Kalendarz

Maj 2010
P W Ś C P S N
« kwi   cze »
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65555
  • Dzisiaj wizyt: 1

Miesięczne Archiwa: Maj 2010

W pracy…

     Serwer padł.
     Razem z serwerem padły strona i poczta.
     Strona i poczta są dość istotne.

     W pracy nie dzieje się nic.

Wpis: 1 125.

Wujek dobra rada.

     Codziennie rano w radiu, którego słucham w drodze do pracy, jest audycja podpowiadająca, jak żyć lepiej. Kilkadziesiąt sekund o tym, co poprawić, zmienić w ciągu dnia, by wykorzystać go jak najlepiej.

     W poniedziałek brzmiało to mniej więcej tak:

     „Czy kiedykolwiek zdarzyło ci się nie zrobić [przez cały dzień] wszystkiego, co sobie zaplanowałeś? Czy kładłeś się spać z przekonaniem, że należało załatwić więcej spraw? Zadzwonić do rodziców? Odwiedzić znajomych? Wysłać ważnego emaila? Czy masz wrażenie, że brakuje ci czasu (…)”?

     TAK!!!

     „Jest na to rada (…)”.

     TA-AK!?

     „Wstawaj trzy kwadranse wcześniej (…)”.

     45 minut wcześniej, faszystowska twoja mać!

Wpis: 1 124.

Brown Hawana

     Miewam kaprysy. Praz na jakiś czas — częściej, rzadziej — zachciewa mi się. Mam chcicę na konkret; płytę, książkę, rzecz… Kaprys bywa słabszy, wtedy dłużej trwa jego zaspokojenie. Kiedy jest silniejszy, wszystko dzieje się nieco szybciej. Częściej jednak dłużej… Mniejsza.
     Ostatnim i to całkiem niedawnym kaprysem była chęć powrotu do pisania brązowym atramentem.
     Brązowy atrament to czasy późnego liceum i matury.

     Tym razem nie zwlekałem długo. Sprawę miałem ułatwioną o tyle, że — pisząc piórem — pozostawało jedynie znaleźć brązowe „naboje”.

     Poszukiwania były krótkie i owocne.
     Już po kilku godzinach namierzyłem cel. Ośmiopak wkładów w kolorze „Brązowa Hawana”, barwionych liśćmi kubańskiego tytoniu. Potencjalnym problemem mogła być ich marka. Sam pisałem piórem innej. Musiałem tylko upewnić się, że nie będzie to przeszkodą.

     Popytałem i dowiedziałem się, że w zasadzie powinien być jeden standard. „Naboje” są uniwersalne. Zamówiłem z Amazona.

     Wtedy okazało się, że brytyjski Amazon nie wysyła wkładów na drugą stronę morza irlandzkiego. Z jakiegoś powodu jest to jeden z produktów, kótrego nie można zmówić z Zielonej Wyspy. Nie można też zamówić elektroniki, ale w tm wypadku nie ma to większego znaczenia… Na szczęście jest eBay. Tam nie mają problemów z wysyłaniem „naboi” „Brązowa Hawana” do Irlandii. Na wszelki wypadek zamówiłem dwa ośmiopaki…

     Wczoraj przyszły pocztą…

     Metodą prób i błędów przekonałem się, że nie…Naboje Watermana nie pasuję do piór Parkera.
     Zostałem z szesnastoma brązowymi wkładami…

     Nie zastanawiając się wiele, dokupiłem sobie do nich pióro.

Wpis: 1 123.

Kolacja z Book n’ Booze clubem.

     Wyszedłem z „book and booze clubem” na niezobowiązującą kolację. Zostałem przechwycony na mieście. Zawieziono mnie na Marian Avenue, a stamtąd do Ballyroan.

     Kolacja, jak kolacja — nic szczególnego. Dziewczyny zrobiły posiłek, ja z Michaelem pograłem trochę w karty. Popiliśmy winko i Patrona. Wieczór mijał leniwie. Obejrzeliśmy jeszcze film i na koniec poszliśmy do pubu.

