnasty dzień z życia Walczaka.

     Pierwszy dzień nowej-starej[1] pracy przebiegł spokojnie.

     Okazało się, że do autobusu wcale nie mam tak daleko, a wczesna pobudka, na którą narzekam, sprawiła, że o zawirowaniach ze zmianą zatrudnienia i miejsca zamieszkania, odnalazłem w niej pewien punkt zaczepienia. Ponad trzy lata wstawania o piątej trzydzieści wyrobiły we mnie nawyk. Sprawiły, że traktuję to poniekąd jako normalną, naturalną wręcz, kolej rzeczy.
     Tylko trochę przestraszyłem się, kiedy autobus długo nie przyjeżdżał. Noc wcześniej śniło mi się, że zaspałem i nie zdążyłem. Na szczęście zawinił kierowca — kolejny już. „Mój” kierowca od jakiegoś czasu nie jeździ.

     Dzień zacząłem od spotkania organizacyjnego. Usłyszałem zakres obowiązków (z którego niewiele zapamiętałem), poznałem bezpośredniego przełożonego i nadanego z przydziału najbliższego współpracownika. Dowiedziałem się także, że właściwie nie przygotowano dla mnie jako-takiego stanowiska pracy i polecono zająć się czymś na początek.
     Przysiadłem przy pierwszym lepszym komputerze i od razu przekonałem się, że sprytny administrator zablokował wszystkie co bardziej interesujące strony. Musiałem poprzestać na przeglądaniu Intranetu i zapoznawaniu się z firmowymi procedurami / dokumentami.
     Mniej więcej w połowie dnia polecono mi zainstalować się na piętrze[2] wykorzystując do tego dobrze mi znany z AC komputer.
     Podłączyłem się do sieci, skontaktowałem ze sprytnym administratorem, który natychmiast zdalnie posprawdzał zainstalowane programy[3]. Część wywalił, doinstalował kilka nowych, założył adres, login i hasło i mogłem zaczynać.
     Na pierwszy ogień coś prostego, z czym i tak nie wyrobiłem się do końca dnia. Tym bardziej, że koniecznie chciałem wyjść nieco wcześniej, niż będę wychodził normalnie. Wszystko dlatego, że wieczór miałem starannie zaplanowany.

     Po pierwsze, zaraz po powrocie do domu chciałem wstawić pranie.
     Ponieważ po przeprowadzce nie mogłem na chacie znaleźć proszku do prania, a nie chciałem tracić czasu na szukanie go w Portlaoise, postanowiłem kupić [go] jeszcze w Dublinie. Bezskutecznie przeszkukałem pobliskiego Lidla i wszystkie sklepy w drodze z Parnell Street na George’s Quay.
Do autobusu wsiadłem niezadowolony. Musiałem po powrocie do Portlaoise nadrobić drogi i zahaczyć o Dunne’s Store’a.
Wróciłem i wstawiłem pierwsze pranie.
     Po drugie, chciałem zrobić wielkie zakupy w Tesko. Miałem do dyspozycji auto i mogłem sobie poszaleć. W efekcie czego mogłem przywieźć nie jedną, a cztery butelki wody, nie jedną, a cztery puszki tuńczyka, nie małą, a dużą flaszkę Whiskey itd.
Zakupy się udały i wróciłem usatysfakcjonowany. Powinno ich wystarczyć na dłuższy czas. W Tesko nie mogłem jednak zabawić za długo, bo czekały na mnie kolejne punkty wieczoru.
     Po trzecie, należało zgarnąć ile się da z ogrodu, wpakować do koszy na śmieci i jeden z nich wystawić. Nie było to najprostsze zadanie. W trakcie przeprowadzki nagromadziło się wiele niepotrzebnych rzeczy i pudeł, a kosze mają swoją ograniczoną pojemność.
Udało się połowicznie. Na moje oko, za tydzień, przy następnym wywozie śmieci, ogród powinien być ogarnięty. Oby tylko Whelan wiedział, że zamiast na Słoneczne Wzgórze ma teraz przyjechać tutaj[4].
     Po koszach przyszła pora na kolejne pranie, późną kolację, kanapki na rano i konkurs na Rose Of Tralee — wybór Międzynarodowej Miss Irlandii.
     Konkurs — na tle innych, których zbyt wiele i tak nie widziałem — wyróżnia się tym, że kandydatki, pochodzące z wielu zakątków świata, prezentują sobą wiele: są zazwyczaj dobrze wykształcone, utalentowane (grają na harfie, skrzypcach, śpiewają, tańczą), są obyte i potrafią się wysłowić (czasem są bardzo gadatliwe, jak np. kandydatka z Laois, ale nigdy nie plotą bzdur), co odbija się na urodzie, która — w przypadku konkursu na Różyczkę z Tralee — ma drugorzędne znaczenie.
     Obejrzałem wybory. Podobnie, jak cztery lata temu, podobał mi się show. Wygrała dziewczyna z Londynu, która, jeśli będzie startować w wyborach na Miss Universe, przegra z „naszą” na sto procent, o ile tylko Maria będzie trzymać usta na kłódkę.

