Kalendarz

Sierpień 2009
P W Ś C P S N
« lip   wrz »
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31  

Archiwum

  • Wszystkich wizyt: 65232
  • Dzisiaj wizyt: 7

Miesięczne Archiwa: Sierpień 2009

Po czym poznać, że nie jesteś już studentem?

 — O 6 rano wstajesz, a nie kładziesz się spać.
 — W lodówce trzymasz więcej jedzenia niż picia.
 — Twoje fantazje o seksie z trzema kobietami o skłonnościach lesbijskich naraz zostały zastąpione przez fantazje o seksie z kimkolwiek.
 — Nie zgłaszasz się już do testów nowych leków na ochotnika.
 — Znasz każdego ze śpiących w twoim domu.
 — Swoją ulubioną melodię słyszysz w windzie w budynku, w którym pracujesz.
 — Nie dostajesz już listów z pogróżkami z banku.
 — Siedmiodniowe popijawy się już nie zdarzają.
 — W domu działa ogrzewanie.
 — Twoi przyjaciele zawierają związki małżeńskie i rozwodzą się, zamiast się po prostu spotykać i rozstawać.
 — Dżinsy i pulower nie są już eleganckim strojem.
 — Dzwonisz na policję, bo te cholerne dzieciaki z mieszkania obok nie chcą ściszyć muzyki.
 — Wstajesz rano z łóżka nawet jeśli pada.
 — Starsi krewni nie krępują się opowiadając przy tobie kawały o podtekście seksualnym.
 — Nie masz pojęcia, o której zamykają najbliższą budkę z hamburgerami.
 — Nie odkładasz niedojedzonej pizzy do lodówki na później.
 — Nie spędzasz połowy dnia na strategicznym planowaniu trasy wieczornej eskapady po knajpach.
 — Nienawidzisz „cholernych studentów – pasożytów”.
 — Gdy jesteś pijany nie czujesz już tego dziwnego pociągu do znaków drogowych.
 — Nie przystoi Ci już spać w poczekalni dworcowej.
 — Nie potrafisz już przekonać mieszkających z Tobą do „picia aż do rana”.
 — Zawsze wiesz, gdzie jesteś, gdy się budzisz.
 — Nie zdarzają Ci się już drzemki od południa do 18.
 — Ogień w kuchni nie jest już powodem do dobrej zabawy.
 — Do apteki chodzisz po Panadol i coś na wrzody, a nie po prezerwatywy i testy ciążowe.
 — Pamiętasz imię osoby, obok której się budzisz.
 — Śniadania jesz rankiem.
 — W twojej kuchni nie mieszkają myszy ani szczury.
 — Lista zakupów jest dłuższa niż zupka instant i sześciopak piwa.
 — Masz i używasz odkurzacza.
 — Łamanie prawa oznacza przekroczenie dozwolonej prędkości o 10 km/h.

Wpis: 1 066.

Najwyższy pub w Irlandii.


Pub Johnnego Foxa.

kamień przepowiadający pogodę
Kamień przepowiadający pogodę:
Kamień mokry — pada
Kamień suchy — nie pada
Cień na ziemi — słonecznie
Biały na czubku — śnieży
Nie widać kamienia — mgliście
Kamień buja się — wietrznie
Kamień podskakuje w górę i w dół — trzęsienie ziemi
Kamienia nie ma — tornado

kamień przepowiadający pogodę
 — Dwa Guinnessy proszę.

jeszcze kilka
 — Może jeszcze kilka…

zdrowie
 — Na zdrowie!
 — Zdrowie!

sala balowa
Miejsce następnej imprezy…

sprzęt grający
…wraz ze sprzętem grającym.

pojedynek
Pojedynek na zdjęcia.

pojedynek
Pojedynek na zdjęcia.

góry Wicklow
Z jednej strony widok na góry Wicklow.

zatoka
Z drugiej na Dublin i zatokę.

jeszcze chwila
Jeszcze chwila…


I wracamy.

Wpis: 1 065.

Przygody z PayPalem.

     Kilka tygodni temu założyłem sobie konto na PayPalu. Bez wdawania się w szczegóły, dość powiedzieć, że zaistniała taka sytuacja, kiedy stało się to niezbędne.