     Okazało się nieprawdą, że w Ballyroan lokale nie działają. Jak się dowiedziałem i mogłem przekonać, działają i mają się dobrze. Tyle, że otwierane są zazwyczaj około dziewiątej albo i później wieczorem i zamykane nad ranem. Gdy wyraziłem zdziwienie i zaniepokojenie (no bo jak to? jest prohibicja i puby powinny kończyć o 11:30!) oraz zazdrość (w Portlaoise przestrzegają tej górnej granicy, niestety) powiedziano mi, że właścicielem przynajmniej jednego z nich jest tamtejszy gardzista i generalnie za nic ma przepis. Posiedzieliśmy chwilę w tym sympatycznym lokalu, porozmawialiśmy. Usłyszałem m.in. o lokalu w Ballylinan (Pedigree Corner, o ile mnie pamięć nie myli), którego właściciel nie potrafi sobie odmówić i kiedy już nie daje rady stać za barem, zostawia koszyk, do którego klienci dorzucają za drinki i polewają sobie sami. I w okolicach pierwszej zostałem podwieziony na Słoneczne Wzgórze. Ale wracając na moment do filmu…

     Do wyboru mieliśmy kilka. Gospodyni chciała obejrzeć Siedem Dusz. Rachel miała fazę na Opór, ale ostatecznie wybraliśmy animowany film Disneya p.t.: Odlot.
     Pierwsza scena filmu jest w porządku. Jest sobie skryty i milczący chłopczyk. Marzy, żeby latać. Poznaje wygadaną i pełną animuszu dziewczynkę. Zaczynają się ze sobą bawić. Ona opowiada mu o tym, że dla niej najwspanialszą rzeczą pod słońcem, do której zawsze będzie dążyć i o której zawsze będzie śnić, jest wyprawa nad pewien wodospad w Ameryce Południowej.
     Wspólnie dorastają. Cieszą się każdą chwilą. Tworzą miłą parę. Biorą ślub. Razem mieszkają. Dzielą radości dnia powszedniego. Decydują się na odkładanie pieniędzy na podróż życia, a wtedy.
     Dowiadują się, że nigdy nie będą mieli dzieci. Gdy tylko trochę zaoszczędzą, przytrafia im się wypadek, nieszczęście, niepowodzenie i oszczędności nikną. Starzeją się, a wyprawy jak nie było, tak nie ma. Przechodzą na emeryturę. Wreszcie jemu udaje się zdobyć dwa bilety do Peru. By jej o tym powiedzieć, zaprasza ją na posiłek na łące na wzniesieniu. I kiedy ona próbuje podejść pod tę górkę… WTF!? To miał być film dla dzieci!
     Dalej jest już normalnie.

Wpis: 1 122.

Krótka rozmowa.

     — Czekaj, czekaj… W twoim CV stoi, że 2007-mym pracowałeś w banku…
     — Tak, ale naprawdę nie mam niczego wspólnego z recesją!

Wpis: 1 121.

Wielka Majówka.

     Piątkowe spotkanie towarzyskie powoli zmieniało charakter. Początkowo były to wspomnienia poprzednich wieczorów. Później ocena bieżącej sytuacji. Towarzystwo wymieniało się poglądami. Dyskurs o teraźniejszości trwał w najlepsze.
     Gdy zaczął zbliżać się późny wieczór i dawno już minęłą godzina duchów, tematy jakby się wyczerpały. Coraz mnie było rozmów, coraz mniej wyraźni stawali się rozmówcy. Przerzedziło się i pogasły światła. Głośniej zaczęła grać muzyka. W oczekiwaniu na koniec, w panującym półmroku i towarzystwie stosu napoi onietrzeźwiających, rozpoczęły się tańce. Szalone, nierytmiczne, zwiastujące załamanie się spotkania.
     Wszystko to, co następuje po nich, nie jest nawet wspomnieniem. Piątkowy wieczór umarł w takt muzyki i nietakt tancerzy.

