Kalendarz

Lipiec 2010
P W Ś C P S N
« cze   sie »
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66559
  • Dzisiaj wizyt: 8

Miesięczne Archiwa: Lipiec 2010

Podsumowanie lipca.

     Kiedy już wydawać by się mogło, że wreszcie została osiągnięta z dawna oczekiwana stabilizacja, wszystko chuj strzelił.

.
Wpis: 1 140.

„Niewyobrażalnie ważny dzień”

     Budzę się rano. O wiele wcześniej, niż myślałem. Szybko wstaję z łóżka. Wyglądam przez okno. W Bandon jest pochmurno, ale nie pada. Dokładnie tak, jak zapowiadano dzień wcześniej i dokładnie tak, jak było przez ostatni tydzień albo i dłużej.
     Oporządzam się szybko. Nie jem śniadania. Wsiadam w auto. Czeka mnie droga na lotnisko.      
     Wyruszam przed czasem. Staram się nie spieszyć. Nie potrafię. Kilkanaście minut później mijam Cork.
     Już na autostradzie, pogoda zaczyna się poprawiać. Chmury przerzedzają się. Czasami prześwita poranne słońce.Przede mną kilka godzin jazdy. Zamieniam radio na płytę.
     W Dublinie jestem trzy godziny przed przylotem. Niespokojnie parkuję samochód. Idę do sali przylotów. Gdybym wcześniej nie rzucił palenia, wyciągałbym papierosa za papierosem. Czekam.
     Zastanawiam się, co będzie miała na sobie. Jak będzie uczesana. Czy będzie umalowana. Rozglądam się za jakimiś kwiatami. Mija może dziesięć minut.
     Myślę, czy zabrać ją od razu do domu. Chciałbym pojechać na około. Wschodnim wybrzeżem. Zatrzymać się najpierw w jakimś B&B. Długo na siebie czekaliśmy. Mija pięć minut.
     Staram się przypomnieć sobie czy mam wszystko w domu. Czy niczego nie zapomniałem przygotować. Przed oczami widzę pokój, kuchnię, salon. Mogłem wyjechać później.
     Nie mogłem. Nie wysiedziałbym w domu ani chwili dłużej.
     Sto razy powtarzam sobie, jak mam się zachować. Co powiedzieć. Nie mogę zdecydować się, którą ręką wręcza się bukiet. Panikuję.
     Tablicę przylotów sprawdzam co sekundę. Nie ma opóźnienia. Nie ma opóźnienia. Godzina przylotu się nie zmienia. Ale przecież będzie musiała jeszcze odebrać bagaż. Nie wytrzymam.

    Spoglądam na zegarek na ręce, na ten lotniskowy, na telefon… Wciąż 10 minut. Oczekiwanie staje się nie do zniesienia.

    Wszystkie zegary świata zatrzymują się.

     Wychodzi.
     Ma rozpuszczone włosy.
     Idzie pewnym krokiem.
     Jest trochę spięta.
     Widzi mnie.
     Uśmiecha się.

     Padamy sobie w objęcia.
     Zupełnie zapominam o kwiatach.
     Całuję lekko w policzek. Później w usta. Coraz mocniej i namiętniej.

     Obejmuję i przyciskam do siebie.
     Idealnie wpasowuje się w uścisk.
     Czuję ją.
     Pocałunek trwa i trwa.
     Tyle się nie widzieliśmy.

     Gdyby tylko dookoła nie było tylu ludzi…

.
Wpis: 1 139.

Scenka rodzajowa, typowa.

     Czas: Piątek wieczór.
     Miejsce: Jeden z dublińskich pubów – the International Bar.
     Osoby: Walczak, pubowicze.

     Zrobiwszy zakupy, Walczak wpadł do jednego z dublińskich pubów. Rozmawiał ze znajomymi, gdy myślał, że usłyszał, że znajdujący się w lokalu pubowicze wymówili nazwę Portlaoise. Wstał i podszedł do nich.
     Walczak: Dobrze słyszałem? Powiedzieliście Portlaoise?
     Pubowicze: Nie, nie powiedzieliśmy. Dlaczego?
     Walczak: A nie, nic. Po prostu mieszkam tam.
     Pubowicze: Jakże nam przykro.
     Kurtyna!

.
Wpis: 1 138.

Ciemna strona mocy!


Co mi powiesz, Darth?

.
Wpis: 1 137.

Jest dobrze.

.
Wpis: 1 136.

Scenka rodzajowa, typowa.

     Czas: Czwartkowe popołudnie;
     Miejsce: Księgarnia Dobery na Grafton Streecie.
     Osoby: Walczak, Pani z Księgarni

     Walczak wpada do księgarni. Rozgląda się po półkach z fikcją. Nie znajduje interesujących go pozycji. Przegląda regały jeszcze raz. Wreszcie podchodzi do obsługi.
     Walczak niepewnym głosem: Gdzie znajdę Zmierzch?
     Pani z Księgarni zdziwiona: Zmierzch? Pan?
     Walczak konfabulując nieco: Mam umówioną randkę, jeśli przeczytam całość do końca przyszłego tygodnia.
     Pani z Księgarni ze zrozumieniem: Pierwsze piętro. Literatura dziecięca (sic!).
     Kurtyna!

.
Wpis: 1 135.