     Gdy rejestruję się w podobnych miejscach, zwykle podaję irlandzkie dane kontaktowe. To, że podaję tutejszy adres jest oczywistą oczywistością. Trochę inaczej rzecz się ma, kiedy podaję swoje dane osobowe. Zawsze, ale to zawsze przestawiam się z „anglobrzmiąca” per Peter, nigdy per Piotrek. I tak nikt nie wymówiłby tego imienia a poza tym posługiwanie się Peterem, nie Piotrkiem, ma jeszcze jedno źródło.

     Te parę lat temu, będąc zmuszonym zwiewać przed wojskiem wymyśliłem sobie, że wszelkie możliwe dokumenty wyrobię sobie właśnie na imię Peter i później, gdy zajdzie taka potrzeba, na ich podstawie będę przekraczał polską granicę. Myślałem sobie, że nasze służby graniczne nie będą w stanie na szybko, przy okienku celnym, stwierdzić, że Peter Walczak, to ten sam Piotr Walczak, który swego czasu ścigany był przez prokuraturę i inne takie… Nie byłoby problemu, gdyby Irlandia przystąpiła do układu z Schengen, ale nie przystąpiła… Mniejsza…

     W każdym razie, rejestrując się w w Paypalu, podałem, że nazywam się Peter Walczak i już. Dodatkowo, zapytany o rodzaj konta, przeczytawszy wszystkie za i przeciw (czyt. regulamin), pomyślałem sobie, że wybiorę klasę Biznes. A co się będę! Konto klasy Biznes ma więcej przywilejów niż zwykłe Osobiste, ale nie jest też tak rozpasane (wypasione, jak kto woli), jak konto klasy Profesjonal Killer.
Summa summarum, przez pierwszych kilka tygodni, dla PayPala funkcjonowałem jako biznesman Peter Walczak. Problemy zaczęły się parę dni temu, przed weekendem.

     Jak co tydzień, chciałem wykonać w PayPalu pewną operację. Niestey, po zalogowaniu się, zobaczyłem groźnie brzmiący komunikat: „Konto tymczasowo niedostępne”. „Niedobrze”, pomyślałem sobie. Dostęp do PayPala był (jest) mi w tej chwili konieczny.

     Z początku zignorowałem przestrogę próbując kontynuować działania, ale sprytny PayPal się nie dał. Gdzie nie klinąłem, wyskakiwało mi: „Konto tymczasowo niedostępne”. Niekiedy jeszcze: „Weź no kliknij tu, to rozwiążemy problem”. Dzień przeczekałem, ale dłużej nie mogłem. Kliknąłem.

     Wyszło na jaw, że PayPal potrzebuje zweryfikować moje dane. Musi mieć pewność, że ja to ja. Nie spodziewałem się tego. Nie traktowałem PayPala jak poważnej instytucji finansowej. Nie miałem jednak wyboru. Niczym urzędnik IPNu, wziąłem się za weryfikację własnej osoby.
Na pierwszy ogień poszedł paszport i dowód osobisty. Zeskanowałem, wysłałem towarzystwu i czekałem co wydarzy się dalej. Spodziewałem się, że odpowiedzi nie dostanę przez co najmniej kilka dni. Po pierwsze dlatego, że z miejsca przyszedł automatycznie wygenerowany email ze szczerą odpowiedzią: „Czekaj petencie, zajmiemy się tobą w najbliższym czasie” a po drugie dlatego, że sam pracuję w dzialę obsługi klienta i dobrze wiem, ile może zejść na załatwienie jakiegoś interesu. PayPal pozytywnie mnie jednak zaskoczył.

     Już niecałe kilka godzin później dostałem odpowiedź od człowieka, nie maszyny, że wszystko git i cacy, ale muszę podesłać im jeszcze dokumenty potwierdzające mój adres zamieszkania, a ponieważ na Wyspach nie ma czegoś takiego jak meldunek, wystarczy podesłać dowolny rachunek wystawiony na moją osobę i przysłany na mój adres. Szczęśliwie (bądź nie, zależy jak spojrzeć), wciąż przychodzą do mnie rachunki za telefon, wezwania do zapłacenia ubezpieczenia za auto i inne takie. Poskanowałem, wysłałem im to, czego chcieli i nastała sobota. Pewien byłem, że mają wolne i nie spodziewałem się żadnego odzewu z ich strony. Ponownie mnie zaskoczyli.