     Sobota rozpoczęła się późnym popołudniem. Nie zdążyła potrwać długo, gdy postanowiłem zaatakować Dublin. Zanawigowałem do Bonka i Pająków. Rozmówiłem się też pokrótce z Darusiem, zwerbowałem Krzysia. Niedługo później wyruszyliśmy z Portlaoise. Pierwszym przystankiem był Autobahn Roadhouse — miły lokal na Glasnevin.
     Posiedzieliśmy w nim chwilę, dwie może trzy i — gdy dołączyli do nas Daruś z Karolinką przenieśliśmy się do centrum.
     Zaatakowaliśmy Bar Pifko. Z założenia lokal dla naszych południowych sąsiadów choć oprócz flag słowackiej i czeskiej, powiewała też biało-czerwona (i irlandzka, g’woli ścisłości). Zostaliśmy trzy dłuższe momenty, kilka piw czeskich i Guinnessów. Przeczekaliśmy występ młodego irlandzkiego barda, którego dzielnie wokalem à la Himilsbach wspierał jeden z klientów. Dowiedzieliśmy się, że młody bard nie da rady zagrać Strawberry Fields Forever. A na koniec zostaliśmy wyproszeni. Było po pierwszej i powoli zaczynano zamykać lokale. Nadeszła pora na przedarcie się do następnego lokalu.
     Wstąpiliśmy do Czech Inn. Na dole było dicho, więc od razu przenieśliśmy się na górę. Trafiliśmy na występ kapeli, której muzykę dziś określiłbym mianem ludowej, a w sobotę po prostu mi się podobała. Zostaliśmy jakiś czas. Spróbowaliśmy kilka podwójnych Becherovek i ponownie poproszono nas o opuszczenie lokalu. Było po trzeciej i zgodnie z ustawą o wychowaniu w trzeźwości większość barów była zamykana. Wyszliśmy.

     Dygresja: W Dublinie korki w ruchu drogowym są trzy razy dziennie. Rano, gdy ludzie jadą do pracy. Popołudniu, gdy wracają. I w środku nocy, gdy wypełzają z pubów. Nagle, w jednej chwili, na ulice wylegają dziesiątki tysięcy osób, które rozłażą się po otwartych jeszcze fast foodach, chodzą po ulicach, zakłócają spokój, próbują łapać taksówki, a co odważniejsi autobusy nocne (co głupsi, wsiadają do własnych aut). O ile rano i popołudniu panuje pewien ład i ruch uliczny jest w jakimś stopniu przewidywalny, tak nocą panuje chaos. Wydaje się, że wtedy na ulicy jest więcej pojazdów, niż w porannych i popołudniowych korkach razem wziętych. W każdym razie…

     Poszukaliśmy jedzienia, później transportu na Glasnevin, gdzie po dotarciu, dotarliśmy się jeszcze do jakiejś szóstej może siódmej, by spokojnie i szczęśliwie położyć się odpocząć na moment. Przyświecał nam bowiem szczytny cel wycieczki w okoliczne góry. Wicklow albo Glendalough, to mieliśmy zdecydować po pobudce.
     Wstaliśmy wczesnym popołudniem i wymyśliliśmy, że z tego wszystkiego pojedziemy do Donegal. Wzięliśmy zapasy i wsiedliśmy do auta.

 

     Na dobrą sprawę nie wiedzieliśmy dokładnie dokąd chcemy dojechać. Ogólnie kierowaliśmy się na północny zachód z myślą, że coś się znajdzie. Oprócz tego, przekonani byliśmy, że wyrobimy się w jeden dzień. Planowaliśmy „gdzieś” dojechać, „coś” zwiedzić i wrócić.
Droga okazała się długa, kręta i z wieloma postojami.

