Kalendarz

Styczeń 2010
P W Ś C P S N
« gru   lut »
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65225
  • Dzisiaj wizyt: 5

Miesięczne Archiwa: Styczeń 2010

Znamení

     To musi być jakiś [zły] znak!

     Nowy dysk też mi padł.
     Normalnie wkurw.

     Coraz poważniej przymierzam się do zdobywania muzyki w ten praworządny sposób.

Wpis: 1 099.

W ostatniej chwili.

     W ramach umilania sobie podróży powrotnych autobusem oglądam sobie dwa odcinki serialu.
Serial bardzo w porządku. Dodatkowo dorobiłem sobie ideologię: Jeśli nie będę drzemał w drodze powrotnej, prędzej padnę w domu spać, wyśpię się i rano będę wypoczęty. W każdym razie…
     Jadąc z Dublina do Portlaoise, w autokarze spędzam mniej więcej osiemdziesiąt pięć do dziewięćdziesięciu minut. Odcinek serialu trwa zazwyczaj czterdzieści trzy, czterdzieści cztery minuty z hakiem. Wjeżdżam do miasteczka i zastanawiam się czy tym razem „doobejrzę” drugi odcinek.

     Padła mi muzyka. Dokładniej dysk z muzyką. Nie przetrwał Nowego Roku i przeprowadzki. Szczęśliwie miałem kopię zapasową w pracy.
Przyniosłem do domu. Podłączyłem. Po siódmej wieczorem zacząłem odtwarzać zbiory. Licznik kopiowania pokazywał niecałe jedenaście godzin.
     Wychodząc rano z pokoju widziałem, że do końca zostało paręnaście minut.

Wpis: 1 098.

Czas zaprzeszły.


Rok albo dwa przed.

Wpis: 1 097

O muzyce z Wrocławia a Łodzi.

     — Skalpel, Stealpot, Husky, Oszibarack, Kormorany… — wymieniał dobre zespoły z Wrocaławia jednym tchem.
     — A z Łodzi?
     — Ich Troje? Blue Cafe?

Wpis: 1 096.

Cztery Guinnessy poproszę.

     — Cztery Guinnessy proszę.
     — Przyniosę do stolika.

     I później to zdziwienie kiedy barman podchodzi z tacą Guinnessów i widzi tylko dwie osoby.
     Stara się zachować i rozstawia szklanki. Pierwsza, druga, trzecia tak, jakby kolejna osoba miała dopiero przyjść…
     I to zdziwienie, kiedy trzecia szklanka odruchowo wędruje obok pierwszej…
     I to pytanie w oczach, gdzie postawić czwartą pintę Guinnessa… ;-)

     Tym razem przytrafiło się to miłemu panu z baru Holland’s w Bray.

Wpis: 1 095.

Wszystkie puby w Portlaoise.

     Plan był prosty — odwiedzić wszystkie puby w Portlaoise.

     Myślę, że zacząłem realizować go zaraz po przyjeździe. Jeśli pamięć mnie nie myli, najpierw wstąpiłem do „najbliższego”[1] pubu. Stary, trochę zatęchły lokal ustytuowany jakby pod kamienicą (choć nie w piwnicy) pełen wiekowych Irlandczyków (klientów i obsługi). Właściwie miał tylko jedną zaletę – docierało się do niego najprędzej. Był po drodze dokądkolwiek. Także w drodze z powrotem.
W kilka dni po przyjeździe, przed upływem tygodnia, własnie tam zamówiłem pierwszego Guinnessa. I się zaczęło.

     W późniejszych miesiącach i latach chadzałem do najprzeróżniejszych lokali w miasteczku. Do tych cichych i spokojnych, gdzie słychać szum nalewanego browara, szelest przewracanych stron w gazecie, stłumione rozmowy i prawie całkiem wyciszony telewizor z włączonymi jakimiś wyścigami psów czy koni. Do tych głośnych, gdzie nie da się robić nic innego, jak tylko zamawiać na migi browara za browarem a potem te same migi powtarzać na densflorze. Do tych nowoczesnych, które odwiedzane są przez naszych rówieśników i w których puszczana jest współczesna muzyka rockowa. Do tych na obrzeżach, najczęściej wyludnionych. Do tych z tradycyjną irlandzką muzyką i do tych z okazjonalnymi występami komików. Aż w końcu z wszystkich dwudziestujeden pubów w Portlaoise został mi ostatni, gdzie mnie jeszcze nie było.

     Mijałem go setki razy. Znajdował się naprzeciwko tego pierwszego, do którego zawinąłem zaraz po przyjeździe. Przez zaaranżowane na witraże szyby widać było tradycyjne wnętrze irlandzkiego pubu. Jakieś kanapy, niskie, drewniane stoliki, długi bar i zazwyczaj trochę ludzi.
Prznajmniej kilkunastokrotnie nosiłem się z zamiarem wstąpienia do środka. Ostatni raz w ubiegłą niedzielę. Zawsze kończyło się stwierdzeniem: „innym razem”. I okazało się, że takie stwierdzenie już więcej nie padnie.

     Przeczytałem wczoraj w lokalnej gazecie, że ten jeden, jedyny pub, w którym jeszcze nie byłem, własnie został zamknięty.

     Z jednej strony — szkoda. Miałem nadzieję odwiedzić go któregoś razu. Z dugiej storny — jak stwierdziła Ewa — nie ma tego złego, co na dobre by nie wyszło. Wraz z zamknięciem Hume’sa[2], mam odwiedzone wszystkie puby w Portlaoise.