     W połowie dnia dostałem kolejnego emaila, że luzik, że mają już wymagane dokumenty, ale mają problem – nie zgadza im się moje imię. Inne widnieje na koncie: Peter inne na dokumentach z Polski: Piotr (nie wspomnę, że na rachunkach znów jest Peter). Napisali, że pomieszało im się wszystko i trzeba to jakoś rozwiązać, bo procedury, bo nie może się nie zgadzać. Jakby tego było mało, upomnieli się o zaświadczenia o prowadzeniu działalności gospodarczej (w końcu konto Biznes-klasa), numerze rejestracyjnym firmy, wpisie sądowym i jakichś innych pierdołach, na które nawet nie spoglądałem. Wymyśliłem sobie wtedy, że ich przechytrzę. Zanim nastanie poniedziałek i ekipa PayPala wróci do pracy, ja zmienię dane na koncie. Zalogowałem się skrycie z moim niecnym zamiarem, ale…

     Ale znów nadziałem się na komunikat: „Konto tymczasowo niedostępne” i dupa. Ani zmienić imienia z Petera na Piotrek ani „downgrade’ować” z początku nie udało mi się. Musiałem rozejrzeć się za jakimś sposobem. Z podpowiedzią przyła mi pomoc PayPala. Poczytałem, poczytałem i zauważyłem, że są procedury, które pozwalają na automatyczne dokonanie tych czynności. Wystarczy odpowiednio poklikać, popróbować i powinno zadziałać. Poklikałem…

     Pierwsza odpowiedź przyszła mi dopiero w poniedziałek z rana. Napisano mi, że luzik i w porządku, ale jeśli chcę zmienić imię na koncie, muszę przefaksować im dokumenty, które wcześniej już przesłałem online. W pracy miałem ze sobą tylko część, musiałem poczekać do dnia następnego. Tymczasem postanowiłem zająć się „downgrade’m” z konta klasy Biznes do konta Osobistego. Znów poklikałem co i ile wlezie nie czytając za bardzo co tam do mnie piszą. Taki odruch. Ten jeden z gorszych, bo wypadałoby się orientować o co chodzi, ale jeśli zdanie dłuższe niż kilka wyrazów, kto by się przejmował. Nieważne…

     Tym razem poszło prawie bez przeszkód. Najpierw dostałem automatyczną odpowiedź, że grupa ekspertów zajmie się moją prośbą i w przeciągu następnych trzed do pięciu dni roboczych da mi znać, a kilka godzin później dostałem email już od człowieka, że dało radę i moje konto jest teraz Osobiste. Poinformowano mnie jeszcze, że zmiana klasy konta wiąże się z pewnymi niedogodnościami, że coś tam i coś tam (poczytam sobie później) ale dodano też, że w ogóle, to PayPal bardzo dziękuje za korzystanie z ich usług i poleca się na przyszłość. I tu mała dygresja.

     W tym czasie, kiedy klikałem sobie na wszystko, co popadnie, na stronach PayPala, walnąłem na Twittera opis, że baruję się z PayPalem i kiepsko to widzę. Niedługo później, anonimowy pracownik PayPala odtwittował mi, żebym się nie przejmował, tylko natychmiast do nich odpisał, a oni już rozwiążą moje problemy za mnie. Ponownie ekipa PayPala zaskoczyła mnie pozytywnie. Nie dość, że starali się (całkiem skutecznie) odpowiadać na wszystkie moje zaczepki dość szybko, to jeszcze zareagowali, gdy wrzuciłem jakikolwiek tekst dotyczący ich firmy na Twittera. Czego by nie mówić, muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Tak właśnie wyobrażałbym sobie dział obsługi klienta. Ale wracając do przebojów ze zmianą imienia na koncie…

     Nadszedł wtorek. Zabrałem do pracy wszystkie wymagane papiery. Poskanowałem i próbowałem przefaksować (żeby było śmieszniej, nie mamy w pracy faksu, „fac simile” wysyłamy z jakiejś strony internetowej). Nie dało rady. Trochę się zaniepokoiłem, bo PayPal jest mi teraz cholernie potrzebny i nie mogę pozwolić sobie na „Konto tymczasowo niedostępne”. Spróbowałem raz jeszcze. Ponownie bezskutecznie. Postanowiłem do nich napisać.