     Dygresja: W pewnym momencie zaczęliśmy zatrzymywać się niemal na każdej większej stacji benzynowej czy przy każdym większym sklepie. Napadła mnie konieczność naładowania telefonu i nalegałem, by znaleźć ładowarkę samochodową. Udało się za kolejnym razem, w którymś ze sklepów w Północnej Irlandii. Sęk w tym, że takich ładowarek samochodowych mam już kilka tyle, że za każdym razem zostawiam je w domu. Muszę wyrobić w sobie odruch zabierania (noszenia) jednej ze sobą. Nawet, gdy wychodzę na chwilę do pubu. Nigdy nie wiadomo, czym taka wycieczka może się skończyć.

     Przed wieczorem zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę podjąć decyzję.

 

     Było kilka opcji. Mogliśmy zawrócić, i wtedy była szansa, żeby zdążyć do domu w okolicah północy; mogliśmy jechać dalej z nadzieją, że to „coś”, co mieliśmy zobaczyć, jest już niedaleko i po zwiedzeniu wrócimy do domu tyle, że po północy; mogliśmy rozpocząć poszukiwania noclegu, by spokojnie zdrzemnąć się do rana i na drugi dzień rozejrzeć się za jakimiś atrakcjami i mogliśmy też kontynuować przygodę bez konkretnego celu i zdaje się, że tę ostatnią opcję wybraliśmy.
     Po kilkudziesięciu kilometrach i w obliczu zapadającego zmierzchu, nie znalazłwszy żadnego punktu zaczepienia, zmieniliśmy zamiar i skoncentrowaliśmy się na poszukiwaniach noclegu. Mapa nie była pomocą. Krążyliśmy w kółko. Pewne okolice przemierzaliśmy wielokrotnie, aż w końcu zatrzymaliśmy się przy jakimś pubie by zapytać o drogę.

     Scenka rodzajowa, typowa:
     Walczak z mapą w ręku: Przepraszam, ale gdzie właściwie jestem?
     Barmanka ze zdziwieniem w oczach: Tu.
     Walczak z niedowierzaniem: Naprawdę? A jak dojechać tu?
     Barmanka z rozbawieniem: Tak, tak, a potem tak. Ok?
     Walczak z obawą: Jeśli pojawię się z powrotem za godzinę, to będzie znaczyć, że nie ok.
     Kurtyna!

     Tłumaczenia barmanki na nic się zdały i byliśmy zmuszeni zatrzymać się w kolejnym barze na pustkowiu. Tym razem miły bezzębny pan zaoferował się, że poprowadzi nas po bezdrożach do najbliższego miasteczka. Udało się. Dotarliśmy do Dungloe. Zostawiliśmy samochód. Znaleźliśmy B&B. Poszliśmy na kolację. Wróciliśmy na piwo. Rozegraliśmy partyjkę w bilarda i szczerze po północy padliśm.
     Niedziela skończyła się na północnym zachodzie wyspy, gdzieś po środku niczego. W Bed & Breakfast nad barem.

     Poranek był spokojny. Zeszliśmy na śniadanie. Zjedliśmy prawie „full Irish breakfast”. Znaleźliśmy cel na mapie i wyjechaliśmy.
     Zatrzymaliśmy się przy Lough Barra.

  

     Później skierowaliśmy się w stronę Parku Narodowego Glenveagh. Po drodze jednak zmuszeni byliśmy poszukać stacji benzynowej. Znaczek rezerwy zaczął niemiło o sobie przypominać i nie mogliśmy go dalej ignorować. Mieliśmy okazję minąć…

     …dom publiczny (PUBlic house) i pogrzebowy w jednym. Koniec końców, zatankowaliśmy, odświeżyliśmy zapasy i dotarliśmy do miejsca przeznaczenia. Był środek dnia, słoneczna pogoda i aż się chciało zwiedzać.
     Wysiedliśmy z auta i poszliśmy przed siebie…

     Trasą w stronę zamku Glenveagh.
     Zamek Glenveagh został zbudowany w drugiej połowie XIX-ego wieku przez sprytnego Jana Adaira (z hrabstwa Laois), spekulanta gruntami w Stanach Zjednoczonych. Dorobiwszy się za Oceanem i wyczuwając odpowiednią koniunkturę (epidemia głodu ale także przymusowe przesiedlenia), krajan z Laois wrócił do Irlandi i korzystając z okazji wysiedlił ponad dwieście osób (z czego większa część zmarła, a reszta musiała uciec do Ameryki) i postawił swoją rezydencję.