     Rozwiesiłem jeszcze drugie pranie i koło północy dzień się dla mnie skończył.

     ———————
     [1] — Teoretycznie nowa. Nowy pracodawca, nowe stanowisko, nowe miejsce pracy. Praktycznie stara, bo pracodawcę i miejsce pracy znam od prawie roku.
     [2] — Wśród boksów, przy których zainstalowana jest reszta pracowników niższego szczebla.
     [3] — Przez telefon poprosił o zainstalowanie jakiegoś klienta sieci wirtualnej, czy chuj wie czego. Po czym widziałem, jak macha kursorem po ekranie sprawdzając wszystkie te zakamarki Windowsa, które sprawdza się, by zobaczyć, jak i czym zaśmiecony jest komputer.
     [4] — Tekst pisałem w Dublinie, pamiętając jak długo trzeba było namawiać Whelana, żeby raczył pofatygować się do Magicznego Domu. Na tyle długo, że w ramach rekompensaty, darował nam jeden miesiąc opłat. Po powrocie do domu, przekonałem się, że tym razem obyło się bez problemów.

Wpis: 1 152.

Tam dom mój, gdzie… Gdzie?

     Przeprowadziliśmy się. Dopiero drugi raz w tym roku — nie schodzimy poniżej średniej.
     Przewożenie dobytku zajęło trzy dni. Pakowanie cztery, rozpakowywanie wciąż trwa.
     Dom mniejszy, ale i docelowo lokatorów mniej. Nadeszła pora separacji.
     Jutro wracam do pobudek o barbarzyńskiej godzinie. Nie tęskniłem za nimi.

Wpis: 1 151.

Bal maturalny.

     Zacząłem przed dziewiątą w Letheanie. Zaprzyjaźniona barmanka, Alda, nalała Guinnessa. Spokojnie czekałem na Michała. Początkowo mieliśmy wbić się na koncert obok (koncerty w Portlaoise nie zdarzają się zbyt często), ale okazało się, że miał to być występ z okazji ogłoszenia wyników matur — „bal maturalny”.

     Dygresja:
     Pamiętam, jak trzy lata wcześniej, spacerując Main Streetem, zauważyliśmy, że Habana jest otwarta. Habana, to jeden z tych klubów, które otwierają się jedynie od okazji do okazji, góra kilka weekendów w miesiącu. Tym bardziej zdziwiło nas, że jest otwarta w środę. Dochodziły nas również dźwięki koncertu. Postanowiliśmy zajrzeć.
     Trafiliśmy na „bal maturalny”.
     Na niewielkiej salce znajdowały się dziesiątki pijanych dzieciaków zachowujących się tak, jakby pierwszy raz tknęły alkoholu. Pomiędzy nimi uwijali się pilnujący swych pociech rodzice, wszystkiemu temu przygrywała lokalna kapela.
     Poprzebierana tandetnie młodzież, której najpewniej wydawało się, że założenie garnituru, czy sukienki z wielkim dekoltem sprawi z niej dorosłych, przelewała się z salki do salki dzielnie trzymając się szklanek i kufli. Dziewczęta pijanym wzrokiem patrzyły się na chłopców, którzy popisywali się wypijając piwo za piwem.
     Kapela grała nieźle i wytrzymaliśmy piwo albo dwa, ale ostatecznie przenieśliśmy się dalej.