——
[1] Zwyczajowo, pub znajdujący się najbliżej bądź taki, do którego chadza się najczęściej, określamy w Irlandii mianem „lokalnego” w znaczeniu „najbliższego”.
[2] Ostatnie, dziewiętnaste zdjęcie.

Wpis: 1 094.

Na dobry początek roku!

     Udało się!
     Potrzeba było ponad czternastu miesięcy noszenia się z zamiarem i jednego proroczego snu sprzed kilu dni, by wreszcie wśród sprzętów zadomowił się już na stałę odtwarzacz czarnych płyt.
     Zaczęło się od pomysłu. Potem był brak czasu, środków i znowu czasu. Dopiero niedawno (kilka miesięcy wstecz) upatrzyłem sobie zadowalający (przynajmniej z opisów) mnie model. Od tamtej pory ponownie brakowało czasu, środków i czasu ale, koniec końców, udało się!

     W piątek miałem proroczy sen.
     Śnło mi się, że wszedłem do sklepu i kupiłem. Ot tak, po prostu. Wreszcie.
     Z tym zakupem miało nie być tak prosto. Wcześniej robiłem „badania rynku” i wyszło na to, że najlepiej będzie przejechać się do Belfastu. W Republice ten sam model był o wiele droższy. Wliczając podróż i tak opłacałoby się… W każdym razie…
     W piątek obudziłem się szczęśliwy i natychmiast, jeszcze przed wyjściem do pracy zalogowałem się na stronę, z której można było zamówić ten odtwarzacz. Wypełniłem odpowiedni formularz i już byłem w ogródku i już witałem się z gąską, ale kiedy przyszło do zapłaty, okazało się, że karta kredytowa nie była jeszcze na to gotowa, a debetowej sklep nie chciał honorować w transakcjach online. Trochę się rozczarowałem i w pewnym sensie niezadowolony pojechałem do pracy. Humor poprawili mi pracownicy Richer Sounds, którzy zadzwonili popołudniu. Wyrazili swoje zaniepokojenie moją rezygnacją z zakupu i wspólnie ustaliliśmy, że spróbuję jeszcze raz w poniedziałek.
     Wczoraj powtórzyłem manewr z porankiem. Zfinalizowałem zakup i byłem szczęśliwy. Jeszcze szczęśliwszy byłem, gdy dowiedziałem się, że mój „sprzęt” tego samego dnia opuścił Belfast.
     Dziś, po powrocie z pracy, był już w domu.

     Pierwsze wrażenia?
     CD działa! ;-) Udało mi się spokojnie odtworzyć płytę. Nie bawiłem się opcjami w programowanie utworów (to zawsze wydawało mi się czarną magią) ani w odtwarzanie losowe (choć z tym nie miałbym chyba problemów). Swoją drogą, to od jakiegoś już czasu jestem na etapie słuchania płyt „od deski do deski”. W większości albumów dostrzegam (lub chcę dostrzegać) spójność i nie chcę burzyć tego porządku. Mniejsza…
     Radio też zadziałało, ale nie bez problemów. Z instrukcją w ręku próbowałem zapamiętać stacje. Nie dałem rady. Źle przeczytałem instrukcję? Źle przyciskałem przyciski? Nie mam pojęcia. Jak będę miał jeszcze kiedyś fazę, to może przyjrzę się temu bliżej. Poza tym, radio i tak nigdy nie było priorytetem. Radia słucham w drodze do i z pracy i te kilka godzin wystarcza na zaspokojenie moich potrzeb odbiorczych.
     Czarne płyty też działają! Na razie mam skromny wybór (5 sztuk) i sprawdziłem tylko jedną, ale dało radę.
Gdy położyłem płytę na tacce, opuściłem ramię z igłą i po raz pierwszy od czasu imprez sprzed sześciu lat zobaczyłem, jak czarna płyta zaczyna się nieco koślawie kręcić, a z głośników słychać charakterystyczny trzask. Płyta stara. Jakiś irlandzki kabaret z lat siedzemdziesiątych. Dwa głosy. Nie wsłuchiwałem się. Podobał mi się sam fakt, że udało się! Czekałem na tę chwilę ponad czternaście miesięcy i jestem zadowolony. Od teraz mam nadzieję realizować plan gromadzenia czarnych płyt. Nowych, starych, nieważne. Marzy mi się przynoszenie do domu wydawnictw, rozkładanie się na łóżku z słuchawkami na uszach i słuchanie. Chcę cieszyć się muzyką odkrywając współczesnych wykonawców czy przypominając sobie tych, których już znam. Zaraz loguję się na Amazona, eBaya i zaczynam łowy… ;-)

     A w ogóle, to witam w Nowym, lepszym(?), Roku. Rozpoczął się od tego, że po gigantycznej imprezie pożegnalnej jeszcze w Magicznym Domu, zrobiliśmy równie gigantyczą, jak nie bardziej hardkorową imprezę powitalną [w Słonecznym Domu].
Oprócz imprez, nastąpił też powrót do znanej z życia dorosłego rutyny: praca, dom, praca, dom, praca, wkurw.
Wkurw tym większy, że na przełomie 2009-ego i 2010-ego roku nie obyło się bez strat w sprzęcie. Mały komputerek nie wytrzymał tempa i wydaje mu się, że wciąż ma wciśniętą strzałkę do góry (nie ułatwia to korzystania z niego), duży komputer doznał szoku po filmie Dystrykt 9 i nie może się otrząsnąć, a na domiar złego padł przenośny dysk twardy z CAŁĄ muzyką, jaką udało mi się zgromadzić przez ostatnich 10 lat. Z dwóch pierwszych powodów, ale najbardziej z tego ostatniego, wkurw jest prawie nie-do-opisania.

Wpis: 1 093.