Kalendarz

Grudzień 2009
P W Ś C P S N
« lis   sty »
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 66248
  • Dzisiaj wizyt: 1

Miesięczne Archiwa: Grudzień 2009

Święta, święta i po świętach…

     Przyleciałem do Polski. Rok 2009 był trudny i wraz ze zbliżającym się jego końcem, coraz bardziej chciało mi się wakacji… Odskoczni, przerwy, kilku dni, kiedy nie musiałbym frustrować się tym, co działo się przez ostatnich kilkanaście miesięcy. Nie było dobrze, ale ja nie o tym…

     Łódź przywitała mnie choróbskiem. Przez pierwszych kilka dni byłem zmuszony się leczyć. Brałem całe garście różnych prochów i czytałem. Udało mi się pchnąć Niezwykłą podróż Pomponiusza Flatusa Eduardo Mendozy i Skrybę Antonio Garrido.
Pierwsza opowiada o pewnym Rzymianinie, który – trafiwszy przypadkiem do Nazaretu – pomaga młodemu dzieciakowi oczyścić ojca, cieślę, z oskarżeń o morderstwo. Druga snuje historię nt powstania dokumentu, tzw. Donacji Konstantyna, mającego legitymizować zwierzchnictwo papiestwa na zachodnią Europą.
Zacząłem jeszcze jedną – Rycerze czerni i bieli Jacka Whyte’a, ale po pierwsze nie wzięła mnie tak bardzo, jak poprzednie, a po drugie nadszedł czas, kiedy poczułem się na tyle lepiej, by nie leżeć więcej „bezczynnie” w domu.

     Zaczęło się w sobotę, w drugi dzień świąt. Najpierw ten nieudany wypad do Dublin pubu, później Zapiecek i Kilińskiego.
W niedzielę byłem w Mąkoszycach na przedewsiu. Wieczorem bifor w retkińskim Misiu i partia szachów z Reggae Reggae i Skarbem D na Żubrowej.
W poniedziałek zrealizowałem ambitny plan nabycia kurtki[1]. Później wstąpiliśmy do Lizard Kinga[2] i ponownie [do] Zapiecka, a na koniec pojechałem do Harnasia.
We wtorek pojechaliśmy do Manufaktury[3] dobrać oprawki i wstąpiliśmy do Bierhalle[4]. Później poszedłem do Dublin pubu[5], chciałem jeszcze zahaczyć Keję, ale była zamknięta. Zawinąłem na moment do domu. Poszedłem na szybki biforek do retkińskiego Misia i chwilę później byłem na dworcu Łódź Kaliska przechwycić Krzysia. Gdy już był w Łodzi, poszliśmy do słynnego Baru Anna[6]. Później do Biblioteki, gdzie zgarnęliśmy Siostrę. Dalej – tradycyjnie – do Zapiecka i na koniec do Jazzgi. Podeszliśmy jeszcze na Plac Wolności sprawdzić przygotowania do imprezy noworocznej i wracając chcieliśmy wstąpić na moment do Peronu 6. Niestety był zamknięty i przetransportowaliśmy się na Żubrową[7].
W środę odstawiłem Krzysia na dworzec[8]. Pojechałem wynaleźć sobie jakieś obuwie[9]. Wstąpiliśmy na Dąbrowę a spokojnie spędzam w domu.

     O ile na początku nie podobało mi się [w Łodzi], tak z dnia na dzień było coraz lepiej. Do tego stopnia lepiej, że przez głowę przeszła mi myśl, że właściwie, to mógłbym kiedyś wrócić (przy spełnionych warunkach zarobkowo-mieszkaniowych). Wciąż mam awersję do Łodzi. Żal mi, że musiałem wyjechać w takich, a nie innych okolicznościach, że państwo, system, szkoła spowodowały emigrację. Ale ten żal jest już jakby mniejszy. Nie dręczy mnie tak bardzo i nie powoduje niezdrowej niechęci. Wracam do Irlandii szczęśliwy z mocnym postanowieniem odwiedzania  starych śmieci  częściej a przynajmniej regularnie.