     Mając na uwadze to, co wtedy się działo, chciałem zaproponować, by już bez brawury przeczekać wieczów w zaprzyjaźnionym pubie, ale po kolejnym Guinnessie postanowiliśmy zaryzykować. Wyszliśmy.

     Jeszcze na ulicy słyszeliśmy muzykę. Weszliśmy.

     Wystrój Habany nic się nie zmienił. Po schodach na górę. Mała salka. Jedna ściana z wybielonego kamienia, dalej bar z portretami Che, później okna i wreszcie ściana z wymalowaną palmą i zachodem słońca, dwa stoliki, kanapa. Druga salka z niewymalowanego kamienia, kilka stolików, trzecia — to jedna kanapa i wyjście do palarnii i toalet. Wszystko niskie. Ciepłe i sympatyczne.

     Najpierw zobaczyliśmy barmana. Stał lekko znudzony za ladą. Później zauważyliśmy dwie dziewczny. Siedziały na kanapie równie radosne. Skądinąd wiedzieliśmy, że są to dziewczyny zespołu. I oczywiście sam zespół — kolejne trzy osoby. I już. Koniec. Nikogo więcej.

     Nie byłem zaskoczony. Koncerty w Portlaoise, szczególnie Sky Venue[1], owiane są pewną legendą.

     Znajomy zespól (zdarzało się z nimi grać w bilarda), zareagował entuzjastycznie na widownie i zapytał, co może nam zagrać. Wypaliłem, tradycyjnie już: „Strawberry Fields Forever” (chodzi o pewien zakład[2]) — nie potrafili. W tym czasie miałem już w ręku pierwsze piwo.
Chłopaki grali sympatycznie, zdrowo. Swoją drogą, są jedną z dwóch kapel, które zakwalifikowały się na Electric Picnic[3]. Piwo piło się dobrze. I wtedy zaczęła zjawiać się widownia. Podobnie, jak kilka lat temu, dzieciaki. Towarzystwo najpierw próbowało swoich sił na salkach, ale muzyka była zbyt głośna, by w ogóle rozmawiać, więc przeniosło się do palarni. My za nimi.

     W palarni przegadaliśmy większą część wieczoru decydując się pojechać jednak na ten koncert GN’R, o ile tylko uda zorganizować się nocleg. Przeklęte Portlaoise ma to do siebie, że nocą jest tylko jeden autobus, który dojeżdża do miasteczka ok. 2-giej. Dla mnie, wstającego o piątej, nie jest to opcja. W każdym razie, wieczór mijał coraz swobodniej…

     Pomiędzy kolejnymi piwami poszliśmy jeszcze na górę, posłuchać trochę muzyki na żywo. Poprosiliśmy o Sanitarium Metalliki, ale dali radę tylko Enter Sandman, zamówiliśmy kolejkę i wróciliśmy do palarni, gdzie zdecydowaliśmy, że jeszcze góra trzy i idziemy do domów. Wtedy na przeszkodzie stanęła nam godzina 11:50. Od dwudziestu minut bar był już zamknięty.

     Zdecydowanym krokiem opuściliśmy lokal i postanowiliśmy zaryzykować w Letheanie. Gdy zapytaliśmy zaprzyjaźnionej barmanki, najpierw powiedziała, że nie może, bo jest już późna pora, by po chiwili — wydawało mi się, że nas ocenia — powiedzieć, że właściwie, to czemu nie, ale mamy się pospieszyć. Tak też zrobiliśmy i po dwunastej poszliśmy na tradycyjne żarcie, by później rozejść się w dwie strony Portlaoise.