     Dość szybko dostałem automatyczną odpowiedź, że w celu zmiany imienia na koncie należy przefaksować takie to a takie dokumenty pod taki to a taki numer. Na dodatek, zalogowawszy się zauważyłem, że wciąż wymagają ode mnie potwierdzenia, że jestem biznesmanem. Zdecydowałem się na rozmowę przez telefon. Skoro do tej pory byli tak mili i odpowiadali mi niemal natychmiast, to pewnie będą tak samo uprzejmi, kiedy zadzwonię sobie pogadać z PayPalem. Wykręciłem numer, odebrała jakaś paniena. „W czym mogę pomóc?”

     Opowiedziałem jej co i jak. Od początku do końca. Nie zadawała zbędnych pytań. Była rzeczowa i konkretna. Obiecała, że zrobi wszystko, żeby jak najszybciej zmienić moje dane na koncie, zmienić klasę tego konta i odblokować mi do niego dostęp. Mijała godzina jedenasta.

     Półtorej godziny później dostałem emaila, że wszystko powinno już działać, jak należy. Sprawdziłem i rzeczywiście. PayPal spisał się na piątkę. Naprawdę dawno już nie byłem tak zadowolony z wyświadczonej usługi (uzyskanej pomocy).

     ADNOTACJE ODAUTORSKIE:
     Gdy sprawa zakończyła się pozytywnie, nie omieszkałem wrzucić tej informacji na Twittera. Ot, nowy nawyk. Przed sekundą dostałem odpowiedź od PayPala.

Wpis: 1 064.

boards.ie

Hmm… Właśnie zauważyłem, że pewien nieznany mi perkusista szuka ludzi do zespołu.
Pytanie… Odpowiedziałem mu czy nie?

Wpis: 1 063.

Sen dworcowy.

     Jadę pociągiem. Wracam do domu. Nie wiem czy to dom rodzinny, obecny czy jeszcze jakiś inny… wymarzony. Siedzę w przedziale. Nie jestem sam. Oprócz mnie są tu obcy ludzie. Zasypiam.
     Pociąg zatrzymuje się.
     Budzę się.
     Nikogo już nie ma.
     Wyglądam za okno.
     Mój wagon stanowczo nie stoi na peronie.
     Wstaję, wychodzę, idę. Mijam kilka pustych przedziałów. Dochodzę do końca wagonu. Próbuję otworzyć drzwi. Nie daję rady. Idę dalej.
     Kilka wagonów później trafiam na restauracyjny.
     Przechodzę przez niego. Nie jest pusty.
     Za oknem dostrzegam wreszcie peron. Wysiadam w nadziei, że to właśnie tu chciałem dotrzeć.
     Nie.
     Jestem na zupełnie obcym dworcu w zupełnie obcym mieście.
     Idę w niewiadomym kierunku. Otacza mnie tłum podróżnych. Każdy pędzi w swoją stronę.
     Znajduję schody. Wchodzę po nich. Szukam informacji.
     Po chwili orientuję się, że wszystkie napisy są w języku niemieckim.
     Błąkam się jeszcze jakiś czas aż wreszcie odnajduję rozkład jazdy.
     Spoglądam i znajduję na nim mój pociąg. Odjeżdża za moment z poziomu H, peron 0. Zaczynam rozglądać się po dworcu.
     Chodzę z miejsca na miejsce. Czuję się coraz bardziej zagubiony. Poczucie dezorientacji zaczyna mnie rozstrajać. Panikuję.
     Biegam.
     Na wielopoziomowym dworcu odnajduję właściwy poziom.
     Chodzę w tę i z powrotem, ale nie mogę znaleźć peronu 0.
     Czasu mam coraz mniej.
     Dopada mnie bezsilność i wynikające z niej przerażenie.
     Zaczynam zastanawiać się, czy peron 0 poziomu H może znajdować się gdzieś poza poziomem H.
     Sam już nie wiem, co mam robić.
     Wydaje mi się, że nie wrócę do domu. Ani teraz, ani nigdy…

Wpis: 1 062.