     Jutro znikam. Wylatuję rano, wczesnym popołudniem jestem w Dublinie, przed wieczorem powinienem być w Magicznym Domu w sam raz na zabawę noworoczną. Po tygodniu z hakiem zimowych ferii w Polsce, wszystko wróci do normy.

—–
[1] - Było łatwo, bo wiedziałem, jaką kurtkę chcę: zieloną. Nie było łatwo, bo nie miałem pojęcia, gdzie szukać. Polazłem, na ulicę Brzeźną – nie znalazłem sklepu. Poszedłem na Piotrkowską – ta sama sytuacja. Dopiero na Narutowicza trafiłem w odpowiednie miejsce i bez wahania pieprznąłem sobie okrycie wierzchnie.
[2] - Dostałem prezenty gwiazdkowe, w tym niedokończony tzw. „List Wszechczasów”, będący próbą odpowiedzi na wszelkie możliwe pytania. Zamiar jest taki, żeby spróbować dokończyć tę historię, ale po przeczytaniu wiem, że musiałbym przepisać go od nowa. Obawiam się, że brak czasu może mi to uniemożliwić. Się okaże.
[3] - Umówieni byliśmy na rogu Zielonej i Kościuszki. Z Retkini chciałem dojechać dwunastką. Nie przyjechała. Klątwa najbardziej awaryjnej linii w mieście wciąż aktualna. Podobało mi się za to SMS: &bdqou;Jak nie dwunastką, to dziesiątką albo czternastką do Centralu i stamtąd czymkolwiek, co jeździ Kościuszki”. ;-)
[4] - Miałem problem z wyborem napoju. Niewiele brakowało, a wybrałbym jakiś o smaku bananowo-goździkowym. Szczęśliwie miła pani barmanka przyniosła nam próbki, które rozwiały wątpliwości.
[5] - Na Dublin pubie zawiodłem się po całości. Gdy już udało mi się wleźć do środka, okazało się, że jest to zwykłe dicho. Mają tylko Guinness Extra Stout (zamiast mojego ulubionego Guinnessa Draught), zaprawiają go spirytem i leją na raz. Wyleczyłem się z tego lokalu. Nie polecam.
[6] - Słynny Bar Anna jest jednym z tych lokali, w których nie wypada nie być. Znany jest z tego, że już od dawien dawna nie można w nim palić. Piwo jest tanie a klimat taki, jakby z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Jako pijalka uzupełnia się ze słynną restauracją Golonka będącą bardziej jadłodalnią. Słynny Bar Anna doczekał się swojej strony na Facebooku – ..:: LINK ::...
[7] - A wraz z nami wystarczająco Baileysa.
[8] - Sprawdziliśmy pociągi w Internecie. Jak wół stało, że o 12:10 odjeżdża jakiś do Wrocławia. Poszliśmy na dworzec, gdzie na ruchomej tablicy odjazdów napisane było: „Wrocław Gł – 12:09”. Niestety, gdy poszliśmy na peron, przekonaliśmy się, że to pociąg, który jedzie z a nie doWrocławia. Wróciliśmy do informacji, zapytać się „o co kaman”. Pani odpowiedziała, że owszem, w Internecie pisze, że 12:10, ale przecież to jest jeszcze stary rozkład, teraz się zmienił i ten pociąg jest wcześniej, bo o 11:48. Widząc nasze przerażenie (następny miał być za dobrych kilka godzin) dodała, żebyśmy nie przejmowali się, bo ten o 11:48 jest porządnie spóźniony i jeszcze nie przyjechał. „Kto zna koleje, ten wie, jak się leje (…)”.
[9] - Big Brother skomentował w swoim stylu: „Gdyby tylko były [te buty] męskie, byłyby nawet całkiem, całkiem”.

Pierwsze wyjście z mroku.