     ———————
     [1] — Można poczytać tu: LINK, tu: LINK, tu: LINK i tu: LINK.
     [2] — Nie do końca zakład. Chodzi o to, że Darek zaraził mnie manią szukania kogoś, kto zagra Beatlesów. Jak dotąd bezskutecznie.
     [3] — Co roku w Stradbally, rzut beretem od Portlaoise, odbywa się festiwal Electric Picnic. Drugi największy w Irlandii. Co roku, nieopodal grają zespoły dużego formatu, a oprócz muzyki, można bawić się przy komikach, występach na poły profesjonalnych trup teatralnych i w ogóle, przez trzy dni dzieje się. W tym roku muzycy z okolicy zebrali się wspólnie i poprosili organizatorów festiwalu o kilka miejsc. Dostali dwa. Od wiosny odbywały się eliminacje, które zakończyły się w sobotę. Oprócz Bebop & Rocksteady, na Electric Picnic zagra też Nova Static (zespół Daniela, znajomego jeszcze z czasów Xtra-Vision).

Wpis: 1 150.

Dubska – Wiele, wiele

1 149.

Guns N’ Roses w Dublinie.

     A w ogóle, to pomyślałem sobie, że wreszcie – mając w perspektywie normującą się sytuację (patrz: Punkt drugi) sprawię sobie bilet na Guns N’ Roses. Zespół, który chciałem zobaczyć od zawsze i od zawsze nie było okazji. Ta miała nadarzyć się za dwa tyg. w Dublinie.

     Niestety, wczoraj Axl napisał na twitterze, że wszystkie koncerty odwołane. I chuj im w październik! Szkoda.

     Z ostatniej chwili:
     Magazyn Hotpress donosi, że ktoś zhackował konto Axla na twitterze i to wszystko, to jeden wielki przekręt. Koncert ma się odbyć.

Wpis: 1 148.

Punkt drugi.

     Zakończywszy tydzień temu przygodę z pracą, miałem na oku dwie opcje. Pierwszą, pewną i właściwie na „od zaraz” było dojeżdżanie do Dublina 3 dni w tyg. Drugą, zupełnie niepewną ale preferowaną, było pozostanie w Portlaoise na cały tydzień. Pierwsza opcja czekała na mnie. Co do drugiej, mogłem mieć jedynie nadzieję.
     Nadzieję miałem do dzisiejszego popołudnia. O tydzień dłużej niż początkowo zakładałem sobie. Nie mogłem więcej zwlekać. Musiałem podjąć decyzję. Od przyszłego wtorku wracam do dojeżdżania do Dublina.

     Trzy dni w tygodniu dojazdów mają swoje dobre strony. Gdy tak robiłem rok temu, byłem o wiele mniej sfrustrowany i wycieńczony niż kiedy dojeżdżałem przez pięć dni. Do tego, pozostawiają czas na załatwienie czegokolwiek. Zrobienie normalnych zakupów. Relaks, a nie myślenie od piątku wieczór, że za czterdzieści osiem godzin z hakiem znów trzeba będzie się zwijać. I tak bez końca. Niemniej, „nie ma róży bez kolców”. Trzy dni w tygodniu nie pozwalają na usamodzielnienie się.
     A usamodzielnienie się jest punktem trzecim.

Wpis: 1 147.

Jan Brzechwa – Hipopotam

Zachwycony jej powabem
Hipopotam błagał żabę:

"Zostań żoną moją, co tam,
Jestem wprawdzie hipopotam,
Kilogramów ważę z tysiąc,
Ale za to mógłbym przysiąc,
Że wzór męża znajdziesz we mnie
I że ze mną żyć przyjemnie.
Czuję w sobie wielki zapał,
Będę ci motylki łapał
I na grzbiecie, jak w karecie,
Będę woził cię po świecie,
A gdy jazda już cię znuży,
Wrócisz znowu do kałuży.
Krótko mówiąc – twoją wolę
Zawsze chętnie zadowolę,
Każdy rozkaz spełnię ściśle.
Co ty na to?"

"Właśnie myślę…
Dobre chęci twoje cenię,
A więc – owszem. Mam życzenie…"

"Jakie, powiedz? Powiedz szybko,
Moja żabko, moja rybko,
I nie krępuj się zupełnie,
Twe życzenie każde spełnię,
Nawet całkiem niedościgłe…"

"Dobrze, proszę: nawlecz igłę!"

Wpis: 1 146.

Kto inny śpi przy tobie, nie ty mnie rano budzisz.

Wpis: 1 145.