Krótki dialog.

S: Może coś przynieść?
P: Przynieś, co możesz.

Wpis: 1 061.

Farewell NK, Farewell…

byebye

Osoby, które chcą, znajdą mnie. Cała reszta może pocałować się w dupy.

Wpis: 1 060.

Klub Miłośników Książki

      Pewnego ciepłego lipcowego wieczoru, wróciwszy z Triogue Manor, spojrzałem przypadkiem na lokalną grupę dyskusyjną. Przeglądanie grup dyskusyjnych zostało mi z dawnych czasów i jak tylko sobie przypomnę, loguję się. Przestałem zaglądać na polskie grupy. Ich tematyka stała się zbyt odległa. Szczęśliwie udało mi się zastąpić je irlandzkimi. W każdym razie…
Spojrzałem przypadkiem na lokalną grupę dyskusyjną i zauważyłem, że w „moim” Portlaoise raz w miesiącu organizowane są spotkania Klubu Miłośników Książek. Niewiele zastanawiając się, zapisałem się.
Na początek książka Vikasa Swarupa Q & A.

     Niedługo potem, dzięki pomocy znajomych (na księgarnie, właściwie księgarnię w Portlaoise nie ma co liczyć), udało mi się zdobyć tę powieść i jako, że miałem jeszcze grubo ponad miesiąc czasu, postanowiłem położyć ją na półkę, by spokojnie poczekała na swoją kolej.

     Wreszcie, wtorek 18-ego sierpnia zbliżył się na tyle niebezpiecznie, że książka nie mogła dłużej czekać. Wziąłem się za nią w niedzielę, by spędzić nad nią popołudnie, później poniedziałkową podróż do pracy, z pracy i wreszcie poniedziałkowy wieczór. Dało radę.

     Samą książkę czyta się przyjemnie i dość szybko. Jest sprawnie, choć schematycznie, skonstruowana. Jest przyzwoity wstęp, dwanaście rodziałów odpowiadających dwunastu pytaniom w quizie i szczęśliwe zakończenie. Pomimo początkowej niechęci, pomysł z dzieleniem rodziału na historię i pytanie sprawdza się i z czasem zaczyna wciągać tak, że czytając historię zastanawiałem się, który jej fragment będzie istotny dla pytania mającego pojawić się na końcu. Po prawdzie, udało mi się wychwycić taką informację tylko raz. W pozostałych jedenastu przypadkach, autor mnie zaskoczył. Minusem, jeśli można tak powiedzieć, było to, że Q & A jest napisane przez Hindusa, w związku z czym, jest napisane wyjątkowo łagodnie (a może nie jest to wina autora, a tego, że przed nim czytałem Roberta Nye – Merlin, Faust który nie przebierał w słownictwie). Na dodatek dochodzą różnice kulturowe. Mnie Indie nie interesują i nie chcę dowiadywać się niczego nowego na ich temat, przez co odniesienia do kast, podziału społeczeństwa, zwyczajów, historii etc. wydawały się być bardzo odległe. Ponadto nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że czytam indyjską wersję Forresta Gumpa. Bohaterom obu książek rzeczy przytrafiały się jakby z przypadku. Rzadko kiedy oni sami byli za nie odpowiedzialni. Natomiast bardzo podobało mi się wydanie. Oprócz tekstu, wywiad z autorem oraz sugerowane pytania do dyskusji. Ale…
Ale przebrnąłem przez książkę na czas i gotowy byłem wczoraj pójść na spotkanie Klubu Miłośników Książek w Portlaoise.

     Wróciłem z pracy, przebrałem się i wyszedłem. W Cloisters byłem nieco przed czasem. Oprócz mnie było dwóch gości (jeden w koszulce Arsenalu, drugi w koszulce Celtiku) oglądających eliminacje Ligi Mistrzów, jakiś starszy Irol i młodsza Irlandka. Mniejsza z nimi. Ważniejsze, że Cloisters jest jednym z nielicznych barów w Midlands wabiących klientów tzw. Recession Session (w ramach walki z recesją, wszystkie browary nalewane z kija są po €3.50).
Zamówiłem Guinnessa.