   

   

     Jego dobra żona Kornelia, otoczyła zamek — położony w bardzo malowniczej okolicy, tuż nad jeziorem Glenveagh, między dwoma masywami górskimi — pięknym ogrodem, w którym zasadziła wiele egzotycznych roślin. Drzewa, krzewy i inne, sadziła stosując kryterium pochodzenia geograficznego tak, że do dziś można zaleźć zakątek włoski, nordycki ale także orientalny. Całość zdobią specjalnie zamówione z różnych stron świata rzeźby.

  

  

     Teren zamku wraz z ogrodem, dziś spełniający głównie funkcję atrakcji turystycznej, wykorzystywany jest na różne sposoby. Nam udało się trafić na dzień, kiedy w ogrodowych alejkach prezentowano ptaki drapieżne (odratowane po przypadkowych postrzeleniach czy wypadkach). Ich opiekunowie opowiadali ciekawe historie (nie wiedziałem np., że wśród ptaków może panować tzw. „kaizm” („kainizm”?) zjawisko polegające na tym, że starsze rodzeństwo, z różnych względów (głównie zazdrość), zabija młodsze), a tłuszcza słuchała i robiła zdjęcia.

  

     Poza ogrodem, zamek otoczony jest wieloma trasami widokowymi. Jedną z nich jest „Szlak 67-miu stopni”.

   

  

     Przeszliśmy, policzyliśmy, zgadzało się.
     Inną jest tzw. „Długi spacer”, prowadzący dookoła ogrodu, pnący się później na pobliskie wzniesienia, z punktem widokowym w najwyższym miejscu, i schodzący stromo od drugiej strony. Przejście zajmuje może z półtorej godziny.

  

     „Długim spacerem” zakończyliśmy przygodę z Zamkiem i Parkiem Narodowym Glenveagh…

 

     … i wróciliśmy do samochodu. Była godzina szósta, mieliśmy w perspektywie ileśset kilometrów i przynajmniej jeden postój na posiłek.
     Ruszyliśmy, umilając sobie drogę Guinnessami, Baileysem i jamajskim rumem. Na kolację zatrzymaliśmy się w Ballbriggan. Zahaczyliśmy jakąś tajską restaurację, później szybkie piwo w portowym pubie (gdzie akurat przygrywała jazzująca kapela — kurde, jak brakuje mi jazzujących kapel albo chociaż klubów w Portlaoise) i już około północy byliśmy w Dublinie. Tam rozstaliśmy się z połową wycieczki obiecując sobie, że jeszcze kiedyś pojedziemy do hrabstwa Donegal. Po pierwszej dotarłem na Słoneczne Wzgórze.
     Zmęczony, z myślą, że za trzy godziny znów będę jechał do Dublina, ale zadowolony, położyłem się spać. Wypad na piwo z Bonkiem i Pająkami bardzo mi się podobał.

Wpis: 1 120.

Tematy maturalne z języka polskiego, A.D. 1998.

     1. Wolna i zniewolona, w marzeniach i w rzeczywistości, ale zawsze Polska. Przedstaw funkcjonowanie motywu ojczyzny w wybranych utworach literackich.

     2. W literaturze polskiej i obcej możesz odnaleźć różne postawy życiowe. Zaprezentuj te, które mógłby zaakceptować dzisiaj młody człowiek.