     Po kilku dniach odchorowywania łódzkiego mikroklimatu uczyniłem pierwsze wyjście z mroku. Mając ochotę na Guinnessa postanowiłem uderzyć do Dublin Pubu
      — W kapturze!? To wypierdalaj! — Powitano mnie w drzwiach. Zdecydowałem się poleźć w miejsce, gdzie jeszcze kilka lat temu nigdy bym nie poszedł, do Irish Pubu.

     Zamówiłem Murphy’sa.

     Był ohydny! Nie dość, że nalany „na raz” do szklanki na nóżce, to na dodatek wydawał się dorabiany spirytusem. Nie miał w sobie niczego, z tej łagodności Stoutów, którą kojarzę z piwami irlandzkimi. Godzinę mi zajęło, żeby go zmęczyć. W tym czasie przestałem się dziwić osobą, które spróbowawszy „wyspiarskiego” piwa na kontynencie, nie wyobrażają sobie, jak może ono komukolwiek smakować.
Opuściłem lokal i jakby instynktownie polazłem do zaprzyjaźnionego Zapiecka.

     Oberża Folkowa Zapiecek ma to do siebie, że tak, jak z początku w ogóle jej nie trawiłem, tak pod koniec pobytu w Polsce, przejęła rolę Restauracji Kresowa i stała się miejscem, gdzie chadzało się najczęściej. Pamiętając i mając wielki sentyment, za każdym razem, gdy zjawiam się w Łodzi, uznaję, że gdzie, jak gdzie, ale tam muszę choć na chwilę zawitać. To i zawitałem.
Nic się nie zmieniło. Wystrój ten sam, obsługa ta sama. Ten sam asortyment piwny i ten sam nastrój. Ta sama niespójność cenowa (piwo najpierw za 5PLN; później to samo za 6PLN). I nawet goście wciąż jakby ci sami. Przynajmniej pod względem wiekowym. Średnia ciągle wynosiła dwadzieścia lat z hakiem.
To nie jest moja średnia.
Zapiecek pozostaje legendą. Był świadkiem kilku ważnych wydarzeń i wielu mniej istotnych, ale z żywej legendy staje się tylko legendą. Wczoraj uświadomiłem sobie, że już tam nie pasuję. Że to „co najbardziej mnie wkurwia u młodzieży to to, że już więcej do niej nie należę”. Wtedy, szczęśliwie zjawił się Kryś.

     Porozmawialiśmy chwilę w knajpie i przetransportowaliśmy się na Kilińskiego. Porozmawialiśmy dłuższą chwilę i postanowiliśmy, co następuje:
     W poniedziałek rano zabieramy się z Trollem w góry.
     Nawiedzamy znienacka Kubiaka, Stręka i ekipę.
     Kuba zostaje, ja we wtorek rano napinam do Nowego Targu.
     Z Nowego Targu do Krakowa.
     Z Krakowa do Łodzi tak, żeby przechwycić Krzysia, który ma zjawić się z Wrocławia.
     Z Krzysiem idziemy do Skarba i Rege na małe spotkanie.

     Pomysł tak piękny i nierealny, że tym bardziej do zrealizowania. Muszę jeszcze tylko wymyślić, jak w tym samym czasie załatwić sobie nowe okulary, trochę ubrań i spotkać się z paroma osobami. Poza tym, wszystko gra.

     Tymczasem znikam poznać przyszłą bratową i jej rodziców.

Wpis: 1 091.

Okrągła, pierwsza rocznica!

     Szóstego grudnia minie rok, odkąd rząd RP wreszcie postanowił znieść obowiązek służby wojskowej.
     Po dwóch latach przymusowej emigracji, konieczności wymeldowania, byciu ściganym przez żandarmerię, później prokuraturę, po zeznaniach w ambasadzie, rozprawie i wyroku. Po czterech tysiącach grzywny i co najmniej kilku następnych latach figurowania w rejestrach jako osoba skazana, mam spokój!

Wpis: 1 090.

e-Migracja.

Właściwie, to jestem na Facebooku.

Wpis: 1 089.