     Lekko po ósmej przyszło towarzystwo, które już na pierwszy rzut oka wyglądało na Klub Miłośników Książek. Trzy, dość potężne (vivat irlandzka prowincja) dziewczyny (Rachel, Ivonne i Sinéad) i wychudły chłopak (Michael). Grzecznie spytałem się, czy oni, to oni i dosiadłem się. Chwilę później przyszedł jeszcze jeden kolo – Szkot (Mr. Williamson).
Zaczęło się od wymiany uprzejmości: „Hej! Miło cię poznać”, „Cześć, jestem Piotrek”, „Cześć, co słychać”, „Co robisz” i takie tam. Kiedy już przez to przebrnęliśmy, przyszedł jeszcze jeden Szkot (Clark – chyba). Przedstawiliśmy się raz jeszcze ale pod koniec pojawiły się dwie panieny (Kate i Jessie) i trzeba było od nowa… Zeszło dobre pół godziny. Mr. Williamson zamówił sobie, mnie i Michaelowi po kuflu piwa. Myślałem sobie, że rozpoczniemy omawianie Q & A. Ale gdzie tam. Zamiast tego, wyszliśmy na fajkę.
Przed lokalem pogadaliśmy o tym i o owym, spaliliśmy po papierosie i wróciliśmy do środka. Wtedy Rachel zapytała: „Czytaliście?”.
Ja czytałem, Michael (jak się okazało, jej mąż), Mr. Williamson, Ivonne z Sinéad i Jess też. Clark – chyba i Kate, nie. Rachel kontynuowała: „Podobało się?”.
„Tak, tak” odpowiedzieliśmy zgodnym chórem i poszliśmy zamówić kolejnego borwara. Zdaje się, że w tym czasie dziewczyny próbowały rozmawiać o ksiące.
Pojawił się Guinness. Zaczęliśmy rozmawiać ogólnie. Jak życie, jak pogoda, jak sport (Michael zapytał mnie z jakiego miasta w Polsce jestem i jakiemu klubowi kibicuję. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Chłopak zaskoczył mnie mówiąc: „To ten zespół, z którym w 1998 roku Manchester UTD wygrał 2:0 u siebie i zremisował 0:0 na wyjeździe, tak?") , jak ostatnia impreza, jak wycieczka dokądśtam, jak polityka (po raz pierwszy spotkałem się z rozmową o polityce; wcześniej wydawało mi się, że ten temat mało którego Irlandczyka obchodzi… w sumie, tym razem poruszył go Mr. Williamson). Coraz bardziej wyluzowani, wyszliśmy na kolejnego papierosa, po którym było kolejne piwo i zbliżyła się godzina dziesiąta. Nie wiedzieć czemu, część osób (wszyscy, poza Michaelem, Rachel i mną) zdecydowała się zwiać. Zanim jednak rozeszli się do siebie, postanowiliśmy wszyscy zdecydować jaką książkę „omówimy” następnym razem. Była wymiana zdań. Każdy rzucał swoje propozycje. I mnie się udzieliło. Chciałem zaproponować naszą Śmierć w Breslau, która została ostatnio przetłumaczona na angielski albo Życie i myśli JW Pana Tristrama Shandy, które już od jakiegoś czasu chodzą mi po głowie. Nie byłem jednak w stanie przypomnieć sobie tytułów po angielsku i dałem sobie spokój. Postanowiłem poczekać, co wymyśli reszta i zdaje się, że stanęło na: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet, ale pewien nie jestem. Mam dziś dostać emaila z ostateczną decyzją. Tak czy inaczej…