     3. „Żaden utwór literacki nie przerobi ludzi, są wszakże takie, które ich pobudzają do przetwarzania się”. Myśl Aleksandra Świętochowskiego uczyń mottem rozważań nad rolą literatury.

     4. Dokonaj  interpretacji wiersza Urszuli Kozioł Przedpowitanie odczytując ukazaną przez autorkę wizję człowieka przyszłości.

     Urszula Kozioł, Przedpowitanie

     Uwolniony ze zgonu, nie zrodzony z łona,
     mesjaszu mózgów, konstruktorze świata,
     ani cię witam, ani nad tobą płaczę.
     Zgadując przyszłość, ciebie myślę czasem.
     Jaki ty będziesz i co ze mnie w tobie,
     w ogóle co w tobie zostanie po ssakach?
     Już bezbolesność twojej egzystencji
     ma w swym początku brak kontynuacji.
     Co ty z Szekspira pojmiesz, co z Homera
     i czym ci będą dostojewskie mroki,
     człecze nadludzki?
     Z martwych tworów wieży swoich jak spojrzysz wstecz
     na przodków prochy? Czy będzie tobie obce przerażenie,
     ciemne wahadło cienia w blasku światła,
     i czy ci światło nie wyda się cieniem,
     gdy tej jasności będziesz miał aż nadto?
     W czym, jaką będziesz mógł wykazać dzielność?
     Albo – w tym świecie uporządkowanym
     jaką się tobie wyda nieśmiertelność,
     byt niezachwianie wyspekulowany?
     A może będziesz dla siebie, mocarzu,
     kupował krople wody i powietrza,
     świata się zwierząt wyuczysz z obrazków,
     ziemi zagarniesz tyle, co podeszwą,
     dziedzictwo ciszy warkotem roztrwonisz,
     zgiełkiem roztrąbisz kosmiczne przestworza,
     góry rozryjesz i miasta zaorzesz,
     zaprzesz się lądu, zaprzepaścisz morza,
     prawa natury sprzeczną z nimi racją
     zdepczesz i zgwałcisz jak bezduszny potwór,
     i wyjałowisz glob cywilizacją,
     która go stoczy do cna jak nowotwór,
     pycha i obłęd twoją myśl wypaczą,
     będziesz swym losem igrał i materią,
     aż pył zostanie tylko i bakterie…
     Jakkolwiek będzie, to będzie inaczej,
     a mnie nic po tym i nic mi do tego.
     Oto mój drzewny świat w powolnej smudze
     zachodzi czyniąc plac obiecanemu.
     Cokolwiek będzie potem, będzie cudze.
     Mnie dano spiekłą grudę żyznej ziemi.

     —————
     Komentarz odautorski:
     Rozmawialiśmy ostatnio i nie mogłem sobie przypomnieć. Na szczęście google pamiętało.
     Prawdę powiedziawszy, zupełnie inaczej sobie je wyobrażałem. Nie jestem nawet pewien, na który temat pisałem. Przypuszczam, że nie na pierwszy. Nie kojarzę siebie interesującego się martyrologią narodu. Stanowczo odrzuciłbym też temat czwarty. Analizę i interpretację zawsze traktowałem, jako ostateczność. Tematy drugi i trzeci wyglądają zachęcająco. Przypuszczam, że dwanaście lat temu mógłbym pisać oba. Z mniejszym wskazaniem na temat trzeci. Temat drugi wydaje się być najbardziej prawdopodobny. Nie przekonam się jednak i nie sądzę, żeby był ktoś na świecie, kto mógłby to wiedzieć, z kim rozmawiałbym o pisemnej maturze z języka polskiego i kto zapamiętałby to do dziś. Nie sądzę, żeby prace maturalne były zachowywane po wsze czasy, a nawet jeśli tak by było, nie sądzę, żebym miał ochotę zbliżać się na mniejszą niż siedem kilometrów odległość do LO. Mniejsza…
     Wygląda na to, że będzie to kolejna nierozwiązana zagadka.

Wpis: 1 119.