     Towarzystwo zmyło się. Zostaliśmy w trójkę. Zamówiliśmy z Michaelem po browarze. Rachel spasowała. Następne dwie godziny z hakiem gadaliśmy, o czym wlezie i źle nie było.
Dowiedziałem się, że poznali się Stanach, w Seattle, kiedy Michael zwiał tam pracować. Teraz mieszkają w Portlaoise (sic!). Michael jest bezrobotny. Chcą znowu uciec. Opowiedziałem im o tym, jak przyjechałem tutaj i dlaczego do tego miasteczka pośrodku „Flatlands”. Opowiedziałem o Xtra-Vision i dojazdach do Dublina, oni o swoich przygodach w US. Rozmawialiśmy o historii Polski, Solidarności, Lechu Wałęsie (wiadomo – Lech i JPII, jedyne postacie kojarzone z naszym krajem) i historii Irlandii. O języku irlandzkim (w przypływie entuzjazmu postanowiliśmy zapisać się od nowego semestru na kurs, o ile otworzą w tutejszym koledżu) i wszystkim tym, o czym mówi się przy piwsku (szczególnie, po którymś z kolei). Dobrze się rozmawiało. Strzeliliśmy po jeszcze jednym Guinnessiku (chamy zamykali bar, inaczej zostalibyśmy pewnie jeszcze trochę) i musieliśmy się rozejść.
Na koniec wymieniliśmy się jeszcze telefonami (w sensie, numerami telefonów), tak na wszelki wypadek.

     Bilans wieczoru?
     Kilka poznanych osób. Trzy nowe numery telefonu. Zaproszenie na sesyjkę Pro Evolution Soccer w czwartek (niestety, musiałem odmówić – idziemy do Pająków w sprawie tatuaży i MySpace’a) oraz zaproszenie na obiad w bliżej nieokreślonym terminie. Przeczytane Q & A i szansa na przeczytanie Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet. Przede wszystkim jednak, dobrze spędzony wieczór.

Wpis: 1 059.

Ale mi nie poszło.

     „Witam,

     Z wpisu na Pana blogu wnioskuję, że nie jest Pan zainteresowany przystąpieniem do testów (…)”.

Wpis: 1 058.

I co jeszcze?

     Witaj

      Wybraliśmy grupę autorów wyróżniających się blogów, którym chcielibyśmy zaproponować wypróbowanie w praktyce jak zarabia się na blogowaniu z AdTaily, oczywiście z naszym pełnym wsparciem technicznym. Jednym z tych blogerów jesteś Ty. Dzięki Twojemu zaangażowaniu będziemy mogli w przyszłości udoskonalić integrację Blog.pl z systemem AdTaily, aby było jeszcze łatwiej i przyjemniej, a Ty zyskasz dodatkowe źródło dochodu oraz motywację do bycia jeszcze lepszym blogerem.

     Czym jest AdTaily?
     AdTaily to system do sprzedaży reklam. Jego największą zaletą jest łatwość oraz wygoda w obsłudze. Reklamodawcom daje możliwość precyzyjnego dotarcia do ich odbiorców, a blogerom ? możliwość zarobienia na swoim blogu poprzez implementację nieinwazyjnego widgetu oraz stuprocentową kontrolę nadreklamami emitowanymi na jego stronie.

     Jak to działa?
     Reklamy na blogu można sprzedawać bądź poprzez widget umieszczony w wybranym przez Ciebie miejscu, bądź bezpośrednio przez AdTaily. Co istotne platforma umożliwia sprzedaż boksów reklamowych zarówno na kilka dni, jak i na cały miesiąc. Jeszcze ważniejszy jest fakt, że to Ty decydujesz ile warte jest wyświetlenie reklamy na Twoim blogu oraz które z nich ostatecznie pojawią się na Twoim blogu dzięki możliwości odrzucania reklam. A zatem ostateczna decyzja o tym, co dokładnie pojawi się na Twoim blogu należy tylko i wyłącznie do Ciebie. Więcej informacji na temat zasad działania AdTaily znajdziesz na stronie:
http://www.adtaily.com
.

     W związku z tym w imieniu redakcji Blog.pl chciałabym zaproponować Tobie jako autorowi poczytnego i interesującego bloga możliwość dołączenia do grupy tych, którzy testują zarabianie na blogu poprzez system reklamowy AdTaily. Jeśli jesteś zainteresowany/a przystąpieniem do programu lub masz więcej pytań ? napisz do mnie na następujący mail:
zosia_blog@portal.onet.pl.

     Pozdrawiam
     Zosia z Redakcji Blog.pl

     KOMENTARZ ODAUTORSKI:

     Droga Zosiu,
     Spierdalaj z łaski swojej.

Wpis: 1 057.